SZYBKIE INFO:

[12.03.17] Dziś temat przyjemny - o seksie na własną rękę :)

UWAGA: Zaczęła się wielka zbiórka pieniędzy na organizację największej w historii Parady Równości - zachęcam gorąco do dokonywania wpłat: Zobacz szczegóły. Wspólnie powalczmy o lepszą przyszłość dla nas wszystkich.

czwartek, 30 lipca 2009

Witaj w krainie Absurdu - czyli sztuka obśmiewania swoich problemów

Tak, potwierdzam - poczucie humoru to jeden z najlepszych sposobów na rozwiązywanie wszelkich problemów. Fakt, że niektóre problemy wymagają działania fizycznego (np. masz dług i musisz go spłacić), ale za to WSZYSTKIE problemy wymagają profesjonalnego obśmiania i nabrania do nich dystansu.

Nabieranie dystansu

Dystans to inaczej - w nomenklaturze profesjonalistów (takich, jak ja:) - dysocjacja. Jej przeciwieństwem jest asocjacja, czyli "bycie w" czymś. Jaka jest różnica pomiędzy dysocjacją a asocjacją? To proste. Gdy oglądasz pornola - jesteś w dysocjacji z nim, bo jesteś obserwatorem. W asocjacji jesteś, gdy grasz w pornolu :)

Czujesz różnicę, co nie? Czujesz więcej, gdy jesteś w asocjacji. I jak pewnie zauważyłeś, warto być w asocjacji z dobrymi wyobrażeniami (patrzeć na nie swoimi oczami, tak, jakby się było wewnątrz tego wyobrażenia), jak również w dysocjacji ze złymi.

Weź zatem swój problem i wyjdź z niego. Zobacz samego siebie w swoim życiu, posiadającego tamten problem, który posiadałeś do tej pory. Pomniejsz ten obraz tak, by był Ci do kostek. Jesteś większy do tego wyobrażenia, możesz je zdeptać niczym peta, osrać z orbity i nikt Ci nic nie powie. Gdybyś mu kazał, to tamto wyobrażenie brałoby prysznic pod ekspresem do kawy, kumasz?

W ten sposob uzyskujesz LUZ - to nie Ty masz ten problem, tylko tamten mały "Ty" w tamtym wyobrażeniu go ma.

Robienie absurrrrrrrdalnych obrazów

Kocham tę technikę. Tak bawią się wyobraźnią małe dzieci i Ty też możesz. Wsłuchaj się w to, jak sam ze sobą rozmawiasz na temat danego problemu. Ludzie dobijają się swoimi wewnętrznymi dialogami - poważnymi, przestraszonymi, głośnymi i drżącymi głosami napierdalają sobie w głowie bzdury, wierząc w słowa, które słyszą. "Masz kurwa problem, masz przejebane" itd. A oni "dlaczego? dlaczego akurat ja?". A głos "bo źle zacerowałeś skarpetki!!!".

To nie jest stylowe, źle wpływa na nerki, dlatego warto to zmienić.

Usłysz, jak sam do siebie mówisz na temat danego problemu. Masz to? Wsłuchaj się w ten głos. Jakim tonem mówi? Czyj to głos? Skąd dobiega? Z wewnątrz Ciebie czy z zewnątrz? Jakimi emocjami Cię wypełnia? Jeśli są chujowe - czas to zmienić. Wyobraź sobie, że ten głos staje się piskliwy, jąkający, sepleniący i wydobywa się ze śmiesznej, małej mordki ogrodowego krasnala z przemytu, który wystaje z dupy różowego nosorożca. Twój śmieszny krasnal chce Ci właśnie powiedzieć, jak wielki masz problem i jak bardzo masz przejebane, że nie dasz sobie rady i coś jest przecież z Tobą nie tak, gdy nagle różowy nosorożec puszcza wielgachnego, sprężonego, śmierdzącego bączka, wchodząc w słowo poważnemu krasnalowi i zwiewając mu jego kraśną czapeczkę. A to peszek - tak trudno już być poważnym wobec własnego problemu. A gdyby tego było mało, różowy nosorożec wystraszył się swojego kosmo-pierda, więc zaczyna z przerażeniem galopować przed siebie. A że jest w wielkim, bambusowym lesie, co rusz uderza swoją wielką mordą w drzewo, a z koron drzew lecą naturalnie kokosy, które - oczywiście - napierdalają w nieszczęsnego krasnala. Ale krasnal się nie poddaje - nadal resztką sił próbuje wykrzyczeć, co masz za problemy, że masz totalnie przejebane, że Twoje życie pełne jest depresji, opresji i represji, gdy okazuje się, że cała ta wrzawa obudziła ze snu letniego nikczemnego piżmaka, który wygląda z dziupli jednego z drzew ze śmieszną małą szlafmycą na główce i świeczką w ręce. Piżmak przeciera oczy i szlag go trafia - oto różowy nosorożec z krasnalem w dupie popierdala po jego terytorium, na którym zwykł zbierać orzeszki i puszki po piwie. Wyciąga więc gigantyczną rózgę i poczyna gonić całe to towarzystwo, napieprzając nosorożca po spoconym dupsku. Latający cyrk na kółkach. Ale to nic,bo chwilę później cały las bambusów został zbombardowany naplamem przez Amerykanów, którzy akurat kręcili tam film o wojnie w Laosie. I wszystko poszło się jebać.

Taaa daaa. Tak się robi absurdalne obrazy.

Twoje zadanie polega na wsłuchaniu się w swoje dialogi wewnętrzne i zidentyfikowaniu tych, którymi omawiasz sam ze sobą swoje problemy. Problem jest problemem, ponieważ mówisz sam siebie o nim poważnym tonem. Albo wystraszonym, albo smutnym, przerażonym etc. Zmień jego ton na totalnie niepoważny. Niech Twój problem omawia Pani Frau podwieszona za jajniki na palmie, Myszka Miki na kacu z kutasem w dupie, pan profesor z mózgiem 12 gram, rozanielony, naćpany bóbr dziergający poszwy. Stwórz tak dzikie, trójwymiarowe i barwne filmy z ich udziałem, że wprost wybuchniesz śmiechem. Od dziś w taki właśnie, totalnie odjebany, psychodeliczny sposób myślisz o wszystkich swoich problemach - szczególnie tych najważniejszych, najpoważniejszych, najbardziej serio serio. To właśnie one potrzebują Twojego obśmiania, doprowadzenia do absurdu, uczynienia z nich obiektu kpin i żartów wszelakich. Nikt nie zrobi tego za Ciebie. Jeśli będziesz bronił powagi jakiegoś problemu - sam sobie nasrasz do talerza.

A na koniec pozwól, że z arcydziką rozkoszą opowiem Ci, jak widzę homofoba. Jest sobie gość o aparycji kaskadera po wypadku, łysy na dodatek, z nosem jak hamulec od karuzeli, który w życiu geja nie widział, ale za to ma wyobraźnię. I tak - podsycając samego siebie opowieściami przekazywanymi z pokolenia na pokolenie o gejach, którzy odgryzali głowy dzieciom - ma wrażenie, że gej to co najmniej alien, który lada moment wyssie mu mózg, wciągając go przez dziurkę od nosa, piszcząc przy tym z powodu rozrywających go orgazmów. I biedny homofob siedzi i straszy się swoimi halucynacjami, które sztacha dym z najlepszego cygara, dumnie zakrywając swe obawy otoczką agresji. Bo przecież bać się nie wolno, bo to wstyd jak chuj geja, więc należy walczyć: wyjść na ulicę, rzucić w kogoś jajkiem, może coś się zmieni.

Pamiętaj o tej metodzie, ilekroć będziesz miał wrażenie, że "masz poważny problem". Pamiętaj o niej, gdy ktoś "szarga Twoje świętości", gdy "boli Cię, że coś ktoś powiedział" itd. Masz wyobraźnię, więc dorysuj im wszystkim wąsik a la Salvadore, wielki czerwony nos, który - ilekroć próbują powiedzieć coś głupiego - zapala się (dosłownie żywym ogniem) i jeszcze razi ich prądem. Albo wyobraź sobie, że masz pilota i gdy tylko chcą powiedzieć jakąś głupią i poważną rzecz - naciskasz guzik, a wielgachny pterodaktyl robi im na głowię porządnego, drgającego niczym galareta stolca.

Miej z tego ogromny fun, baw się na maska, aż będziesz kwiczał na podłodze ze śmiechu w kałuży łez. Zrób z tego podejście do życia, rób jaja ze wszystkiego i śmiej się.

Do napisania.

niedziela, 19 lipca 2009

Narodziny lepszego Boga

Nie będę ukrywał, że jeśli poważnie myślisz o tzw. rozwoju osobistym, czyli rozwjianiu swoich kompetencji myślenia, podejmowania decyzji, robienia lepszych związków, zarabiania większej kasy czy w ogóle robienia lepszego życia - w którymś momencie będziesz musiał odrzucić to, czego naucza Kościół Katolicki. Po prostu jego wersja świata jest zbyt ograniczona, niespójna i - powiem więcej - generująca fatalne stany emocjonalne, by przeskoczyć pewne poprzeczki.

To, co naprawdę szkoda odrzucać, to Bóg.

Nie mówię jednak o koncepcji Boga, którą tworzy KK. To dwie różne rzeczy. Tamta konceptcja jest po prostu nie daje efektów. Człowiek modli się o coś i tak zazwyczaj gówno z tego jest. Widać nie o to chodzi.

Z racji budowy naszych układów nerwowych - nigdy nie poznamy prawdziwego Boga, bowiem zawsze będziemy widzieć tylko mały Jego wycinek (ten proces nazywa się usunięciem i zachodzi cały czas - np. teraz nie jesteś świadomy tego, jakie doznania płyną z Twojej lewej stopy... oczywiście do momentu, w którym o tym nie wspomniałem :), a informacje, które zbierzemy, uprościmy i zniekształcimy. Są to procesy umysłowe, które zachodzą zawsze i wszędzie, więc ich nie unikniemy.

Dlatego jednynym sposobem poznania Boga jest stworzenie jego użytecznej (czyt. wspierającej, generatywnej) koncepcji. Koncepcji, która zamiast nas osłabiać, będzie nas wzmacniać.

Aby ją skrystalizować, przekopałem mądre tomy, spasłe księgi filozoficzne i systemy wierzeń. Wyłowiłem kilka świetnych parełek, z których, niczym z mozaiki, wyłania się przepiękny, trójwymiarowy, barwny obraz Boga. Oto Bóg, w którego warto wierzyć. Przygotuj się na coś, co może lekko wstrząsnąć posadami tego, w co do tej pory wierzyłeś. Odłóż na chwilę na bok swoje dotychczasowe poglądy, przekonania nt. Boga, religii i tym podobnych rzeczy. Otwórz swój umysł maksymalnie, byś w pełni skorzystał z tego niezwykłego konceptu. I baw się przy tym.

"Bóg jest wszystkim, co istnieje, i nie ma nic, co by Nim nie było"

Czy to stwierdzenie nie jest po prostu doskonałe? Bóg chrześcijański to śmieszny koleś na chmurce w porównaniu z tym własnie Bogiem. Jest on wszystkim - mną, Tobą, powietrzem, internetem, słowami, elektronami, chmurami, kupą na pastwisku, kanapką z serem, hemoroidami i piramidami. Znaczy, że nie jest tylko miłością - jak głoszą Katolicy. Jest też nienawiścią, smrodem i ubóstwem. Jest wszystkim po prostu. Nie ma nic przeciwko Gejom - bo sam nimi jest (tak, jak jest też heterykami). Wszelkie podziały są sztuczne, są iluzją stworzoną przez umysł (etykietki naklejane przez nas na powtarzajace się wzorce doświadczeń), co nauka pewnie "odkryje" w przeciągu jakiś 10 lat - na oko (wersja optymistyczna). Trzymajmy kciuki za naukowców.

W związku z powyższym założeniem - nie można nie doświadczać Boga, bo...

"Bóg mówi do każdego człowieka za pośrednictwem doświadczeń."

Wszystko, czego w życiu doświadczyłeś, jest przekazem Boga. Nie jest on na tyle prymitywny i ograniczony, by zrzucać na Ziemię ksiązki zapisane Jego słowami. Wie, że ludzie natychmiast zaczęliby je zniekształcać tak, jak to zresztą zrobili z Biblią. Tę bajkę już znamy. Inteligentny Bóg nie posługuje się słowami.

Czasem być może myślisz, dlaczego Twoje życie układa się tak, jak się układa. Oprócz tego, że masz wolną wolę, zdarza się coś "na zewnątrz" - co "kieruje" Twoim losem. To właśnie On. Trafia do Ciebie za pośrednictwem Twoich oczu, uszu i wszystkich innych narządów zmysłów. Nawet w tej chwili, za pośrednictwem tego bloga. To nie przypadek, że czytasz te słowa. Bóg uznał, że jesteś na nie gotowy.

"Twoja wola jest wolą Boga - i odwrotnie. Spełnia się wszystko, o czym marzysz."

Oj, ciężki orzech do zgryzienia, prawda? Już widzę Twoją minę, która mówi: "To nieprawda". Prawda, tylko nie wiesz, jak to działa. Więc pozwól mi wyjaśnić. Bóg spełnia każde życzenie każdego człowieka. Problem nie w tym, że "to się nie dzieje" - tylko w tym, że zarówno Ty, jak i 6 miliardów ludzi na świecie, mamy ciągle sprzeczne życzenia. Ciągle zmieniamy zdanie, wielu ludzi kompletnie nie wie, czego chce. Spytaj siebie - wiesz, czego chcesz? Wiesz, co chcesz zrobić tu, na Ziemi? Więc się kurwa nie dziw, że się nie spełnia. Bo co się ma spełnić?

Zauważ, że jeśli ktoś naprawdę wie, czego chce, i jest w tym spójny (tzn. jest pewien, że to jest to, co by chciał) - najczęściej mu się udaje. Nie od razu i nie wszystko - bo dopiero byłby cyrk. Pomyślałbyś o czymś niemiłym i bum - już się stało. Czas. Po to jest czas. Bóg go stworzył, by te bardziej poważne i wielkie cele mogły nadejść dostojnie i powoli - abyś miał nad wszystkim kontrolę.

Pamiętasz pierwsze założenie? Bóg jest wszystkim. Czyli również...

"Ty jesteś Bogiem."

Wow! Dobre, co nie? Pozwól więc, że łagodnie Cię w ten temat wprowadzę. W głowie mamy neurony. W neuronach związki zwane mikrotubulami. W nich z kolei panują bardzo specyficzne warunki - tam cząstki elementarne wchodzą w bardzo dziwny stan, nazywany przez fizyków superpozycją. W tym stanie cząstka jednocześnie jest wszystkim i niczym. To nielogiczne i nie próbuj tego zrozumieć. Chodzi tylko o to, że to zjawisko najprawdopodobniej odpowiada za świadomość. Każdy z nas ma (jeśli tylko nie śpi) mnóstwo takich superpozycji w głowie (im więcej, tym człowiek jest bardziej świadomy). Mają one ogromną moc obliczeniową (spytaj tych, którzy konstruują komputer kwantowy). Dzięki nim właśnie nasz mózg jest tak niezwykły. Każda jedna dodatkowa cząstka w superopozycji zwiększa moc obliczeniową całego układu, z którym jest splątana, do kwadratu (w standardowym komputerze dodatkowy bit zaledwie podwaja moc obliczeniową układu, do którego należy). Pewna garść naukowców udowodniła jednak, że nie ma czegoś takiego, jak moja czy Twoja świadomość - jest ona bowiem nie cechą mózgu, ale właściwością Wszechświata - występuje zawsze i wszędzie (nazwane jest to zjawiskiem nielokalnym). Nasze mózgi są po prostu "odbiornikami" świadomości. Będzie o tym więcej kiedyś. Teraz najważniejsze jest tylko to, że jest tylko jedna świadomość. Nie jest ona ani moja, ani Twoja. Bardziej nasza. To Bóg właśnie.

Czyli można wysnuć wniosek, że wszyscy jesteśmy Bogiem.

Nasze mózgi i ciała to narzędzia w naszych rękach - a może raczej w rękach Boga. Możemy absolutnie wszystko - tylko czasem nie wiemy jeszcze, jak. Bo się uczymy, jak być Bogiem w lepszej wersji.

A skoro jesteś Bogiem, to...

"Ty tworzysz świat, w którym żyjesz."

To my tworzymy wszechświat w czasie rzeczywistym - choć nie mamy o tym pojecia. Dlaczego? Bo uważamy, że nie jesteśmy Bogiem, tylko jakimiś pionkami, które nie mają nic do gadania. Dowiedziono naukowo, że Wszechświat nie istnieje bez świadomego obserwatora (nie ma wtedy ani czasu, ani przestrzeni, ani materii). Jak nie patrzysz - wszystko, co materialne, znika i zmienia się w tzw. fale prawdopobobieństwa (najlepsze jest to, że fala musi rozchodzić się w jakimś ośrodku - a tutaj ten ośrodek jest nieznany! - dla poręczności fizycy nazwali go Zunifikowanym Polem, choć nazwa ta jest nieco mylna - tam nie ma przestrzeni, więc żadne "pole" nie może tam egzystować). Oznacza to, że może tam coś istnieć lub też nie. Eksperymenty na materii bez obserwatora dają inne wyniki, niż gdy ktoś je obserwuje. Dopiero nasza wola (intencjonalność) powołuje do istnienia coś materialnego w momencie, gdy zakładamy, że to coś tam będzie. To wszystko możesz złożyć w swojej głowie w jedną całość. Tylko musisz to odrobinę przemyśleć i sobie poukładać. Daj sobie czas.

Twórz lepsze wersje Wszechświata. To zadanie godne Boga. Oto otwiera się przed nami świat, w którym tworzymy, zamiast tylko być tworzonymi.

***

Powyższe koncepty pochodzą od różnych autorów, mistyków, psychologów, filozofów a część nawet od fizyków kwantowych i żaden nie jest w pełni mojego autorstwa. Zebrałem je tutaj do kupy, ponieważ tworzą one spójny system wierzeń.

Każde z tych stwierdzeń nawzajem się uzupełnia, dopełnia, tworząc jedną, naprawdę piękną całość. Ktoś nastawiony sceptycznie do niniejszego systemu, nigdy nie poczuje, jak wielka moc sie z nim wiąże. Mnisi buddyjscy powiedzieliby, że przekaz ten ma bardzo wysokie wibracje. A to w praktyce oznacza, że gdyby ktoś z Watykanu przeczytał mojego bloga, to kazałby pewnie zablokować serwery :)

W przeciwieństwie jednak do słabych merytorycznie wytworów Kościoła, takich, jak teologia, Biblia czy koncept Boga, które niestety same obronić się nie potrafią, ten system znakomicie broni się sam.

To wersja Boga, która jest miliardy razy skuteczniejsza, niż stary i spróchniały koncept chrześcijański. Pamiętaj, że to, w co wierzysz, jest prawdą - dla Ciebie. Jeśli uważasz, że powyższe koncepty nie są prawdziwe - masz racje, nie są! Bo to Ty decydujesz, co jest prawdziwe w Twoim Wszechświecie. Jeśli uważasz, że jesteś tylko trybikiem, który nic nie znaczy - masz rację. Jeśli uważasz, że Bóg jest gdzieś tam, daleko - też masz rację. Stworzysz Wszechświat, w którym tak właśnie jest.

Ten post nie jest do dyskusji w stylu "to nieprawda, bo Biblia, bo ksiądz itd. mówią inaczej" i z góry ostrzegam, że będę usuwał takie komentarze. Ten post jest do wzięcia lub do dodania swoich przemyśleń, które będą uzupełnieniem niniesjzego konceptu.

Geju, udław się opłatkiem - czyli jak skutecznie unikać miłosierdzia Kościoła

Oto Bóg stworzył Geja i powiedział mu - "kocham Cię Synu, ale nie rżnij się z facetami, bo inaczej ześlę Cię do piekła na wieczne potępienie". Gdzie tu sens? Gdzie logika?

Taką oto przyjemną wizję próbuje nam sprzedać Kościół - miejsce, gdzie wg. statystyk rodzi się ogromna ilość chorób psychicznych (wielu pacjentów psychiatrów to zagorzali wierni). Nic dziwnego - cała pseudonauka, zwana teologią, składa się mało, że z piramidalnych, piętrzących się bzdur, ale również z bzdur wzajemnie się wykluczających, sprzecznych i nielogicznych. Kiedyś to się sprawdzało. Ksiądz na ambonie powiedział, że jak idzie burza, to trzeba wystawić dupę przez okno, żeby odstraszyć pioruny. I cała wiocha wisiała potem z odbytami na zewnątrz, gdy tylko ściemniło się za oknem. To nie żart, poczytaj o tym. Ciemnogrodem można było dowolnie manipulować. Gdyby ksiądz powiedział im, że mają jeść gówno - pewnie w książce kucharskiej ze staropolskimi przepisami znaleźlibyśmy dzisiaj klopsiki z kupy marynowane w sosie własnym.

Dziś, w erze, gdy na większość pytań egzystencjonalnych ludzkości odpowiada wujek Google, ludzie są bardziej oczytani, oświeceni i inteligentni. Przeciętny człowiek żyjący w XVIII wieku pochłaniał taką ilość informacji, ile dziś mieści się w jednym wydaniu codziennej gazety. W porównaniu z naszymi przodkami jesteśmy megainteligentnymi superistotami. 90% naukowców, inżynierów i wylazaców, jacy kiedykolwiek istnieli w historii ludzkości, żyje dziś.

Oznacza to, że Kościół traci wpływy. Kiedyś, jak ktoś zachorował, modlił się do złotych ołtarzy, bo nic innego mu nie pozostawało. Dziś rolę religii przejmuje nauka. Modlimy się do koncernów farmaceutycznych, żeby znalazły lekarstwo na HIV czy raka. Nie pokładamy już nadziei w Bogu. I całe kurwa szczęście! Oto bowiem z błagających o życie ofiar i baranków bożych zmieniamy się w kierujące własnym życiem istoty. Sami możemy się wyleczyć, zważywszy, że miłosierny Bóg jakoś skąpi nam cudownych ozdrowień.

Powracając jednak na tematy gejowskie - osobiście cieszę się, że Kościół dyskryminuje Gejów. Dziś bowiem, w kontekście pedofilskich skandali skrzętnie tuszowanych przez Watykan, w kontekście 35 tysięcy zgwałconych i bitych przez księży w Irlandii dzieci, w kontekście wypraw krzyżowych i masowych mordów Indian, gdzie z hasłem "Bóg tak chce" na ustach nabijano na pal kobiety w ciąży a małe dzieci były rozszarpywane przez wściekłe psy, wyklęcie przez Kościół to pozytywne wyróżenie.

Nie chcę mieć z tą chorą, zdegenerowaną instytucją nic wspólnego. 2000 lat morderstw, paleń na stosie i ja kurwa, z uśmiechem na ustach, mam tam zadylać co niedzielę i błagać o przebaczenie. Ja mam bładać o przebaczenie, czujesz? A nie np. Jan Paweł II, który beatyfikował Jose de Anchieta - gościa, który mordował setki Indian i twierdził, że "Miecz i żelazny pręt to najlepsi kaznodzieje". To se kurwa Kosciół auorytet znalazł, co nie? Chrześcijaństwo religią miłości - brzmi to jak niesmaczny żart.

Bardzo się cieszę, że Kościół ma mnie w dupie. Jeszcze 300 lat temu, za to, kim jestem, w imię miłosiernego Boga puściliby mnie z dymem. Dziś ograniczyli się tylko do mdłej tolerancji na pograniczu ich własnej wytrzymałości. Dziękuję bardzo. Kościół pozwolił nam się przytulać, ale nici z dymania. A jeśli chcesz się kochać z facetem - won z domu Pana.

Niektórzy nawet powołują się na Biblię, w której na Sodomę i Gomorę Bóg zrzucuł meteoryt, bo robili tam nieczyste rzeczy. Może i bym się przejął, gdyby nie fakt, że w Biblii, prócz tego, jest też napisane, że ktokolwiek wydymał woła, to trzeba go ukamienować - razem z tym wołem, którego mięsa potem jeść nie wolno. A za pracę w niedzielę, trzeba karać śmiercią. I za rozpalanie ognia w domu w sobotę też. Za wszystko trzeba karać śmiercią. Taka starożytna wersja Kononowicza.

Ba! Tam jest nawet napisane, że noszenie długich włosów przez faceta, jest dla niego hańbą! Ciekawe, co powiedziałby Jezus, którzy prezcież miał włosy jak panna, gdyby to przeczytał.

Bóg, w którego ja wierzę, jest zdeczka inteligentniejszy, niż ten, którego wizerunek propaguje Kościół. Ich Bóg jest małym, rozkapryszonym bachorem, mściwym, surowym i domagającym się ofiar z ludzi. Myślę, że tylko naprawdę zjebany człowiek mógłby pomyśleć, że tak w istocie mogłoby być. Jest to równie głupie, jak wiara, że świat opiera się na 4 penisach ptaków dodo.

Wychodzenie poza Matrix Kościoła

To, w co wierzą w Kościele, nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. To ich własne haluny, oparte o stek bzdur napisanych przez nieuków 2000 lat temu. Wierz mi, nic sie nie stanie, gdy olejesz Kościół. Traktuj tę instytucję w kategorii żywej szopki, mentalnego skansenu, gdzie ludzie co tydzień odwalają zrytualizowane przedstawienie. Robią to nie z miłości do Boga, ale ze strachu, że pójdą do piekła, więc miej dla nich litość i wyrozumiałość.

Zrozum też, że nie musisz mieć ich akceptacji i pozwolenia na cokolwiek. Przedstawiciele Kościoła to generalnie starcy, którym nogi trupem już śmierdzą i lada moment odwiedzą Pana w jego Królestwie. Nie trzeba się nimi przejmować, tym bardziej, że większość zagorzałych homofobów wg. statystyk nie zna ani jednego Geja. Czyli po prostu mają zestaw przekonań dotyczących osób, których nie spotkali (lub sobie tego po prostu nie uświadamiają). Przypomina mi to bajdy o smokach, które krążyły w średniowieczu - wszyscy wszystko o nich wiedzieli, ale nikt ich nie widział.

Dla świętego spokoju nie chodź też na msze - no chyba, że lubisz, jak Ci piorą mózg. Nie ma żadnego racjonalengo powodu, dla którego masz klęczeć na zimnej posadzce w niedzielę rano i bić się w pierś, jęcząc "Moja wina, moja wina..." Żadna kurwa Twoja wina. Oni dobrze wiedzą, że jak komuś wkręcą poczucie winy, to ten ktoś jest bardzie uległy i dlatego zaraz po tej kwestii przelecą się po kościele z tacą, żebyś rzucając dyszkę złagodził swój konflikt wewnętrzny. Sprytne, co nie?

Nie musisz nic robić, by sobie zasłużyć na "wieczne zbawienie". Wiara w Boga czy w cokolwiek innego nie ma nic wspólnego z aktywnością fizyczną, czyli chodzenem, klękaniem, całowaniem Jezusków na krzyżach, żarciem opłatków itd.

Odradzam Ci też bycie antyklerykałem. Warto dla zdrowia obśmiać Kościół (jak ja), ale bycie jego zagorzałym przeciwnikiem sprawi, że również Ty będziesz fanatykiem, który święcie oburza się na wieść o poczynaniach bogobojnych dziadków na złotych tronach. To nie ma sensu. Antyklerykał nie istnieje bez kleru. To symbioza - jeśli kler zginie, ktoś będzie musiał straić swoją tożsamość. Mógłbyś się zmienić w kogoś na kształt byłego Solidarnościowca - który pomimo braku najeźdzcy czy okupanta, na siłę wyszukuje wrogich sił, objawów działania demonów i robi strajki co rusz.

Pewnie to, co dziś napisałem, dla wielu bedzie "oczywistą oczywistością", niemniej tego posta kieruję do tych Gejów, którzy nie do końca zaakceptowali siebie, którzy kochając się z facetem mają jakieś poczucia winy itd. - w nadziei, że wyciągną z tego tekstu coś dla siebie. Kochaj się, rób co chcesz, bo Bóg generalnie i tak ma to pewnie gdzieś :)

poniedziałek, 13 lipca 2009

W jaki sposób Geje zapobiegli III Wojnie Światowej?

Jak pewnie wiesz już z Wikipedii, homoseksualizm to nie tylko zjawisko występujące wśród ludzi. Homo potrafią być też żyrafy, bizony, pingwiny czy łabędzie. Kiedyś czytałem o pewnym eksperymentcie, w którym z pewnej populacji rybek wyłowiono wszystkie osobniki homoseksualne (a było ich tam sporo). Naukowcy chcieli wiedzieć, co się stanie, gdyby nie było w niej gejów. Okazało się, że poziom agresji diametralnie wzrósł, ponieważ samce zaczęły ostro rywalizować o samice.

Wiesz, to ma sens. Jak już wcześniej wspomniałem, samce hetero są bardziej skłonne do agresji z prostego powodu - ich mózgi są bardziej czułe na działanie androgenów. Nasze mózgi generalnie olewają androgeny i dlatego my, Geje, przechodzimy okres dojrzewania o wiele mniej gwałtownie, niż nasi heterorówieśnicy. Być może natura ma w tym zamysł - rodzimy się, ponieważ jesteśmy pigułką na uspokojenie dla agresywnych męskich mózgów. Być może, zupełnie nieświadomie, dzięki swojej łagodności i asertywności, łagodzimy społeczne nastroje i zapobiegamy konfliktom.

W poście dotyczacym gejdaru, czyli umiejętności rozpoznawania Gejów, napisałem, że zestresowane kobiety (np. wojną) mają większe szanse na urodzenie Geja. Ewolucja miała w tym "zamysł"* - skoro trwa jakiś zbrojny konflikt, świat jawi się jako miejsce stresujące - urodź Geja! To najlepszy sposób na to, by wszystkich uspokoić i zwiększyć w przyszłości szanse na pokój. W końcu nie walczymy jak heterycy o każdą dupę, nie zabijamy się z byle powodu. Jesteśmy o wiele bardziej czuli i wrażliwi, co - jak się okazuje - jest ogromną zaletą w kontekście świata, w którym ludzie napierdalają się z byle powodu.

Teraz myślę, że to pewna ironia losu. Pomyśl o tych wszystkich skrajnie prawicowych degeneruchach w stylu mocherowych babć, które przecież - bądź co bądź - żyją w stanie nieustającego konfliktu z całym światem, "cywilizacją śmierci" i innymi halucynacjami, które wytworzyły. Pomyśl, ilu Gejów musiały zupełnie nieświadomie spłodzić, sądząc, że świat jest poligonem walki pomiędzy dobrem a złem. O ironio - z pewnością najadły się przez to jeszcze więcej stresu.

Czyli Panowie dobra wiadomość - nie jesteśmy wynikiem jakiś niepożądanych mutacji czy czegoś w stym stylu - jesteśmy na swój, zupełnie nieświadomy sposób, potrzebni heterykom. Bez nas być może na lekcjach historii dzieci nie uczyłyby się, że były dwie wojny światowe, ale dziesięć. Masz więc całkiem przekonujący argument, gdy ktoś zacznie walić chrześcijańską gadką, że "to niemoralne być pedałem". Reklamacje proszę składać do matki natury, nie do mnie.

Do napisania!

* Wiem, wiem, ewolucja nie mogła mieć z tym zamysłu, bo nie działa celowo, ale wierzę, że zrozumiesz w całej swej mądrości, że to tylko skrót myślowy i chodzi mi o to, że być może populacje ludzkie, w których Geje się nie rodzili, po prostu wymordowały się nawzajem, a przetrwały tylko te, które szanowały Gejów, ponieważ łagodzili nastroje społeczne.

niedziela, 12 lipca 2009

7 prostych kroków, jak spieprzyć najlepszy związek - instrukcja obsługi

Oto przepis prosty i szybki, jakby rodem z Poradnika Domowego, bynajmniej nie by upiec ciastka, lecz by spieprzyć każdy, nawet najbardziej harmonijny związek. Wystarczyło wytężyć swe oko i ucho, by natychmiast wyłapać wzorce, które sprawiają, że dwoje ludzi ma siebie dość po pewnym czasie.

1. Idealizuj partnera.

Tak, oczywiście - on nie ma żadnych wad, bo jest księciem z bajki. Ma lśniący uśmiech, zawsze Cię wspiera, nie ma humorów, złych dni i nie wali fochów. Jest doskonałym kochankiem, przyjacielem, mężem, żoną, dziwką i szoferem. Idealizowanie partnera jest doskonałym sposobem na to, by się potem głęboko rozczarować, gdy okaże się, że on jednak dłubie w nosie, grzebie w tyłku, spóźnia się i marudzi, gdy pada deszcz.

Rada: akceptuj całość zachowań drugiej osoby - to podstawa, by się z nią znakomicie komunikować. Jeśli już chcesz wierzyć, że nie ma wad, to pojmij przynajmniej, że każda ludzka cecha czy zachowanie jest w pewnych sytuacjach cennym zasobem (zasób to coś, co pozwala nam osiągać nasze cele), np. Jest uparty? znakomicie - gdy ktoś zaproponuje mu ćpanie, dzikie picie, rozbieranego pokera - pewnie odmówi. Jest skąpy? Super! W dobie Wielkiego Strasznego Kryzysu to pożądana cecha. Jest niepoważny? Świetnie - ludzie poważni są tacy nudni! Itd.

2. Wymagaj od niego jak najwięcej!

Pamiętaj: bądź szczegółową informacją dla niego, co powinien, co musi i czego mu nie wolno. I w kółko przypominaj mu o tym zrzędliwym głosem. Prezentuj też postawę roszczeniową w każdym aspekcie Waszego wspólnego życia - przede wszystkim w łóżku (to sprawi, że będzie miał problemy z erekcją i wytryskiem!). A gdy nie spełnia Twoich wymagań - wal fochy (koniecznie z przytupem i melodyjką), obrażaj się i rób niekończące się wyrzuty. Przecież jego "usługi" Ci się należą, prawda? Niech to wszystko przypomina sytuację, w której Ty leżysz niczym kłoda, a on skacze wokół Ciebie i Cię obsługuje.

Rada: nie wymagaj, lecz posiadaj kryteria. To spora różnica. Wymagania zawsze wyrażane są modalnymi operatorami konieczności w 3 os. (on powinien, musi, nie wolno mu itd.). Powodują stres, konflikty i złość. Daj mu wolność - to największy prezent, jaki można dać osobie, którą się naprawdę kocha. I oczywiście miej swoje kryteria, które dokładnie, sensorycznie (obrazowo, słuchowo i "czuciowo") odpowiadają na pytanie, po czym poznajesz, że ktoś jest Twoim facetem (były o tym posty dawno temu, poszukaj w archiwum, bo to w kurwę ważna sprawa). Nie wymagaj od nikogo, by spełniał Twoje kryteria - pozwól ludziom wybierać. Informuj ich, po czym poznajesz swojego idealnego partnera i doceniaj każdego, kto zbliża się do Twojego zakresu.

3. Czuj się źle bez partnera.

Twój partner jest wybawieniem od problemów. To lek na samotność, frustrację, depresję - słowem - chodząca apteka ze specyfikami na każdą dolegliwość. Przy nim czujesz się zajebiście, bez niego - usychasz niczym kwiat w upale bez wody. Wtedy doskonale się od niego uzależnisz emocjonalnie i będziesz musiał go zażywać, niczym narkotyk. Tylko niech coś nie gra...

Rada: czuj się dobrze zarówno z partnerem, jak i z samym sobą w samotności. To da Ci niezależność emocjonalną i pozwoli zobaczyć coś poza partnerem. Zawsze polecałem, by ludziska najpierw ułożyli sobie w deklu wszystko, a potem pchali się do związków. Jak można stworzyć fajny związek, jeśli samemu jest się zjebanym człowiekiem z problemami? Związek - udany - to taki, w którym ludzie dzielą się przede wszystkim swoim szczęściem, a nie w kółko problemami. Nie chcę być w związku z kimś, kto jest ze mną tylko dlatego, że sam czuje się ze sobą źle i ja jestem lekiem na tę jego dolegliwość. Chyba nie o to tutaj chodzi, co nie?

4. Obarczaj go winą.

Nie czujesz się idealnie w swoim związku? Czujesz się niedopieszczony? Ignorowany? Lekceważony? Spaliłeś ciasto? Szef Cię opierdolił? Po co się zadręczać? Zrzuć winę na partnera! On wszystko przyjmie jak pies na garba. Co prawda potem odejdzie (i to nagle i zupełnie nieoczekiwanie), ale póki co -możesz sobie poużywać. Przecież to on jest źródłem wszystkich Twoich problemów - spowodował Twoją nerwicę, dziurę ozonową i pewnie to on zabił Kennediego!

Rada: sam rozwiązuj swoje problemy i naucz się brać odpowiedzialność za swoje błędy - w przeciwnym wypadku niczego się nie nauczysz. Jeśli ktoś się z kimś rozstaje i mówi, że "to jego wina" - znaczy, że nie wziął żadnej nauki z tego związku, że w ogóle nie widział swojego udziału w sprawie i że jego przykry los najpewniej się powtórzy. Wszechświat bowiem tak długo zsyła nam przykre doświadczenia, aż się w końcu nauczymy. Albo i nie. Poza tym - przeciwieństwem obarczania winą (tzw. rama winy) jest ustalanie wspólnego celu albo wspólnego stanu pożądanego, w którym pozytywne intencje obu stron są zaspokojone. Proste, co nie?

5. Podejrzewaj go o złe intencje.

Ten pomysł zawsze mi się podobał. Jego "złe" zachowanie (albo inaczej - oceniane przez Ciebie jako złe) oznacza, że on chce dla Ciebie źle - chce zniszczyć związek, zrobić Ci na złość, ośmieszyć, urazić etc. To przecież oczywiste. Ba! Przy odrobinie wprawy możesz podejrzewać go o złe intencje nawet wtedy, gdy nie ma ku temu żadnych podstaw. Np. spóźni się, a Ty zarzucisz mu, że zrobił to specjalnie, by Cię zdenerwować. To naprawdę cudowna metoda, by się z nim pokłócić.

Rada: oddziel zachowanie człowieka od intencji tego zachowania. To, co ludzie robią, a to, co chcieli dzięki temu osiągnąć, to dwie różne sprawy. Uświadom też sobie, że intencja każdego, nawet najbardziej podłego zachowania, jest pozytywna - co oznacza, że osoba zawsze na którymś poziomie chce osiągnąć coś dobrego dla siebie. Np. Twój partner uroczo rozmawia z kimś innym na imprezie - by wzbudzić w Tobie zazdrość. Po co? Oczywiście, by Cię upodlić, co nie? Bullshit - chce sprawdzić, czy Ci na nim zależy!!!!!!!!! Do kurwy nędzy, dlaczego tak mało osób to kuma? Jeśli chcesz się z kimś zajebiście dogadywać - rozmawiaj nie z jego zachowaniami, ale z pozytywnymi intencjami, które stoją za każdym z nich. Każdy z nas na którymś poziomie chce miłości, ciepła, zrozumienia, akceptacji itd. - tylko nie wszyscy znają proste i ekologiczne (nie szkodzące innymi i sobie) ścieżki, by to osiągnąć. Pod najgorszymi, najbardziej agresywnymi zachowaniami kryją się ludzie, którzy wołają o pomoc i pragną zrozumienia! Póki tego nie widzisz, nie stworzysz dobrego związku.

6. Uczyń go najważniejszą rzeczą w Twoim życiu.

Innymi słowy: uzależnij wszystko - swoją przyszłość, plany, marzenia, pragnienia i ich realizację - od Twojego partnera. Uwierz, że bez niego nie znaczysz nic, że on jest Twoim Słoneczkiem, po orbicie którego zapierdalasz niczym zagubiona asteroida. Broń Boże nie myśl, że idziecie wspólnie jakąś drogą! Chodzi o to, żeby uzyskać świetny efekt, gdyby coś szło nie tak - każda kłótnia czy rozstanie będą interpretowane jako zdarzenie pt. "życie mi się wali".

Rada: wciąż mnie to zastanawia. Gdyby ktoś powiedział, że "pieniądze są najważniejsze w moim życiu", inni powiedzieliby "wow, ale zjeb". Ale gdy ktoś wierzy, że partner jest najważniejszą osobą w jego życiu, to już ok. Ten rodzaj uzależnienia jest społecznie akceptowany. Matrix wyraża zgodę - uzależnij swoje życie od drugiej osoby w 100%! A może lepiej zdecydować się na bardziej wyważone podejście, co? Wiesz, kto jest najważniejsza osobą w Twoim życiu? Jeśli sądzisz, że nie Ty sam, to biada Ci. Partner jest ważny, ale nie najważniejszy. Tak, jak kasa, seks i inne wartości. Ty jesteś najważniejszy. Powołałeś do życia te wartości, by Ci służyły, a nie Ty im! Niech Twój związek będzie jednym z filarów, na których będziesz wspierał swoje życie. Jeśli jednak Twoje szczęście będzie domkiem na kurzej łapce, to będziesz miał zajebisty problem, jak Ci ktoś tą kurzą łapkę upierdoli. Miej wiele kurzych łapek. To mądrzejsze, szczególnie na terenach podmokłych :)

7. Bądź dla niego za dobry.

Właź mu w dupę każdego dnia: śniadanka do łóżka, kwiatuszki, romantyczne kolacje. W każdej chwili bądź gotów rzucić to, co robisz, by pędzić mu na ratunek - np. kupić majtki, które widział w sklepie, albo zrobić herbatę. Chodzi o to, żeby pokazać mu, że sam dla siebie nie masz szacunku i żeby zaczął traktować Cię jak niewolnika, sługusa, którego w każdej chwili można kopnąć w dupę bez żadnych konsekwencji. Pamiętaj - nigdy nie wolno mieć żadnych zastrzeżeń w stosunku do tego, co on mówi i robi, zawsze musisz się na wszystko zgadzać, przytakiwać. Nie wolno Ci się też denerwować, bo to przecież nieładnie się denerwować a w dobrych związkach ludzie się nie kłócą, prawda? Hahaha! I oczywiście bój się, że odejdzie od Ciebie - wtedy wyczuje to podświadomie, że się boisz i dojdzie do wniosku (równie nieświadomie), że musisz mieć jakieś ukryte wady, skoro się boisz rozstania (gdybyś miał świadomość, że jesteś dla niego prawdopodobnie najlepszą partią - nie bałbyś się, co nie?).

Rada: Owszem, bądź dla niego dobry, wspieraj go, gdy tego potrzebuje, służ swoimi radami. Natomiast zawsze miej do siebie szacunek i doceniaj sam siebie - a on pójdzie Twoim śladem. Czasem zostawiaj partnera samopas i pozwól mu poradzić sobie samemu z różnymi wezwaniami - nie jesteś jego niewolnikiem, terapeutą czy niańką. Twórz mu warunki, by czuł się dobrze, ale pamiętaj, że ostateczna decyzja, jak się będzie czuł, należy do niego. Jeśli on robi sobie kuku w głowie, to nie Twoja wina - nie powodujesz w nikim emocji - to ludzie reagują emocjami na to, co robisz. Problemem nie jest to, co robisz, ale to, jak czasem ludzie na to reagują. A reagują różnie.

***

Wszystko sprowadza się do tego, aby po prostu nauczyć się w pełni cieszyć drugim człowiekiem i ciągle zadawać sobie pytania: jak może nam być razem jeszcze lepiej?

czwartek, 2 lipca 2009

Metafory seksu - czyli jak można myśleć o seksie?

Gdy pomyślę o ilości konfiguracji, w jakich facet z facetem mogą uprawiać seks, to aż robi mi się miło, że urodziłem się Gejem :) Kobieta hetero może tylko w zasadzie leżeć i nara, nigdy się nie dowie, jakie to fantastyczne uczucie kogoś przelecieć, po męsku kogoś zdobyć i - za przeproszeniem - wyjebać aż mu się uszy będą trzęsły. Z kolei facet hetero nigdy nie poczuje, jak to fajnie być przeleconym, jak to jest ... się przed kimś otworzyć ;-) , oddać się komuś w całości. I choć pewnie powiesz, że moje przemyślenia są dość oryginalne, ale heterycki seks jest totalnie atawistyczny - uprawiają seks, by się mnożyć. Jak zwierzęta :P

Seks to jedno z paliw, jakimi napędzana jest nasza kultura - również kultura gejowska. Warto więc na moment pomedytować nad tym, jak o seksie myśleć, by czerpać z niego jeszcze więcej satysfakcji.

Zaobserwowałem kilka fajnych stylów myślenia o seksie, których używają Geje, by w kontekst łóżka przenosić zasady i wartości z innych światów. Żaden z tych stylów myślenia (metafor) nie jest ani dobry, ani zły - jest po prostu użyteczny. I - co najważniejsze - możesz zmieniać swoje myślenie o seksie, by uzyskiwać w tej dziedzinie zupełnie nowe rezultaty.

Zanim jednak przejdziemy do omówienia metafor - chciałbym Ci zdradzić w tajemnicy, że trochę obawiałem się tego tematu. Oto bowiem pisarska fantazja łączy się z tak wrażliwym i emocjonującym tematem, jakim jest seks. Co z tego wyszło..? Strach się bać, ale ciekawość jest i tak większa :)

Zatem seks jest jak... co?

Seks jak sport.

Znasz to? Metafora ta obowiązuje chyba od starożytnej Grecji. Kiedyś goście nacierali się olejkami i uprawiali zapasy, by potem przelecieć przegranego. Dziś wygląda to nieco inaczej. Jest sobie paker, ma foto strzelone z koma w lusterku, najlepiej pod prysznicem, ciałko umięśnione, ogolone. Od razu widać, że chuj jest dla niego jak sztanga; pchanie, niczym wyciskanie hantli. Hehe, choć to, co piszę, brzmi pewnie nieco sarkastycznie, uważam, że myślenie o seksie, jak o sporcie, otwiera całkiem interesujące możliwości. Pomyśl: bijecie razem rekordy, ociekając potem i ćwicząc jednocześnie mięśnie pośladków; robicie razem parę rundek, pchacie młotem (loool :) i takie tam.

Ten dość kontaktowy sport ma dwa warianty. Pierwszy - gdy współpracujecie, by razem osiągnąć metę (ja np. w kajakarstwie) lub gdy rywalizujecie, by stanąć wyżej na podium (jak np. w zapasach). Zauważ, że oba te warianty mogą dać interesujące rezultaty w seksie. Począwszy od idealnej współpracy, skończywszy na gwałcie i porzuceniu w rowie (zwycięzca pokonuje przegranego:)

Oczywiście myślenie o seksie w taki sposób ma tez kilka minusów - przede wszystkim jest to seks czysto techniczny, bezduszny, gdzie nie ma miejsca na czułości i gdzie liczą się tylko wyniki: jak najwięcej, jak najdłużej, jak najbardziej. Trzeba też liczyć się, że Twój kolega może też mieć kogoś innego na ławce rezerwowych, używać dopingu albo łamać reguły gry. Ten styl jest natomiast świetny, jeśli chcesz się z kimś spotkać raz i raczej się do niego nie przywiązywać. Możesz też go stosować, gdy jesteś w związku i znudziło wam się to, co robiliście do tej pory - ot, dla fun'u.

Kogoś, kto myśli o seksie, jak o sporcie, dość łatwo rozpoznać po języku, jakim używa: mówi o seksie czysto technicznie, opisując jego mechanizmy, koncentrując się na osiągnięciach, wynikach, rankingach (kto lepszy itd.). Zupełnie, jakby studiował atlas anatomii lub był po wykładzie z fizjologii człowieka.

Seks jak uczta.

To bardzo smaczna metafora seksu, której ludzie używają równie często, jak poprzedniej. Często słyszy się "ale ciacho, chętnie bym go schrupał" albo "zjadłbym Cię" itd. Podobnie, jak poprzednia metafora - ta również aktywuje ośrodek nagrody w mózgu. W seksie kulinarnym osoby traktują się, jak pyszne danie ("mój Ty baleronku, moja truskaweczko" :) Najpierw danie to trzeba odpowiednio przyrządzić (widzisz już tą bitą śmietanę na jego... ekhm:), odpowiednio zarumienić, by była smaczna i zdrowa. A potem naturalnie zjeść. Należy też na końcu polać ofiarę sosem, by smakowała jeszcze lepiej :)

I jest w tej metaforze coś ze sztuki, bo przecież gotowanie jest prawdziwą sztuką - jak najbardziej użytkową. I podobnie, jak w seksie - jej efekty często lądują w naszych ustach :)

Kiedyś opublikowano badania, że faceci jedzą w podobny sposób, jak się kochają. Możesz więc obserwując gościa w restauracji odkryć, jak uprawia seks. Jeśli wpierdala szybko, byle jak, byle co - to komentarza nie wymaga. Jeśli natomiast delektuje się posiłkiem, każdy kęs powoli żuje w ustach, to wróży ciekawą przygodę :)

Seks potraktowany jak wspólna uczta może być wręcz rytuałem czy obrzędem - ma swoje reguły, kolejność, porę dnia (lub nocy). Będą tam pewne rzeczy, które wypada i których nie wypada robić. I błagam - zróbcie to szarmancko, z kulturą, Panowie, a nie jak świnie przy korycie :)

Metafora ta jest doskonała dla ludzi, którzy są w związku - jest zarówno wyrafinowana, jak i wyszukana.

Seks jak polowanie.

Wersja dla odważnych, bo nieco brutalna. Kochanka traktujesz, jak zwierzynę, którą trzeba upolować. Oczywiście najpierw się ona ukrywa, broni, ale w końcu łapiesz ją w pościgu a potem delikatnie wgryzasz się w jej gardło, niczym lew sarence, pokazujesz, kto tu rządzi, kto jest górą. Oczywiście zwierzyna się wyrywa, więc Twoim zadaniem jest ją ujarzmić i zrobić jej dobrze pomimo braku chęci współpracy z jej strony. Zwierzyna jest ujarzmiona dopiero wtedy, gdy jest już totalnie zmęczona, pada na kolana i błaga o litość :) Oczywiście im bardziej się wyrywa podczas prób ujarzmienia jej, tym większe atrakcje nas czekają i tym większa potem satysfakcja, gdy już dojdzie do soczystego i spektakularnego zagryzienia jej:)

Proponuję też, by potem zamienić się rolami buhahaha. Bycie ofiarą też może być fajne :) I oczywiście apeluję o zdrowy rozsądek - niech to wszystko będzie ujęte w nawias dobrej zabawy, żebym potem w gazetach nie czytał, że jakiś facet zagryzł drugiego w łóżku, bo wziął sobie moje słowa za bardzo na poważnie:)

Seks jak taniec.

Gdy łóżko staje się Waszym parkietem, Wy tancerzami, seks jest tańcem a muzyka wyznacza tempo i puls waszej rozgrzanej do białości krwi. Tańcząc, jesteśmy w transie. Zapominamy o świecie, skupiamy się na powtarzalnych ruchach ciała, odlatując gdzieś daleko umysłem. Podobnie tutaj. W tego typu seksie finał nie jest aż tak ważny, jak proces - tulenie się, przybliżanie i oddalanie, harmonia ciała, wspólne tempo i rytm, lizanie się, dotykanie. Nie ma tu miejsca na rozmowy, na ustalanie szczegółów czy rytualizację - jak w metaforze kulinarnej - tu chodzi o 100%-owy spontan, zapomnienie. Nawet, gdy oboje osiągnęli już szczyt, tańczą nadal, zupełnie, jakby nic się nie wydarzyło, wzajemnie nasiąkając swoimi wydzielinami. Chodzi o rytm, nie finały. Na dyskotece nie ma finałów - wszyscy tańczą, aż opadną z sił i zasną gdzieś pod stolikiem.

Czy takie coś można zaplanować? Sądzę, że tak, ale to nie ma sensu - po prostu idziesz na żywioł. Warto mieć tutaj zaufanego, sprawdzonego partnera, bo poniekąd wyłączasz umysł, a więc różnie może być.

Seks jak akcja ratunkowa.

Pełen odlot :) Gdy ktoś nagle znajdzie się w ciężkim stanie - potrzebuje pomocy. I oto przybywa przystojny pan ratownik. Heroicznie rozdziera kamizelkę ratunkową i robi nieprzytomnemu usta-usta. On wciąż jednak osuwa się bezwiednie na poduszkę. Wtedy ratownik wyciąga swój nowoczesny sprzęt i reanimuje go - aż do utraty tchu. Nie zważa na nic, na siebie i na swoją przyjemność - przyjemność poszkodowanego jest najważniejsza. Trzeba zrobić wszystko, by znów miał orgazm jak zza starych, dobrych czasów :)

A potem oczywiście trzeba dać zastrzyk prosto w dupę, by wstrzyknąć mu trochę substancji odżywczych. Albo - gdy zajdzie taka konieczność - wpuścić sondę do przełyku lub odbytu, by szczegółowo zdiagnozować stan pacjenta. Taka gestro- lub kolonoskopia może bowiem uratować życie choremu i ujawnić szczegóły, które będą przydatne w celu postawienia ostatecznego rozpoznania i dalszego toku intensywnej terapii. A terapię trzeba oczywiście przeprowadzać regularnie i bardzo, bardzo intensywnie :)

Seks w stylu medycznym! Tego jeszcze nie grali, co nie? :) Już wiesz, skąd w heteryckim świecie biorą się dzikie fantazje o seksownych pielęgniarkach z wielkimi strzykawkami. W świecie gejowskim brakuje nam takich archetypów, więc niech będzie to zalążek - Pan Ratownik. Wystarczy zadzwonić (czynne całą dobe) by przyjechał na sygnale i uratował Cię od samotności, smutku i masturbacji.

Seks jak korepetycje.

Oto w drzwiach pojawia się Mieciu - niesforny uczeń. Jego nauczyciel jest, poza tym, że świetnie zbudowany i pociągający, oczywiście bardzo surowy i wymagający. Dziś będzie uczył go przyjemności - w czym naturalnie ma doktorat. Zadaniem Miecia jest uważne słuchanie i wykonywanie poleceń swojego nauczyciela - bo, jak nie to... pała :)

Nauczyciel uczy Miecia, jak dokonywać głębokich ANALiz, jak rozkładać się na pierwiastki i na łóżku, szukać wspólnego mianownika, konstruować trójkąty rozwartokątne itd. Mieciu jest ambitny i bierze sobie do serca i do buzi wszystkie wskazówki nauczyciela. Na koniec semestru bowiem Miecia czeka bardzo surowy egzamin ustny (i nie tylko ustny) z materiału, który został wyłożony. Mieciu musi mieć piątkę z różnych przedmiotów, takich, jak [tutaj wstaw najbardziej wyuzdane nazwy czynności seksualnych, jakie przychodzą Ci do głowy]. Sesja ma być długa i męcząca, ale czego się nie robi dla dobrych ocen :)

Poza oczywiście elementem śmieszności, jaki posiada ta metafora, ma ona też swoje drugie dno - dzięki niej możesz uczyć się, jak sprawiać swojemu facetowi przyjemność tak, by oceniał Cię jeszcze lepiej, niż dotychczas. Stajesz się profesjonalistą, zdobywając kolejne stopnie wtajemniczenia. Partnera traktujesz, jak Twojego nauczyciela w dziedzinie jego przyjemności. Może być ciekawie. Metafora dobra dla stałego związku - by obie strony mogły się uczyć, jak być lepszym w te klocki.

***

Czy to wszystko? Oczywiście, że nie. Miałem niezły ubaw, pisząc ten tekst. A Twoja wyobraźnia nie ma granic, zatem działaj - twórz własne metafory i baw się :)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

TOP 10 miesiąca