SZYBKIE INFO:

[16.06.2017] Dziś garść informacji o tym, jak uchronić swoją psychikę przed homofobią - zapraszam do czytania :)

środa, 28 października 2009

Sekret odróżniania emocji od uczuć - zrozum, jak działa człowiek

W skrzynce mej znalazł się mail: "Oddałbym całą kasę, by odróżniać emocje od uczuć." Człowiek, który to napisał, wie, jak ważna jest ta wiedza. Bez niej bowiem jesteśmy zagubieni we mgle, obijamy się jak gówno od brzegu.

Po co uczyć się odróżniać emocje od uczuć?

Korzyści jest wiele. Przede wszystkim - mądrzejsza komunikacja. Dzięki umiejętności odróżniania emocji i uczuć lepiej komunikujesz się z samym sobą. Wiesz, co chcesz osiągnąć, kim jesteś, czemu służy Twój lęk, miłość etc.

Resztę korzyści odkryjesz, gdy nauczysz się tej cennej umiejętności.

Wiedza, którą to zawieram, była zdobywana przeze mnie wiele lat. Doceń to, że Ty zrobisz ten krok w czasie nieporównanie krótszym.

Czym różnią się emocje od uczuć?

Emocje idą z umysłu.

Uczucia - z serca, które również ma swoje sieci nerwowe.

Emocje mają swoją konkretną neurologiczną strukturę, którą można opisać. Uczucia - nie.

Emocje mają wektor motywacji, bo emocje są motywacją. Emocja może mieć wektor DO (zazdrość, pożądanie, frustracja) lub wektor OD (lęk, obrzydzenie, złość). Uczucia - miłość, wdzięczność, radość, pewność, akceptacja, spokój etc. - nie mają wektorów motywacji - one są, po prostu są. Tylko czasami je tłumimy swoimi emocjami, to inna bajka.

Emocje są konsekwencją wiary w określone historie umysłowe. Np. lęk bierze się z historii, która kończy się w tragiczny sposób i urywa, byś nie wiedział, co robić dalej (np. "jedziesz autem, przyspieszasz, rozwalasz się i leżysz ze zgniecionymi nogami we wraku, bez możliwości opuszczenia go" - gdy opowiesz sobie taką historię jadąc autostradą, natychmiast zwolnisz, bo uruchomisz w sobie obawy). Z kolei gniew bierze się z historii, że "ktoś mnie atakuje" (w rzeczywistości nie ma czegoś takiego, jak atak - to też haluna, kiedyś o tym podyskutujemy). I tak dalej. Każda emocja to efekt wiary w określoną historię o określonej strukturze - a więc konsekwencja używania języka.

Innymi słowy - opowiadając historie, jesteś w stanie wzbudzić emocje. Wiesz to, bo czytasz książki, oglądasz filmy, słuchasz opowiadań różnych ludzi.

Uczuć nie wzbudzisz za pomocą historii, bo one są tam cały czas. Nie wzbudzisz w kimś miłości czy wdzięczności opowiadając bajeczkę. Możesz je za to tłumić - opowiadając historie, które budzą chujowe emocje. Nazywamy to stanem dekoherencji, a więc chwilą, w której umysł wierzy w lipną historię i przeszkadza sercu spokojnie przetwarzać uczucia - a więc być w stanie koherencji.

Gdy wywalasz lipne historie i przestajesz czuć złe emocje - zaczynasz być świadomy uczuć. Wracasz do pierwotnego stanu, w którym się urodziłeś - do koherencji serca.

Przykład - spokój. Czy możesz wywołać w sobie spokój? Nie! Możesz tylko usunąć to, czym się stresuje Twój umysł. A świadomość spokoju pojawi się sama.

Emocje mają sprawić, że coś osiągniesz lub czegoś unikniesz - są bowiem nastawione na rezultaty. Uczucia - mają tworzyć relacje, związki.

Emocje są warunkowe - tzn. są odpalane przez umysł, gdy są spełnione określone kryteria wejściowe. Coś musi pasować do wzorca, którego się wyuczyłeś, byś mógł zareagować emocją.

Uczucia się bezwarunkowe - a więc występują cały czas i wszędzie. Tylko przez lipne historie i emocje tracimy świadomość tego faktu. To nie jest tak, że my kogoś kochamy lub nie. My jesteśmy miłością - ogromną, bezkresną i wspaniałą - tylko nieustannie przeszkadzamy sobie to odczuwać, bo wierzymy w historie pt. "miłość jest nieosiągalna", "nigdy nikt mnie nie pokocha" itd.

Póki nie znasz tego z doświadczenia - nie zrozumiesz. To, co tu piszę, jest intelektualnym konstruktem, a nie doświadczeniem. Jeśli chcesz wiedzieć, o czym tutaj piszę - musisz tego doświadczyć na własnej skórze.

Emocje to nic innego, jak programy odpalane w różnych sytuacjach, abyś sobie radził. To hormony, które modyfikują pracę Twojego ustroju, byś się mógł dostosować w mgnieniu oka. Kiedyś było to bardzo praktyczne. Widzisz niedźwiedzia, boisz się, spierdalasz i przeżyłeś. Dziś takimi niedźwiedziami są: matura, egzamin, wystąpienie publiczne etc. Odpalamy tam hormony stresu i to jest chujówka, bo to zamiast pomagać, przeszkadza. Emocje wymknęły nam się spod kontroli. Ludzie latami stresują się czymś, co nie jest zagrożeniem. Podniecają się czymś, co nie daje im praktycznie żadnych korzyści prócz dodatkowych emocji i instalacji hipnotycznych.

Emocje są krótkotrwałe. Mijają. Wciąż się habituują. Nie rajcujemy się tym, czym 10 lat temu. Potrzebujemy wciąż nowych historyjek, by się podniecać, bać, frustrować etc. Stare to przeżytek. Chcemy nowych! Tak się kręci cały biznes na świecie.

Uczucia nie potrzebują niczego i się nie habituują. Prawdziwa miłość wygląda tak - patrzysz na kogoś i czujesz, jak rozpiera Cię cudowna, ciepła energia. Ten ktoś wrzeszczy na Ciebie, wyzywa Cię i wychodzi, mówiąc, że nigdy już nie wróci i trzaskając drzwiami. A Ciebie nadal rozpiera cudowna, ciepła energia. Bo wiesz, że on przeżywa tylko lipną emocję, bo wierzy w lipną historię. To wszystko. To nie ma znaczenia.

Gdy tylko coś zakłóci mi ten cudowny przepływ - wykrywam, w jaką historię uwierzył mój umysł, i ją wywalam. I wracam do flow.

Nie powiem, że wywalenie wszystkich historii jest łatwe i przyjemne i że to dzieje się od razu. Niektóre historie nie chcą odejść natychmiast. Niektóre przerabiam tygodniami. Ale wcześniej czy później poddają się wszystkie. I dają mi spokój.

Uczuć - tych najpiękniejszych - nie trzeba w sobie wytwarzać. One już w Tobie są. Jest w Tobie bezgraniczna miłość, wdzięczność, radość. Jest w Tobie spokój, pewność i akceptacja. Jest dar współodczuwania. To, co najpiękniejsze w całym Wszechświecie, jest już w Twoim sercu od zawsze. Tylko sobie nie przeszkadzaj w ich przepływie.

To dlatego tyle nawijam o wywalaniu chujowych historii - bo to nimi właśnie przeszkadzamy sobie w odczuwaniu przepływu cudownych uczuć.

Łapiesz już?

wtorek, 27 października 2009

Obalamy 3 największe mity na temat związków

Ten post jest cholernie merytoryczny. Oto bowiem za pomocą 4 magicznych pytań oraz metody odwracania myśli pokażę Ci krok po kroku, jak wyjebać z głowy lipne historie i oczyścić swój umysł z syfu.

Najpierw jednak odrobinka teorii.

Twój umysł to Twoja historia. Historia, którą dzielisz na mniejsze fragmenty połączone skojarzeniowo (cybernetycznie) ze sobą. Na tych historiach ludzie budują swoje iluzoryczne ega - mówią, kim są i co robią. Umysł nie żyje teraźniejszością, lecz przeszłością lub przyszłością - w generalnej większości. Umysł żyje historiami. Czasem są one fajne i budujące, czasem do dupy.

A gdy są do dupy - powodują cierpienia.

Są historie indywidualne, jak i kolektywne - takie, w które wierzą społeczności, narody, rasy. Ludzie opowiadają sobie te historie i mocno w nie wierzą, co stanowi podwaliny do osobowości kolektywnych (np. co to znaczy, że jestem Polakiem? - że jestem biedny, wielokrotnie jebany w dupę przez historię, że piję dużo wódki etc.)

Dziś weźmiemy na tapetę 3 największe mity dotyczące związków międzyludzkich - to też historie i też wymagają podważenia / obalenia w naszych umysłach. I zrobimy to konwersacyjnie - a więc w akcji, w dialogu. Nieważne, kto z kim rozmawia, ważne, że możesz się uczyć. Zapnij pasy i baw się wyśmienicie.

MIT 1: "Żeby zdobyć prawdziwą miłość, trzeba się starać."

- Czy to prawda?
- Wydaje się, że tak. Na pierwszy rzut oka... Wszyscy zdają się w to wierzyć. Kupują drogie ciuchy, auta, domy - po to, by wypaść dobrze w oczach innych. Jest tam pragnienie uznania i aprobaty. A w końcu - miłości. Nadzieja, że przyszły partner zachwyci się nami, naszymi zdobyczami i będzie przez to chciał z nami być (syndrom blachary :)
- Czy możesz być pewien, że aby zdobyć prawdziwą miłość, trzeba się starać?
- Nie... to nie brzmi dla mnie wiarygodnie. Trzeba? Kto powiedział, że trzeba.
- Okej, powiedz mi zatem, jak się czujesz, gdy dajesz wiarę myśli, że "aby zdobyć prawdziwą miłość, trzeba się starać"?
- Czuję obawę. Obawę, że mogę nie być wystarczająco dobry. Że mi się powinie noga i nie zdobędę miłości. I będę sam. To napawa mnie przerażeniem.
- Jak traktujesz siebie, gdy myślisz, że trzeba się starać o miłość?
- Jak zdesperowanego rycerza. Widzę siebie, jak klęczę przed kimś z bukietem kwiatków, aby się przypodobać. To uwłaczające i smutne na swój sposób. Jakbym sam nie wierzył, że zasługuję na prawdziwą miłość.
- Jak traktujesz osobę, która Ci się podoba, gdy wierzysz, że trzeba się starać o prawdziwą miłość?
- Jak boga. Jakby od niej wszystko zależało. Wchodzę jej w dupę, modlę się do niej, byleby się jej przypodobać.
- Jak to się kończy?
- Zazwyczaj źle. Zazwyczaj taka osoba postrzega mnie jak ofiarę losu, patrzy na mnie z zażenowaniem i odchodzi poszukać kogoś, kto ma do siebie więcej szacunku.
- Kim byś był, gdybyś nie mógł uwierzyć w tę myśl, że trzeba się starać, by zdobyć prawdziwą myśl?
- Byłbym bardziej niezależny. Mógłbym kochać kogoś i jednocześnie być wolnym człowiekiem, nie musieć o nic zabiegać. Czułbym się bardziej swobodny.
- Odwróć tę pierwotną myśl.
- Hm... Najprościej to chyba brzmiało by tak: Nie trzeba się starać, aby zdobyć prawdziwą miłość.
- Czy to może być prawda? Jak myślisz?
- Tak, to nawet jest prawda! Gdy ktoś kogoś kocha - tak serio serio - to nie patrzy na nic. Nie patrzy na kasę, na ubrania i samochody. Gadżety przydają się przy uwodzeniu. Przy prawdziwej miłości nie trzeba uwodzić.
- Super. Czy możesz jeszcze jakoś odwrócić pierwotną myśl?
- Pomyślmy. Chyba tak: Prawdziwa miłość sama stara się, by ją zdobyć. Jak nie muszę robić nic.
- Hehe, ciekawe. Czy to może być prawda?
- Coś w tym jest... Wiesz, jak to jest, gdy dwie osoby się w sobie zakochują. Czy trzeba cokolwiek robić? Właściwie nie... Wszystko dzieje się samo. Jakby to nie było życie, ale film, który reżyseruje ktoś inny.
- Jak się teraz czujesz?
- Lepiej, znacznie lepiej. Taki uwolniony!

MIT 2: "Jeśli się kogoś kocha, zrobi się dla niego wszystko."

- Czy to prawda?
- Wątpię.
- Czy możesz być pewien, że to prawda, że jeśli się kogoś kocha, to zrobi się dla niego wszystko?
- Nie, nie mogę być pewien. To bujda. Wszystko? To niemożliwe!
- Jak się czujesz, gdy dajesz wiarę myśli, że jeśli się kocha kogoś, to zrobi się dla niego wszystko?
- To działa na 2 sposoby... W pierwszym - zaczynam oczekiwać od osoby, która mnie kocha, że zrobi dla mnie to, co będę od niej chciał. Cóż - mogę się rozczarować. Przecież ktoś może mnie kochać, ale to nie znaczy, że będzie moim niewolnikiem spełniającym każdą moją zachciankę. Nawet bym tego nie chciał. Po drugie - jeśli sam kogoś kocham, to zaczynam się stresować tą myślą. Bo wydaje mi się, że powinienem zrobić dla tej osoby wszystko. Wszystko bez względu na wszystko. Czy to prawda? Nie!
- Więc to stresująca myśl.
- Bardzo. Bo nie wiem, czy sprostam! I nie wiem, czy się nie rozczaruję drugą osobą! To bolesne. To bardzo bolesne.
- Kim byś był, gdybyś w ogóle nie wierzył w tę myśl?
- Nie bałbym się tego, czy sprostam wymaganiom drugiej osoby. Mogę nie zrobić tego, o co mnie prosi, aby pozostać w zgodzie ze sobą, i jednocześnie ją kochać. To takie proste! Co więcej - nie oczekuję, że mój facet zrobi dla mnie wszystko dlatego, że mnie kocha. Chciałbym, aby podejmował decyzje zgodne z jego sumieniem.
- Odwróć tę myśl jakoś.
- Pomyślmy... Np. Można kogoś kochać i jednocześnie robić dla niego to, co się uważa za słuszne.
- Brzmi fajnie. Czy to może być prawda?
- To jest prawda! Można tak. To bardzo wyzwala. Czuję ulgę.
- Odwróć pierwotną myśl jakoś inaczej.
- Jeśli się kogoś kocha, nie zrobi się dla tej osoby wszystkiego.
- Dla mnie to brzmi racjonalnie. A dla Ciebie?
- Też. Wystarczy pomyśleć, czego uczy się osoba, dla której robi się wszystko. Natychmiast chce więcej! A czy można dać więcej, niż wszystko? Nie! Robiąc dla kogoś wszystko, czego tylko pragnie, krzywdzimy ją. Bo uczymy ją, że świat jest koncertem życzeń. A nie jest. Nasze pragnienia nie muszą się realizować. To są fakty. Dla bezpieczeństwa osoby, którą się kocha, lepiej nie robić dla niej wszystkiego. Niech uczy się sama, jak zdobywać to, czego pragnie.
- Powiem więcej - dla własnego bezpieczeństwa lepiej nie robić dla ukochanej osoby wszystkiego. Ile razy słyszałeś historię: poświęciłem mu wszystko, cały swój czas, wysiłek - a on mnie olał i odszedł!...?
- Dokładnie. W związku nie chodzi o to, by się poświęcać. Miłość nie ma nic wspólnego z poświęceniem. Poświęcenie wychodzi od lęku - że ktoś odejdzie. Miłość po prostu jest.
- Czy można tę myśl odwrócić jeszcze jakoś?
- Tak. Jeśli się kogoś kocha, zrobi się dla siebie wszystko.
- Brzmi egoistycznie.
- Dlaczego? Pomyśl. Jeśli kochasz kogoś, chcesz o siebie zadbać, aby móc być przy tej osobie dłużej, co nie?
- Coś w tym jest :) To takie proste!
- Najwyraźniej :) To oznacza, że nie muszę niczego robić dla ukochanej osoby a ona nie musi robić nic dla mnie, byśmy mogli się harmonijnie kochać.
- No tak.
- Tylko co z potrzebami?
- A czym wg Ciebie jest potrzeba?
- Myślę, że to kolejna historia umysłowa. Ktoś wierzy, że jego szczęście nie jest możliwe, jeśli nie dostanie X. A owe X może dać tylko partner. I pojawia się obawa, czy on da mi to X.

MIT 3: "Potrzebuję jego X (X - miłości, czułości, akceptacji, dotyku etc.)"

- Czy to prawda, że potrzebujesz X, aby być szczęśliwym z drugą osobą?
- Tak, wydaje mi się, że tak.
- Czy możesz być pewien, że potrzebujesz X, aby byś szczęśliwym z drugą osobą?
- Nie, nie jestem pewien.
- Nie jesteś, bo nie możesz być pewien na 100%, czy będziesz szczęśliwy, gdy dostaniesz owe X. Nie wiesz, czy to będzie dla Ciebie takie dobre w ostatecznym rozrachunku. Mam rację?
- Masz.
- Powiedz mi zatem, jak się czujesz, gdy dajesz wiarę tej myśli, że potrzebujesz X, aby być szczęśliwym z drugą osobą?
- Okropnie. Czuję się od niej uzależniony. Wiem, że może mnie bardzo uszczęśliwić, ale wiem też, że może mnie też zepchnąć w czeluści piekieł. To straszne. Nie chcę tak żyć, bo ta myśl znów każe mi zabiegać o to, by on mi to dawał. Nie jestem wtedy z wolnym człowiekiem, jestem z narkotykiem w związku.
- Jak traktujesz swojego partnera, gdy dajesz wiarę myśli, że potrzebujesz jego X?
- Jak wyrocznię. On dziś decyduje, jak się czuję.
- Jak sam siebie traktujesz w takiej sytuacji?
- Jak uzależnionego ćpuna. Widzę siebie, jak błagam go o X. Poniżam się, by to dostać. Za wszelką cenę.
- Kim byś był bez tej myśli, że potrzebujesz X od swojego faceta?
- WOOOW! Byłbym wolny. Nie musiałbym o nic go prosić, nie musiałbym układać setek psychologicznych gierek z nim. Dałbym mu wolność. Sobie też. Możemy się kochać - bez potrzeby. Z pragnienia! To ogromna zmiana.
- Odwróć tę myśl.
- Nie potrzebuję jego X.
- Czy to może być prawda?
- Tak, to jest prawda. Nie potrzebuję. W ostateczności przeżyję bez tego. Przecież mogę być szczęśliwy bez jego X! Kiedyś tego nie miałem i jakoś sobie radziłem.
- Odwróć tę myśl jeszcze jakoś inaczej.
- Potrzebuję dać samemu sobie X.
- Brzmi fajnie. Czy możesz to zrobić?
- Tak. Oczywiście! Droga na skróty. Sam mogę dać sobie np. czułość, wyrozumiałość, zrozumienie, empatię. Po chuj mnie on! :)
- Odwróć tę myśl jeszcze jakoś inaczej....
- Potrzebuję dać mu X.
- Oooo, brzmi fajnie. Dajesz mu X?
- Wiesz, zauważyłem, że gdy on nie dawał mi X, to ja nie dawałem mu X również. To nie jest miłość, tylko transakcja. nie chcę tak kochać. Myślę, że stać mnie na więcej. Chcę mu dać X - bez względu na to, czy on mi to daje, czy nie.
- Brzmi super!

***

Korzystaj.

poniedziałek, 26 października 2009

Nie ma wybaczania, bo nie ma zranienia

Dziś uczynimy wspólnie kolejny krok w wychodzeniu poza modele neurologiczne. Mówiliśmy już o tym, że ludzie nie są sobie wierni i jednocześnie się nie zdradzają, gdyż oba te pojęcia to tylko kategorie umysłowe. Dziś odkrywamy kolejną mentalną przegródkę - zranienie i wybaczanie.

Jak wspomniałem wcześniej, prawo dualizmu mówi, że ilekroć powołujemy w swojej jaźni jakieś pojęcie, natychmiast tworzymy anty-pojęcie. Umysł jest logiczny a to prawo jest jak najbardziej logiczne. Pomyśl - abyś wiedział, czym jest dobro, musiałeś zaznać zła. Bez zła dobro nie istnieje i pewnie zaraz znajdzie się dziesięciu mądrych, którzy powiedzą "a nieprawda!". A kurwa prawda, bo to jest jak yin i yang - dwie energie, które definiują się wzajemnie.

Idźmy dalej.

Ludzie powołali instytucję "wybaczania", aby oczyszczać się z syfu, jaki mają w głowie. W sumie nikt tak naprawdę nie wie, co to kurwa jest to wybaczanie, na czym dokładnie polega i co więcej - nikt specjalnie nie ma ochoty, aby wybaczać innym swoje krzywdy. A przecież wszyscy powtarzają jak katarynki, że "trzeba wybaczać".

Nie trzeba! Ba, powiem więcej, to niemożliwe!

Dlaczego?

Powód jest prosty - w rzeczywistości nie ma czegoś takiego, jak zranienie. Nie wierzysz?

Przyjrzyj się np. Mietkowi. Mietek spotkał Adama i zakochał się w nim. Natychmiast postanowił usidlić Adama, obiecując sobie samemu, że Adam nigdy go nie zostawi (lol - pamiętaj, że możemy obiecywać tylko samemu sobie, nigdy komuś - to niemożliwe!). Adam - mówiąc delikatnie - nie odwzajemnił uczucia i zwiał prędzej, niż Mietek zdążył cokolwiek zrobić.

I czuł się zraniony.

Łapiesz strukturę owego "zranienia"?

Czy zatem zranienie istnieje? Nie! Jest tylko to, co ludzie robią w swoich głowach i jak się potem z tym czują, gdy rzeczywistość - jako że jest położona poziom logiczny wyżej, niż nasz umysł - odkrywa swoje karty i musimy się z tym godzić.

I teraz zabawny epizod: Mietek chciałby wybaczyć Adamowi, ale nie umie, bo czuje się zraniony. Prawda jest taka, że nikt nigdy Mietka nie zranił, więc Mietek nie ma komu wybaczać. To, co Mietek nazywa "zranieniem", jest informacją zwrotną z jego umysłu, która mówi mu, że uwierzył w coś, co nie ma nic wspólnego z rzeczywistością, mianowicie, że "Adam z nim będzie".

Kierując się sercem w relacjach międzyludzkich i nieustannie wywalając z głowy lipne historie, które sprzedaje nam umysł (za pomocą 4 pytań, które przedstawiałem w poprzednich postach dot. pracy z historiami) - nie możesz być zraniony w żaden sposób i nie musisz nikomu nic wybaczać.

Kiedyś sam obijałem się jak gówno od brzegu pomiędzy tymi ideami. Ciągle ktoś mnie ranił, rozczarowywał, zdradzał - a teraz, gdy zrozumiałem, że oni nigdy nic mi nie zrobili, lecz to ja sam zastawiłem na siebie mentalną pułapkę bezpodstawnych oczekiwań - nie musiałem im nawet wybaczać. Płaczem oczyściłem się mentalnie, podważyłem swoje myśli i okazało się, że zostałem z ogromną miłością, wyrozumiałością i akceptacją, która pozwoliła mi spojrzeć na wszystko z zupełnie innej strony.

Kocham ludzi, których spotkałem w swoim życiu. Dziękuję im za to, że byli tacy, jacy byli dokładnie wtedy, kiedy ich spotkałem.

Jestem wdzięczny mojemu byłemu facetowi, że mnie zostawił, gdy tak bardzo go potrzebowałem i tak bardzo go kochałem - gdyż tylko wydawało mi się, że go potrzebuję i nigdy nie odkryłbym tej iluzji, gdyby mnie nie zostawił w tamtej chwili.

Dziękuję mojemu kolejnemu facetowi, który pił, nie miał do mnie szacunku i olewał mnie totalnie - dzięki niemu nauczyłem się szacunku do samego siebie i odkryłem, co to znaczy kochać prawdziwego człowieka, który kryje się pod etykietami "pijak", "cham" itd.

Dziękuję mojemu następnemu facetowi za to, że podejrzewał mnie - zupełnie bezpodstawnie - że go zdradzam. Nauczyłem się, że prawda obroni się sama i nie muszę nikomu nic udowadniać. Dziękuję, że mnie "zdradził" 2 razy - nauczyłem się, że drugi człowiek, bez względu na to, co obiecał, nadal ma wolną wolę i może zmienić zdanie w każdej chwili. I nigdy nie będzie moją własnością.

Dziękuję kolejnym, których spotkałem na swojej drodze. Nauczyli mnie, że ich fochy i pretensje są wołaniem o pomoc, poszukiwaniem miłości i akceptacji. Bo uwierzyli w historie, że nie posiadają tych zasobów.

Tyle się nauczyłem, że aż rozpiera mnie energia, gdy pomyślę, ile jeszcze się nauczę!

Nie muszę nikomu nic wybaczać, bo nikt nigdy mnie tak naprawdę nie zranił. To ja zraniłem siebie - mając ogromne i kompletnie bezpodstawne oczekiwania, oszukując się, że mam potrzeby w związku, że nie ma wystarczająco dużo miłości w moim życiu. To bajdy. Teraz już wiem. Otworzyłem oczy.

"Zranienie" polega tylko na tym, że uwierzyliśmy w myśl, która jest niezgodna z rzeczywistością. Jeśli zweryfikujemy swoje myśli, podważymy je, zwątpimy w nie - nagle okaże się, że wszystko jest w porządku. I już nie ma wrogów, nie ma komu wybaczać. Ani też czego.

I wtedy otwieramy serce, zalewając innych ciepłem, empatią, akceptacją i miłością. I to jest piękne!

niedziela, 25 października 2009

Wierność nie istnieje - czyli znów wyłazimy poza socjalny model

Oto kolejny lipny koncept, który czyni nas niewolnikami własnych umysłów. Ludzie powołali instytucję wierności, nie wiedząc, że jednocześnie budzą demona zwanego zdradą.

Kłania się świeżynka w świecie rozwoju osobistego, a więc prawo dualizmu, które mówi, że jeśli powołujesz coś do istnienia w umyśle, tworzysz jednocześnie anty-coś.

Pierwsza haluna - wierność - daje całkowicie bezpodstawne i iluzoryczne poczucie bezpieczeństwa, które może się dramatycznie posypać w każdej chwili: "Partner będzie tylko ze mną, jest dla mnie na wyłączność, bo przecież obiecał mi, że tak będzie." - jesteś kurwa pewien? Ludzie obiecują coś i nie dotrzymują słowa - tak było, jest i będzie, bo wszyscy się zmieniamy. Możesz z tym walczyć i z frustracji chujem sobie oko wybić. A możesz po prostu zaakceptować ten stan rzeczy i zacząć rozumieć, że rzeczywistość prawdopodobnie ma w dupie, co Ty sądzisz o tym, jaka być powinna .

Wierząc w ułudę wierności, oddajesz swoje samopoczucie drugiemu człowiekowi. Mówisz sobie, że on będzie Ci wierny, a on na drugi dzień idzie ze swoim kumplem na lody. I chuj trafił Twoje samopoczucie - oddałeś je bowiem jemu.

Nie ma wierności. Wierność to ułuda. Widziałeś kiedyś wierność np. leżącą na trawniku i pięknie połyskującą w słońcu? Pomyśl - ludzie są ze sobą, bo tego chcą na którymś poziomie. A jeśli nie chcą, to nie są. Łapanie kogoś w pułapki pt. "obiecaj mi, że ze mną będziesz", jest produktem nie miłości, ale lęku - lęku przed samotnością, porzuceniem, zranieniem (kolejnymi halunami). Wydaje się, że to dobre rozwiązanie - bo jak będzie chciał odejść, to powiesz mu: "Przecież obiecałeś mi, że ze mną będziesz!" i zrobisz mu poczucie winy, tudzież wstyd. I co? Fajnie, będziesz z przepełniony owymi lipnymi emocjami fantomem, który jest z Tobą nie z miłości, ale z powodu lipnych emocji. Gratuluję. Zapowiada się fajny związek.

Tak samo - co za tym idzie - nie istnieje zdrada. Ludzie z natury są istotami obdarzonymi wolną wolą - wolną! A więc bez względu na to, co powiedzą czy powiedzieli kiedyś w przeszłości - mogą robić, co chcą i z kim chcą. Jeśli masz pogląd, że "on nie powinien/ on powinien" - będzie Cię to wiele kosztować. To nie jest prawdziwe. Tworzy frustracje, bo on może mieć w dupie, co Ty sądzisz, że wg. Ciebie on powinien lub nie.

Nie ma wierności = nie ma zdrady.

Zaczynasz już pewnie dostrzegać, że pojęcia "wierność" oraz "zdrada" to nie doświadczenia, ale etykiety na doświadczenia, a więc próba kategoryzowania przez umysł tego, co widzisz, słyszysz i czujesz. A to każdy robi inaczej. Wiesz o tym dobrze, jeśli ze swoim facetem nie mogłeś ustalić, czy pocałowanie kogoś innego w usta jest już zdradą czy nie.

Rzeczywistość jest następująca: ludzie nie są ani sobie wierni, ani się nie zdradzają. Kolejny paradoks, którego zrozumienie da Ci absolutnie jakościowe życie osobiste. Wyjście poza koncept pt. "mój partner jest moją własnością" jest uwolnieniem jego, jak i siebie z ogromnej pułapki, która sprzedaje Ci czasem fajne a czasem kiepskie - ale zawsze nieprawdziwe - emocje.

A to nie emocjami, które idą z umysłowych historii, robi się związek, ale uczuciami - bo one idą z serca i są bezwarunkowe. Weź to sobie do serca.

sobota, 24 października 2009

Wycieczki poza umysł - porzucanie modeli neurologicznych

Witaj Podróżniku. Wiem, że czytając tego bloga, poszukujesz odpowiedzi na pytania, którymi od dawna się nurtujesz. Całe swoje życie żyjesz umysłem. To właśnie on - jako ogół procesów zachodzących w Twoim mózgu - dyktuje Ci owe pytania, jak i odpowiedzi. Czy jednak są one prawdziwe?

Za pomocą umysłu można osiągnąć wiele. Nam, jako ludzkości, udało się okiełznać np. energię jądrową, która dała nam moc niszczenia przypisaną dotychczas bogom. Stworzyliśmy Internet - najbardziej rewolucyjny wynalazek w historii ludzkości - który dał nam dostęp do ogromu wiedzy również zarezerwowanej dotychczas wyłącznie bogom.

Uwierzyliśmy we własne umysły.

Umysł stał się naszym fetyszem. Do tego stopnia, że jeśli powiem komuś, że ma coś nie tak z trzustką - to najwyżej się zmartwi. Ale jeśli powiem mu, że ma coś z mózgiem - raczej nie odbierze tego jako porady medycznej.

I faktem jest - umysłem można naprawdę wiele. Ale czy wszystko?

Sam wiesz w głębi serca, że nie! Na stronicach tego bloga rozpisywałem się nie raz - i ostrzegam: rozpisywać się będę nadal - o energii serca. To ono pozwala nam tworzyć fantastyczne związki z innymi ludźmi - pełne ciepła, wyrozumiałości, empatii i miłości. Kto serce ma zamknięte, skazuje się na wieczną samotność i cierpienie, bowiem tylko serce umie leczyć emocjonalne skazy.

Ciągle jednak spotykam ludzi, których serca są zamknięte. Umysły tych ludzi wytworzyły matrix - serię bardzo "prawdziwych" historii - historii smutnych, pełnych cierpienia i bólu - które przeszkadzają ich sercom pracować.

Dziś spojrzymy na to z zupełnie innej strony. Historie niepodzielną, absolutnie dynamiczną i niepowtarzalną rzeczywistość próbują cały czas dzielić, stabilizować i ujednolicać. Przykład: wiemy, że w rzeczywistości - tej prawdziwej - każdy dzień jest inny. A ilu ludzi mówi pod nosem chujowym dialogiem wewnętrznym: każdy mój dzień jest taki sam...?

Odkryj, jak Twój umysł dzieli rzeczywistość i jakie są tego - nieraz bardzo przykre - konsekwencje. Oto lista najbardziej popularnych podziałów. Ucz się i weź je sobie do serca.

1. Prawda / fałsz lub kłamstwo

Pierwszy i chyba najważniejszy halun, jaki sprzedaje nam umysł. Informacje docierają do naszych głów za pomocą co najmniej 5 zmysłów: wzroku, słuchu, dotyku, smaku i zapachu. Informacje te umysł dzieli na "prawdziwe" lub "fałszywe". Np. Widziałeś coś, czego inni nie mogą potwierdzić. Masz wątpliwość, czy było to prawdziwe czy nie. Ktoś powiedział Ci: Kocham Cię. A Ty myślisz, czy tak jest naprawdę. Umysł kocha ten podział. Na nim opiera się każda nauka akademicka. Trwają nieustanne spory, która hipoteza jest prawdziwa, a która nie. Również Ty stawiasz hipotezy i weryfikujesz je, kolekcjonując tzw. "dowody" (kolejna haluna - dowody nie istnieją, są tylko doświadczenia lub ich zbiory z przyklejoną etykietką "to jest dowód na to, że...").

W rzeczywistości nie ma prawdy ani kłamstwa. Są tylko słowa, w które umysł wierzy lub je odrzuca, uznając za nieprawdziwe. Ludzie podczas rozmów nie mówią o rzeczywistości lecz opowiadają Ci swoje historie - a więc nie mówią prawdy, bo każda historia w wiecznym momencie pt. tu i teraz nie istnieje, a więc nie jest prawdą.

Wszystko jest i prawdą i fałszem jednocześnie. To wyjście poza model neurologiczny i weź to głęboko do serca. Model neurologiczny jest zawsze... logiczny. Stwierdzenie paradoksalne jest wyjściem poza model: wszystko jest prawdą i fałszem jednocześnie.

2. Przeszłość / przyszłość

Całkowicie determinująca nasze życia haluna. Wierzymy, że to, co się wydarzyło w naszym życiu, determinuje naszą przyszłość. Ten pogląd jest fajny, jeśli całe Twoje życie było cudowne. Jeśli nie - lepiej go porzuć.

Cokolwiek wg Ciebie wydarzyło się w Twoim życiu - wydarzyło się w Twoim życiu wg Ciebie. To nie jest obiektywna prawda. To subiektywny sok wyciśnięty z cytryny zwanej rzeczywistością. Myślisz: Tak było. Nie. Tak Ty postrzegasz to, co było wg Ciebie, tu i teraz.

Przeszłość oraz przyszłość to zbiór obrazów, dźwięków i odczuć tworzonych tu i teraz. Nic poza tym. Oba te zbiory są tylko tu i teraz i wbrew Twoim pozorom - nieustannie się zmieniają.

3. Ważne / nieważne

Pewne chwile ludzie postrzegają jako ważne, inne - jako mniej istotne. Czy wydaje Ci się, że w rzeczywistości tak jest? Że Wszechświat zaznacza momenty, które są bardziej ważne od innych? NOŁ ŁEJ. Twój umysł, oparty na hierarchii wartości, jaką wyznajesz, będzie Ci zaznaczał fragmenty Twojej linii czasu tak, abyś wiedział, które są wg. Ciebie ważne.

Gdybyś wypierdolił sobie z mózgu halunę pt. hierarchia wartości, zobaczyłbyś, że... uwaga, będzie kolejny paradoks - wszystko jest ważne i jednocześnie nic nie jest.

Paradoks ten, który jest kluczem do wyjścia poza model hierarchiczny, otwiera Ci oczy na wszystko. Oto w tajemniczych okolicznościach jesteś nagle obecny tu i teraz, bo wiesz, że nie ma nic innego i to jest ważne i nieważne w tej samej chwili.

4. Blisko / daleko

I znów haluna jakich mało. Jest bliska i dalsza rodzina, bliska osoba i osoby z odległych stron. Są bliskie Ci idee oraz wartości, jak również odległe światy. Ale czy my mówimy o rzeczywistości czy o odległości obrazków, jakie ludzie tworzą w swoich umysłach?

Rzeczywistość jest następująca: gdziekolwiek jesteś, jesteś TU. nie możesz być TAM, bo TAM nie istnieje. Idziesz przed siebie i ciągle jesteś TU. Łapiesz? jeśli ktoś używa słowa "tam" - robi halunę (widzi siebie w dysocjacji w tamtym miejscu). Tylko TU jest prawdziwe.

Wszyscy ludzie są bliscy, bo są nami samymi (koncept, że wszystko jest Jednością), i jednocześnie wszyscy są odlegli, bo ponaklejaliśmy im tyle etykiet, że nie widzimy pod nimi ludzi.

***

To 4 wielkie wektory, na których opiera się nasz umysł: prawdziwość, czas, odległość i ważność.

Gdy je podważysz, rozpierdolisz wszystkie swoje historie osobiste - zarówno te dobre, jak i złe. Twój umysł zwątpi sam w siebie i wtedy przestaniesz żyć swoimi historyjkami (a więc przeszłością lub przyszłością) i zaczniesz reagować zamiast na swój model rzeczywistości - na rzeczywistość. Tę autentyczną, na to, co dzieje się tu i teraz.

A ta rzeczywistość okazuje się doskonała.

Jakiekolwiek wyobrażenie o świecie mamy, zawsze jest ono nieprawdziwe, bo jest tylko wyobrażeniem - a więc usuwa informacje, upraszcza je i zniekształca.

Rzeczywistość jest perfekcyjna pod każdym względem. Jest nieprzewidywalna, spontaniczna, autentyczna, cudowna. I porzucając swój neurologiczny model świata zaczynasz odkrywać pewne tajemnice Wszechświata zarezerwowane tylko dla głębokich mistyków - a więc dla Ciebie również.

Rzeczywistość Cię prowadzi.

Nie musisz mieć planów - Rzeczywistość je zna i je wdroży za Ciebie! Nie musisz sobie radzić, bo jesteś radzony przez Rzeczywistość. Nie musisz się o nic starać, o nic walczyć ani unikać (nie masz historii, więc nie wiesz, co jest dobre i co złe a co za tym idzie - nie wiesz, co zdobywać a od czego unikać!) - Rzeczywistość i tak daje Ci dokładnie to, czego potrzebujesz. Nie rozwijasz się - jesteś rozwijany przez Rzeczywistość, bo nie możesz nie dostawać nowych doświadczeń na bazie których zmieniasz się.

Nie żyjesz. Jesteś żyty przez Rzeczywistość.

Nie wiem, kim Rzeczywistość jest w istocie. Nazywają ją też Wszechświatem albo Bogiem. To tylko etykietka, byśmy mogli się rozumieć.

Rzeczywistość...

Ona wie, co dla Ciebie dobre. Ona bezpiecznie prowadzi Cię przez samą siebie.

I ten cały Wszechświat zagląda mi w oczy i zsyła to, co najwspanialsze. Ludzie! Co się dzieje! Oto mam kasę, o której kiedyś marzyłem. Sama wcisnęła mi się w łapy. Oto mam seks oparty na całkowitym przepływie i spokoju wewnętrznym. Ludzie obdarowują mnie prezentami - sami, spontanicznie. Nie staram się o nic. Nic nie muszę robić - jestem robiony hahaha!

To się dzieje. Samo.

Wiem, że jeszcze nie wszystkie historie odeszły. Ale to tylko kwestia czasu. A wtedy będę jeszcze bliżej Rzeczywistości, niż kiedykolwiek. I Ty też, bo mamy ze sobą relację a moje słowa, choć są tylko haluną, wywiodą Cię z halun wszelakich.

Nie bądź dobrej myśli. Bądź żadnej myśli.

wtorek, 13 października 2009

Gdy lęk opada... dzieją się rzeczy doniosłe i wielkie

Ćwicząc koherencję serca i pozbywając się ze swojej głowy kolejnych lipnych historyjek, zaczynam zauważać, jak moje lęki, które były ze mną latami, opadają... Efekty są kolosalne i majestatyczne. I chciałbym Ci o nich dziś opowiedzieć.

W miarę, jak lęk opada, staję się coraz bardziej autentyczny. Nie chcę używać wyświechtanego zwrotu, że "jestem sobą" - bo nikim innym niż sobą być nie mogę. Chodzi o to, że człowiek odczuwający lęki, nie jest spontaniczny, nie potrafi działać w oparciu o teraźniejszość, lecz właściwie tylko na podstawie swoich negatywnych halucynacji wybiegających w przyszłość.

W miarę, jak staję się coraz bardziej autentyczny, pewne osoby ode mnie odchodzą, odsuwają się. Dlaczego? Bo nie takim chcieli mnie widzieć. To logiczne. Zaprzyjaźnili się z moimi maskami, z moimi pozami, które nie były częścią mnie lecz próbą pokazania, że jestem kimś, kim nie jestem. Mieli oczekiwania. To tylko znak, że i oni mają maski, że się boją i nie kierują się sercem.

Kiedyś zrozumiesz to, co tutaj napisałem. Daj sobie czas.

Zaczynam być coraz bardziej autentyczny i szczery sam ze sobą w czasie rzeczywistym. Dlatego pewni ludzie powiedzieli mi, że jestem dziwny, albo że "tego się po mnie nie spodziewali". To konsekwencje bycia autentycznym, konsekwencje zdjęcia masek. Oni zobaczyli swoje odbicie w lustrze zwanym mną i wystraszyli się. Dlatego uciekają. Po raz pierwszy któreś lustro było tak autentyczne, tak czyste, jak moje, że zobaczyli siebie bez zniekształceń i nie potrafią zaakceptować, że są aż tacy źli. A nie są, tylko tak o sobie myślą. I tego się wystraszyli - swojej historyjki na swój temat.

Świat jest pełen przedziwnych rzeczy.

I z tego miejsca przestrzegam Cię - jeśli chcesz podążać moją ścieżką, a więc ścieżką odrzucania lęków i stawania się autentycznością, przygotuj się na to, że nie jest to ścieżka łatwa i wygodna i wiele osób może się od Ciebie odwrócić. Twoje lęki były im potrzebne, by na Ciebie wpływać, by nakłaniać Cię do pewnych zachowań lub sprawiać, byś pewnych zachowań zaniechał. Jeśli przestajesz się bać - oni tracą kontrolę i z frustracji mogą działać Ci na przekór lub Cię opuścić.

Nie są warci Twojej uwagi. Nigdy nie byli. Pozdrów ich i błogosław - niech idą swoją ścieżką. Wszechświat będzie im zsyłał przykre lekcje tak długo, aż się nauczą.

Gdy lęki opadają, zaczynasz dostrzegać, jak wiele ich było w Twoim życiu. Ludzie idący ścieżką koherencji i wyrzucania historii odkrywają, że wiele ich decyzji z przeszłości było podyktowanych lękiem. I decyzje te - w kontekście relacji międzyludzkich - okazywały się błędne, prowadzące do chaosu i zniszczenia.

W relacjach międzyludzkich KAŻDA decyzja podjęta z powodu lęku, jest złą decyzją. Tylko decyzje podjęte z powodu miłości są dobre i prowadzą do szczęścia.

Bycie autentycznym (a więc odrzucenie lęku) jest obarczone ryzykiem, że ludzie nazwą Cię dziwakiem, idiotą, debilem. Że będą pokazywać Cię palcami. Jeśli zlękniesz się, jeśli przestraszysz się - idź dalej! Oto właśnie kolejna historia chce Cię opuścić. Oto dochodzisz do granic swojego modelu rzeczywistości i wyglądasz, co dalej!

Podążaj za moimi słowami nawet, jeśli teraz jeszcze ich nie rozumiesz. Czytaj jej w kółko, aż Twoje doświadczenie pokaże Ci, że w istocie tak jest, bo warto!

Jedyna krzywda, jaka może nas w życiu spotkać, to wiara w lipną historię. W historię, że "on jest zły". Że "on nie powinien". Że "spodziewałem się po Tobie czegoś innego".

Gdy ktoś opowiada Ci takie historie, działa w oparciu o swój model rzeczywistości. A Ty - kierując się sercem - działasz w oparciu o rzeczywistość. I dlatego zawsze masz przewagę. Model, bez względu na to, jak wspaniały, był aktualny w kontekście, który już się skończył. Tu i teraz mamy już inny kontekst. Dlatego masz zawsze przewagę, gdy działasz w oparciu o tu i teraz, a więc to, co jest prawdziwe.

A rzeczywistość jest prosta, niepodzielna. Genialna w swojej istocie.

Cokolwiek ludzie mówią, jest próbą podziału tejże rzeczywistości a więc ułudą. Znalazło się paru gości, którzy ostatnio powiedzieli mi parę swoich historii - że są mną rozczarowali, że nie powinienem był pisać pewnych słów, że myśleli, że jestem kimś więcej, a okazałem się np. miękką naiwną pizdą.

Jestem niczym więcej, niż tym, co o mnie myślisz.

A więc nie widzą mnie prawdziwego, ale tylko swoje historyjki na mój temat. O tym, co ja niby powinienem a czego nie. I snują się kolejne historyjki z ocenami w tle, które jedyne, co wnoszą, to złe samopoczucie tych, którzy wierzą w ich prawdziwość. ja się do nich nie zaliczam.

I będą się oburzać na moje posty, bać się tu zaglądać, bo myślą, że ja "nie powinienem" ich pisać, bo myślą, że coś im się może złego stać. I pozbywają się całkowicie odpowiedzialności za swoje samopoczucie, oddając ją mnie. A ja jej nie chcę.

Każde słowo, które tu pada, jest efektem mojej autentyczności i mojej szczerości względem samego siebie.

Mówią mi: nie powinieneś prać brudów publicznie. Wierzą, że istnieje coś takiego, jak publiczność lub intymność/ prywatność. Sztuczny podział po raz 150. Podzieliliśmy już świat na dobro i zło. Teraz podzielmy go na publiczne i prywatne. Może jeszcze na ciekawe i nudne? Dlaczego nie? Słowa, choć są ułudą, dają tyle możliwości!

Jestem srodze strapiony, że większość ludzi tak totalnie bezkrytycznie wierzy we własne myśli. Bo myśli pochodzą z Umysłu, w który całe życie przypadkowi ludzie, przypadkowe programy w TV i gazety pompowały bzdury.

Oni naprawdę są przekonani, że gdy mówią, że "DreamWalker jest pizdą" albo "DreamWalker nie bierze mojego zdania pod uwagę", to mają racje!!! I nie wiedzą, że oburzają się nie na moje posty i słowa, ale na SWOJE MYŚLI na ich temat! I nawet przez myśl im nie przeszło, że implikacją faktu, iż wszystko jest Jednością, jest kolejny fakt - że nie można wyrazić opinii o kimś innym, niż o sobie samym. Bo ciągle patrzymy w lustra - tylko wydaje nam się, że widzimy w nich kogoś innego, niż siebie. A to my sami!

I pewnie znów wejdzie tu jakiś koleś ze swoją historyjką i zacznie mi ją sprzedawać - że uprawiam cenzurę na przykład. Cóż za porywający scenariusz, który w zderzeniu z pytaniem: "Jesteś na 100% pewien, że uprawiam cenzurę? Na 120%???" - się kończy.

Bo pewności mieć nie możesz. I nigdy nie będziesz miał.

Gdy lęk opada, zaczynasz kierować się pragnieniami serca, które całe życie w sobie tłamsiłeś. Oto odkrywasz, że przyjemność sprawiają Ci rzeczy, które są tak niemile widziane przez innych. I dajesz sobie spokój z robieniem tego, co inni wymyślili dla Ciebie, byś robił. I odkrywasz, że najgorszym ciosem dla siebie jest niekierowanie się swoim przede wszystkim swoim sercem, lecz tylko umysłem. Umysłem, w który np. Twoi rodzice wpierdolili Ci swoje ambicje.

Wierzę, że tego bloga czytają też ludzie, którzy mnie rozumieją i pod moim pozornym dziwactwem i szaleństwem widzą metodę. Tak, do Ciebie mówię - wiem, że jesteś i dziękuję Ci za to.

poniedziałek, 12 października 2009

Największy cios, który zadaliśmy czakrze energii seksualnej

Cofnijmy się do starożytnego Rzymu czy Grecji. Wtedy człowiek był bliżej natury, niż kiedykolwiek. Seks był czymś normalnym, pospolitym i łatwo osiągalnym. Był rozrywką, sportem. Był elementem celebracji życia. Tamci ludzie rozumieli, że rodzimy się nadzy i nagość jest całkowicie naturalna. Facet uprawiał seks z facetem dla czystej przyjemności - bez nadawania aktowi seksualnemu jakichkolwiek poważniejszych znaczeń. Na łożu leżeli dwaj przyjaciele. Kochali się miłością prosto z serca. Ich energie seksualne czasem wzmagały się i nie krępowali się, by dać sobie wzajemnie ogromny prezent - kawał ogromnej przyjemności w postaci kilku mocnych orgazmów. To było takie ekscytująco proste.

Potem pojawił się Kościół Katolicki, który powiedział: "Seks dla przyjemności to zło." I tym samym powołał zło do istnienia w umysłach ludzi. Nagle seks musiał służyć tylko prokreacji. Nagle wszyscy musieli zasłaniać swoje ciała. Krępować swoją energię seksualną. A to jeden z największych grzechów, jaki można popełnić. Pojawiły się gwałty, przemoc - jako efekt krępowania swoich popędów. Małżeństwa nie miały się opierać na miłości, lecz na bezwzględnej wierności, co prowadziło do frustracji. Ktoś pomieszał seks z miłością.

Co więcej - ktoś powołał pojęcie "wierności" i nie wiedział, że jednocześnie powołuje pojęcie "zdrady".

Dziś nowoczesne społeczeństwa dziedziczą to bolesne brzemię.

Leżę z facetem na jednym łóżku. Mam dziką ochotę na seks. Widzę, że on też. Mam trudną do okiełznania ochotę zrobić mu dobrze. A on mnie. Ale do niczego nie dojdzie. Dlaczego? Bo oboje wierzymy w historię pt. "Nie mogę być łatwy. Byłbym kurwą, gdybym mu zaproponował seks. Ośmieszyłbym się."

To smutne, co ze sobą zrobiliśmy.

Zamiast dodawać sobie możliwości, stawiamy sobie zapory. Zamiast wymieniać się przyjemnością bez ograniczeń, stawiamy sobie irracjonalne zapory. Jeszcze.

Gdybyśmy żyli p.n.e. - w ogóle tego typu myśli nie przeszłyby nam przez głowę. Nagość i seks byłyby naturalne i spontaniczne. Powiedziałbym mu po prostu: Słuchaj stary, mam ochotę zrobić nam dobrze. I zacząłbym się do niego dobierać. A on nie stawiałby oporu, bo nie miałby głupiej historyjki, że będzie łatwą dajką, jeśli pozwoli mi się przerżnąć. I mielibyśmy fantastyczny seks - tak o, bez dialogów wewnętrznych. A po fakcie byłoby jasne, że nadal jesteśmy przyjaciółmi. Że nie będę zdychał z zazdrości, jeśli on zrobi to samo z kimś innym. A i on powie, że to okej, jeśli powtórzę to z innym facetem.

A miłość idąca z serca, a więc całkowicie bezwarunkowa (występująca zawsze i wszędzie) po prostu nadal będzie nas łączyć.

Tak bardzo uwierzyliśmy naszym umysłom, że nawet nie podważamy tego, co wydaje nam się takie oczywiste i prawdziwe.

Jako Geje nieudolnie kopiujemy heteryckie i - uwaga! - katolickie wzorce związków do swojego świata. Domagamy się legalizacji małżeństw homo, zakładamy sobie obrączki jako symbole związania, pilnujemy wzajemnie swojej wierności. To nie jest wolność. To jest pomieszanie energii i pojęć.

Moim wielkim marzeniem jest to wszystko uregulować. Najpierw w sobie, potem pokazać innym, jak to robić. To może być prostsze, niż myślimy.

Nie uważam, że mój facet powinien być mi wierny - w sensie nie sypiać z innymi. Wtedy bowiem powołałbym do istnienia pojęcie "zdrady", a więc coś, co mogłoby mi zaszkodzić emocjonalnie. Gdyby przespał się z kimś innym, to jedyne, co mogłoby mnie boleć, to moja historia umysłowa pt. "on nie powinien". Gdy kieruję się nie umysłem, lecz sercem, rozumiem, że on tego pragnął. Że chce przez to uzyskać swoje szczęście. A jego szczęście jest moim.

Nie ma czegoś takiego, jak krzywda i zranienie. Nie ma czegoś takiego, jak wierność i zdrada! To wszystko to tylko iluzje umysłowe. Kiedyś ktoś je wymyślił, być może były przydatne. Dziś to właśnie te koncepcje sprawiają nam najwięcej bólu! Opamiętajmy się.

Leży facet na facecie i robi mu odjazdowego loda. Oblizuje jego wielką pałę aż się błyszczy. Nagle ten jeden przeżywa ogromny orgazm i tryska. Mocno pompuje białą jak śnieg spermę prosto w usta pierwszego. Oboje czują się fantastycznie i wspaniale. Odprężają się, wyciągają i są łagodnie uśmiechnięci. A my nazywamy to "krzywdą", "zdradą", "zranieniem" - bo iluzorycznie uznaliśmy, że jeden z nich jest "naszym" facetem. I produkujemy emocjonalny ból, wierząc w te implikacje.

Łapiesz to?

Żaden facet nie jest "Twój" i nigdy nie będzie. Pojmij to. To tylko zaimek dzierżawczy. Kiedyś ktoś powiedział, że złodziej jest mistykiem, który ma nas uświadomić, że nie ma "moje" i "Twoje". Nie ma nawet "nasze". Rzeczy nie należą do nikogo. Pojęcie własności jest ułudą. Widziałeś kiedyś własność? Leżała sobie na trawniku - taka niewinna, co? Bullshit. Nie ma własności. Rzeczy nie wiedzą, do kogo należą. To Twój umysł rości sobie prawa do tego czy tamtego.

Mówiąc o kimś "to mój facet" - zastawiasz na siebie niewyobrażalnie bolesną pułapkę. On kiedyś może zechcieć odejść. On może kiedyś zechcieć wyjebać kogoś innego. ma taką możliwość i ma takie prawo! I co wtedy? Cała Twoja iluzja jebnie z hukiem. I będzie bolało! Będzie zazdrość, frustracja i rozczarowanie.

Tak samo z seksem - ten seks jest "małżeńskim obowiązkiem", a tamten "zdradą" albo "kurwieniem się". Miej otwarty umysł. Seks jest. I tyle. Zdejmij etykiety, boś zbyt głupi, żeby wiedzieć, czym dany seks jest w istocie. Tego nikt nie wie.

I gdy głębiej się nad tym zastanowisz - zauważysz kolejne etykietki. Że jest "kumpel", że jest "przyjaciel", że jest "kochanek" albo "chłopak". Kurwa, popatrz, jakie to ograniczające. Nazywając kogoś kumplem, zabraniasz sobie uprawiania z nim seksu. Nazywając kogoś chłopakiem, zabraniasz sobie np. rozmawiania z nim o innych dupach czy męskich szczerych rozmów przy piwie (jakie masz z kumplami).

A w rzeczywistości spotykasz się nie z kumplem, przyjacielem czy chłopakiem, lecz z człowiekiem. Możesz z nim robić wszystko, na co masz ochotę. Pomyśl o tym, co teraz przeszło Ci przez głowę. Spytaj swojego Serca, Umysłu i Penisa, co chcesz z nim robić. Serce może Ci powiedzieć - Kochaj go! Albo: Bądź mu wdzięczny! Umysł: Rób z nim interesy! A Penis: "Obciągnij mu".

Gdy wyjdziesz poza iluzje Umysłu - zobaczysz, że nie ma "kurwienia się", nie ma "wierności", "zdradzania", nie ma "bycia w związku" lub "niebycia" w nim. Nie ma "ranienia", nie ma "wybaczania". Jest tylko to, co ludzie robią między sobą i to, jak to nazywają, jak na to reagują.

Wejdziesz w totalną superpozycję - będziesz wszystkim i niczym, każdym i nikim, zawsze i nigdy. Dopuścisz do siebie każdą możliwość bez wyjątku, jednocześnie nie będziesz musiał robić nic. Gdy spotkasz faceta, będziesz mógł z nim gadać o kosmosie, grać w bierki, głaskać go i uśmiechać się do niego godzinami albo dać mu dupy czy wylizać mu jaja. Wszystko to będzie dla Ciebie jakąś opcją. Każda z nich będzie równie prawdopodobna. Nie będziesz miał żadnych emocji względem żadnej z nich (emocje pochodzą z Umysłu!), będziesz to po prostu robił z Sercem - a więc w stanie koherencji.

To jakby zupełnie inny świat niż ten, w którym przyszło żyć przeciętnemu człowiekowi. Przeciętny człowiek nieustannie OCENIA - a więc produkuje emocje: lęk, wściekłość, pożądanie czy potrzeby. Bez oceniania stajesz się koherentny. To dlatego ludzie, którzy jednoznacznie oceniają (świat jest czarno-biały, coś jest albo dobre, albo złe) częściej chorują na serce! To nie przypadek! Bez oceniania, nie unikasz ani nie dążysz. Wybierasz. Bez przywiązania do rezultatów. Bez emocji. Nic na siłę. Wszystko z uczuciem.

To czysty flow. Przepływ, którego doświadczenie - w co głęboko wierzę - jest zarezerwowane tylko dla mistyków. A ponieważ każdy z nas nim jest - jest ono również dla Ciebie. Sam dopiero wchodzę na tę ścieżkę, ale już czuję, że moje życie zmienia się w coś jeszcze bardziej cudownego, niż kiedykolwiek mógłbym podejrzewać.

Wyobraź sobie życie, w którym uprawiasz seks z kim chcesz, kochasz całym Sercem ludzi, którzy Cię otaczają a Twój wspaniały Umysł to wszystko realizuje i pomaga Ci to osiągać.

Był taki moment, przebłysk w półśnie, w którym energie wszystkich moich otwartych i uświadomionych czakr połączyły się w jedno i zobaczyłem

coś, dla czego chcę żyć.

O tym śnie będzie niebawem, bo jest to coś większego ode mnie. Coś tak pięknego, głębokiego, że mój Umysł jeszcze tego nie przetworzył. Ale gdy tylko uda mu się ubrać to w słowa, chcę się z Tobą tym snem podzielić.

Dziś czakra energii seksualnej oczyszczona z lipnych historyjek o seksie nauczyła mnie jednego: Seks jest cudowną celebracją przyjemności. Chcę go uprawiać jak najwięcej, jak najczęściej i jak najmocniej. Chcę się cieszyć ciałem swoim i innych facetów. Bez skrępowania, bez wstydu. Chcę cieszyć się orgazmami facetów i swoimi. Nie wstydzę się tego, nie boję się już, że ktoś nazwie mnie infantylnie "kurwą" albo "puczalskim pedałem". Bo seks jest bardziej mistyczny, niż nam się wydaje. Seks jest modlitwą, jest medytacją i oświeceniem. A połączony z Sercem - jest Świętością.

To głęboka zmiana. Ciekawe co przyniesie. Do napisania!

piątek, 9 października 2009

Jak pracować z własnymi historiami? - case study

Witaj ponownie. Dziś powrócimy do tematu, który jest ważny i poważny, a więc do pracy z własnymi historiami osobistymi.

Na wstępie podsumuję dotychczasowe posty i spostrzeżenia na ten temat.

Rodzimy się w stanie koherencji serca o dużej amplitudzie. To stan wrodzonej doskonałości - wtedy czujemy miłość, wdzięczność, pewność, akceptację, radość, spokój i zaufanie. Są to zasoby bezwarunkowe, a więc występują cały czas względem wszystkiego - każdego doświadczenia. W czystej koherencji kochamy Wszechświat, jesteśmy mu wdzięczni za to, co nam daje, ufamy mu w 100%, jesteśmy spokojni, radośni i akceptujemy w 100% wszystko, co nam zsyła, mając pewność względem tego, co robić i jakie decyzje podejmować. To wszystko składa się na Szczęście Doskonałe.

Wszystko jest okej do momentu, w którym nasz umysł zaczyna wdrukowywać sobie historie osobiste. Każdy ciąg doświadczeń jest kodowany w głowie w postaci historii właśnie, co patrząc przez pryzmat neurologiczny objawia się stworzeniem kolejnego obwodu nerwowego.

I sam fakt wdrukowywania historii nie byłby taki straszny, gdyby nie przykry fakt, że wdrukowujemy sobie mnóstwo fatalnych, lipnych i źle kończących się historii, które nasz umysł uważa za prawdziwe. Wiara w każdą lipną historyjkę zakłóca koherencję serca. Im więcej złych historyjek, tym więcej zakłóceń i chaosu w wykresie zmienności rytmu serca. Na poziomie psychicznym odbieramy to jako lęk, poczucie winy, wstyd, złość, frustracje, poczucie bezsilności etc.

Są pewne fałszywe, ale praktyczne generalizacje nt. historii umysłowych:
  • wszystkie historie są fałszywe - wszystkie, bez wyjątku. Popatrz na swój komputer. Pamiętasz, jak trafił na Twoje biurko? Masz historię swojego komputera w głowie. Twój umysł być może wierzy w jej prawdziwość tak bardzo, że dałbyś sobie rękę obciąć, że to "jest prawda", że kupiłeś go tam i dałeś za nie X zł. Dziś mój Drogi faktem jest tylko to, że masz komputer na biurku. I to jest rzeczywistość. To, jak do Ciebie trafił, to tylko obrazki, dźwięki i kinestetyka produkowana przez Twój układ nerwowy tu i teraz. A więc nie wróciłeś do przeszłości - lecz na nowo stworzyłeś ją tu i teraz. Pilnuj tego. Rozwalisz auto. Auto jest zniszczone. I to jest rzeczywistość. Natomiast "mam przejebane", "mam w życiu pecha", "starzy mnie zabiją" - to historie, które przyklejasz do rzeczywistości.
  • ilekroć odtwarzasz jakąś historię w swojej głowie, na nowo się jej uczysz. Raz przywołasz ją w stanie smutku i będziesz widział w niej co innego. Innym razem przywołasz ją w stanie euforii - i ona znów się zmieni. Za każdym razem jednak będziesz miał iluzję, że to jest prawdą. Czasem lepszą, czasem gorszą.
  • jest tylko jedna historia - Twojego życia. To Twój umysł uwielbia "początki" i "końce", więc wciąż przykleja te etykietki na Twoje doświadczenie. Początek dnia, początek pracy, koniec pracy, początek spotkania ze znajomymi, koniec spotkania, koniec dnia. Kumasz? Doświadczenie jest ciągłe. To umysł dzieli tę jedną ciągłą historię na kawałeczki i osobno klasyfikuje w kategoriach pt. dom, szkoła, związek, znajomi etc. Więc pracując z małą historią (a więc fragmentem tej wielkiej historii Twojego życia), zawsze wywołasz ogólne reperkusje w całym swoim życiu.
  • umysł klasyfikuje historie na "dobre" i "złe" (lub jeszcze inne) ze względu na to, jak się one zakończyły!!! - to w kurwę ważne, byś wiedział, o co w tym chodzi. Przykład. 2 historyjki. Pierwsza - idziesz do dentysty, bo boli Cię strasznie ząb. Dentysta daje Ci znieczulenie i szybko robi swoje zadanie. Wychodzisz z gabinetu i czujesz ulgę. Koniec historii. Druga - idziesz do dentysty profilaktycznie, pomimo, że nic Cię nie boli. Dentysta wypatrzył dziurę i chce wiercić. Zgadzasz się a on mówi klasyczne: "Nie będzie boleć" - nieświadomie instalując Ci na linii czasu ból. I wyrocznia się sprawdza - boli jak chuj, wychodzisz obolały z gabinetu, krew leci ciurkiem. Koniec historii. Która była zła? Czujesz, o co kaman? Pierwsza historia może posłużyć Ci do zbudowania większej i bardziej ogólnej historii pt. "Dentyści są fajni". Ta druga - wręcz przeciwnie! Wiele więc zależy od tego, w którym momencie postanowisz zakończyć historyjkę. Jeśli czujesz, że jakaś historia źle się skończyła/ kończy/ zakończy - ciągnij ją DALEJ - aż będzie ok! W myśl zasady - gdy idziesz przez piekło - idź dalej.
  • historie mogą dotyczyć Ciebie, kogoś innego lub Wszechświata - swoim modelem świata możesz niechcący wpierdalać się w modele świata innych ludzi lub próbować ingerować w rzeczywistość. Np. "moje plany szlag trafił" -> to historia, która dotyczy Ciebie, ale też Wszechświata. Coś zaplanowałeś, ale Wszechświat tak ułożył Twoje losy, że wyszło co innego. Tylko Wszechświat ma prawdziwe plany. "Pogoda sprawia, że czuję się źle" -> znów ktoś wchodzi w kompetencje Wszechświata. Pogody myślami nie zmienisz, więc po chuj się tym zajmować? "On powinien być bardziej czuły względem mnie" -> tą historią człowiek wpieprza się w model świata innej osoby. Skąd wiadomo, że on coś powinien??? A gdybyś wszedł w to głębiej, zrozumiesz, że wszystkie historyjki są o Tobie - choć czasem opowiedziane są tak, że nie dają Ci wyboru, nie pozwalają zmienić swojej postawy (np. w 100% skupiają się na innych ludziach, wycinając Twój udział w sytuacji - ideologia pt. "jestem tylko obserwatorem, ja z tym nie mam nic wspólnego").
Aby w pełni zrozumieć, jak historie potrafią zakłócić wrodzoną doskonałą koherencję serca, przyjrzyjmy się ich anatomii. Jakie historie pierdolą poszczególne składowe koherencji?
  • Miłość - miłość pierwotnie jest bezwarunkowa (przyjrzyj się, jak kochają zwierzęta - mają w dupie, czy właściciel jest pijakiem, czy je leje, czy ma kasę czy nie - one prawdziwie KOCHAJĄ, bo używają do tego Serca i wyłączają umysł). Potem nasz umysł dopowiada do niej swoje historyjki, które tę miłość zakłócają. Jakie? On chce mnie skrzywdzić, zranić, zdradzić (dopisywanie złych intencji innym ludziom -> myśli paranoiczne -> lęk). On mnie nie kocha (więc dlaczego ze mną jest? -> produkcja kolejnych lipnych historii: dla kasy, dla seksu etc.). Nie jestem na tyle wartościowy, by mnie kochać. (niska samoocena -> dobieranie sobie nieodpowiednich partnerów -> lipa!!!) On i tak odejdzie i tak (efekt samosprawdzającej się wyroczni -> gość będzie tak długo się frustrował, aż partner odejdzie -> no tak, miałem rację! jednak odszedł! wiedziałem od początku, że tak będzie!). Związki zawsze się kończą. Etc. Summa summarum - kończy się to nienawiścią do partnera, który "zranił".
  • Akceptacja - akceptacje niszczą wszelkie zasady oraz warunki, a więc wyznawanie historii z modalnymi operatorami konieczności: (nie) powinien, musi tak być, należy mi się. Brak spełnienia tych warunków powoduje złość, a więc walkę. Walka to przeciwieństwo akceptacji. A brak akceptacji z automatu tworzy problem. Ktoś nie dopuszcza do siebie jakiegoś faktu - np. że jest w trudnej sytuacji. I walczy na oślep, tracąc siły, miotając się. Tworzenie związków na siłę - to brak akceptacji. Ktoś taki krzyczy: Powinno być inaczej!!!!
  • Zaufanie - wszelkie historie, które źle się kończą, podważają zaufanie - do ludzi, do siebie, do Wszechświata. Pojawia się bowiem lęk. To on zakłóca wrodzoną ufność. Lęk bywa dobry, gdy uczymy się, by nie wpierdalać palców do kontaktu i by nie przekraczać 100km/h na zaśnieżonej drodze w nocy. Lęk jest dobry, jeśli chodzi o świat deterministyczny (przyczyna-skutek). Nie jest dobry w kontaktach międzyludzkich, czyli w rzeczywistości probabilistycznej. Im ktoś bardziej się boi, że "zostanie zraniony" - tym większa szansa, że tak się stanie. To z kolei produkuje kolejną przykrą historyjkę, która "potwierdza" (koleś sam sobie potwierdza za jej pomocą) stanowisko, że "nie warto ufać". Dziecko rodząc się, wychodzi na świat i ufa, że ktoś się nim tam zaopiekuje. Nie ma obaw pt. "czy moja matka jest normalna? czy okaże się wariatką?". Po prostu kocha ją i bierze jaką taką, jaka jest. Nie ma przekonań pt. "moja mama powinna być taka a taka". UFA z natury! Jak kot, który mruczy i pokazuje Ci swoją uległość pozwalając Ci drapać go po szyi! On Ci ufa z natury. (szyja jest bardzo wrażliwą strefą dla ssaków - zauważ, że w momentach zagrożenia intuicyjnie obniżamy brodę, by ją chronić - tam są tętnice i tchawica - bez tego ani rusz).
  • Radość - radość jest pieprzona przez oczekiwania. W trybie koherencji cieszymy się procesami, które się dzieją i nie oceniamy ich. korzystamy z nich, podłączając się do nich, czerpiąc radość. Wszelkie oczekiwania rezultatów, stawianie sobie celów i robienie planów jest obosiecznym mieczem. Jeśli się nie uda - człowiek zjebie sobie radość życia. Nadmierne przywiązanie do rezultatów ("muszę to mieć!!!") tworzy zgnuśniałoćś, nerwice i frustracje. Nie można się cieszyć tym, co jest tu i teraz, jeśli masz wizję, że "przyszłość jest lepsza". Nie jest, bo przyszłości nie ma. Przyszłość to haluna. Ona może będzie! Ale na pewno nie jest. Jest to, co jest i nie ma nic więcej.
  • Spokój - 99% czasu w życiu ludzi nie dzieje się nic złego!!! A jednak nie potrafią zachować spokoju - stresują się, martwią itd. Rozejrzyj się dookoła - nic się nie dzieje. Stoi se komp, Ty czytasz mojego bloga. I tyle. A Ty masz jakieś emocje - one powstają w wyniku historii, którymi żyje Twój umysł. Jakie historie - takie emocje. I wszystko jasne. Wkurwienie? To historia, że "ktoś mnie atakuje". Lęk? To nic innego, jak historia, że "coś skończy się źle". Poczucie winy? To z kolei historia pt. "zjebałem sprawę, (nie) powinienem był". Wstyd? Kompleksy? To historyjka pt. "coś jest ze mną nie tak, jestem gorszy, dziwny, inny". Frustracja? -> "nie mogę dostać tego, co chcę, choć tak bardzo się staram - tak mocno, tak często, tak silnie". Lipne historyjki zakłócają spokój.
  • Wdzięczność - ona jest jebana przez postawy roszczeniowe pt. mnie się należy. Kto powiedział, że Ci się należy? Na jakiej podstawie? Sorry, jestem zdania, że nic nam się nie należy. Żyjąc w halunie pt. "należy mi się", ryzykujesz, że przeoczysz całe gigantyczne piękno teraźniejszości, nieustannie wkurwiając się na to, że ciągle nie masz tego, co Ci się należy. I powstają kolejne historyjki: świat jest niesprawiedliwy, ludzie podli etc. Czy tak chcesz żyć?
  • Pewność - żyjąc w idealnej koherencji nie miałbyś cienia wątpliwości, co chcesz robić w życiu, jakie decyzje podejmować. Niestety - historyjki, w które wierzy nasz umysł, produkują wątpliwości. A wątpliwość to nic innego jak kolejna maska lęku - jest coś, co chcesz i coś, czego się boisz w związku z tym, czego chcesz. Wyrzucając lipną historię, przestajesz się bać. A wtedy znikają wątpliwości i nagle w tajemniczy sposób WIESZ skądś, co chcesz robić. Skąd? Z Serca. Kierujesz się Sercem i Twoje życie staje się Przepływem.
I ponownie nawołam Cię do tego - przyjrzyj się, jakimi historiami żyje Twój umysł??? Wsłuchaj się w nie - jak się z nimi czujesz?

Jakimi historiami dot. miłości żyje Twój umysł?

Jakimi historiami dot. zaufania, radości, wdzięczności, pewności etc. żyje Twój umysł???

Jakich zasobów spośród 7 wymienionych wyżej brakuje Ci w życiu najbardziej? Spokoju? A może miłości? A może zaufania?

Zadaj sobie kolejne pytania: Jakimi historiami przeszkadzasz sobie odczuwać te zasoby?

To bardzo istotne pytania, które mogą całe Twoje życie wywrócić do góry nogami. Moje wywracają każdego dnia i ciągle uczę się na nowo rozumieć to, co mnie spotkało - dawno i niedawno temu.

Cały Twój umysł to zbiór fałszywych historii. Sztuka nie, by ślepo łykać te matrixowe ułudy, lecz by zwątpić w swój własny umysł. Historie to tylko myśli, a myśli nigdy nie są rzeczywistością. NIGDY! Historie są słowami, a słowa to nie doświadczenie. Wszechświat jest nieskończoną kombinacją zdarzeń zmysłowych. Słowa nigdy nie opiszą wszystkiego, co się zdarzyło, co się dzieje i co się zdarzy. Tak więc postrzeganie świata przez pryzmat historyjek jest skazane na porażkę!!! Tam nie ma mnóstwa informacji a te, które są, są uproszczone, zgeneralizowane na inne konteksty i zniekształcone tak, by pasowały do innych historyjek, w które wierzy umysł.

Przestań wierzyć w swój umysł.

On nie mówi Ci prawdy. Umysł może Ci tylko powiedzieć, jak osiągnąć coś dobrego lub jak uniknąć czegoś złego. Jest pragmatyczny. Ale nie jest narzędziem poznania prawdy. Umysł posługuje się pojęciem prawdy, aby nadać sens swoim działaniom. Jednak w praktyce oznacza to tylko, że pewnym informacją nadaje atrybut prawdziwości a innym nieprawdziwości - wedle swoich zasad, wedle tego, co już za prawdę i nieprawdę uznał do tej pory. Świat jest jeden a każdy z nas żyje w innym jego modelu - każdy z nas ma swoje przekonania, wartości, zasady i możliwości. Jak to możliwe? Właśnie tak - prawdą jest to, co myślisz, że jest prawdą - pod warunkiem, że wierzysz, że niniejsze stwierdzenie jest prawdą... Paradoks.

Praca z historiami

ETAP 1: Identyfikacja historii

Zidentyfikuj momenty w swoim życiu, w których czujesz się źle - co wtedy do siebie mówisz? Co opowiada Ci Twój umysł? Spisz te słowa - to elementy Twojej historii, z którą będziesz pracował. Zadaj sobie pytania: Co przeszkadza Ci odczuwać bezwarunkową miłość w tym "kłopotliwym" momencie? Co przeszkadza Ci bezwarunkowo zaakceptować to, co się dzieje? Co przeszkadza Ci cieszyć się tym doświadczeniem?

Spisz wszystko na kartce. Bądź otwarty na to, że w tracie pracy z jedną historią, będą wychodzić inne historie z ukrycia - historie, które wspierają pierwotną historię.

Przykładowe historie:

"Coś jest nie tak z moim zdrowiem"
"Zenek mnie skrzywdził"
"Świat jest niesprawiedliwy"
"Mirek to sukinsyn"

ETAP 2: Praca z historią

Pierwsza rzecz - nie walcz z historią. Ona sama odejdzie, gdy nadejdzie odpowiedni moment. Twój umysł sam dojdzie do wniosku, że kierowanie się daną historią jest bez sensu i podąży w innym kierunku - takim, jaki je nadasz.

1. Czy to jest prawda?

- Czy dana sytuacja naprawdę ma/ miała miejsce?
- Czy naprawdę coś jest nie tak z Twoim zdrowiem?
- Czy naprawdę Zenek Cię skrzywdził?
- Czy naprawdę świat jest niesprawiedliwy?
- Czy naprawdę Mirek to sunkinsyn?

Czasem już na tym etapie ludzie budzą się i mówią: nie, to nie jest prawda! Jak w ogóle mogłem w to wierzyć przez choćby 5 minut???

Czasem jest też tak, że ktoś mówi: tak, to prawda. Dałbym sobie rękę obciąć, że to prawda! Idziesz dalej.

2. Czy jesteś pewien na 100%, że to prawda?

- Czy możesz być pewien na 100%, że to prawda?
- Czy możesz być pewien, że coś jest nie tak z Twoim zdrowiem?
- Czy możesz być pewien na 100%, że Mirek to sukinsyn?

Prawda jest taka, że nie możesz być pewien na 100%, że np. Mirek to sukinsyn! Może nie znasz Mirka do końca? Może dolegliwości nie oznaczają, że coś jest nie tak ze zdrowiem, ale - paradoksalnie - Twój organizm doskonale radzi sobie z przeciwnościami!!

- Czy zajmujesz się teraz sprawą swoją, czyjąś czy Wszechświata?

Mirek sam ma prawo decydować, czy jest sukinsynem, czy nie. Twoje zdrowie w części zależy od Ciebie, w części od Wszechświata (otoczenia). Zenek skrzywdził, bo miał taką możliwość i chciał - sądzenie, że "nie powinien" jest wjebywaniem się w jego model świata. Świat jest niesprawiedliwy - bo ma cel, bo chce Cię czegoś nauczyć przez to, byś był lepszy.

- Czy jesteś pewien, że byłbyś szczęśliwszy, gdybyś dostał to, co pragniesz? Na 100% pewien???

Nie wiesz NIGDY, czy na 100% Twoje życie byłoby lepsze, gdyby świat był sprawiedliwy, Zenek Cię nie skrzywdził, Mirek nie był sukinsynem a z Twoim zdrowiem wszystko było ok. Nie masz pewności, bo nie wiesz do końca, co by to spowodowało!

3. Analizowanie konsekwencji kierowania się daną historią...

- Jakie konsekwencje niesie ze sobą kierowanie się tą historią?
- Czy dobrze żyje się człowiekowi, który kieruje się tą historią?
- Czy dobrze Ci się żyje, myśląc, że coś jest nie tak z Twoim zdrowiem?
- Czy dobrze Ci się żyje, wierząc, że Zenek Cię skrzywdził a Mirek to sukinsyn? Naprawdę?? Czy można być w pełni szczęśliwym wierząc, że zostało się skrzywdzonym a inni ludzie to sukinsyny?
- Jakie odczucia w Twoim ciele powoduje ta historia?? Są dobre czy złe?
- Jakie obrazy widzisz w swojej wyobraźni, gdy myślisz tę myśl?
- Jak postrzegasz swoją przeszłość/ przyszłość przez pryzmat tej myśli?
- Co mówisz do siebie, gdy myślisz tę myśl?
- Jakie rezultaty w życiu osiąga osoba, która się kieruje się tą historią?
- Po co się nią kierujesz? Co Ci to daje?
- Kim jesteś, gdy myślisz tę myśl?
- Jak traktujesz innych, myśląc tę myśl? Jak traktujesz Zenka, Mirka, swoje ciało, świat?
- Jak traktujesz siebie, gdy myślisz tę myśl?
- Czy ta myśl wnosi w Twoje życie spokój czy stres?

Na tym etapie, prócz ewidentnych złych konsekwencji wiary w daną historię, pojawi się też dobry powód, by w nią wierzyć. Ten powód to najczęściej kolejna historia do przepracowania. Zanotuj go osobno i potem się tym zajmujesz.

4. Kim byś był, gdybyś nie dawał wiary tej historii?

Gdybyś nie mógł pomyśleć tej myśli, nie mógł kierować się tą historią - kim byś był? Jakbyś się czuł? Jakbyś się zachowywał w różnych sytuacjach życiowych? Jak traktowałbyś siebie, swoje życie? Jak traktowałbyś innych ludzi? Jak traktowałbyś Wszechświat?

Czy nie byłoby lepiej?

ETAP 3: Odwrócenie historii

Teraz odwracamy historię i sprawdzamy rezultaty, np.:

- Zenek mnie nie zranił, on tylko... mnie czegoś nauczył? pokazał coś? zahartował?
- To nie Zenek mnie zranił, to... ktoś inny? jak sam?
- Mirek nie jest sukinkotem, on jest... dziwnym człowiekiem? outsiderem? zranionym facetem?
- To nie Mirek jest sukinkotem, tylko... jego otoczenie, które go zraniło? ja sam, że go tak oceniam?
- Z moim zdrowiem nie jest coś nie tak, wszystko z nim w porządku.
- To nie z moim zdrowiem jest coś nie tak, tylko z... moim myśleniem o zdrowiu?
- To nie świat jest niesprawiedliwy, tylko... ludzie? ja sam?

Wybierz wersję, która Ci odpowiada najbardziej a następnie podaj 5 dobrych powodów, dla których warto trzymać się nowej myśli, kierować nową historią.

"Z moim zdrowiem wszystko jest ok"
- moje ciało dostanie sygnał od umysłu, że wszystko jest z nim ok,
- mniej stresu w życiu, więcej spokoju
- etc.

"Zenek mnie nie skrzywdził - on mnie czegoś nauczył"
- mogę wziąć naukę z tej historii zamiast zwalać winę na kogoś
- mogę wyjść z pętli i w przyszłości zapobiec powtórce skrzywdzenia
- mam luz z tę myślą
- mogę normalnie kontaktować się z Zenkiem zamiast robić mu wyrzuty
- etc.

Pracuj z historią tak długo, aż poczujesz, że Cię opuszcza. Zadawaj jej dociekliwe pytania, jeśli będzie trzeba:

- skąd wiem, że to prawda?
- kto to powiedział? czy miał rację?
- w jaki sposób to, czego doświadczyłem, oznacza, że prawdą jest moja myśl?
- co innego może to oznaczać?
- co jeszcze?
- co to powoduje?
- a może to już się zmieniło?
- co by się stało, gdyby było inaczej?
- co by się stało, gdyby prawdą było zupełnie coś innego?

Kombinuj.

***

Podważając swoje lipne historie, umysł zacznie procesy samoczyszczenia się z nich. niektóre historie będą chciały Ci towarzyszyć dłużej i będą wymagały dłuższej pracy (nie cięższej! nie większego wysiłku - po prostu więcej pytań!).

Im mniej lipnych historii, tym lepsza teraźniejszość i głębsza koherencja serca. Tym lepsze zdrowie, tym lepsze życie, pełniejsze i wspanialsze. W głowie w końcu zostawisz sobie tylko mocne, wspierające historie, które będą dodawać Ci siły i które sprawią, że rozwiniesz swoje skrzydła.

Pracuj. Jak masz pytania - pytaj. I baw się.

poniedziałek, 5 października 2009

Maski i Autentyczność - oto, jak się robią skurwysyny

Dziś będzie o maskach zbudowanych z lęku i Autentyczności, która - pewnie będziesz zaskoczony - idzie z Serca. Będzie znów o koherencji i znów powtórzę parę rzeczy z poprzednich postów - wszystko w najlepszej intencji, byś był wspanialszy niż byłeś wczoraj i byś jutro był jeszcze wspanialszy.

Każde słowo w tym poście pójdzie z mojego doświadczenia. Nie z gazet naukowych, nie z książek. I będzie inspirowane Mav'em, który się obudził i zaczął mi walić zagubione komentarze.

Przyjrzyj się dzieciom. Zobacz, jak okazują miłość, radość, zaufanie. Niczego nie ukrywają. Nikogo nie udają. Są sobą. Są Autentyczne! Dorosły, jak ma złe doświadczenie, pierdoli dialogami wewnętrznymi, jaki to "świat jest zły a faceci to dranie" (tak Mav, znów się widzisz w lustrze - pomachaj do siebie!). A co robi dziecko? Płacze! Po prostu. Bo płacz oczyszcza.

Dziecko zna tę mądrość. Dorosły o niej zapomina.

Nasza kultura pierdoli w kółko farmazony, że "nie powinno się płakać". Dlaczego? Bo płacz to podobno objaw słabości - tak przynajmniej twierdzi głos socjalny. Ale ja mu kurwa nie wierzę. Odkryłem, że płacz jest objawem oczyszczania się z lipnych historii.

Gdy ludzie płaczą na psychoterapii - terapeuta wie, że oto dzieje się coś ważnego. Że otwieramy ważne drzwi. Mav tego jeszcze nie wie.

Przyznałem się na łamach tego bloga, że płakałem. Że mnie ktoś zranił. Tak - oto DreamWalker, który śmiał doradzać innym, jak sobie radzić ze smutkiem, z załamaniem - płacze i jest zraniony. Ktoś, kto widzi w tym niespójność, nie rozumie, że płacz to objaw tego, że się leczymy z emocjonalnych urazów.

To, że przyznałem się do swojego płaczu, było objawem mojej siły Mav. Ty byś się nie przyznał, co nie? Przecież jesteś takim silnym, zimnym skurwysynem. Ty nie płaczesz!

Wyryczałem się i jest mi kurwa lżej na dupie. Znów czuję energię życia. To coś, czego Mav nie doświadczy, bo on twierdzi, że "płakanie to objaw słabości". Że "płaczą tylko bachory". Cóż za smutne historie muszę się za tym kryć.

Anatomia zimnych suk

Był sobie Piotruś. Był szczerym, prawdziwym, autentycznym dzieckiem. Robił to, na co miał ochotę. Gdy było okej - cieszył się. Gdy było źle - nie grał kozaka, lecz po prostu płakał.

Gdy podrósł - zakochał się za zabój. Jednak miłość tak okazała się feralna - Piotruś został odtrącony, a jego uczucia zignorowane. Płakał wiele godzin do poduszki, aż w końcu mu przeszło i wrócił do normy.

Piotruś zakochał się potem po raz kolejny. Niestety - znów nieszczęśliwie. I znów płakał.

Historia ta powtórzyła się jeszcze 2 razy. Ostatni raz już nie płakał.

Co się stało?

Doszedł do wniosku, że był ofiarą (lipna iluzja). I że teraz to on chce ranić innych, że chce być agresorem (wjebał się w kolejną lipną iluzję). I zrezygnował z daru bycia Autentycznym na rzecz maski pt. "Jestem zimnym skurwysynem i nikt mnie już nie zrani".

Zrezygnował z empatii, czyli jedynej prawdziwej etyki. Zrezygnował z miłości, wdzięczności, radości. Teraz gra kozaka. I mocno wierzy w tę rolę. Zapomniał, że jest aktorem. Myśli, że przedstawienie jest jego życiem. Ryba nie wie, że siedzi w wodzie, dopóki się jej nie wyłowi. Tak samo Piotruś nie wie, jak bardzo siedzi w iluzji, dopóki nie opuści szamba, w jakie się wjebał swoimi halucynacjami.

Skąd ja to wszystko wiem? - to dobre pytanie.

Sam byłem taki. Dokładnie taki. Toczka w toczkę.

Gdy zaczynałem pisać tego bloga, byłem intelektualnym kozakiem. Oto ja, DreamWalker, zimna pizda, która pokaże Ci, jak można być samemu i czuć się z tym dobrze. Jak olewać facetów. Wiele moich komentarzy było złośliwych i kąśliwych, jak te Mava z ostatnich postów. Mój umysł szalał, w ogóle nie miałem kontaktu ze swoim Sercem. Żyłem w wiecznej dekoherencji.

Ale chwała Wszechświatowi - w ręce wpadły mi odpowiednie informacje. Odkryłem dzięki nim, że nie ma nic ważniejszego, niż bycie w spójnej koherencji - czyli stanie, w którym serce może spokojnie pracować.

I wtedy zaczęło wszystko stawać na głowie.

Płakałem z powodu związków, które skończyły się 2, 3 lata temu. Myślałem, że mam to za sobą, ale nie - ja to po prostu w sobie stłamsiłem, bo nie wiedziałem, co mam z tym zrobić. I historii do przepłakania było więcej i więcej a ja ryczałem jak dziecko. Wiele dni, długie godziny. Odrabiałem zadanie.

Ulga, jaka przyszła po tym, jest nie do opisania. Zacząłem znów otwierać się na ludzi. Nawiązałem głębokie przyjaźnie z ludźmi, których uwielbiam nad życie. Otworzyłem się na Miłość - tę megaprawdziwą, przyjemną, cudowną i leczniczą.

A drogą do tego był płacz.

Gdy się rodzimy - płaczemy. To jest Autentyczne. A Mav widzi w tym słabość, chwast mentalny i zakłócenia percepcji. Pyta mnie w komentarzu: czemu wcześniej nie rozpoznałem, że to nie TEN JEDYNY? Myśli, że całe życie trzeba się przed chronić przed wpadką - bo kieruje się lękiem a nie miłością. Ja nie potrzebuję rozpoznawać, czy to TEN JEDYNY, bo po pierwsze nie wierzę w ideologię, że istnieje ten jedyny, a po drugie - nie boję się, że mnie ktoś wyrucha i porzuci. Gdyby tak było, w ogóle nie zaczynałbym niczego z nikim.

Teraz, gdy jestem Sobą, można mnie zranić. To prawda. Koniec z maskami, że "nie można mnie zranić". Można a ja się tego nie boję. Chcesz? Przejedź się po mnie w komentarzu - proszę bardzo. Dotknie mnie to do żywego. Wypłaczę się, oczyszczę z kolejnej lipnej historii i będę lepszy niż byłem (a Ty niestety nie). Drugi raz tego nie zrobisz, bo moje serce uczy się teraz płynnie, w co/ kogo warto inwestować. A ja mu w tym nie przeszkadzam swoim umysłem, który do tej pory myślał, że "wie lepiej, co dla mnie dobre".

Kurwa, jak bardzo się mylił.

Typy masek
  • "Zimny Skurwysyn" - twierdzi, że faceci to dranie (sam jest facetem, więc wyraża opinię również o sobie samym!!!). Jest chłodny w obyciu. Nie ma w nim grosza empatii i niedoszukasz się jej (choć on sam twierdzi, że wie, co odczuwają inni). Podejmuje decyzje tylko w oparciu o swoje potrzeby (potrzeby wynikają z lęku!), wyrzekł się pragnień (pragnienia idą z serca!), całkowicie ignorując potrzeby i pragnienia innych ludzi (twierdzi, że powinni sobie sami radzić ze sobą i ma ich gdzieś). Odcina się od jakichkolwiek problemów - "co złego to nie ja". Mówi "To Twój problem, nie mam z tym nic wspólnego". Albo "Ja się życia nie boję". Często splata ręce na klatce piersiowej (broni energetycznie czakry serca - bo jest wrażliwa). O takich ludziach mówi się, że są "bez serca" - dosłownie oddając stan ich energii. Zimne skurwysyny tworzą siebie, wierząc w bolesne historie zranienia, rozczarowania i odrzucenia. Nie przepłakali ich, jak to robią dzieci (bardzo skutecznie), lecz uznali je za objaw swojej słabości, który trzeba wykorzenić, wyrzec się ich lub stłamsić.
  • "Ofiara Losu" - jest to lustrzane odbicie Zimnego Skurwysyna. Wszyscy go wciąż ranią, jest przecież taki delikatny i wrażliwy. Nawet podmuch wiatru może go zmieść z powierzchni ziemi. Oddają odpowiedzialność za swój stan emocjonalny wszystkim dookoła. Przejmują też ich cierpienie, bo są męczennikami. Ofiarom Losu żyje się źle, bo są wiecznie przepełnieni lękiem, czy ktoś znów ich nie zrani. Ofiara Losu kryje się wewnątrz każdego Zimnego Skurwysyna. Inaczej Zimny Skurwysyn nigdy nie musiałby powstawać. Ofiara, zgodnie z efektem samospełniającej się wyroczni, sprowadza na siebie samych katów - wszyscy chcą ją lać, bić, upokarzać, ranić bez sensu. Wiesz, my się tutaj możemy śmiać i widzieć, w jakim kurestwie tacy ludzie siedzą, ale oni tego nie widzą, jak ta ryba w wodzie. I bardzo cierpią, bo żyją w strasznym świecie.
  • "Wielka Kurwa" - to jest dopiero historia. Wielka kurwa cały czas opowiada o swoich podbojach. Wylicza fiuty, które ssał w swoim życiu, opowiada o podbojach, o wielkich kutasach, które lądowały bez oporu w jego dupie. Ile to on się nie rżnął, ile to on spermy nie wypił. Wielka kurwa naśmiewa się z prawiczków czy z ludzi, którzy w seksie widzą coś więcej, niż dyscyplinę sportową. "Spałeś tylko z dwoma facetami w życiu? hhahaha!" i ze śmiechu zakrywa usta. Ma Ci być wstyd, bo Wielka Kurwa buduje teraz swoje ego - myśli, że jest kimś lepszym, bo przejebał więcej facetów, niż Ty. O to w tym chodzi, nie wiedziałeś? Jaka historia kryje się za Wielką Kurwą? Historia wielkiej frustracji seksualnej. Ktoś latami marzył o wspaniałym seksie i nie mógł dopiąć swego. Ktoś, kto czuje, że pod względem seksualności coś jest z nim nie tak (kolejne baje). Więc buduje wokół siebie aurę, jaki to z niego nie jebaka, żeby nikt nie odkrył jego wstydliwego sekretu - że w życiu seksualnym nic mu się nie udaje.
  • "Cnotka Niewydymka" - lustrzane odbicie Wielkiej Kurwy. Uważa, że częste uprawianie seksu jest powodem do wstydu i trzeba się bać, żeby nikt się nie dowiedział, jak często się jebie. Trochę to przypomina chrześcijańską hipokryzję - "jestem bardziej święty, niż sam Papież". Cnotka Niewydymka ma obszary tabu. Nie rozmawia o seksie, uważa to za wstydliwe i nie na miejscu. Cnotka szybko złamie swoje zasady, jeśli nikt ważny tego nie widzi. Niby się nie kurwi - ale tylko przy swoim chłopaku. Gdy on zniknie, dostajesz od Cnotki list, że ma wolną chatę na weekend. Pozdrawiam Cię Adrian :)
Za tymi maskami kryje się zawsze smutny dramat. Historia, która przepełnia tych ludzi głęboki lękiem i każe im się bronić. To smutne i jeśli tak, jak ja, kierujesz się sercem, zauważysz, że trzeba im współczuć i wspierać ich w tym, aby w końcu zdjęli swoje maski i byli sobą.

Jak porzucić maski?

By być Autentycznym, jak dziecko, musisz porzucić swoje maski. Bez względu na to, jakie maski założyłeś, jest jedna droga, by je porzucić - skontaktować się ze swoim Sercem. Gdy wyrobisz sobie nawyk kontaktowania się ze swoim Sercem (zadając mu ciągle pytanie: jak się z tym czujesz?), na poziomie umysłu dotrzyj do swoich historii. Zobacz, kiedy to się zaczęło, w jakich okolicznościach powstało. I wtedy zaczniesz płakać.

Kto wie, ile będziesz płakać.

Znam przypadki, że ludzie płakali wiele dni, nawet tygodni, zanim ostatecznie się oczyścili.

A gdy będziesz płakać - ciągle miej kontakt ze swoim sercem. Ten płacz będzie się różnił od tamtych płaczów kiedyś, gdy cierpiałeś. Ten będzie Cię uwalniał. Będziesz czuł coraz większy spokój i równowagę. To będzie znak, że wracasz do stanu koherencji. Maska będzie zdjęta. A Ty bez skrępowania będziesz mógł przyznać się, z iloma facetami się bzykałeś i nie będziesz się bał, że ktoś to oceni i jak. Będziesz mógł powiedzieć, że jesteś miękką ciotką, która ryczy po nocach, a jeśli ktoś oceni Cię po tym i powie, że jesteś miękiszem i słabeuszem, będzie Cię to bawiło. Tak szczerze.

I oto ja - prawdziwy DreamWalker. Płaczę, jak dziecko, jak mały bachor, gdy ktoś mnie zrani. A potem znów uśmiecham się do życia. I piszę o tym tutaj, na tym blogu. I wiem, że czyta mnie wiele inteligentnych, wrażliwych osób, które nadają na tych samych falach koherencji, co ja.

PS. Do Mava: Chłopie, to jest już śmieszne :) Po Twoim ostatnim komentarzu widzę, że nie zakumałeś kompletnie NIC, że jesteś zamkniętą całością, która wie lepiej i koniec kropka. Przyjdzie mi się i z tym pogodzić. Chcesz mnie wrzucić w swoją ramę, ale ja jestem za stary na takie sztuczki. Moje odpowiedzi szły z empatii, bo współczuję Ci, że oceniasz najwspanialszą osobę w swoim życiu jako "skurwysyna" (siebie!). Twoje teksty idą z poziomu oceny umysłowej i nie mają na celu zmienienia mnie na lepsze, lecz uczynienia ze mnie kolejnej zimnej suki. W myśl zasady "dokopmy mu, niech się hartuje". Jestem poza Twoim zasięgiem już. Pierwszy raz Ci się udało, teraz mnie bawisz :)

Mav, weź sobie głęboko do serca, to co Ci teraz piszę: siedzi w Tobie mnóstwo umysłowego dziadostwa i póki tego nie przerobisz Sercem, będziesz widział w moim blogu odbicie samego siebie - czyli chamstwo, słabość, wulgarność i co tam jeszcze widzisz.

I zapamiętaj jedno - mój blog jest dla mnie i będę tu pisał, co mi się będzie podobało - bez względu na Twoje nierealne bajki, które opowiadasz. Czytaj sobie dalej moje teksty złośliwym tonem głosu :)

Krótka historia o dmuchanym materacu i niespełnionych nadziejach

Pakuję rzeczy. Jeszcze ten przereklamowany dezodorant, jeszcze krem do twarzy, abym piękny i gładki był. Język na wierzchu, nadzieja w środku. Ale super! - myślę sobie. - Jadę do super ciacha, wypasionej kremóweczki. Nawet nie ukrywałem, że mi na nim zależy. Jest piękny. Przystojny. I czułem, jak nasze DNA w 100% się zgadza (to można poznać po zapachu). 3 miesiące pisania, spotkanie za nami. Czas na kolejne - tym razem mocniejsze.

Po małych perturbacjach w końcu dotarłem.

Poszliśmy na zakupy. Wiem, że on za nimi nie przepada. Przemknęło mi przez myśl, że może on się niecierpliwi, gdy ja przymierzam tę kurtkę i oglądam 10-tą parę butów. Ale ją rozwiałem. Pomyślałem, że może się raz poświęcić.

Czułem się super. Lubię duże miasta nocą, ten ulicznych ruch, światła. To poczucie, że jest się w centrum życia.

Mój pobyt miał być i był krótki. Mówię mu, że nazajutrz mam powrotny o 18:00 oraz o 14:45 i nie wiem, czy mam wracać wcześniej czy później. A on: "Jedź tym o 14:45, bo wieczorem mam plany i co - będziesz sam siedział w domu?".

No właśnie, co - będę siedział sam w jego domu, podczas gdy on będzie realizował swoje plany..?

Pamiętam, jak będąc dzieckiem spadłem z huśtawki na placu zabaw. Podnosząc się z ziemi, powracająca huśtawka zajebała mi prosto w twarz. To było podobne uczucie. Uczucie wynikające z perfidnego zderzenia moich gorących oczekiwań z chłodną rzeczywistością.

Przez nanosekundę pojawiło się w mojej głowie smutne, wręcz wypowiedziane z płaczem stwierdzenie: "A ja naiwny myślałem, że to ja jestem Twoimi planami na jutro." Ale cóż...

Nie byłem.

Przełknąłem ślinę i wziąłem głęboki oddech, by się zwyczajnie nie poryczeć.

Potem przez resztę wieczora w mojej głowie krzyczało pytanie: "CO ja tu kurwa robię?". A potem dialog uspokajający: "Kuba, przyjechałeś tu tylko na zakupy, jutro spierdolisz i Cię nie będzie." To był moment, w którym byłem pewien, że to mój pierwszy i ostatni przyjazd do niego. No bo po co miałbym przeszkadzać mu w jego planach? Myślałem tylko o tym, żeby być znów w domu, w moim ciepłym łóżku, przykryty kołdrą, w ręku ciepła herbatka i mój mruczący kotek obok.

Potem był spacer po mieście.

Rozmowy o autach, sprzęgłach, reflektorach. Potem wróciliśmy do niego do domu a ja poszedłem... nie, nie spać. Bo nie spałem. Leżąc na jego dmuchanym materacu z którego powoli uchodziło powietrze, tak jak ze mnie uchodziła nadzieja, wsłuchiwałem się w siebie. Naraz obudziło się we mnie milion sprzecznych emocji i uczuć. Serce wyrywało mi się z klatki piersiowej - tak bardzo chciało się przytulić, poczuć to ciepło, które ostatni raz czułem wiele długich miesięcy temu. A umysł szalał - był wściekły i urażony. I bardzo smutny.

Czego ja się spodziewałem?

Że on potraktuje mnie wyjątkowo? Że będę w jego oczach kimś więcej niż kumplem?

Przez moment wróciłem wspomnieniami do moich exów. Pamiętam, jak zachowywał się Krzysiek, gdy przyjechałem do niego pierwszy raz. Posprzątał pokój, zrobił mi kanapki. Siedział z uśmiechem i patrzył na mnie. Czułem się, jak ktoś megawyjątkowy, ogrzewany jego serdecznością. Pytał, czy nic mi nie trzeba, czy czegoś nie przynieść. A potem po prostu rzuciliśmy się sobie w ramiona. Zasypialiśmy trzymając się za ręce. Pytał, czy nie odejdę, czy będę przy nim. Aż łzy stają mi w oczach, gdy o tym myślę.

A teraz leżałem na dmuchanym materacu i było mi cholernie zimno w ręce i nogi. Zwinąłem się w kulkę i zacisnąłem zęby. Jutro po południu będę już w domu - ta myśl trzymała mnie przy życiu. Wśród wspaniałych ludzi, którzy mnie rozumieją, wśród moich przyjaciół i znajomych, którzy są najcudowniejszymi ludźmi na świecie.

W końcu usnąłem gdzieś na dnie mentalnych piekieł.

Było już jasno. Wstałem, dopiłem brzoskwiniową Nestea, umyłem zęby i wróciłem na materac. A on: "Chodź do mnie. Pewnie powietrze już uszło całe." I choć w tej sugestii nie było nawet cienia energii seksualnej, to ja oczywiście zrobiłem w głowie setki obrazów, co mogłoby się tam dziać. Uśmiechnąłem się do siebie. Może jednak coś się zmieniło? Może przez noc doszedł do jakiś wniosków? Może...?

Chwilę potem leżeliśmy już pod wspólną kołdrą. I zaczęło się. Dałem mu buziaka. Powiedział, że za mało. Więc dałem drugiego. I zacząłem tournee po jego szyi, ramionach, uszach. A nasze ręce zaczęły dziką wycieczkę w nieznane. Jego jęki były jak słodkie cukierki - ciągle chcesz więcej i więcej i trudno skończyć lizanie, dopóki nie poczujesz, jak słodkie i ciepłe nadzienie nie rozpływa się w Tobie. Nie było ciepło, było gorąco. I cudownie, jak na egzotycznej wycieczce. I zrobiło się szybciej i mocniej i ciekawiej i ...

"Na dziś wystarczy". Zszedł ze mnie, położył się obok mnie, krzyżując ręce na klatce piersiowej. Skrzyżowanie jego ramion wypadało dokładnie w tym miejscu, w którym jest czakra serca. Potem odwrócił się tyłem.

Zbliżała się 14:00. Spakowałem się i poszedłem na pociąg. Odprowadził mnie. Pożegnałem się. I zniknąłem.

Obudziłem się dopiero wieczorem w swoim łóżku. Podróż minęła szybko. Kot miauczał, nie widział mnie 2 dni, chciał się przytulać ze wszystkich sił. Spojrzałem na komórkę. 3 wiadomości nieodebrane. "Dojechałeś?". "Jesteś już w domu? Daj znak". "Daj cynka, czy dotarłeś cały".

Żadna nie była od niego.

***

Wiesz, po co nam umysł? Żeby realizować pragnienia serca.

Serce jest zbyt naiwne, by mogło dać sobie radę. Gdybym słuchał tylko serca, musiałbym umrzeć z goryczy. Musiałbym wyschnąć z tęsknoty i samotności w tamtej chwili. A gdybym słuchał tylko umysłu - byłbym nie człowiekiem, lecz kalkulatorem, który nieustannie oblicza, co może zyskać lub stracić.

Ale tym razem mój umysł mnie uratował. Z nieopisaną łagodnością zwrócił się do serca i wyjaśnił mu: Tak, to przykre. To boli. Ale tutaj nie dostaniesz tego, czego byś chciał.

3 godziny zajęło mi napisanie tego SMS'a, który to skończył. Zmieniałem w nim kropki, przecinki, słowa, zdania. W końcu wziąłem głęboki oddech i nacisnąłem "wyślij".

Przewidziałem, niczym najlepsza wróżka, co się stanie. Nic. Że zapadnie cisza na wieki. Że więcej go nie zobaczę, nie usłyszę, nie poczuję. Że go to nie ruszy. Że znów skryje się za maską zimnej suki - jak zresztą sam o sobie mówił - udając, że go to wszystko nie obchodzi. Po raz ostatni.

Dopiero wieczorem z całym okrucieństwem dotarło do mnie, co się stało. I nie mogłem przestać płakać. Nie wiem, kto powiedział, że łzy to kapiąca krew duszy, ale miał rację.

I teraz mógłbym napisać, że można puścić napisy końcowe i sentymentalną muzyczkę w tle. Że wszystko się skończyło, że pozamiatane.

Ale nie.

Historie nigdy się nie kończą, tylko wciąż na nowo zaczynają.

Dziś nad moim miastem świeci słońce i jest ciepło. I choć obraz mam rozmazany przez łzy, widzę te kolory i światło, które napełniają mnie optymizmem. I czuję powiew wiatru, który te łzy osusza. I gdy tylko pomyślę, ile jeszcze czeka mnie przygód, ilu ludzi jeszcze poznam i gdzie jeszcze będę - napełnia mnie to szczęśliwym oczekiwaniem. Oczekuję najlepszego. Jestem gotowy na wszystko i przygotowany na nic.

Życie zaczyna się teraz.

EPILOG: I po tym wszystkim jestem mu wdzięczny. Przeglądając się w lustrze zwanym jego osobą, zobaczyłem znów siebie - człowieka, który odrodził się i znów może prawdziwie kochać. Zobaczyłem, co zrobiłem źle i co zrobię lepiej następnym razem. Zobaczyłem, jakimi ludźmi tak naprawdę chcę się otaczać i czego tak serio pragnę z całego serca.

Dzięki Paweł. Byłeś dla mnie ważną lekcją.

sobota, 3 października 2009

Płacz

Płacz idzie z serca.

Gdy człowiek płacze, dzieje się coś ważnego. Oczyszcza się.

Dziś się oczyszczam. Moje serce dało mi sygnał, bym płakał.

Tak mocno. Tak długo. Tak cholernie głęboko.

Decyzja, którą dziś podjąłem, nie była łatwa. Po raz pierwszy od tak dawna byłem z kimś tak blisko, by móc poczuć jego cudowny zapach. A jednocześnie wciąż tak daleko. Moje serce tak bardzo rwało się, by go kochać. Czułem się, jak miłosna bomba nuklearna, która tylko czekała na jego sygnał, by wybuchnąć z całą mocą. Czekała. Na sygnał. Na wyraźny sygnał. Spójny i autentyczny - taki, jaki uczyłem się rozpoznawać na dziesiątkach ludzi, których spotkałem w swoim życiu. Lecz sygnał ten nie nadchodził.

Umysł mnie zaalarmował.

Podpowiedział mi, że to jednak nie On. Że to nie Ten. Zbyt wiele nas dzieli, za mało łączy. I choć serce rwie się okrutnie, by szaleńczo kochać, to mam przykrą świadomość, że moje pragnienia nigdy nie byłyby zaspokojone. Tak banalne pragnienia, jak czucie się komuś potrzebnym, poczucie, że ktoś się mną autentycznie interesuje. Że jestem dla kogoś kimś więcej.

Zdecydowałem się to skończyć.

Ta decyzja nie była z serca. Gdybym posłuchał swojego serca, nie poddawałbym się. Czekałbym dalej aż to się bardziej rozwinie. Czekałbym na coś więcej. Mógłbym nawet czekać w nieskończoność.

Umysł jednak nie dawał za wygraną. Przypominał mi moje poprzednie związki, w których zdarzało się, że tak bardzo cierpiałem. I tak wiele się nauczyłem. Aby ta nauka nie poszła na marne, muszę wykorzystywać ją w praktyce. Inaczej powtarzałbym swoje błędy w nieskończoność. A moja nauka mówi mi jedno - czekanie jest błędem. Nie ma na co czekać. To tylko obietnica. Może się nigdy nie spełnić. Tak powiedział mój umysł. I miał niezłe dowody.

Powiedział też jasno: Skończ to. Nie dostaniesz tutaj tego, czego tak bardzo pragniesz.

Serce dodało tylko, że to boli. I gdy tylko powąchałem koszulkę, która wciąż przesiąknięta jest jego zapachem, znów szybciej bije... A tam na dnie wciąż tli się głupia nadzieja, że może on to teraz czyta i że to może coś zmieni... Że może jakieś moje słowo na tym blogu, choćby zupełnie przypadkiem, spowoduje jakąś małą zmianę, która potem spowoduje większą i większą. I że ten efekt domina w swojej finalnej fazie sprawi, że najważniejsza kostka upadnie i zatrzęsie Ziemią, że zmieni się myślenie i odbiór rzeczywistości. Że on zrozumie, że pod moimi słowami, nawet tymi najgorszymi, kryło się tylko głębokie pragnienie bycia bliżej. Że straszne historie jednak okażą się fałszywe i znów oboje weźmiemy oddech w tym samym czasie. W tym samym rytmie.

Były krótkie momenty, gdy on się uśmiechał. Tak ciepło. Boże, jak mi tego brakowało. Że ktoś na mnie patrzy i się uśmiecha. Tak po prostu. Prawdopodobnie nigdy go już nie zobaczę.

Dziś posłuchałem swojego umysłu. Nie wiem, czy dobrze zrobiłem, tym bardziej, że serce wciąż cierpi. Że tęskni. Że wyrywa mi się z klatki piersiowej. I płacze.

Serce płacze.

Z każdą wylaną łzą jestem czystszy. Uwalniam się.

Płacz gdy czujesz, że chcesz. Płacz. Płacz. Płacz idzie z serca.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

TOP 10 miesiąca