Męski Anal - jak przygotować się do seksu analnego w roli pasywnej

Skondensowany i praktyczny mini przewodnik dla początkujących, którzy chcą dawać dupy bezpiecznie, zdrowo i przyjemnie.

wtorek, 18 sierpnia 2009

Związki neurohormonalne - czyli jak stworzyć idealny związek?

Jak stworzyć związek idealny?

To pytanie nieustannie rozbrzmiewa w naszych umysłach a jego echo roznosi się daleko w czasie i przestrzeni. Co jest receptą na udany związek? Odpowiedź jest niezwykle trudna, zważywszy, że wszelkie badania tego typu prowadzone są na parach heteroseksualnych, a Geje zostają gdzieś na marginesie zainteresowań naukowców.

Dziś omówimy jeden z bardziej interesujących modeli, który opisuje, jak ludzie dobierają się w pary: model neurohormonalny.

Jak wiadomo - hormony i neuroprzekaźniki (substancje znajdujące się w synapsach neuronów, które pomagają przewodzić impulsy nerwowe) wpływają na to, jak postrzegamy rzeczywistość, jak się zachowujemy a nawet na to, jaką mamy osobowość. Tak przynajmniej powiedzą Ci neurologowie wszelkiej maści.

Ja dodam coś od siebie - poziom wszelkich hormonów i neuroprzekaźników zmienia się w naszych ciałach w zależności od tego, co jemy, jak się zachowujemy i co myślimy o sobie.

Wojna neuroprzekaźników: dopamina i serotonina

To dwa, bardzo ważne neuroprzekaźniki, które kochają sobie - powiedzmy metaforycznie - wchodzić w paradę. Co ciekawe - oba te neuroprzekaźniki są nazywane w literaturze "hormonem szczęścia". Oba są absolutnie niezbędne do życia, choć ich poziom jest różny u różnych ludzi.

Ludzie, który mają więcej dopaminy, kochają wyzwania i są bardzo otwarci na nowe doświadczenia. Nie znoszą nudy, są impulsywni, pełni energii, optymistyczni. Mają ogromne poczucie niezależności, czasem bywają agresywni. Uwielbiają nieprzewidziane sytuacje, robią rzeczy pod wpływem chwili, nudzą się powtarzaniem tych samych czynności. Mają bardzo szerokie zainteresowania, są kreatywni. Są też kolekcjonerami nowych doznań. Są ciekawi ludzi i świata, chętnie podróżują. Typ imprezowicza.

Z kolei ludzie, który mają więcej serotoniny, cenią sobie spokój i ład. Są bardziej sumienni niż dopaminowcy, lubią mieć wszystko starannie zaplanowane, są precyzyjni i trzymają się terminów. Stoją twardo na ziemi. Są też towarzyscy, bywają też apodyktyczni. Są domownikami, powtarzalne rytuały nadają ich życiu ład i spokój. Są ostrożni, cenią sobie szacunek i lubią spokojne, powtarzalne rytuały - spacery, kolacje etc. Typ domownika.

I tu interesująca uwaga: każdy z nas w jakimś stopniu jest i serotoninowcem, jak i dopaminowcem. Bardzo łatwo zauważyć, kiedy w naszym organiźmie zmienia się poziom tych neuroprzekaźników. Bywają momenty, w których mamy ochotę zaszaleć, rzucić to, co robimy, i pojechać w nieznane. To właśnie dopamina szepcze nam do ucha te wszystkie szalone pomysły. Z kolei gdy jedyne, czego pragniemy, to spokojna kolacja przy kominku i lampce wina z ukochaną osobą, to znak, że mamy więcej serotoniny.

Nasze nawyki myślowe i setki przyzwyczajeń sprawiają, że mimo to bardziej będziemy skłonni przechylić się w stronę jednego z tych dwóch neuroprzekaźników. Ja osobiście, pomimo epizodów dopanergicznych, generalnie jestem serotoninowcem (co zresztą potwierdził test). Różnice jednak są tak niewielkie, że mógłbym w zasadzie je olać :)

Co to wszystko znaczy? To proste - dopaminowcy powinni dobierać się z dopaminowcami, a serotoninowcy z serotoninowcami. W przypadku neuroprzekaźników bowiem podobieństwo gra pierwsze skrzypce. Wyobraź sobie parę: jeden ceni sobie spokój, ład i jest domownikiem, a drugi szuka nowych doznań i chce podróżować. Nie, to nie przejdzie. Obserwując swoje zachowania i preferencje, możesz odkryć, którego neuroprzekaźnika masz więcej. Podobnie - obserwując swojego potencjalnego partnera. Odkryj, co lubi, słuchaj jego historii i będziesz wiedział, czy jest on odpowiedni dla Ciebie pod względem neurologicznym.

Hormony płciowe: testosteron i estrogen.

Jak się okazuje - również poziom hormonów płciowych ma wpływ na to, czy związek jest udany czy też nie.

Geje posiadający dużo testosteronu - są męscy, lubią wyzwania, rywalizację. Są chłodni, logiczni, bezpośredni. Rozumieją działanie złożonych systemów, szukają zasad, którymi się onie kierują. Trzymają się faktów, są nastawieni na sukces i zdobywanie. W dyskusji lubią mierzyć się z innymi i udowadniać, że są lepsi. Często są uzdolnieni sportowo. Czasem są tak emocjonalni, że nie potrafią nad tym zapanować. Sprawiają wrażenie obojętnych czy nawet chłodnych. Oni w związku są "górą". Typ męskiej, szowinistycznej świni :)

Z kolei Ci, których natura obdarzyła większą ilością estrogenu - są bardziej wrażliwi oraz empatyczni. Wczuwają się w emocje innych ludzi, wspierają, doradzają i negocjują. Nie lubią rozwiązywać konfliktów agresją czy kłótnią (jak ludzie z testosteronem) lecz rozmową. Oglądają sytuacje z wielu różnych perspektyw, są ciekawi ludzi, ufni z natury i sympatyczni. Mają ogromną potrzebę bliskości i tworzenia głębokich, emocjonalnych związków. Wzruszają się bardzo na filmach, pogrążają się w myślach, fantazjują. Są ulegli i bardziej skorzy iść na kompromis. Taki typ psycholożki :)

Najbardziej trwałe związki w kategorii hormonów płciowych to związki, w których partnerzy dobierają się na zasadzie przeciwieństw. Kiedyś pisałem posta o narkomanach miłości i zimnych sukach, pamiętasz? (jeśli nie, kliknij tu). To właśnie testosteron i estrogen wpływają na taki układ. Jeden partner jest narkomanem miłości, któremu estrogen wycieka uszami, drugi - testosteronową zimną suką. W moim przypadku (też się testowałem) również jestem bardzo wyrównany - mam podobny poziom testosteronu i estrogenu.

Gdy poszukujesz partnera - sprawdź, których hormonów płciowych ma więcej. Jest twardym męskim facetem, czy czułym i wrażliwym artystą? Wybieraj przeciwnych. Jeśli jesteś wrażliwy - najtrwalszy związek stworzysz z testosteronowcem, a gdy sam masz full testosteronu - wybierz estrogenowca, bo z nim masz największe szanse stworzenia dobrego związku.

Brak korelacji pomiędzy hormonami i neuroprzekaźnikami

Bywają związki, w których osoba ze sporą dawką estrogenu jest z osobą pełną testosteronu. I teoretycznie wszystko powinno grać, ale jednak nie. Dlaczego? Bo okazuje się, że pomimo iż są dobrze dobrani pod względem hormonów płciowych, ich neuroprzekaźniki są nie zgadzają. Testosteronowiec, którego dodatkowo wzmacnia dopamina, chce wyruszyć w świat i go zdobyć. A estrogenowiec, którego neurony kąpią się w serotoninie, woli spokój i zacisze domowe.

W związku z tym, z tego całego neurohormonalnego mętliku, wyłaniają się tylko dwa, dobrze dobrane typy związków:

1. Typ dopanergiczny

Partner 1: dużo testostronu i dopaminy
Partner 2: dużo estrogenu i dopaminy

Dopełniają się płciowo i jednocześnie oboje szukają nowych doznań, są impulsywni, energiczni - mogą razem podróżować i szukać nowych doswiadczeń.

2. Typ serotonergiczny

Partner 1: dużo testosteronu i serotoniny
Partner 2: dużo estrogenu i serotoniny

Ponownie - dopełniają się pod względem hormonów płciowych, choć jednak oboje są domownikami, cenią sobie spokój, ład i harmonię.

Co, jeśli już jesteś w związku, a wasze profile neurohormonalne się nie zgadzają?

Objawia się to niezgodnością, poczuciem, że "coś jest nie tak" w zwiazku. Masz dwa wyjścia - oba polegają na zmianie poziomu swoich neuroprzekaźników i hormonów.

Możesz chcieć zakończyć związek. Aby to zrobić - wyprodukuj więcej hormonu płciowego, którego nie posiadasz. Jeśli masz więcej testosteronu - wyprodukuj więcej estrogenu. Lub odwrotnie. Jak? To proste. Naśladuj zachowania ludzi, którzy mają nadmiar przeciwnego hormonu płciowego, niż Twój. Ja w ten sposób ogromnie zwiększyłem poziom swojego testosteronu, wyrównując go z estrogenem. Samce napędzane testosteronem wiele rzeczy robią zupełnie inaczej niż ci nakręcani estrogenem. Inaczej siedzą, jedzą, mówią, poruszają się. Naśladuj ich i cud stanie się sam. Dwóch wypełnionych testosteronem samców prawodpodobnie długo ze sobą nie wytrzyma, bo zaczną ze sobą rywalizować o terytorium. Z kolei dwóch napędzanych estrogenem gości straci sobą zainteresowanie, bo wolą kogoś bardziej męskiego.

Możesz chcieć wzmocnić związek, by wyeliminować poczucie, że coś jest nie tak. W ten sposób musisz zbliżyć się pod względem poziomu neuroprzekaźników do swojego partnera. Jeśli on kieruje się bardziej dopaminą, a Ty masz więcej serotoniny - zacznij robić dopaminę. I odwrotnie. Jak? Och, to również jest proste. Chcesz wiecej dopaminy? Naśladuj ludzi z nadmiarem dopaminy - naucz się znajdować w nowych sytuacjach, zacznij zdobywać nowe doznania. Wróć do momentu w Twoim życiu, w którym chciałes podbić świat. To właśnie TO uczucie. Z kolei jeśli chcesz mieć więcej serotoniny - zrób podobnie, tylko wyszukaj momentu, w którym wolałeś zostać w bezpiecznym, ciepłym domku, za oknem lało a Tobie było tak dobrze i spokojnie, gdy leżałeś wtulony w kogoś, przykryty kocem popijałeś kakao. Ćwicz wchodzenie w te stany, aż będziesz biegły i mógł na zawołanie tworzyć dany neuroprzekaźnik.

Neuro-uwodzenie - czyli jak wykorzystać w praktyce swoje neurohormony

Dąż do wyrównania poziomów swoich neuroprzekaźników, jak i hormonów płciowych. Bądź w równym stopniu dopaminowcem, jak i serotoninowcem. Bądź tak samo męski, jak i kobiecy. To daje Ci elastyczność i wybór.

Umawiasz się na randkę i gość wpada Ci w oko. Robisz szybką anlizę jego hormonów i neuroprzekaźników - i wiesz, jak masz działać.

Spotykasz ewidentnego serotoninowca - opowiedz mu, że ze swoim facetem będziecie grzać się przy kominku podczas świąt Bożego Narodzenia, razem będzie odpakowywać prezenty. Zapewnij go swoimi historiami, że dasz mu stabilizację, bezpieczeństwo, przewidywalność - łyknie to.

Gdy z kolei spotkasz dopaminowca - opowiedz mu, że razem podbijecie świat. Opowiadaj o planach, podróżach, o spontaniczności, dobrej zabawie. Zero nudy - będziecie razem poznawać świat i doświadczać nowych rzeczy razem.

Gdy spotkasz gościa, który ma dużo estrogenu - bądź męski i szowinistyczny. Nie przejmuj się jego humorami i fochami, rób to, na co masz ochotę i nie pytaj go o zdanie. Siedź w dużym rozkroku, nie pochylaj się w jego kierunku, możesz nawet go trochę olewać. On to pokocha.

Gdy spotkasz testosteronowca - bądź empatyczny, czuły i wrażliwy - pomimo jego chłodu i pozornego braku zaangażowania. On uwielbia marzycieli, którzy myślą syntetycznie i wielopoziomowo, którzy są czuli, kochani i wrażliwi. Idź na kompromisy, pozwalaj mu być suką i on to łyknie.

Baw się swoimi neurohormonami. To jest frajda :)

środa, 12 sierpnia 2009

Najczęstszy i największy konflikt w związkach gejowskich

Związki gejowskie uchodzą - w opinii samych Gejów zresztą - za nietrwałe. Mówi się, że 1 rok związku gejowskiego to 7 lat "po heteryckiemu". Statystyki mówią, że ok. połowa z nas żyje w stałym związku. W porównaniu z heterycką większością to dość mało, nie sądzisz?

Co jest przyczyną tego stanu rzeczy?

Aby odpowiedzieć na to pytanie, będę musiał zgłębić się w temat dość kontrowesrysjny (po raz kolejny), ale - jak już pewnie to zauważyłeś - dla mnie nie jest to problemem :) Na wstępie zaznaczę od razu, że możesz się ze mną nie zgodzić w pewnych kwestiach - niemniej zatrzymaj je w głowie i poczyń własne obserwacje. Wtedy też być może pod stwierdzeniami, z którymi się początkowo nie zgadzałeś, zauważysz drugie dno i kilka rzeczy, które naprawdę warto zrobić.

Powróćmy do pytania: co jest przyczyną tego, że związki gejowskie wydają się takie nietrwałe?

Odpowiedź jest następująca: jest to konsewkencja przejęcia heteryckiego modelu związku i próby zaadaptowania go w kontekście relacji gej-gej.

Związek hetero jest subtelnym, nieraz niełatwym balansem między energią żeńską i męską, które się uzupełniają. W przypadku Gejów jest podobnie (my, Geje, równiez mamy różne wewnętrzne balanse energii męskiej i żeńskiej), jest jednak spora różnica biologiczna między ludźmi hetero i homo. Jaka?

Ich podniecają antomiczne różnice, nas - podobieństwa.

Facet hetero, patrząc w lustro, widzi po prostu faceta. Gej, widząc swe odbicie, widzi kogoś, kto potencjalnie jest dla niego samego atrakcyjny pod względem seksualnym. Następuje seksualne sprzężenie zwrotne. Oto ja, Gej, mogę podniecić sie swoim własnym ciałem. To uczucie, które niedostępne jest heterykom.

To różnica, która czyni różnicę.

Będąc tak odmiennymi pod tym względem od heteryckiej większości, staje się jasne i oczywiste, że próby zaadoptowania modelu związku ze świata heteryckiego mogą po prostu nie wypalić.

Rozgryźmy to na drobne kawałki.

Wielu Gejów ma w sobie dwie, pozostające często w niełatwym przymierzu części.

Pierwsza to część biologiczna. Kieruje się instynktami i hormonalnymi impulsami. To ona odpowiada za wzwód, orgazm, wytrysk, całą przyjemność z tym związaną. To ona każe Ci poczuć coś niezwykłego, gdy widzisz nagiego, pięknie zbudowanego faceta, który patrzy na Ciebie pożądliwym wzrokiem. Ta część jest wzrokowo-kinestetyczna. Oznacza to, że obiera informacje drogą wzroku (widzisz atrakcyjnego faceta) i reaguje kinestetycznie (czujesz podniecienie). Jej celem jest danie Ci przyjemności fizycznej. Ta część uważa, że po to właśnie żyjesz - by sprawiać sobie przyjemność zmysłową! (nazywa się to hedonizmem).

Druga to część społeczna. Wdrukowali nam ją głównie nasi hetero-rodzice, jak również TV, filmy i wszelkie objawy kultury masowej. Część ta mówi Ci: "Masz być wierny, uprawiać seks tylko z jedną osobą, jej masz się oddać całkowicie, nie wolno Ci myśleć o innych facetach etc." Ta część jest głównie słuchowa, co w praktyce oznacza, że produkuje Ci dialog wewnętrzny. Czy przyjemny czy też nieprzyjemny - zależy od tego, KTO Ci go wdrukował. Jeśli miałeś matkę, która robiła awantury Twojemu tacie, że ogląda się za innymi, to właśnie jej głosem będzie przemawiała Twoja część społeczna. To, czy jesteś zgodny z tym głosem, czy spolaryzowany względem niego, to inna bajka. Część społeczna zawstydza, ochładza, tamuje. Ma w tym cel i wierz mi - nie głupi - chce Cię uchoronić przed 1) opinią kurwy, 2) chorobami wenerycznymi, 3) dać Ci życiową stabilność, poczucie pewności i bezpieczeństwa - co daje stały związek z kimś.

I tu, Drodzy Panowie, zaczyna się jazda między tymi dwoma sprzecznościami. Przejrzałem swoje związki, bacznie obserwowałem cudze. I wiem jedno - zawsze, gdy zaspokoisz jedną część, druga zacznie dawać o sobie znak.

Zauważ - są Geje, którzy bardziej utożsamiają się z częścią biologiczną (zapraszam na czaterię), są też tacy, którzy utożsamiają się bardziej z częścią społeczną. Który wybór jest lepszy? ŻADEN. Póki te dwie części nie potrafią się dogadać ze sobą - każdy jeden wybór będzie porażką. Bo gdy go dokonasz, strona przeciwna da Ci popalić.

Gdy ruchasz się na potęgę, może Ci brakować bliskości, poczucia stabilności życiowej, bezpieczeństwa.

Gdy jesteś w kimś w stałym związku - może Ci brakować przygód, zdobywania, energii seksu w najczystszej postaci.

Uważam, że to zbyt ważna sprawa, by ją ignorować. Tak, jak nie chcesz na łożu śmierci mieć uczucia, że całe życie ruchałeś i nigdy nie kochałeś, tak samo możesz nie chcieć mieć uczucia, że całe życie kochałeś, ale nigdy nie ruchałeś.

Oczywiście, że w Twojej obecnej perspektywy taki konflikt może wydawać Ci się nieprawodpodobny. Jeśli jesteś ruchaczem sportowcem i siedzisz na necie, by "łowić dupy", poczekaj, aż się do kogoś emocjonalnie przywiążesz, a ta osoba odejdzie. A gdy jesteś bardziej połączony z częścią społeczną - zakochaj się w kimś, kto nie będzie chciał się z Tobą ruchać za żadne skarby.

Efekt murowany.

Jakie masz wyjścia?

Są 3 wyjścia z tego konfliktu. Sam zadecydujesz, z którym na chwilę obecną wyborem będziesz czuł się najlepiej.

1. Utożsamić się z częścią biologiczną, a część społeczną wywalić.

Korzystasz ze swojej cielesności i seksualności w 100%. Zero zobowiązań, liczy się proces potęgowania przyjemności seksualnej. To potrafi być nieprawodopodobnie przyjemne, gdy widzisz przed sobą pięknie wyrzeźbione ciało i słyszysz jego jęki, czując, jak coraz większa przyjemność kumuluje się w Twojej czakrze seksu, by wybuchnąć, tak błogo kurcząc się i rozkurczając. Ludzie, dlaczego nie? Tak działamy, tak jesteśmy skonstruowani. Wyjebując część społeczną, pozbawiasz się poczucia wstydu i winy. Po chuj Ci one? Potrafisz się rozebrać przed kimś, kogo znasz 10 minut, i robić z nim takie rzeczy, jakie widziałeś na najlepszych pornolach - bez żadnego skrępowania, czysto hedonistycznie, narkotycznie, w transie. Masz wtedy dziką satysfakcję, że oto Ty, megaatrakcyjny samiec, zdobyłeś świeże ciacho i go obracasz - bez oporu, bez wstydu. Jest w tym tyle męskiej energii, że aż brak słów. Zdobywasz trofeum. Masz w głowie film, w którym potrafisz przekonać atrakcyjnego faceta do seksu podczas picia kawy. Wiesz, jak to buduje koncepcję Twojej atrakcyjności? Wiesz, jak to dmucha Twoje ego? Ile wypływa z tego gęstej, samczej dumy? Masz przygody, masz dreszcz adrenaliny, masz niebezpieczeństwo, które sprawia, że czujesz, że żyjesz.

Czyżby więc ta pierwsza opcja była aż taka atrakcyjna i pozbawiona wad? Niekoniecznie! Sam dobrze wiesz - nawet, jeśli nie z autopsji - że tego typu przygody kończą się w momencie wytrysku. Że na koniec pozostaje wam tylko dopicie kawy i chłodne pożegnanie, by wrócić potem do pustego mieszkania. Że idąc tą drogą będziesz musiał się zmierzyć z perfidną myślą, że tak naprawdę dla nikogo nic specjalnego nie znaczyłeś i nie znaczysz.

2. Utożsamić się z częścią społeczną, a wywalić część seksualną.

Scenariusz rodem z romantycznej komedii. Oto on cnotliwie czeka na księcia z bajki. Nigdy nic z nikim, no może jako nastolatek pod prysznicem z kolegą, ale tak generalnie to oszczędza się dla kogoś wyjątkowego. Potem działa efekt oczekiwania - zjawia się ktoś, z kogo robi on kogoś wyjątkowego. Są zakochani, pieprzą się, jak dwa króliki, świata poza sobą nie widzą. Love story, które każdy zna choćby z telewizji. Tworzą się fantastyczne uczucia i emocje - przywiązanie, oddanie, troska, wdzięczność, radość, spokój, pewność. Dwa gołąbki siedzące w swoim małym, przytulnym gniazdku, które nawzajem się iskają. Jedno dba o drugiego, robi mu masaże pleców, razem się kąpią, śpią, gotują, robią zakupy. Wspierają się nazwajem, będąc sobie wdzięczni za to, że są (epickie "Dziękuję, że jesteś"). I jest tu sporo miejsca na kizianie, mazianie, buziaczki, pierdzenie pod wspólną kołdrą, opiekuńczość i wiele, wiele więcej.

Czy zatem ten sceariusz nie jest w ogóle pozbawiony wad? Niestety - życie to nie bajka i nie da się tutaj postawić jakże eleganckiego "I żyli długo i szczęśliwie" na koniec. Dlaczego? Bo bajka się kończy, a życie trwa dalej. Pewnego dnia płomień seksu się wypala. Jesteście do siebie przywiązani, oczywiście, choć do waszych głów wkradają się niepostrzeżenie myśli o innych facetach. I ich chujach, o ich mięśniach. I o tych wszystkich podbojach seksualnych, do których nigdy nie dojdzie - bo przecież jesteście już razem aż do śmierci, prawda? On się Tobą już tak nie interesuje, jak kiedyś. Nie mówi Ci już z zachwytem: "Boże, on jest taki duży. Jak on się we mnie zmieści?". Energia seksualna opada. Seks, kiedyś tak pożądany, teraz jest banałem. Swojego partnera masz na wyciągięcie chuja - no chyba, że akurat boli go dziś głowa... Chociaż... czy to ostatnio nie dzieje się zbyt często? - zadajesz sobie pytanie... I pada w końcu mistrzowskie: "A może to ze mną jest coś nie tak?". I zaczyna się wyścig zbrojeń. Siłownie, kosmetyki, prężenie muskułów - aby desperacko dostać potwierdzenie od partnera: "Tak, nadal jesteś atrakcyjny - pomimo upływu czasu..." Mała reanimacja za pomocą pornola - tak, oni tam się nieźle bawią. Widzisz te wszystkie majestatyczne wytryski w zwilnionym tępie. Słyszysz te głębokie westchnięcia. Widzsz tych nagich facetów, którzy naprawdę czują, że są atrakcyjni... A wy? ... A Ty? Czy nadal jesteś atakcyjny? Jakie masz na to dowody...? On dziś znów obejrzał się za innym na ulicy. A Ty czujesz, że Twoje akcje spadają. Z zazdrością patrzysz na nowego współlokatora. Tak cudownie wyciska hantle. On też na Ciebie patrzy. Twój partner - na was obu. I wszyscy myślą o tym samym... ale nic z tego. Musicie być sobie wierni aż do śmierci, więc wszelkie brudne myśli należy wyrzucić z siebie. To jest przecież złoooooooo... Może coś byś chciał, ale jesteś związany...

Zanim przejdziemy do jakże kontrowersyjnej i nie mieszczącej się jeszcze w głowie koncepcji nr 3 - porównajmy oba pomysły, które dotychczas omówiliśmy. Każdy z nich zawiera coś, czego nie ma ten drugi.

Opcja nr 1 - seksualna

Zalety:
- wolność, swoboda,
- mnóstwo przyjemności,
- poczcie, że jest się bardzo atrakcyjnym,
- dreszczyk adrenaliny, przygody, zdobywanie,

Wady:
- samotność,
- poczucie, że dla nikogo nic się nie znaczy,
- pustka życiowa,
- niepewność,

Opcja nr 2 - społeczna (romantyczna)

Zalety:
- zakochanie,
- poczucie bycia kimś wyjątkowym dla kogoś,
- bezpieczeństwo, stabilizacja życiowa,
- opieka, troska ze strony partnera,

Wady:
- nuda,
- wypalenie,
- poczucie, że jest się nieatrakcyjnym,
- uczucie bycia, zamkniętym w klatce, związanym... cóż za wymowna dwuznaczność!

Jakież więc operacje można wykonać na swoich energiach, aby spotęgować korzyści i wyeliminować wady...?

3. Naucz się oddzielać seks od miłości.

Czy uprawianie z kimś seksu oznacza, że się tego kogoś kocha? Czy kochanie kogoś oznacza, że od razu uprawia się z nim seks? Nie, ponieważ energia seksualna i energia serca (czyli miłości również) to dwie różne sprawy.

Energia seksualna chce zdobywać, przeżywać przygody, potwierdzać swoją atrakcyjność. Jest egoistyczna, zmienna i krótkotrwała. Może się nagle pojawić i nagle - wiadomo w jakim momencie - przemija. Potrafi być burzliwa i intensywna. Odpowiada nie tylko za seks, ale też za np. zdobywanie nowych gażetów, bawienie się nimi, jak zabawakami, a następnie porzucaniem ich (po tym poznasz osobę seksualną - ciągle poluje na nowe komórki, auta, ciuchy etc. - musi zdobywać trofea)

Energia serca jest stała i niezmienna. Trwa cały czas. Nie można nie kochać - moża to tylko robić na wiele różnych sposobów. Energia serca przywiązuje do kogoś, pozwala Ci być wdzięcznym drugiej osobie za to, że jest. Jest bardzo altruistyczna, choć to tylko pogląd umysłu na tę sprawę (nie ma altruizumu ani egoizmu dla serca, bo wszystko jest Jednością - dawanie i branie to to samo, bo zawsze dajesz i dostajesz jednocześnie). Mówi się, że niektórzy są bardzo serdeczni - to oznacza, że mają otwartą czakrę serca.

Do stworzenia cudownego związku pełnego najlepszych uczuć, nie potrzebuejsz w ogóle energii seksualnej - wystarczy energia serca. Tak się tworzą przyjaźnie, tak się ludzie do siebie przywiązują i tęsknią za sobą. A energia seksualna - w przypadku mężczyzn - idzie z jąder, nie z serca. Stąd też możemy się z kimś ruchać i nie czuć do tej osoby żadnych specjalnych uczuć.

Dwa świat. Ruchać bez serca. Kochać bez jaj.

Jednak w trakcie swojego życia nieźle namotaliśmy. Jedna energia pomieszała nam sie z drugą - na wiele róznych sposobów, w różnych proporcjach. Mówimy, że nie umiemy się pieprzyć z kimś, do kogo nic nie czujemy. A co, jeśli czujesz do kogoś pociąg fizyczny? Też nie umiesz? To przecież COŚ, jakieś uczucie, co nie?

Aby zobrazować Ci opcję nr 3 i zrobić to w naprawdę bezpieczny sposób, posłużę się hisotorią Adama i Krzyśka. Poznali się jak wszyscy - przez internet. Scenariusz potoczył się tak, jak to opisałem w opcji nr 2. Zakochanie, przywiązanie, opad energii seksualnej, frustracja, pustka. Wtedy, w krytycznym momencie, wprowadził się do ich mieszkania przystojny współlokator - Michał. Oboje patrzyli na niego z błyskiem w oku. Miał fantastyczną klatę, na którą obaj zerkali - niby przypadkiem - gdy wpadał bez koszulki do kuchni nalać sobie mleka.

To zrodziło w Adamie i Krzyśku ogromną frsutrację i zazdrość. Zdali sobie sprawę bowiem, że mimo, iż nadal się kochają, to nie czują już względem siebie takie pożądania, jakie czuli w tamtej chwili do Michała.

Pewnej nocy Adam nie wytrzymał i przyznał się Krzyśkowi, jak wygląda sprawa. Że widział przez przypadek Michała, jak wychodził spod prysznica, i że obraz jego wielgachnego penisa wyrył mu się na siatkówce. Że nic z tym nie poradzi, rozkłada ręce. Zapewniał: "Nadal kocham Cię całym sercem... (sercem!), choć na myśl o Michale krew odpływa mi od mózgu". Tłumaczył Krzyśkowi, że to wcale nie oznacza, że jest on dla niego nieatrakcyjny... że nadal w jakiś sposób go pociąga...

99,99% osób, które usłyszałoby coś takiego od swoich życiowych partnerów, załamałoby się.

Co zrobił Krzysiek?

Uśmiechnął się tylko. Powiedział: "Zrób to". Te dwa słowa były prosto z serca. Szczere i prawdziwe. Wtedy zrozumiałem w pełni, że tylko osoba, która naprawdę kocha, mogłaby pozowlić swojemu partnerowi przelecieć kogoś innego. Że jak? Że tak - że prymitywny, plemienny koncept "mój partner to moja własność" przeszedł w ich związku do lamusa. Że oto jesteś wolnym człowiekiem. Że nie muszę Cię trzymać na siłę, bo i tak jesteśmy nierozweralnie związani ze sobą - na wieki wieków - sercem. Że szczęście partnera jest moim szczęściem - nawet, jeśli to oznacza, że przeleci kogoś innego.

Adam nie mógł uwierzyć. Spodziewał się, że dostanie ochrzan, że Krzysiek odejdzie, trzaśnie drzwiami i był na to gotowy. A tu... po prostu "Zrób to".

- Co?
- Prześpij się z nim...
- Nie będziesz zazdrosny...?
- Będę. I będę też z Ciebie dumny... - odparł Krzysiek.

Zapadła cisza. Prawie godzinę Adam siedział w osłupieniu. Panował spokój. W końcu Adam powiedział:

- Nie zrobię tego...

A po chwili dodał:

- Zrobimy to razem!

I ta, jakże społecznie niedopuszczalna myśl, stała się dla nich wybawieniem. Zrozumieli, że seks to nie miłość, że miłość to nie seks. Że bez względu na to, w kim jest teraz Twój chuj, o wiele ważniejsze jest to, przy kim jest teraz Twoje serce.

Zalała ich nieprawdopdobna satysfakcja, że te poplątane energie udało się tak elegancko rozgraniczyć.

Zanim to zrobili, najpierw uzgodnili szczegóły - co dokładnie zamierzają zrobić z Michałem, gdy go dorwą w swoje ręce. Wiedzieli już, że cokolwiek, co na oboje się zgodzą, jest ok. Planowali to tak, jak z miłością zakochani planują wspólne mieszkanie czy wakacje. I wiesz, co było najciekawsze? Zgodzili się, że mogą zrobić Michałowi loda, że on może zrobić loda im, że mogą pozwolić sobie na anal, pociąg itd. Oczywiście wszystko bezpiecznie, w gumie. Ale nie jedno - nie chcieli się z nim całować. "To było by najgorsze, jak największa zdrada" - stwierdzili. Chcieli się całować tylko ze sobą.

Zrobili to.

Nie wiem, jak dokładnie przekonali Michała do tego, ale za to spytałem, co działo się w ich głowach, gdy to robili. Krzysiek, tak, jak mówił, z dumą podziwiał, jak Adam rżnął przystojnego Michała. Nie sądził, że jego chłopak jest w stanie zdobyć takie ciacho. Czerpał z jego radości, wiedział, że ma bardzo atrakcyjnego chłopaka. Dopingował im! Czuł się tak, jakby wiedział, że wszyscy jesteśmy Jednością na którymś poziome i czyiś orgazm jest moim, a mój orgazm jest orgazmem każdego Geja na świecie. Z kolei Adam, po miesiącach wątpliwości, poczuł ponownie, że jest atrakcyjny. Bez względu na to, w jakich konfiguracjach to robili, kto w kogo wchodził i jak - to, co było problemem, stało się roziązaniem. Adam z Krzyśkiem pocałowali się po tym seksie tak namiętnie, jak podobno nie czynili już od miesięcy. A co z Michałem? Po jakimś czasie znudzili się nim - bo taka jest nautra energii seksualnej. Przychodzi i znika po wyładowaniu. A miłość, która płynie z serca, trwa na zawsze. Dlatego ich związek przetrwał.

***

Społeczeństwo dyktuje nam normy. W którymś momencie uznajemy je za własne. Gdy je łamiemy, czujemy wstyd i mamy poczucie winy. Niektórzy z nas mówią tak, jakby te normy były prawdziwe. A nie są. To zbiorowe halucynacje. Są tylko niepisaną umową. Umową, która w pewnych sytuacjach zapewnia nam bezpieczeństwo, a w innych - ogranicza nas. Umową, która niekoniecznie musi mieć mądre warunki. Kto powiedział, że całe społeczeństwa się nie mylą? Mylą! 99% Niemców popierało Hitlera. Być może również popieranie np. absolutnej monogamii jest równie ślepą uliczą w ewolucji?

Są kultury, gdzie faceci mają haremy pełne żon. To u nich normalne. Facet na którymś poziomie swojego biologicznego istnienia (na poziomie jaj) czuje potrzebę potwierdzania swojej atrakcyjności seksualnej - ciągle zdobywając kogoś nowego. Na poziomie serca czuje jednak chęć stworzenia bliskiej relacji.

Jak to wszystko pogodzić ze sobą, jeśli społeczeństwo dyktuje nam sztywne normy? ... że możemy uprawiać seks tylko z osobą, którą kochamy? A co, jeśli obie nasze, jakże ważne, energie - seksualna i serca - zaczną dyktować swoje warunki?

Przeraża mnie perspektywa bycia zaliczaczem. Ruchania bez serca obcych ludzi, by zostać tylko narzędziem do masturbacji w ich rękach. By miarą mojego życia byli tylko faceci, których przeleciałem. Czułbym się jak w sklepie mięsnym.

Przeraża mnie też celibat do końca życia, będąc zamkniętym w złotej klatce zwanej "szczęśliwym związkiem". Partner, który obsesyjnie żąda ode mnie bycia wiernym, bo jego umysł - przepełniony lękami - stawia mi ograniczenia i przeszkadza poczuć swojemu sercu zaufanie. Partner, który nic z siebie nie daje, bo myśli, że nie ma konkurencji. Przeraża mnie, że będąc z kimś, kto mnie kocha, poczuję pociąg do kogoś innego i to wszyscy zniszczy - bo takie warunki stawiamy naszym relacjom.

Prawdziwa miłość nie stawia warunków.

Serce tego nie potrafi. Serce ufa, akceptuje wszystko, co jest - bezwarunkowo.

Tylko umysł, który się boi, stawia warunki. Bo myśli, że seks z kimś innym może rozjebać coś, co jest absolutnie niezniszczalne - związek dwóch serc.

Ja już nie mam wątpliwości. Mogą się rozstać tylko umysły, które stawiają sobie wzajemnie warunki. Serca nie mogą się rozstać nigdy.

Umysł (i społeczeństwo, które go zaprogramowało) nie wie wszystkiego. Prócz niego mamy też serca i jaja. I każda z tych cześci domaga sie swojego. Każda z nich wie coś, czego nie wie pozostała. Jesteśmy naprawdę złożoną kolonią komórek, konglomeratem nieraz sprzecznych pragnień - dlatego wymagamy nieraz nietypowych rozwiązań. Stawianie sobie ograniczeń, które wynika tylko z obaw podsycachych głupimi filmami tworzonymi w głowie, nie jest dla mnie sposbem na odnalezienie spełnienia. Za to dawanie Wolności - sobie i innym - tak.

Wierzę, że właśnie tak można rozpoznać prawdziwą miłość. Że każdy robi to, na co ma ochotę, a i tak wszystko jest ok.

Wierzę też w to, że możemy osiągnąć pełną satysfakcję na każdym poziomie. Że możemy mieć absolutnie cudowny seks, kochać się a umysł może tam podpowiadać, jak to wszystko zorganizować, osiągać i podtrzymywać. Cokolwiek to znaczy.

Gejowskie związki są nietrwałe, bo stawiamy sobie warunki, zamiast akceptować przepływ naszych energii. Walcząc z energiami, tamujemy je. Z rwącej, czystej rzeki, zmieniamy się w zgniły, zapadły staw porośnięty rabarbarem. Pozwól przepłynąć temu, co niesie życie, zamiast usilnie próbować to zatrzymać to, co najlepsze, lub tamować nadpływające kłopoty - bo z nimi zostaniesz.

To się nazywa flow. Korzystaj.

poniedziałek, 10 sierpnia 2009

Gdzie są Twoje granice?

To nieuniknione. Będąc z kimś w związku, zaczniecie się nawzajem tresować albo - mówiąc łagodniej - wychowywać. Oczywiście, nikt nie powie tego wprost, bo "nie można ingerować" w kogoś, bo "etyka", bo coś tam. Prawda jednak jest jednak taka: Twój partner będzie sprawdzał, gdzie leżą granice Twojej tolerancji względem niego. Koniec kropka i jeśli nie przekonałeś się o tym na własnej skórze - to wkrótce się przekonasz.

Standardowym przykładem jest sprawdzanie granic swojej wolności. Twój partner będzie chciał przetestować, na jak wiele może sobie przy Tobie pozwolić. Czy pozolisz mu mieć profil na fellow? Czy pozwolisz mu korespondować z jakimiś klientami? Taaa? Okej. W krótce pójdzie kilka kroków dalej. GG, Skype, spotkania live itd.

I teraz pytanie: jak chcesz na to reagować? Gdzie leży granica Twojej tolerancji?

Są 2 typy granic:
  • analogowa - czyli płynna. Na im więcej on sobie pozwala, tym bardziej się denerwujesz. Ale płynnie. Trochę denerwujesz się, gdy on siedzi na GG, bardziej - gdy spotka się z kimś na żywo.
  • cyfrowa - czyli granica typu albo albo. Albo ja, albo goście z neta. Albo nie denerwujesz się w ogóle, albo na maksa.
Kolejną sprawą jest obszar Twojej tolerancji, czyli jak daleko masz postawione swoje granice. Dla jednych sytuacja, w której ich partner gada sobie na czacie z kimś, to nic wielkiego, dla innych - jest to zdrada i powód do rozowdu.

Trzecią ważną sprawą jest czasowy zasięg Twoich granic. Jak długo pozwolisz mu to robić? Jeśli pogada z kimś kilka minut to ok, a co jeśli będzie siedział godzinami i lampił się w monitor?

Podsumujmy - granice mają swoje cechy:
  • typ - analogowa lub cyfrowa,
  • obszar, który obejmują,
  • zakres czasowy,
Ustalając swoje granice - wychowujesz swojego partnera. Pamiętaj, że nie chodzi o stawianie mu wymagań (bo to stworzy efekt "złotej klatki"), lecz o określenie kryteriów, za pomocą których będziesz w stanie określić, które zachowania Ci się podobają, a które nie.

Ubierz w zdania typu: "Jeśli chcesz być ze mną - możesz robić XXX tylko w taki i taki sposób, przez tyle i tyle czasu".

Konkrety. Musisz je znać, bo inaczej on będzie je znał.

Często spotykam ludzi, którzy mają dość luźne granice. Pozwalają, by ich partner robił takie rzeczy, z którymi czują się oni źle. Ich zdenerwowanie i frustracja jest na tyle mała, by wytrzymać w związku, a na tyle duża - by sobie go skutecznie obrzydzić. Potem, gdy się rozstają, mówią sobie, że już nigdy nie bede z nikim, bo związki są fe itd. Nie są fe! Zwiazki są fajne. To oni mieli zjebane granice. Pozwalali wykończyć się sobie psychicznie a potem dziwią się, że mają urazy. Trudno nie mieć.

Znam gościa, który ma bardzo wąskie granice. Tak wąskie, zwarte i ostre, że przecisnęła się przez nie tylko jedna osoba i tylko dlatego, że się o to postarała! Zanim byli razem, gość wyczyniał cuda. Wchodził do knajpy, mierzył gościa, z którym się umówił, po czym stwierdzał: "Sorry, to nie Ty. Na razie." Nie tracił czasu na pierdoły. Pewnego razu spotkał się z delikwentem, który zaczął mu w aucie robić wyliczankę: "Najpierw pojedziemy na zakupy, potem do McDonalda, muszę cość zjeść, i odwiedzimy Marka, poznasz Marka, fajny gość". Tymczasem on odparł: "Słuchaj, coś mi się dzieje z kołem chyba. Możesz wyjść na zewnątrz i zobaczyć." Facet wyszedł a on odjechał z piskiem opon. Spytałem go, czemu to zrobił. Odparł, że nie będzie tracić czasu na ludzi, który będą mu mówić cały czas, co ma robić. I choć rozwiązanie było dość kontrowersyjne, trudno nie przyznać mu racji. Kiedyś powiedział, że będzie tylko jedna osoba, której powie w życiu "Kocham Cię".

Ta strategia jest genialna w swojej prostocie. Póki nie jesteś pewien na 99%, że chcesz z kimś być, nie bądź. Potyczki ze swoimi wątpliwościami to ostatnia rzecz, jaką chcesz robić. Masz być pewien, że to dla Ciebie dobry partner, albo natychmiast daj sobie spokój. I nakłaniaj do tego samego swojego partnera. Jeśli nie jest pewien, czy Ty jesteś dla niego odpowiednim partnerem, nie chcesz uczestniczyć w jego wojnie myśli. Nie chcesz go przekonywać, jaki jesteś fajny i w ogóle. Nie jesteś i tyle. Chuj z tym. Odjedź i daj sobie spokój - to moja opcja, którą Ci ofiarowuję.

Jeśli chcesz być w zwiazku nieszczęśliwy - poszerz granicę tolerancji dla zachowań swojego partnera na maxa i uczyń je analogowymi. Rozszerz je też czasowo. Wtedy pojedzie do klubu, wyrwie parę dup, będzie to robił co weekend przez 2 lata, będzie na Ciebie lał, a Ty będziesz w cichej desperacji to znosić. Dla podkręcenia efektu - zawęż granice dot. swoich zachowań tak bardzi, jak tylko się da. Powiedz sobie, że nie możesz się kłócić, nie możesz robić mu awantur, nie możesz mu zwrócić uwagi, bo będzie mu smutno - słowem: ogranicz się na maxa, zarówno obszarem granic, jak i czasem trwania. Granice powinny być też cyfrowe, byś po każdym wykroczeniu mógł się surowo ukarać.

Jeśli natomiast chcesz być szczęśliwy w związku - zawęż granice tolerancji względem zachowań swojego partnera i rozszerz swoje. To takie proste. Spotka się z kimś bez Twojej wiedzy - mówisz mu nara. Siedzi na czacie dłużej, niż rozmawia z Tobą - nara. Itd. Wtedy dostaje on JASNE i WYRAŹNE sygnały, jakie są Twoje kryteria. To, że je przekracza, nie oznacza, że od razu robisz mu awanturę (chociaż czemu nie?), lecz po prostu, że nie chcesz, by był Twoim facetem dalej. No chyba, że chcesz źle się czuć. Swoje granice natomiast poszerz tak bardzo, jak to tylko możliwe. Bądź dla siebie łagodny. Rób to, na co masz ochotę i sprawdzaj, jak on na to reaguje. Na tym polega autentyczność. Będąc w zwiazku naprawdę nie musisz się niczym krępować. Zrób coś i zobacz konsekwencje swoich czynów - inaczej nigdy się nie nauczysz. Jeśli Cię rzuci - zawsze możecie do siebie wrócić. Wierz mi - to nie jest problem. Jeśli tylko nie zrobiłeś czegoś naprawdę nikczemnego i totalnie urazogennego - dzwonisz do niego i mówisz, że śni Ci się po nocach, że jest Twoim wybranym, jedynym, że nie możesz przestać kochać go nad życie. I jest Twój.

Na pewno w komentarzach pojawią się zaraz głosy, że "to nie fair - ja mogę pozwolić sobie na wszysto, a partner ma być wytresowany". Nie o to chodzi! Powiedz swojemu partnerowi, by przyjął podobną strategię! Po co? Po pierwsze - aby nie czuł się w związku z Tobą jak w owej złotej klatce - skrępowany, zamknięty i odizolowany. Po drugie - byś mógł uzyskać dostęp do informacji, jakie Twoje zachowania mu się podobają, a które nie! Nie ma nic bardziej pojebanego, niż sytuacja, w której on siedzi sfochowany, a Ty pytasz:

- Co się stało?
- Nic.
- Więc o co chodzi?
- O nic.

Taaa taaaa! Tak się kończy sytuacja, w której Twój partner ma płynne granice i nie wie, czy ma Ci przypierdolić za coś, co złego zrobiłeś, czy może olać sprawę. Nie może zrobić ani tego, ani tego, bo jest po środku chujni z grzybnią. Biedak ma wtedy wewnętrzną wojnę i cokolwiek zrobi, będzie gorzej.

To myślenie pozwala też na coś więcej. Na zrozumienie, że "rozstanie" nie jest końcem, że jest czymś normalnym, naturalnym, co można robić nawet codziennie. Czymś, z czego nie trzeba robić życiowej tragedii, na co warto być przygotowanym o każdej porze dnia i nocy. Że, gdy Twój partner odchodzi, to jest to informacja zwrotna dot. Twojego zachowania. I vice versa - gdy odchodzisz, dajesz mu znak, co zrobił nie tak. Że zawsze możecie do siebie wrócić. Oczywiście - nic na siłę. Na wszystko jest sposób.

czwartek, 30 lipca 2009

Witaj w krainie Absurdu - czyli sztuka obśmiewania swoich problemów

Tak, potwierdzam - poczucie humoru to jeden z najlepszych sposobów na rozwiązywanie wszelkich problemów. Fakt, że niektóre problemy wymagają działania fizycznego (np. masz dług i musisz go spłacić), ale za to WSZYSTKIE problemy wymagają profesjonalnego obśmiania i nabrania do nich dystansu.

Nabieranie dystansu

Dystans to inaczej - w nomenklaturze profesjonalistów (takich, jak ja:) - dysocjacja. Jej przeciwieństwem jest asocjacja, czyli "bycie w" czymś. Jaka jest różnica pomiędzy dysocjacją a asocjacją? To proste. Gdy oglądasz pornola - jesteś w dysocjacji z nim, bo jesteś obserwatorem. W asocjacji jesteś, gdy grasz w pornolu :)

Czujesz różnicę, co nie? Czujesz więcej, gdy jesteś w asocjacji. I jak pewnie zauważyłeś, warto być w asocjacji z dobrymi wyobrażeniami (patrzeć na nie swoimi oczami, tak, jakby się było wewnątrz tego wyobrażenia), jak również w dysocjacji ze złymi.

Weź zatem swój problem i wyjdź z niego. Zobacz samego siebie w swoim życiu, posiadającego tamten problem, który posiadałeś do tej pory. Pomniejsz ten obraz tak, by był Ci do kostek. Jesteś większy do tego wyobrażenia, możesz je zdeptać niczym peta, osrać z orbity i nikt Ci nic nie powie. Gdybyś mu kazał, to tamto wyobrażenie brałoby prysznic pod ekspresem do kawy, kumasz?

W ten sposob uzyskujesz LUZ - to nie Ty masz ten problem, tylko tamten mały "Ty" w tamtym wyobrażeniu go ma.

Robienie absurrrrrrrdalnych obrazów

Kocham tę technikę. Tak bawią się wyobraźnią małe dzieci i Ty też możesz. Wsłuchaj się w to, jak sam ze sobą rozmawiasz na temat danego problemu. Ludzie dobijają się swoimi wewnętrznymi dialogami - poważnymi, przestraszonymi, głośnymi i drżącymi głosami napierdalają sobie w głowie bzdury, wierząc w słowa, które słyszą. "Masz kurwa problem, masz przejebane" itd. A oni "dlaczego? dlaczego akurat ja?". A głos "bo źle zacerowałeś skarpetki!!!".

To nie jest stylowe, źle wpływa na nerki, dlatego warto to zmienić.

Usłysz, jak sam do siebie mówisz na temat danego problemu. Masz to? Wsłuchaj się w ten głos. Jakim tonem mówi? Czyj to głos? Skąd dobiega? Z wewnątrz Ciebie czy z zewnątrz? Jakimi emocjami Cię wypełnia? Jeśli są chujowe - czas to zmienić. Wyobraź sobie, że ten głos staje się piskliwy, jąkający, sepleniący i wydobywa się ze śmiesznej, małej mordki ogrodowego krasnala z przemytu, który wystaje z dupy różowego nosorożca. Twój śmieszny krasnal chce Ci właśnie powiedzieć, jak wielki masz problem i jak bardzo masz przejebane, że nie dasz sobie rady i coś jest przecież z Tobą nie tak, gdy nagle różowy nosorożec puszcza wielgachnego, sprężonego, śmierdzącego bączka, wchodząc w słowo poważnemu krasnalowi i zwiewając mu jego kraśną czapeczkę. A to peszek - tak trudno już być poważnym wobec własnego problemu. A gdyby tego było mało, różowy nosorożec wystraszył się swojego kosmo-pierda, więc zaczyna z przerażeniem galopować przed siebie. A że jest w wielkim, bambusowym lesie, co rusz uderza swoją wielką mordą w drzewo, a z koron drzew lecą naturalnie kokosy, które - oczywiście - napierdalają w nieszczęsnego krasnala. Ale krasnal się nie poddaje - nadal resztką sił próbuje wykrzyczeć, co masz za problemy, że masz totalnie przejebane, że Twoje życie pełne jest depresji, opresji i represji, gdy okazuje się, że cała ta wrzawa obudziła ze snu letniego nikczemnego piżmaka, który wygląda z dziupli jednego z drzew ze śmieszną małą szlafmycą na główce i świeczką w ręce. Piżmak przeciera oczy i szlag go trafia - oto różowy nosorożec z krasnalem w dupie popierdala po jego terytorium, na którym zwykł zbierać orzeszki i puszki po piwie. Wyciąga więc gigantyczną rózgę i poczyna gonić całe to towarzystwo, napieprzając nosorożca po spoconym dupsku. Latający cyrk na kółkach. Ale to nic,bo chwilę później cały las bambusów został zbombardowany naplamem przez Amerykanów, którzy akurat kręcili tam film o wojnie w Laosie. I wszystko poszło się jebać.

Taaa daaa. Tak się robi absurdalne obrazy.

Twoje zadanie polega na wsłuchaniu się w swoje dialogi wewnętrzne i zidentyfikowaniu tych, którymi omawiasz sam ze sobą swoje problemy. Problem jest problemem, ponieważ mówisz sam siebie o nim poważnym tonem. Albo wystraszonym, albo smutnym, przerażonym etc. Zmień jego ton na totalnie niepoważny. Niech Twój problem omawia Pani Frau podwieszona za jajniki na palmie, Myszka Miki na kacu z kutasem w dupie, pan profesor z mózgiem 12 gram, rozanielony, naćpany bóbr dziergający poszwy. Stwórz tak dzikie, trójwymiarowe i barwne filmy z ich udziałem, że wprost wybuchniesz śmiechem. Od dziś w taki właśnie, totalnie odjebany, psychodeliczny sposób myślisz o wszystkich swoich problemach - szczególnie tych najważniejszych, najpoważniejszych, najbardziej serio serio. To właśnie one potrzebują Twojego obśmiania, doprowadzenia do absurdu, uczynienia z nich obiektu kpin i żartów wszelakich. Nikt nie zrobi tego za Ciebie. Jeśli będziesz bronił powagi jakiegoś problemu - sam sobie nasrasz do talerza.

A na koniec pozwól, że z arcydziką rozkoszą opowiem Ci, jak widzę homofoba. Jest sobie gość o aparycji kaskadera po wypadku, łysy na dodatek, z nosem jak hamulec od karuzeli, który w życiu geja nie widział, ale za to ma wyobraźnię. I tak - podsycając samego siebie opowieściami przekazywanymi z pokolenia na pokolenie o gejach, którzy odgryzali głowy dzieciom - ma wrażenie, że gej to co najmniej alien, który lada moment wyssie mu mózg, wciągając go przez dziurkę od nosa, piszcząc przy tym z powodu rozrywających go orgazmów. I biedny homofob siedzi i straszy się swoimi halucynacjami, które sztacha dym z najlepszego cygara, dumnie zakrywając swe obawy otoczką agresji. Bo przecież bać się nie wolno, bo to wstyd jak chuj geja, więc należy walczyć: wyjść na ulicę, rzucić w kogoś jajkiem, może coś się zmieni.

Pamiętaj o tej metodzie, ilekroć będziesz miał wrażenie, że "masz poważny problem". Pamiętaj o niej, gdy ktoś "szarga Twoje świętości", gdy "boli Cię, że coś ktoś powiedział" itd. Masz wyobraźnię, więc dorysuj im wszystkim wąsik a la Salvadore, wielki czerwony nos, który - ilekroć próbują powiedzieć coś głupiego - zapala się (dosłownie żywym ogniem) i jeszcze razi ich prądem. Albo wyobraź sobie, że masz pilota i gdy tylko chcą powiedzieć jakąś głupią i poważną rzecz - naciskasz guzik, a wielgachny pterodaktyl robi im na głowię porządnego, drgającego niczym galareta stolca.

Miej z tego ogromny fun, baw się na maska, aż będziesz kwiczał na podłodze ze śmiechu w kałuży łez. Zrób z tego podejście do życia, rób jaja ze wszystkiego i śmiej się.

Do napisania.

niedziela, 19 lipca 2009

Narodziny lepszego Boga

Nie będę ukrywał, że jeśli poważnie myślisz o tzw. rozwoju osobistym, czyli rozwjianiu swoich kompetencji myślenia, podejmowania decyzji, robienia lepszych związków, zarabiania większej kasy czy w ogóle robienia lepszego życia - w którymś momencie będziesz musiał odrzucić to, czego naucza Kościół Katolicki. Po prostu jego wersja świata jest zbyt ograniczona, niespójna i - powiem więcej - generująca fatalne stany emocjonalne, by przeskoczyć pewne poprzeczki.

To, co naprawdę szkoda odrzucać, to Bóg.

Nie mówię jednak o koncepcji Boga, którą tworzy KK. To dwie różne rzeczy. Tamta konceptcja jest po prostu nie daje efektów. Człowiek modli się o coś i tak zazwyczaj gówno z tego jest. Widać nie o to chodzi.

Z racji budowy naszych układów nerwowych - nigdy nie poznamy prawdziwego Boga, bowiem zawsze będziemy widzieć tylko mały Jego wycinek (ten proces nazywa się usunięciem i zachodzi cały czas - np. teraz nie jesteś świadomy tego, jakie doznania płyną z Twojej lewej stopy... oczywiście do momentu, w którym o tym nie wspomniałem :), a informacje, które zbierzemy, uprościmy i zniekształcimy. Są to procesy umysłowe, które zachodzą zawsze i wszędzie, więc ich nie unikniemy.

Dlatego jednynym sposobem poznania Boga jest stworzenie jego użytecznej (czyt. wspierającej, generatywnej) koncepcji. Koncepcji, która zamiast nas osłabiać, będzie nas wzmacniać.

Aby ją skrystalizować, przekopałem mądre tomy, spasłe księgi filozoficzne i systemy wierzeń. Wyłowiłem kilka świetnych parełek, z których, niczym z mozaiki, wyłania się przepiękny, trójwymiarowy, barwny obraz Boga. Oto Bóg, w którego warto wierzyć. Przygotuj się na coś, co może lekko wstrząsnąć posadami tego, w co do tej pory wierzyłeś. Odłóż na chwilę na bok swoje dotychczasowe poglądy, przekonania nt. Boga, religii i tym podobnych rzeczy. Otwórz swój umysł maksymalnie, byś w pełni skorzystał z tego niezwykłego konceptu. I baw się przy tym.

"Bóg jest wszystkim, co istnieje, i nie ma nic, co by Nim nie było"

Czy to stwierdzenie nie jest po prostu doskonałe? Bóg chrześcijański to śmieszny koleś na chmurce w porównaniu z tym własnie Bogiem. Jest on wszystkim - mną, Tobą, powietrzem, internetem, słowami, elektronami, chmurami, kupą na pastwisku, kanapką z serem, hemoroidami i piramidami. Znaczy, że nie jest tylko miłością - jak głoszą Katolicy. Jest też nienawiścią, smrodem i ubóstwem. Jest wszystkim po prostu. Nie ma nic przeciwko Gejom - bo sam nimi jest (tak, jak jest też heterykami). Wszelkie podziały są sztuczne, są iluzją stworzoną przez umysł (etykietki naklejane przez nas na powtarzajace się wzorce doświadczeń), co nauka pewnie "odkryje" w przeciągu jakiś 10 lat - na oko (wersja optymistyczna). Trzymajmy kciuki za naukowców.

W związku z powyższym założeniem - nie można nie doświadczać Boga, bo...

"Bóg mówi do każdego człowieka za pośrednictwem doświadczeń."

Wszystko, czego w życiu doświadczyłeś, jest przekazem Boga. Nie jest on na tyle prymitywny i ograniczony, by zrzucać na Ziemię ksiązki zapisane Jego słowami. Wie, że ludzie natychmiast zaczęliby je zniekształcać tak, jak to zresztą zrobili z Biblią. Tę bajkę już znamy. Inteligentny Bóg nie posługuje się słowami.

Czasem być może myślisz, dlaczego Twoje życie układa się tak, jak się układa. Oprócz tego, że masz wolną wolę, zdarza się coś "na zewnątrz" - co "kieruje" Twoim losem. To właśnie On. Trafia do Ciebie za pośrednictwem Twoich oczu, uszu i wszystkich innych narządów zmysłów. Nawet w tej chwili, za pośrednictwem tego bloga. To nie przypadek, że czytasz te słowa. Bóg uznał, że jesteś na nie gotowy.

"Twoja wola jest wolą Boga - i odwrotnie. Spełnia się wszystko, o czym marzysz."

Oj, ciężki orzech do zgryzienia, prawda? Już widzę Twoją minę, która mówi: "To nieprawda". Prawda, tylko nie wiesz, jak to działa. Więc pozwól mi wyjaśnić. Bóg spełnia każde życzenie każdego człowieka. Problem nie w tym, że "to się nie dzieje" - tylko w tym, że zarówno Ty, jak i 6 miliardów ludzi na świecie, mamy ciągle sprzeczne życzenia. Ciągle zmieniamy zdanie, wielu ludzi kompletnie nie wie, czego chce. Spytaj siebie - wiesz, czego chcesz? Wiesz, co chcesz zrobić tu, na Ziemi? Więc się kurwa nie dziw, że się nie spełnia. Bo co się ma spełnić?

Zauważ, że jeśli ktoś naprawdę wie, czego chce, i jest w tym spójny (tzn. jest pewien, że to jest to, co by chciał) - najczęściej mu się udaje. Nie od razu i nie wszystko - bo dopiero byłby cyrk. Pomyślałbyś o czymś niemiłym i bum - już się stało. Czas. Po to jest czas. Bóg go stworzył, by te bardziej poważne i wielkie cele mogły nadejść dostojnie i powoli - abyś miał nad wszystkim kontrolę.

Pamiętasz pierwsze założenie? Bóg jest wszystkim. Czyli również...

"Ty jesteś Bogiem."

Wow! Dobre, co nie? Pozwól więc, że łagodnie Cię w ten temat wprowadzę. W głowie mamy neurony. W neuronach związki zwane mikrotubulami. W nich z kolei panują bardzo specyficzne warunki - tam cząstki elementarne wchodzą w bardzo dziwny stan, nazywany przez fizyków superpozycją. W tym stanie cząstka jednocześnie jest wszystkim i niczym. To nielogiczne i nie próbuj tego zrozumieć. Chodzi tylko o to, że to zjawisko najprawdopodobniej odpowiada za świadomość. Każdy z nas ma (jeśli tylko nie śpi) mnóstwo takich superpozycji w głowie (im więcej, tym człowiek jest bardziej świadomy). Mają one ogromną moc obliczeniową (spytaj tych, którzy konstruują komputer kwantowy). Dzięki nim właśnie nasz mózg jest tak niezwykły. Każda jedna dodatkowa cząstka w superopozycji zwiększa moc obliczeniową całego układu, z którym jest splątana, do kwadratu (w standardowym komputerze dodatkowy bit zaledwie podwaja moc obliczeniową układu, do którego należy). Pewna garść naukowców udowodniła jednak, że nie ma czegoś takiego, jak moja czy Twoja świadomość - jest ona bowiem nie cechą mózgu, ale właściwością Wszechświata - występuje zawsze i wszędzie (nazwane jest to zjawiskiem nielokalnym). Nasze mózgi są po prostu "odbiornikami" świadomości. Będzie o tym więcej kiedyś. Teraz najważniejsze jest tylko to, że jest tylko jedna świadomość. Nie jest ona ani moja, ani Twoja. Bardziej nasza. To Bóg właśnie.

Czyli można wysnuć wniosek, że wszyscy jesteśmy Bogiem.

Nasze mózgi i ciała to narzędzia w naszych rękach - a może raczej w rękach Boga. Możemy absolutnie wszystko - tylko czasem nie wiemy jeszcze, jak. Bo się uczymy, jak być Bogiem w lepszej wersji.

A skoro jesteś Bogiem, to...

"Ty tworzysz świat, w którym żyjesz."

To my tworzymy wszechświat w czasie rzeczywistym - choć nie mamy o tym pojecia. Dlaczego? Bo uważamy, że nie jesteśmy Bogiem, tylko jakimiś pionkami, które nie mają nic do gadania. Dowiedziono naukowo, że Wszechświat nie istnieje bez świadomego obserwatora (nie ma wtedy ani czasu, ani przestrzeni, ani materii). Jak nie patrzysz - wszystko, co materialne, znika i zmienia się w tzw. fale prawdopobobieństwa (najlepsze jest to, że fala musi rozchodzić się w jakimś ośrodku - a tutaj ten ośrodek jest nieznany! - dla poręczności fizycy nazwali go Zunifikowanym Polem, choć nazwa ta jest nieco mylna - tam nie ma przestrzeni, więc żadne "pole" nie może tam egzystować). Oznacza to, że może tam coś istnieć lub też nie. Eksperymenty na materii bez obserwatora dają inne wyniki, niż gdy ktoś je obserwuje. Dopiero nasza wola (intencjonalność) powołuje do istnienia coś materialnego w momencie, gdy zakładamy, że to coś tam będzie. To wszystko możesz złożyć w swojej głowie w jedną całość. Tylko musisz to odrobinę przemyśleć i sobie poukładać. Daj sobie czas.

Twórz lepsze wersje Wszechświata. To zadanie godne Boga. Oto otwiera się przed nami świat, w którym tworzymy, zamiast tylko być tworzonymi.

***

Powyższe koncepty pochodzą od różnych autorów, mistyków, psychologów, filozofów a część nawet od fizyków kwantowych i żaden nie jest w pełni mojego autorstwa. Zebrałem je tutaj do kupy, ponieważ tworzą one spójny system wierzeń.

Każde z tych stwierdzeń nawzajem się uzupełnia, dopełnia, tworząc jedną, naprawdę piękną całość. Ktoś nastawiony sceptycznie do niniejszego systemu, nigdy nie poczuje, jak wielka moc sie z nim wiąże. Mnisi buddyjscy powiedzieliby, że przekaz ten ma bardzo wysokie wibracje. A to w praktyce oznacza, że gdyby ktoś z Watykanu przeczytał mojego bloga, to kazałby pewnie zablokować serwery :)

W przeciwieństwie jednak do słabych merytorycznie wytworów Kościoła, takich, jak teologia, Biblia czy koncept Boga, które niestety same obronić się nie potrafią, ten system znakomicie broni się sam.

To wersja Boga, która jest miliardy razy skuteczniejsza, niż stary i spróchniały koncept chrześcijański. Pamiętaj, że to, w co wierzysz, jest prawdą - dla Ciebie. Jeśli uważasz, że powyższe koncepty nie są prawdziwe - masz racje, nie są! Bo to Ty decydujesz, co jest prawdziwe w Twoim Wszechświecie. Jeśli uważasz, że jesteś tylko trybikiem, który nic nie znaczy - masz rację. Jeśli uważasz, że Bóg jest gdzieś tam, daleko - też masz rację. Stworzysz Wszechświat, w którym tak właśnie jest.

Ten post nie jest do dyskusji w stylu "to nieprawda, bo Biblia, bo ksiądz itd. mówią inaczej" i z góry ostrzegam, że będę usuwał takie komentarze. Ten post jest do wzięcia lub do dodania swoich przemyśleń, które będą uzupełnieniem niniesjzego konceptu.

Geju, udław się opłatkiem - czyli jak skutecznie unikać miłosierdzia Kościoła

Oto Bóg stworzył Geja i powiedział mu - "kocham Cię Synu, ale nie rżnij się z facetami, bo inaczej ześlę Cię do piekła na wieczne potępienie". Gdzie tu sens? Gdzie logika?

Taką oto przyjemną wizję próbuje nam sprzedać Kościół - miejsce, gdzie wg. statystyk rodzi się ogromna ilość chorób psychicznych (wielu pacjentów psychiatrów to zagorzali wierni). Nic dziwnego - cała pseudonauka, zwana teologią, składa się mało, że z piramidalnych, piętrzących się bzdur, ale również z bzdur wzajemnie się wykluczających, sprzecznych i nielogicznych. Kiedyś to się sprawdzało. Ksiądz na ambonie powiedział, że jak idzie burza, to trzeba wystawić dupę przez okno, żeby odstraszyć pioruny. I cała wiocha wisiała potem z odbytami na zewnątrz, gdy tylko ściemniło się za oknem. To nie żart, poczytaj o tym. Ciemnogrodem można było dowolnie manipulować. Gdyby ksiądz powiedział im, że mają jeść gówno - pewnie w książce kucharskiej ze staropolskimi przepisami znaleźlibyśmy dzisiaj klopsiki z kupy marynowane w sosie własnym.

Dziś, w erze, gdy na większość pytań egzystencjonalnych ludzkości odpowiada wujek Google, ludzie są bardziej oczytani, oświeceni i inteligentni. Przeciętny człowiek żyjący w XVIII wieku pochłaniał taką ilość informacji, ile dziś mieści się w jednym wydaniu codziennej gazety. W porównaniu z naszymi przodkami jesteśmy megainteligentnymi superistotami. 90% naukowców, inżynierów i wylazaców, jacy kiedykolwiek istnieli w historii ludzkości, żyje dziś.

Oznacza to, że Kościół traci wpływy. Kiedyś, jak ktoś zachorował, modlił się do złotych ołtarzy, bo nic innego mu nie pozostawało. Dziś rolę religii przejmuje nauka. Modlimy się do koncernów farmaceutycznych, żeby znalazły lekarstwo na HIV czy raka. Nie pokładamy już nadziei w Bogu. I całe kurwa szczęście! Oto bowiem z błagających o życie ofiar i baranków bożych zmieniamy się w kierujące własnym życiem istoty. Sami możemy się wyleczyć, zważywszy, że miłosierny Bóg jakoś skąpi nam cudownych ozdrowień.

Powracając jednak na tematy gejowskie - osobiście cieszę się, że Kościół dyskryminuje Gejów. Dziś bowiem, w kontekście pedofilskich skandali skrzętnie tuszowanych przez Watykan, w kontekście 35 tysięcy zgwałconych i bitych przez księży w Irlandii dzieci, w kontekście wypraw krzyżowych i masowych mordów Indian, gdzie z hasłem "Bóg tak chce" na ustach nabijano na pal kobiety w ciąży a małe dzieci były rozszarpywane przez wściekłe psy, wyklęcie przez Kościół to pozytywne wyróżenie.

Nie chcę mieć z tą chorą, zdegenerowaną instytucją nic wspólnego. 2000 lat morderstw, paleń na stosie i ja kurwa, z uśmiechem na ustach, mam tam zadylać co niedzielę i błagać o przebaczenie. Ja mam bładać o przebaczenie, czujesz? A nie np. Jan Paweł II, który beatyfikował Jose de Anchieta - gościa, który mordował setki Indian i twierdził, że "Miecz i żelazny pręt to najlepsi kaznodzieje". To se kurwa Kosciół auorytet znalazł, co nie? Chrześcijaństwo religią miłości - brzmi to jak niesmaczny żart.

Bardzo się cieszę, że Kościół ma mnie w dupie. Jeszcze 300 lat temu, za to, kim jestem, w imię miłosiernego Boga puściliby mnie z dymem. Dziś ograniczyli się tylko do mdłej tolerancji na pograniczu ich własnej wytrzymałości. Dziękuję bardzo. Kościół pozwolił nam się przytulać, ale nici z dymania. A jeśli chcesz się kochać z facetem - won z domu Pana.

Niektórzy nawet powołują się na Biblię, w której na Sodomę i Gomorę Bóg zrzucuł meteoryt, bo robili tam nieczyste rzeczy. Może i bym się przejął, gdyby nie fakt, że w Biblii, prócz tego, jest też napisane, że ktokolwiek wydymał woła, to trzeba go ukamienować - razem z tym wołem, którego mięsa potem jeść nie wolno. A za pracę w niedzielę, trzeba karać śmiercią. I za rozpalanie ognia w domu w sobotę też. Za wszystko trzeba karać śmiercią. Taka starożytna wersja Kononowicza.

Ba! Tam jest nawet napisane, że noszenie długich włosów przez faceta, jest dla niego hańbą! Ciekawe, co powiedziałby Jezus, którzy prezcież miał włosy jak panna, gdyby to przeczytał.

Bóg, w którego ja wierzę, jest zdeczka inteligentniejszy, niż ten, którego wizerunek propaguje Kościół. Ich Bóg jest małym, rozkapryszonym bachorem, mściwym, surowym i domagającym się ofiar z ludzi. Myślę, że tylko naprawdę zjebany człowiek mógłby pomyśleć, że tak w istocie mogłoby być. Jest to równie głupie, jak wiara, że świat opiera się na 4 penisach ptaków dodo.

Wychodzenie poza Matrix Kościoła

To, w co wierzą w Kościele, nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. To ich własne haluny, oparte o stek bzdur napisanych przez nieuków 2000 lat temu. Wierz mi, nic sie nie stanie, gdy olejesz Kościół. Traktuj tę instytucję w kategorii żywej szopki, mentalnego skansenu, gdzie ludzie co tydzień odwalają zrytualizowane przedstawienie. Robią to nie z miłości do Boga, ale ze strachu, że pójdą do piekła, więc miej dla nich litość i wyrozumiałość.

Zrozum też, że nie musisz mieć ich akceptacji i pozwolenia na cokolwiek. Przedstawiciele Kościoła to generalnie starcy, którym nogi trupem już śmierdzą i lada moment odwiedzą Pana w jego Królestwie. Nie trzeba się nimi przejmować, tym bardziej, że większość zagorzałych homofobów wg. statystyk nie zna ani jednego Geja. Czyli po prostu mają zestaw przekonań dotyczących osób, których nie spotkali (lub sobie tego po prostu nie uświadamiają). Przypomina mi to bajdy o smokach, które krążyły w średniowieczu - wszyscy wszystko o nich wiedzieli, ale nikt ich nie widział.

Dla świętego spokoju nie chodź też na msze - no chyba, że lubisz, jak Ci piorą mózg. Nie ma żadnego racjonalengo powodu, dla którego masz klęczeć na zimnej posadzce w niedzielę rano i bić się w pierś, jęcząc "Moja wina, moja wina..." Żadna kurwa Twoja wina. Oni dobrze wiedzą, że jak komuś wkręcą poczucie winy, to ten ktoś jest bardzie uległy i dlatego zaraz po tej kwestii przelecą się po kościele z tacą, żebyś rzucając dyszkę złagodził swój konflikt wewnętrzny. Sprytne, co nie?

Nie musisz nic robić, by sobie zasłużyć na "wieczne zbawienie". Wiara w Boga czy w cokolwiek innego nie ma nic wspólnego z aktywnością fizyczną, czyli chodzenem, klękaniem, całowaniem Jezusków na krzyżach, żarciem opłatków itd.

Odradzam Ci też bycie antyklerykałem. Warto dla zdrowia obśmiać Kościół (jak ja), ale bycie jego zagorzałym przeciwnikiem sprawi, że również Ty będziesz fanatykiem, który święcie oburza się na wieść o poczynaniach bogobojnych dziadków na złotych tronach. To nie ma sensu. Antyklerykał nie istnieje bez kleru. To symbioza - jeśli kler zginie, ktoś będzie musiał straić swoją tożsamość. Mógłbyś się zmienić w kogoś na kształt byłego Solidarnościowca - który pomimo braku najeźdzcy czy okupanta, na siłę wyszukuje wrogich sił, objawów działania demonów i robi strajki co rusz.

Pewnie to, co dziś napisałem, dla wielu bedzie "oczywistą oczywistością", niemniej tego posta kieruję do tych Gejów, którzy nie do końca zaakceptowali siebie, którzy kochając się z facetem mają jakieś poczucia winy itd. - w nadziei, że wyciągną z tego tekstu coś dla siebie. Kochaj się, rób co chcesz, bo Bóg generalnie i tak ma to pewnie gdzieś :)

poniedziałek, 13 lipca 2009

W jaki sposób Geje zapobiegli III Wojnie Światowej?

Jak pewnie wiesz już z Wikipedii, homoseksualizm to nie tylko zjawisko występujące wśród ludzi. Homo potrafią być też żyrafy, bizony, pingwiny czy łabędzie. Kiedyś czytałem o pewnym eksperymentcie, w którym z pewnej populacji rybek wyłowiono wszystkie osobniki homoseksualne (a było ich tam sporo). Naukowcy chcieli wiedzieć, co się stanie, gdyby nie było w niej gejów. Okazało się, że poziom agresji diametralnie wzrósł, ponieważ samce zaczęły ostro rywalizować o samice.

Wiesz, to ma sens. Jak już wcześniej wspomniałem, samce hetero są bardziej skłonne do agresji z prostego powodu - ich mózgi są bardziej czułe na działanie androgenów. Nasze mózgi generalnie olewają androgeny i dlatego my, Geje, przechodzimy okres dojrzewania o wiele mniej gwałtownie, niż nasi heterorówieśnicy. Być może natura ma w tym zamysł - rodzimy się, ponieważ jesteśmy pigułką na uspokojenie dla agresywnych męskich mózgów. Być może, zupełnie nieświadomie, dzięki swojej łagodności i asertywności, łagodzimy społeczne nastroje i zapobiegamy konfliktom.

W poście dotyczacym gejdaru, czyli umiejętności rozpoznawania Gejów, napisałem, że zestresowane kobiety (np. wojną) mają większe szanse na urodzenie Geja. Ewolucja miała w tym "zamysł"* - skoro trwa jakiś zbrojny konflikt, świat jawi się jako miejsce stresujące - urodź Geja! To najlepszy sposób na to, by wszystkich uspokoić i zwiększyć w przyszłości szanse na pokój. W końcu nie walczymy jak heterycy o każdą dupę, nie zabijamy się z byle powodu. Jesteśmy o wiele bardziej czuli i wrażliwi, co - jak się okazuje - jest ogromną zaletą w kontekście świata, w którym ludzie napierdalają się z byle powodu.

Teraz myślę, że to pewna ironia losu. Pomyśl o tych wszystkich skrajnie prawicowych degeneruchach w stylu mocherowych babć, które przecież - bądź co bądź - żyją w stanie nieustającego konfliktu z całym światem, "cywilizacją śmierci" i innymi halucynacjami, które wytworzyły. Pomyśl, ilu Gejów musiały zupełnie nieświadomie spłodzić, sądząc, że świat jest poligonem walki pomiędzy dobrem a złem. O ironio - z pewnością najadły się przez to jeszcze więcej stresu.

Czyli Panowie dobra wiadomość - nie jesteśmy wynikiem jakiś niepożądanych mutacji czy czegoś w stym stylu - jesteśmy na swój, zupełnie nieświadomy sposób, potrzebni heterykom. Bez nas być może na lekcjach historii dzieci nie uczyłyby się, że były dwie wojny światowe, ale dziesięć. Masz więc całkiem przekonujący argument, gdy ktoś zacznie walić chrześcijańską gadką, że "to niemoralne być pedałem". Reklamacje proszę składać do matki natury, nie do mnie.

Do napisania!

* Wiem, wiem, ewolucja nie mogła mieć z tym zamysłu, bo nie działa celowo, ale wierzę, że zrozumiesz w całej swej mądrości, że to tylko skrót myślowy i chodzi mi o to, że być może populacje ludzkie, w których Geje się nie rodzili, po prostu wymordowały się nawzajem, a przetrwały tylko te, które szanowały Gejów, ponieważ łagodzili nastroje społeczne.

niedziela, 12 lipca 2009

7 prostych kroków, jak spieprzyć najlepszy związek - instrukcja obsługi

Oto przepis prosty i szybki, jakby rodem z Poradnika Domowego, bynajmniej nie by upiec ciastka, lecz by spieprzyć każdy, nawet najbardziej harmonijny związek. Wystarczyło wytężyć swe oko i ucho, by natychmiast wyłapać wzorce, które sprawiają, że dwoje ludzi ma siebie dość po pewnym czasie.

1. Idealizuj partnera.

Tak, oczywiście - on nie ma żadnych wad, bo jest księciem z bajki. Ma lśniący uśmiech, zawsze Cię wspiera, nie ma humorów, złych dni i nie wali fochów. Jest doskonałym kochankiem, przyjacielem, mężem, żoną, dziwką i szoferem. Idealizowanie partnera jest doskonałym sposobem na to, by się potem głęboko rozczarować, gdy okaże się, że on jednak dłubie w nosie, grzebie w tyłku, spóźnia się i marudzi, gdy pada deszcz.

Rada: akceptuj całość zachowań drugiej osoby - to podstawa, by się z nią znakomicie komunikować. Jeśli już chcesz wierzyć, że nie ma wad, to pojmij przynajmniej, że każda ludzka cecha czy zachowanie jest w pewnych sytuacjach cennym zasobem (zasób to coś, co pozwala nam osiągać nasze cele), np. Jest uparty? znakomicie - gdy ktoś zaproponuje mu ćpanie, dzikie picie, rozbieranego pokera - pewnie odmówi. Jest skąpy? Super! W dobie Wielkiego Strasznego Kryzysu to pożądana cecha. Jest niepoważny? Świetnie - ludzie poważni są tacy nudni! Itd.

2. Wymagaj od niego jak najwięcej!

Pamiętaj: bądź szczegółową informacją dla niego, co powinien, co musi i czego mu nie wolno. I w kółko przypominaj mu o tym zrzędliwym głosem. Prezentuj też postawę roszczeniową w każdym aspekcie Waszego wspólnego życia - przede wszystkim w łóżku (to sprawi, że będzie miał problemy z erekcją i wytryskiem!). A gdy nie spełnia Twoich wymagań - wal fochy (koniecznie z przytupem i melodyjką), obrażaj się i rób niekończące się wyrzuty. Przecież jego "usługi" Ci się należą, prawda? Niech to wszystko przypomina sytuację, w której Ty leżysz niczym kłoda, a on skacze wokół Ciebie i Cię obsługuje.

Rada: nie wymagaj, lecz posiadaj kryteria. To spora różnica. Wymagania zawsze wyrażane są modalnymi operatorami konieczności w 3 os. (on powinien, musi, nie wolno mu itd.). Powodują stres, konflikty i złość. Daj mu wolność - to największy prezent, jaki można dać osobie, którą się naprawdę kocha. I oczywiście miej swoje kryteria, które dokładnie, sensorycznie (obrazowo, słuchowo i "czuciowo") odpowiadają na pytanie, po czym poznajesz, że ktoś jest Twoim facetem (były o tym posty dawno temu, poszukaj w archiwum, bo to w kurwę ważna sprawa). Nie wymagaj od nikogo, by spełniał Twoje kryteria - pozwól ludziom wybierać. Informuj ich, po czym poznajesz swojego idealnego partnera i doceniaj każdego, kto zbliża się do Twojego zakresu.

3. Czuj się źle bez partnera.

Twój partner jest wybawieniem od problemów. To lek na samotność, frustrację, depresję - słowem - chodząca apteka ze specyfikami na każdą dolegliwość. Przy nim czujesz się zajebiście, bez niego - usychasz niczym kwiat w upale bez wody. Wtedy doskonale się od niego uzależnisz emocjonalnie i będziesz musiał go zażywać, niczym narkotyk. Tylko niech coś nie gra...

Rada: czuj się dobrze zarówno z partnerem, jak i z samym sobą w samotności. To da Ci niezależność emocjonalną i pozwoli zobaczyć coś poza partnerem. Zawsze polecałem, by ludziska najpierw ułożyli sobie w deklu wszystko, a potem pchali się do związków. Jak można stworzyć fajny związek, jeśli samemu jest się zjebanym człowiekiem z problemami? Związek - udany - to taki, w którym ludzie dzielą się przede wszystkim swoim szczęściem, a nie w kółko problemami. Nie chcę być w związku z kimś, kto jest ze mną tylko dlatego, że sam czuje się ze sobą źle i ja jestem lekiem na tę jego dolegliwość. Chyba nie o to tutaj chodzi, co nie?

4. Obarczaj go winą.

Nie czujesz się idealnie w swoim związku? Czujesz się niedopieszczony? Ignorowany? Lekceważony? Spaliłeś ciasto? Szef Cię opierdolił? Po co się zadręczać? Zrzuć winę na partnera! On wszystko przyjmie jak pies na garba. Co prawda potem odejdzie (i to nagle i zupełnie nieoczekiwanie), ale póki co -możesz sobie poużywać. Przecież to on jest źródłem wszystkich Twoich problemów - spowodował Twoją nerwicę, dziurę ozonową i pewnie to on zabił Kennediego!

Rada: sam rozwiązuj swoje problemy i naucz się brać odpowiedzialność za swoje błędy - w przeciwnym wypadku niczego się nie nauczysz. Jeśli ktoś się z kimś rozstaje i mówi, że "to jego wina" - znaczy, że nie wziął żadnej nauki z tego związku, że w ogóle nie widział swojego udziału w sprawie i że jego przykry los najpewniej się powtórzy. Wszechświat bowiem tak długo zsyła nam przykre doświadczenia, aż się w końcu nauczymy. Albo i nie. Poza tym - przeciwieństwem obarczania winą (tzw. rama winy) jest ustalanie wspólnego celu albo wspólnego stanu pożądanego, w którym pozytywne intencje obu stron są zaspokojone. Proste, co nie?

5. Podejrzewaj go o złe intencje.

Ten pomysł zawsze mi się podobał. Jego "złe" zachowanie (albo inaczej - oceniane przez Ciebie jako złe) oznacza, że on chce dla Ciebie źle - chce zniszczyć związek, zrobić Ci na złość, ośmieszyć, urazić etc. To przecież oczywiste. Ba! Przy odrobinie wprawy możesz podejrzewać go o złe intencje nawet wtedy, gdy nie ma ku temu żadnych podstaw. Np. spóźni się, a Ty zarzucisz mu, że zrobił to specjalnie, by Cię zdenerwować. To naprawdę cudowna metoda, by się z nim pokłócić.

Rada: oddziel zachowanie człowieka od intencji tego zachowania. To, co ludzie robią, a to, co chcieli dzięki temu osiągnąć, to dwie różne sprawy. Uświadom też sobie, że intencja każdego, nawet najbardziej podłego zachowania, jest pozytywna - co oznacza, że osoba zawsze na którymś poziomie chce osiągnąć coś dobrego dla siebie. Np. Twój partner uroczo rozmawia z kimś innym na imprezie - by wzbudzić w Tobie zazdrość. Po co? Oczywiście, by Cię upodlić, co nie? Bullshit - chce sprawdzić, czy Ci na nim zależy!!!!!!!!! Do kurwy nędzy, dlaczego tak mało osób to kuma? Jeśli chcesz się z kimś zajebiście dogadywać - rozmawiaj nie z jego zachowaniami, ale z pozytywnymi intencjami, które stoją za każdym z nich. Każdy z nas na którymś poziomie chce miłości, ciepła, zrozumienia, akceptacji itd. - tylko nie wszyscy znają proste i ekologiczne (nie szkodzące innymi i sobie) ścieżki, by to osiągnąć. Pod najgorszymi, najbardziej agresywnymi zachowaniami kryją się ludzie, którzy wołają o pomoc i pragną zrozumienia! Póki tego nie widzisz, nie stworzysz dobrego związku.

6. Uczyń go najważniejszą rzeczą w Twoim życiu.

Innymi słowy: uzależnij wszystko - swoją przyszłość, plany, marzenia, pragnienia i ich realizację - od Twojego partnera. Uwierz, że bez niego nie znaczysz nic, że on jest Twoim Słoneczkiem, po orbicie którego zapierdalasz niczym zagubiona asteroida. Broń Boże nie myśl, że idziecie wspólnie jakąś drogą! Chodzi o to, żeby uzyskać świetny efekt, gdyby coś szło nie tak - każda kłótnia czy rozstanie będą interpretowane jako zdarzenie pt. "życie mi się wali".

Rada: wciąż mnie to zastanawia. Gdyby ktoś powiedział, że "pieniądze są najważniejsze w moim życiu", inni powiedzieliby "wow, ale zjeb". Ale gdy ktoś wierzy, że partner jest najważniejszą osobą w jego życiu, to już ok. Ten rodzaj uzależnienia jest społecznie akceptowany. Matrix wyraża zgodę - uzależnij swoje życie od drugiej osoby w 100%! A może lepiej zdecydować się na bardziej wyważone podejście, co? Wiesz, kto jest najważniejsza osobą w Twoim życiu? Jeśli sądzisz, że nie Ty sam, to biada Ci. Partner jest ważny, ale nie najważniejszy. Tak, jak kasa, seks i inne wartości. Ty jesteś najważniejszy. Powołałeś do życia te wartości, by Ci służyły, a nie Ty im! Niech Twój związek będzie jednym z filarów, na których będziesz wspierał swoje życie. Jeśli jednak Twoje szczęście będzie domkiem na kurzej łapce, to będziesz miał zajebisty problem, jak Ci ktoś tą kurzą łapkę upierdoli. Miej wiele kurzych łapek. To mądrzejsze, szczególnie na terenach podmokłych :)

7. Bądź dla niego za dobry.

Właź mu w dupę każdego dnia: śniadanka do łóżka, kwiatuszki, romantyczne kolacje. W każdej chwili bądź gotów rzucić to, co robisz, by pędzić mu na ratunek - np. kupić majtki, które widział w sklepie, albo zrobić herbatę. Chodzi o to, żeby pokazać mu, że sam dla siebie nie masz szacunku i żeby zaczął traktować Cię jak niewolnika, sługusa, którego w każdej chwili można kopnąć w dupę bez żadnych konsekwencji. Pamiętaj - nigdy nie wolno mieć żadnych zastrzeżeń w stosunku do tego, co on mówi i robi, zawsze musisz się na wszystko zgadzać, przytakiwać. Nie wolno Ci się też denerwować, bo to przecież nieładnie się denerwować a w dobrych związkach ludzie się nie kłócą, prawda? Hahaha! I oczywiście bój się, że odejdzie od Ciebie - wtedy wyczuje to podświadomie, że się boisz i dojdzie do wniosku (równie nieświadomie), że musisz mieć jakieś ukryte wady, skoro się boisz rozstania (gdybyś miał świadomość, że jesteś dla niego prawdopodobnie najlepszą partią - nie bałbyś się, co nie?).

Rada: Owszem, bądź dla niego dobry, wspieraj go, gdy tego potrzebuje, służ swoimi radami. Natomiast zawsze miej do siebie szacunek i doceniaj sam siebie - a on pójdzie Twoim śladem. Czasem zostawiaj partnera samopas i pozwól mu poradzić sobie samemu z różnymi wezwaniami - nie jesteś jego niewolnikiem, terapeutą czy niańką. Twórz mu warunki, by czuł się dobrze, ale pamiętaj, że ostateczna decyzja, jak się będzie czuł, należy do niego. Jeśli on robi sobie kuku w głowie, to nie Twoja wina - nie powodujesz w nikim emocji - to ludzie reagują emocjami na to, co robisz. Problemem nie jest to, co robisz, ale to, jak czasem ludzie na to reagują. A reagują różnie.

***

Wszystko sprowadza się do tego, aby po prostu nauczyć się w pełni cieszyć drugim człowiekiem i ciągle zadawać sobie pytania: jak może nam być razem jeszcze lepiej?

czwartek, 2 lipca 2009

Metafory seksu - czyli jak można myśleć o seksie?

Gdy pomyślę o ilości konfiguracji, w jakich facet z facetem mogą uprawiać seks, to aż robi mi się miło, że urodziłem się Gejem :) Kobieta hetero może tylko w zasadzie leżeć i nara, nigdy się nie dowie, jakie to fantastyczne uczucie kogoś przelecieć, po męsku kogoś zdobyć i - za przeproszeniem - wyjebać aż mu się uszy będą trzęsły. Z kolei facet hetero nigdy nie poczuje, jak to fajnie być przeleconym, jak to jest ... się przed kimś otworzyć ;-) , oddać się komuś w całości. I choć pewnie powiesz, że moje przemyślenia są dość oryginalne, ale heterycki seks jest totalnie atawistyczny - uprawiają seks, by się mnożyć. Jak zwierzęta :P

Seks to jedno z paliw, jakimi napędzana jest nasza kultura - również kultura gejowska. Warto więc na moment pomedytować nad tym, jak o seksie myśleć, by czerpać z niego jeszcze więcej satysfakcji.

Zaobserwowałem kilka fajnych stylów myślenia o seksie, których używają Geje, by w kontekst łóżka przenosić zasady i wartości z innych światów. Żaden z tych stylów myślenia (metafor) nie jest ani dobry, ani zły - jest po prostu użyteczny. I - co najważniejsze - możesz zmieniać swoje myślenie o seksie, by uzyskiwać w tej dziedzinie zupełnie nowe rezultaty.

Zanim jednak przejdziemy do omówienia metafor - chciałbym Ci zdradzić w tajemnicy, że trochę obawiałem się tego tematu. Oto bowiem pisarska fantazja łączy się z tak wrażliwym i emocjonującym tematem, jakim jest seks. Co z tego wyszło..? Strach się bać, ale ciekawość jest i tak większa :)

Zatem seks jest jak... co?

Seks jak sport.

Znasz to? Metafora ta obowiązuje chyba od starożytnej Grecji. Kiedyś goście nacierali się olejkami i uprawiali zapasy, by potem przelecieć przegranego. Dziś wygląda to nieco inaczej. Jest sobie paker, ma foto strzelone z koma w lusterku, najlepiej pod prysznicem, ciałko umięśnione, ogolone. Od razu widać, że chuj jest dla niego jak sztanga; pchanie, niczym wyciskanie hantli. Hehe, choć to, co piszę, brzmi pewnie nieco sarkastycznie, uważam, że myślenie o seksie, jak o sporcie, otwiera całkiem interesujące możliwości. Pomyśl: bijecie razem rekordy, ociekając potem i ćwicząc jednocześnie mięśnie pośladków; robicie razem parę rundek, pchacie młotem (loool :) i takie tam.

Ten dość kontaktowy sport ma dwa warianty. Pierwszy - gdy współpracujecie, by razem osiągnąć metę (ja np. w kajakarstwie) lub gdy rywalizujecie, by stanąć wyżej na podium (jak np. w zapasach). Zauważ, że oba te warianty mogą dać interesujące rezultaty w seksie. Począwszy od idealnej współpracy, skończywszy na gwałcie i porzuceniu w rowie (zwycięzca pokonuje przegranego:)

Oczywiście myślenie o seksie w taki sposób ma tez kilka minusów - przede wszystkim jest to seks czysto techniczny, bezduszny, gdzie nie ma miejsca na czułości i gdzie liczą się tylko wyniki: jak najwięcej, jak najdłużej, jak najbardziej. Trzeba też liczyć się, że Twój kolega może też mieć kogoś innego na ławce rezerwowych, używać dopingu albo łamać reguły gry. Ten styl jest natomiast świetny, jeśli chcesz się z kimś spotkać raz i raczej się do niego nie przywiązywać. Możesz też go stosować, gdy jesteś w związku i znudziło wam się to, co robiliście do tej pory - ot, dla fun'u.

Kogoś, kto myśli o seksie, jak o sporcie, dość łatwo rozpoznać po języku, jakim używa: mówi o seksie czysto technicznie, opisując jego mechanizmy, koncentrując się na osiągnięciach, wynikach, rankingach (kto lepszy itd.). Zupełnie, jakby studiował atlas anatomii lub był po wykładzie z fizjologii człowieka.

Seks jak uczta.

To bardzo smaczna metafora seksu, której ludzie używają równie często, jak poprzedniej. Często słyszy się "ale ciacho, chętnie bym go schrupał" albo "zjadłbym Cię" itd. Podobnie, jak poprzednia metafora - ta również aktywuje ośrodek nagrody w mózgu. W seksie kulinarnym osoby traktują się, jak pyszne danie ("mój Ty baleronku, moja truskaweczko" :) Najpierw danie to trzeba odpowiednio przyrządzić (widzisz już tą bitą śmietanę na jego... ekhm:), odpowiednio zarumienić, by była smaczna i zdrowa. A potem naturalnie zjeść. Należy też na końcu polać ofiarę sosem, by smakowała jeszcze lepiej :)

I jest w tej metaforze coś ze sztuki, bo przecież gotowanie jest prawdziwą sztuką - jak najbardziej użytkową. I podobnie, jak w seksie - jej efekty często lądują w naszych ustach :)

Kiedyś opublikowano badania, że faceci jedzą w podobny sposób, jak się kochają. Możesz więc obserwując gościa w restauracji odkryć, jak uprawia seks. Jeśli wpierdala szybko, byle jak, byle co - to komentarza nie wymaga. Jeśli natomiast delektuje się posiłkiem, każdy kęs powoli żuje w ustach, to wróży ciekawą przygodę :)

Seks potraktowany jak wspólna uczta może być wręcz rytuałem czy obrzędem - ma swoje reguły, kolejność, porę dnia (lub nocy). Będą tam pewne rzeczy, które wypada i których nie wypada robić. I błagam - zróbcie to szarmancko, z kulturą, Panowie, a nie jak świnie przy korycie :)

Metafora ta jest doskonała dla ludzi, którzy są w związku - jest zarówno wyrafinowana, jak i wyszukana.

Seks jak polowanie.

Wersja dla odważnych, bo nieco brutalna. Kochanka traktujesz, jak zwierzynę, którą trzeba upolować. Oczywiście najpierw się ona ukrywa, broni, ale w końcu łapiesz ją w pościgu a potem delikatnie wgryzasz się w jej gardło, niczym lew sarence, pokazujesz, kto tu rządzi, kto jest górą. Oczywiście zwierzyna się wyrywa, więc Twoim zadaniem jest ją ujarzmić i zrobić jej dobrze pomimo braku chęci współpracy z jej strony. Zwierzyna jest ujarzmiona dopiero wtedy, gdy jest już totalnie zmęczona, pada na kolana i błaga o litość :) Oczywiście im bardziej się wyrywa podczas prób ujarzmienia jej, tym większe atrakcje nas czekają i tym większa potem satysfakcja, gdy już dojdzie do soczystego i spektakularnego zagryzienia jej:)

Proponuję też, by potem zamienić się rolami buhahaha. Bycie ofiarą też może być fajne :) I oczywiście apeluję o zdrowy rozsądek - niech to wszystko będzie ujęte w nawias dobrej zabawy, żebym potem w gazetach nie czytał, że jakiś facet zagryzł drugiego w łóżku, bo wziął sobie moje słowa za bardzo na poważnie:)

Seks jak taniec.

Gdy łóżko staje się Waszym parkietem, Wy tancerzami, seks jest tańcem a muzyka wyznacza tempo i puls waszej rozgrzanej do białości krwi. Tańcząc, jesteśmy w transie. Zapominamy o świecie, skupiamy się na powtarzalnych ruchach ciała, odlatując gdzieś daleko umysłem. Podobnie tutaj. W tego typu seksie finał nie jest aż tak ważny, jak proces - tulenie się, przybliżanie i oddalanie, harmonia ciała, wspólne tempo i rytm, lizanie się, dotykanie. Nie ma tu miejsca na rozmowy, na ustalanie szczegółów czy rytualizację - jak w metaforze kulinarnej - tu chodzi o 100%-owy spontan, zapomnienie. Nawet, gdy oboje osiągnęli już szczyt, tańczą nadal, zupełnie, jakby nic się nie wydarzyło, wzajemnie nasiąkając swoimi wydzielinami. Chodzi o rytm, nie finały. Na dyskotece nie ma finałów - wszyscy tańczą, aż opadną z sił i zasną gdzieś pod stolikiem.

Czy takie coś można zaplanować? Sądzę, że tak, ale to nie ma sensu - po prostu idziesz na żywioł. Warto mieć tutaj zaufanego, sprawdzonego partnera, bo poniekąd wyłączasz umysł, a więc różnie może być.

Seks jak akcja ratunkowa.

Pełen odlot :) Gdy ktoś nagle znajdzie się w ciężkim stanie - potrzebuje pomocy. I oto przybywa przystojny pan ratownik. Heroicznie rozdziera kamizelkę ratunkową i robi nieprzytomnemu usta-usta. On wciąż jednak osuwa się bezwiednie na poduszkę. Wtedy ratownik wyciąga swój nowoczesny sprzęt i reanimuje go - aż do utraty tchu. Nie zważa na nic, na siebie i na swoją przyjemność - przyjemność poszkodowanego jest najważniejsza. Trzeba zrobić wszystko, by znów miał orgazm jak zza starych, dobrych czasów :)

A potem oczywiście trzeba dać zastrzyk prosto w dupę, by wstrzyknąć mu trochę substancji odżywczych. Albo - gdy zajdzie taka konieczność - wpuścić sondę do przełyku lub odbytu, by szczegółowo zdiagnozować stan pacjenta. Taka gestro- lub kolonoskopia może bowiem uratować życie choremu i ujawnić szczegóły, które będą przydatne w celu postawienia ostatecznego rozpoznania i dalszego toku intensywnej terapii. A terapię trzeba oczywiście przeprowadzać regularnie i bardzo, bardzo intensywnie :)

Seks w stylu medycznym! Tego jeszcze nie grali, co nie? :) Już wiesz, skąd w heteryckim świecie biorą się dzikie fantazje o seksownych pielęgniarkach z wielkimi strzykawkami. W świecie gejowskim brakuje nam takich archetypów, więc niech będzie to zalążek - Pan Ratownik. Wystarczy zadzwonić (czynne całą dobe) by przyjechał na sygnale i uratował Cię od samotności, smutku i masturbacji.

Seks jak korepetycje.

Oto w drzwiach pojawia się Mieciu - niesforny uczeń. Jego nauczyciel jest, poza tym, że świetnie zbudowany i pociągający, oczywiście bardzo surowy i wymagający. Dziś będzie uczył go przyjemności - w czym naturalnie ma doktorat. Zadaniem Miecia jest uważne słuchanie i wykonywanie poleceń swojego nauczyciela - bo, jak nie to... pała :)

Nauczyciel uczy Miecia, jak dokonywać głębokich ANALiz, jak rozkładać się na pierwiastki i na łóżku, szukać wspólnego mianownika, konstruować trójkąty rozwartokątne itd. Mieciu jest ambitny i bierze sobie do serca i do buzi wszystkie wskazówki nauczyciela. Na koniec semestru bowiem Miecia czeka bardzo surowy egzamin ustny (i nie tylko ustny) z materiału, który został wyłożony. Mieciu musi mieć piątkę z różnych przedmiotów, takich, jak [tutaj wstaw najbardziej wyuzdane nazwy czynności seksualnych, jakie przychodzą Ci do głowy]. Sesja ma być długa i męcząca, ale czego się nie robi dla dobrych ocen :)

Poza oczywiście elementem śmieszności, jaki posiada ta metafora, ma ona też swoje drugie dno - dzięki niej możesz uczyć się, jak sprawiać swojemu facetowi przyjemność tak, by oceniał Cię jeszcze lepiej, niż dotychczas. Stajesz się profesjonalistą, zdobywając kolejne stopnie wtajemniczenia. Partnera traktujesz, jak Twojego nauczyciela w dziedzinie jego przyjemności. Może być ciekawie. Metafora dobra dla stałego związku - by obie strony mogły się uczyć, jak być lepszym w te klocki.

***

Czy to wszystko? Oczywiście, że nie. Miałem niezły ubaw, pisząc ten tekst. A Twoja wyobraźnia nie ma granic, zatem działaj - twórz własne metafory i baw się :)

sobota, 27 czerwca 2009

Ramy relacji - czyli jak robić jasne sytuacje i mądrze zarządzać swoimi znajomościami?

"Albo będziesz mój, albo wypierdalaj" - oto proste motto, którymi kieruje się część Gejów. Innymi słowy - spotykasz się z takim kimś, idziecie do knajpy, gadacie o dupie Marynie i jaką śmiercią zginie a potem się zaczyna - albo padniesz mu w ramiona, wyznasz miłość do końca życia, albo jesteś nieczułą szmatą, idź precz za horyzont i nie wracaj.

A Ty, mój Drogi, jako że masz mózg, potrafisz lepiej kształtować relacje międzyludzkie. My, profesjonaliści od rozwoju osobistego :P nazywamy to umiejętnością nadawania ram. Wyobraź sobie, że masz jakiś obraz, np. przedstawiający wielkiego penisa (powiedzmy w stylu impresjonistycznym, bo zawsze do mnie przemawiał :) Jakie ma znaczenie ten obraz? To zależy, gdzie go umieścisz. Co innego owy wielgachny penis będzie znaczył, gdy powiesimy go w sypialni, co innego, gdy wystawimy go na sprzedaż na głównej ulicy w mieście, co innego, gdy obraz ten ozdoby ścianę ekskluzywnej galerii sztuki czy będzie centralnym punktem krzyża...

Tym właśnie są ramy - w zależności, w jaką ramę wsadzisz dane doświadczenie, tak będzie przez Ciebie rozumiane.

Panowie, którzy wyznają motto wymienione na początku, mają tylko dwie ramy związków międzyludzkich: "związek" i "wojna". I nic więcej. To bardzo zubażające i przykre, zatem dziś rozszerzymy wachlarz ram, które możesz nadawać relacjom, jakie tworzysz z ludźmi.

1. Kumplostwo.

Możemy zdefiniować, że kumpel to ktoś, z kim pójdziesz na imprezę, napijesz się, poplotkujesz. Nie musicie mieć wspólnych tematów czy zainteresowań. Widzicie się raz na miesiąc i po prostu robicie jakiejś jaja, opowiadacie dowcipy. Energia dobrego humoru i wspólne zajęcie (np. grillowanie, tańczenie na dyskotece) - to jest to, co scala kumpli.

2. Przyjaźń.

Przyjaciel to ktoś, kogo życiem interesujesz się tak, jak swoim. Jesteś z nim zasocjowany - co znaczy, że jeśli ktoś atakuje jego, to tak, jakby atakował Ciebie (co nie musi mieć racji bytu w przypadku kumplostwa). Z przyjacielem macie wspólne tematy, wymieniacie się opiniami i mówicie o swoich odczuciach. W pewnym sensie przyjaciel stanowi odmianę psychoterapeuty - słucha Twoich problemów, rozumie Cię emocjonalnie i logicznie, wyraża współczucie i proponuje jakieś rozwiązania. I to jest ok. Jeśli nie jesteś mistrzem w zmienianiu ram - nie ma w przyjaźni miejsca na seks. Energia seksualna niesie ze sobą takie emocje, jak np. zazdrość, czego przyjaźń mogłaby nie przetrwać. Przyjaźń scalana jest przez energię serca.

3. Romans.

Niezobowiązujący wstęp do poważniejszego związku. Romans polega nie tylko na łączeniu się energią serca, ale przede wszystkim energią seksu. Romans niczego nie obiecuje, jest po prostu korzystaniem ze swojej cielesności, dobrą zabawą, upojnymi nocami. Byciem z kimś tu i teraz i nierobieniem planów. Często na tym etapie Geje przechodzą zbyt szybko do ramy "Poważny związek" bez upewnienia się, czy to jest odpowiednia osoba. Romans ma służyć temu, byś poznał osobę w kontekście seksu - tam bowiem nie ma masek, tam masz do czynienia z prawdziwością i autentycznością drugiej osoby - z jej pragnieniami, kompleksami, marzeniami i obawami. Dopiero wtedy możesz ocenić, czy chcesz być z kimś na dłużej, czy powrócić do ramy "kumpel".

4. Związek wizytowy.

Coś pośredniego pomiędzy przygodami romansowymi a poważnym związkiem na serio serio - czyli związek wizytowy. Nie mieszkacie razem, ale czujecie, że chcecie być ze sobą na dłużej i na poważniej. Odwiedzacie się często, dajecie sobie zarówno mnóstwo miłości, jak i wolności. Macie czas, by być razem, pożądać się i kochać, ale również potęsknić i pobyć w samotności - by pod nieobecność partnera móc poczuć, jak Wam siebie brakuje. Niektórzy uważają, że ten typ związku jest lepszy od związku, w którym mieszka się razem - bo partnerzy się sobie nie nudzą, nie irytują się sobą nawzajem (jak to ma często miejsce podczas mieszkania razem), nieustannie zbliżając się do siebie i oddalając.

5. Poważny związek.

Tu chyba nie muszę tłumaczyć. Mieszkacie razem, macie swoje gniazdko, razem stawiacie czoło życiu, razem myjecie naczynia, wynosicie śmieci, robicie pranie. Ten typ związku - z racji częstego przebywania ze sobą - wymaga od Ciebie sporo. Przede wszystkim musisz liczyć się z habituacją - partner Ci spowszednieje, podobnie tak, jak Ty jemu. Nie będziecie się sobą podniecać, jak szczeniaki na początku, za to będziecie budować wspólnotę - już nie tylko opartą na uczuciach, ale też na finansach, posiadanych dobrach, terytorium. To sztuka, wymaga dyplomacji, umiejętności negocjacji i dostrzegania wspólnych celów w każdym waszym konflikcie. Ostatecznie związek z drugim człowiekiem ma podnieść jakość Twojego życia - trwale i znacząco.

Aby stworzyć z kimś poważny i udany związek, potrzeba równowagi energetycznej po obu stronach: harmonii energii męskiej, żeńskiej, energii seksu, intelektu i serca. Poważny związek wiąże się z pewnymi obietnicami, które składasz... nie, nie drugiej osobie, lecz SOBIE. Deklarujesz przed samym sobą ,że zaopiekujesz się swoim partnerem, że będziesz go wspierał i dawał mu to, co w Tobie najlepsze, ciągle ucząc sie, jak być lepszym. Poważny związek to też tworzenie wspólnych planów i umiejętność łączenia dwóch stylów życia - Twojego i partnera.

Oczywiście niniejsza lista ram nie jest zamknięta. Z moich obserwacji wynika, że ludzie robią jeszcze inne ramy, np. ramę obwiniania ("on jest winny") - która nadaje się wspaniale do zakańczania związków/ relacji w złym smaku, czy też ramę "kolegi od seksu" - dla relacji opartych na egoistycznym zaspokajaniu siebie za pomocą ciała drugiej osoby. Do wyboru, do koloru :)

***

Czy wiesz, jaką ramę nadać swojej znajomości z daną osobą? Po czym poznasz, że dana znajomość to "kumplostwo", "przyjaźń", "romans"...? ... albo jeszcze coś innego.

Gdy już to ustalisz, pozwól, że dam Ci swoją sugestię: bądź elastyczny i naucz się szybko zmieniać ramy. Życie jest dość dynamicznym procesem (przynajmniej w niektórych przypadkach). Twoja zdolność do szybkiego podejmowania decyzji, kto jest kim i jaką robisz z tym kimś relację, jest kluczowa. Wierz mi - dywagowanie miesiącami, czy być z kimś, czy nie i na jakich zasadach, jest druzgocące dla psychiki (niespójność wykańcza - Ciebie i okolicznych ludzi).

Jeśli ktoś, z kim jestem w poważnym związku, nagle "wypada z kryteriów" (np. zaczyna mnie traktować jak kumpla, łamie ważne zasady) - szybko zmieniam ramę na "kupel" i już. Gdy skoryguje swój lot i da do zrozumienia, że były to tylko tymczasowe turbulencje, równie szybko możemy przejść z powrotem do związku na bardziej serio. Ma to ogromny potencjał - bo jasno komunikuje drugiej osobie, w jakim jest położeniu względem mnie. Nie ma tutaj miejsca na wewnętrzne dylematy.

To nie kurczowe trzymanie się jednej ramy czyni nas szczęśliwymi, ale ich szeroka gama i umiejętność szybkiej zmiany tychże ram, gdy zachodzi taka konieczność. Umiejętność różnorodnego nazywania sytuacji, w których się znajdujesz, sprawia, że wiesz, jakim zestawem reguł się kierować, by mądrze zarządzać swoimi relacjami. Korzystaj.

TOP 10 miesiąca