Męski Anal - jak przygotować się do seksu analnego w roli pasywnej

Skondensowany i praktyczny mini przewodnik dla początkujących, którzy chcą dawać dupy bezpiecznie, zdrowo i przyjemnie.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą samotność. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą samotność. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 14 maja 2012

Wpuść cierpienie do swojego życia

Powódź dobrych rad. Kopalnie życiowych poradników. To moda, która przyszła do nas z Zachodu, niemniej potrzeba sięgania po takie publikacje wynika z nas samych, z prostego faktu, że cierpimy i nie godzimy się na to. Setki technik, dziesiątki "prostych sposobów" na usunięcie żalu, smutku, bólu, cierpienia, wstydu, poczucia winy, strachu. "Rozwalacze depresji", "Destruktory lęku" itd.

A cierpienie i tak powraca.

I będzie powracać. Jak boomerang - im silniej, im dalej chcesz go wyrzucić, tym z większym impetem powróci. Oczekuj go.

W którymś momencie ten boomerang tak mocno uderzył mnie w głowę, że wiedziałem już, że nie wygram. Wszedłem na mroczną ścieżkę samooszukwiania się, skrywanej przed światem depresji, rozrywającej piersi rozpaczy, którą dobrze przypudrowałem przed innymi ludźmi.

W końcu nie było innego wyjścia, niż zatopić się w tym. Poddać się temu. Wpuścić do serca wszystkie trucizny, wszystkie zjadliwe toksyny krążące w krwiobiegu. Sam siebie podziwiam za tę odwagę.

Gdy schodzisz na dno piekieł, gdy cały świat wydaje się płonąć, zatapiać w czarnej, gęstej smole, z której nie można się wydostać, gdy cierpienie jest tak wielkie, że aż nie można oddychać - serce wciąż niestrudzenie bije. Zapada nieprzenikniona cisza. Przez moment to bicie serca jest jedyną oznaką życia, bo wszystko dookoła umiera.

I wtedy, w chwili największego cierpienia, gdy Twój umysł po prostu je zaakceptuje, gdy powie mu "tak", gdy zdobędzie się na odwagę, by uznać jego istnienie, uznać fakt, że się cierpi, że się leży na dnie hadesu przykrytym metrami mułu - wtedy to cierpienie łagodnieje, zaczyna płynąć, zmieniając się w pewnego rodzaju subtelną ulgę. Coś rusza, coś odżywa, coś otwiera oczy i patrzy na świat świeżym spojrzeniem.

To nowy Ty.

Ty zbudowany na bazie trudnych doświadczeń. Ty uczący się jak być lepszym człowiekiem. Ty rozumiejący bardziej to, czym jest życie, kim jest człowiek.

Zgnuśnienie to brak akceptacji. Zgnuśnienie jest czymś przeciwnym do akceptacji. Otwórz swoje serce na największe cierpienia i pozwól mu przepompować je dalej, zmienić w coś budującego. Wyjdziesz ze spirali, która ściągała Cię na dno.

Zrób w swoim życiu miejsce na cierpienie.

Ugość je, zaproś do swojego życia, do swojego serca. Zaparz mu kawę, podaj ciastko i porozmawiajcie. Niech wyjdzie z cienia. Niech ten ból, który nosimy pod skórą, te wszystkie lęki, smutki, wstyd, rozpacz czy wina - niech to wszystko wyjdzie na jaw. Niech zostanie oświetlone światłem świadomości. Nie walcz, nie oceniaj, bo stracisz energię. Chyba że chcesz - by przekonać się, że to nie ma sensu. Nie jesteśmy komputerami, nie da się wyłączyć pewnych rzeczy jednym pstryknięciem. Na zrozumienie pewnych rzeczy trzeba lat obserwacji. Trzeba cierpliwie powracać do pewnych kwestii, do pewnych tematów - z otwartym, spokojnym, szczerym sercem. Sercem, które gotowe jest na przyjęcie bólu. Na zmierzenie się z najczarniejszą, najokrutniejszą prawdą.

Miej odwagę! Stać Cię na to!

Nie chcesz spędzić całego życia na udawaniu, że wszystko jest okej - jeśli nie jest.

Sam mam rany, które liżę od lat. Których ból budzi mnie w nocy, które tak bolą, że czasem jedyne, czego chcę, to zasnąć i zapomnieć. Ale nie. To tak nie działa. Jak już nie wiadomo, co z cierpieniem zrobić, połóż rękę na sercu, weź kilka głębokich oddechów i pozwól swojemu sercu się tym zająć. Pozwól sobie PRZEŻYĆ cierpienie, zamiast ciągle nim żyć. Pozwól sobie na doświadczenie pełni traumy, zamiast ciągle z nią walczyć. Twoim zadaniem jest tylko i wyłącznie utrzymywanie świadomości, że jesteś tu i teraz. Regularnie oddychanie, trzymanie ręki gdzieś na stabilnym gruncie teraźniejszości.

A serce niech przetwarza.

Tylko ono wie, jak z wyjść z pętli cierpienia. Tylko serce podpowie Ci, co zrobić. Tylko w jego głębokiej mądrości odkryjesz spokój i ciszę, gdzieś tam w środku, w oku cyklonu, panuje cisza i harmonia. I wtedy wszystko dookoła może się walić, ale na Twojej twarzy znów rysuje się uśmiech.

A wtedy każdy kolejny krok w Twoim życiu wydaje się już lżejszy. Bardziej świadomy.

Pogódźmy się z faktem, że cierpienie jest naturalną częścią naszego życia. Że musimy je przeżywać do momentu, w którym już go nie przeżywamy. Paradoksalnie tylko nasza zgoda na wpuszczenie cierpienia do życia jest sposobem, by je zrozumieć, zaakceptować a następnie sobie z nim poradzić.

Z pozdrowieniami,
Dream

środa, 9 marca 2011

Strategie niewolniczego przywiązywania Go do siebie

Jeb, udało się, cudo. Oto i On. Leży obok Ciebie, czeka na Twoje pocałunki - piękny, ciepły, kochany, niewinnie chłopięco męski. Pół życia zżerał Cię strach, czy znajdziesz Tego Jedynego. A gdy Go masz - zaczyna Cię zżerać inny strach...

... że On mógłby odejść.

Że przecież nie wyobrażasz sobie życia bez niego, że Twoja linia czasu spleciona jest z jego słowami, zamiarami, planami, że rozdzielenie tych reprezentacji byłoby dla Ciebie koszmarem, przedarciem serca na pół. Więc zaczyna się cicha batalia o jego względy. W końcu trzeba coś zrobić, aby on nie odszedł. Szukasz recept, szukasz sposobów, aby uwarunkować jego umysł, aby go przywiązać do siebie. I odkrywasz, że są. Że nasze mózgi, choć rozwinięte najbardziej ze wszystkich, wciąż podlegają pewnym prawidłowościom.

Jak stworzyć tak silny związek, aby nie rozpadł się nawet w obliczy zdrad, kłamstw, oszustw i wszelkich możliwych nikczemności?

Oto przepisy proste i arcy-skuteczne. Ich odkrycie zajęło mi sporo czasu i wysiłku. A dziś podzielę się nimi z Tobą.

1. Stwórz dobrą matrycę otwarcia dla związku. Matryca otwarcia jest jak tytuł książki - przez jej pryzmat będziesz, chcąc, nie chcąc, filtrował treść całej publikacji. To tytuł zdeterminuje to, czego oczekujesz od książki, jakie informacje będziesz filtrował, jakie weźmiesz a jakie odrzucisz. Podobnie jest ze związkiem. Super-silne związki mają super-silne matryce otwarcia. Jakie? Oto pojawiają się historie o przeznaczeniu, które połączyło ich w odpowiednim momencie. Oto los, Bóg, wszechświat i wszelkie siły przyrody dążyły do tego, aby ONI się ze sobą spotkali. Ta magia otwiera cały rozdział. Bez niej związek nie byłby niczym specjalnym. Musisz wierzyć, że to Przeznaczenie.

2. Twórz silne asocjacje w okresie kokainowym. Och, te pierwsze miesiące są takie oszałamiające. On jest piękny, cudowny, kochany. Razem przeżywacie tyle wspaniałych chwil, uniesień, razem się śmiejecie i razem płaczecie. Twoim zadaniem jest tworzyć jak najwięcej pamiątek. Z głupiego wyjścia na zakupy masz robić przygodę życia, podczas której kupujesz porcelanowego aniołka z Chin za 4 złote, który ląduje na półce nad łóżkiem, aby po latach przypomnieć Wam o tym, jak to kiedyś było i ileż w tym neurochemicznej, uzależniającej magii się ćpało. Rób laurki, rób zdjęcia, kręć filmy, słuchaj piosenek. I PRZECHOWUJ to jak relikwie - w specjalnych szkatułach, w szafkach na specjalnych półkach.

3. Miej odpowiednią metaforę związku. Bez tego, ani rusz. Jeśli związek jest dla Ciebie jak wyjście na dyskotekę, jak przebłysk słońca w pochmurny dzień, jak niestrawność - to potrwa to chwilę i powiecie sobie na razie. Jeśli jednak każdy dzień jest jak cegła, której wspólnie używacie do budowania swojego związku-pałacu - to po X dniach, X miesiącach i X latach musisz zburzyć to jeśli chciałbyś nawet odejść - musisz zburzyć to wszystko, co wspólnie zbudowałeś. I będzie żal. X lat przepadnie, prawda? Czy to prawda? Na pewno? Niekoniecznie. Ale to nieważne. Ważna jest uzależniająca metafora, która połączy Wasze umysły. Dlatego też bierz kalendarz i licz, ile razem dni już jesteście. I podkreślaj, że każdy kolejny dzień Waszego związku to kolejna cegła - jakbyście dodawali coś nowego do tego, co już jest. Jak odejdziesz - wszystko, co budowałeś, rozsypie się, jak domek z kart. Bez tej metafory On mógłby potraktować Cię, jak epizod, jak nowe doświadczenie... i odejść!

4. Twórz otoczenie socjalne. To jest mocna rzecz! Miejcie razem jak najwięcej znajomych. Powiedz rodzinie. Integruj się. Spotykajcie się razem, wychodźcie razem, wyjeżdżajcie razem, jednocześnie ciągle deklarując publicznie, jak bardzo się kochacie i że będziecie ze sobą na wieki. Wymagaj od niego tych deklaracji przy innych - koniecznie! Niech zobowiązuje się jak diabli. A umysł, jako że jest tworem społecznym, ma gratis zainstalowaną chęć bycia konsekwentnym. A wszyscy dookoła przecież wiedzą, że lepiej, jeśli będziecie razem, to będzie lepiej, niż jeśli się rozejdziecie. I w razie przypału będą nalegać, będą miedzy Wami negocjować, będą Was nakłaniać, byście się pogodzili. Ekstra!

5. Zamieszkajcie razem. Uzależnijcie się od siebie nawzajem np. prowadząc wspólne finanse, opłacając rachunki. Musicie mieć świadomość, że jeden bez drugiego nie da sobie rady. Jeden musi wbijać gwoździe, drugi gotować. Jedne będzie naprawiał auto, drugi - pomagał pisać CV. Musicie się uzupełniać kompetencjami, abyście budowali wzajemnie przeświadczenie, że sami nie dacie sobie rady w życiu, że potrzebujecie drugiej osoby. Oczywiście łatwiej to wykonać, jeśli razem zamieszkacie. Stąd ta rada.

6. Wystawiajcie się śmiało na próby. Kasować profil na fellow? Co za głupota! Chodzi o to, by wystawiać się na próby, kryzysy, na ciągłe porażki. Najpierw małe, by się upewnić, że to tylko chwilowa niedogodność. Wystarczy kilka małych kryzysów, by otworzyć sobie ścieżkę do tych poważniejszych. Każdy jeden kryzys, który wspólnie przetrwacie, wzmocni Wasz związek. Oto On Cię okłamał, ale Ty mu wybaczasz. Więc teraz sam go okłamiesz i sprawdzisz, czy On też jest taki wspaniałomyślny i wybaczy Tobie. Potem trzeba przejść powoli do hardcoru. Jeśli będziecie się zdradzać, okłamywać, ruchać na boku, wyzywać, grozić sobie a potem znów do siebie wracać - TO JEST TO! Już nic Was nie rozłączy. Choćby jeden z Was chlał na umór, ćpał, dawał dupy za bułkę z masłem - PRAWDZIWA MIŁOŚĆ PRZETRWA WSZYSTKO. Prawda?

7. Twórzcie wspólną linię czasu wybiegającą mocno w przyszłość. Wspólne plany, wspólne marzenia, wspólne przyszłe eteryczne wizje będą w kurwę boleć, jeśli któreś z Was będzie chciało odejść. Odejście będzie się wiązało z posypaniem się wspólnych cudownych planów i marzeń, przekreśli je boleśnie. Pojawi się ogromny ŻAL, że "odszedłem, jestem sam, a będąc z nim mógłbym nadal realizować swoje marzenia". I bam! Macie się nawzajem.

***

A na końcu, gdy już całkowicie zniewolicie wzajemnie swoje umysły, odkryjecie, że serce - jeśli w ogóle w tym całym uzależnieniu ma ono jeszcze cokolwiek do powiedzenia - jest bezwarunkowe. Umysły da się oszukać, umysły da się zwieść, umysły da się zniewolić, zatruć myślami. Ale nie serce. Ono tam wciąż jest i bije - wolne od trylionów asocjacji wciąż tęskni na tym, co kocha najbardziej - za wolnością.

Słuchając serca podjąłem decyzję, z którą mój uzależniony setkami historii umysł nigdy by się nie zgodził. I jeśli mam być szczery - to boli i sprawia, że cierpię. Że nie śpię po nocach, płaczę i tęsknię. Ale to tylko mój uzależniony umysł... Wiara w chore historie. A serce jest pełne radości.

niedziela, 31 października 2010

Przegląd ruchaczy polskich - co się kryje za seksoholizmem

Szukam na seks. Chętnego pasywka. Najlepiej od razu. - takie oto komunikaty bombardują nasze oczy, gdy wchodzimy na gejowskie portale. Sprawdzałem osobiście - największy odzew masz zawsze, gdy dasz swoje nagie zdjęcie i napiszesz, że chcesz się ruchać. Nagle masz dziesiątki fanów!

O co chodzi? Co się za tym kryje?

Moja genetycznie uwarunkowana ciekawość świata nie pozwalała mi przejść obok tego obojętnie. Czyżby chodziło tylko i wyłącznie o hedonistyczne zaspokojenie siebie? O atawistyczne popędy seksualne, które wciąż na nowo eksplodują pomimo wszechobecnej socjalizacji?

Również.

Ale nie tylko. Kryją się za tym najróżniejsze historie.

Przyczyny?

Prawdopodobną przyczyną seksoholizmu jest instalowany społecznie wstyd przed poruszaniem tematu seksu, robienie wokół seksu tematu tabu. Szczególnie wokół seksu gejowskiego. Sprawia to, że wielu gejów swoją seksualność spycha na dalszy plan, próbuje schować w mentalnej piwnicy, związać ją kaftanem bezpieczeństwa. Na co dzień są miłymi, sympatycznymi ludźmi, całkowicie społecznie poprawnymi. I za nic w świecie nie podejrzewałbyś, że ten socjalny wzór ma w sobie ukrytego seksualnego demona, który dojrzewa w ciemności. Niezaspokojone żądze, ciekawość i mnóstwo innych historii narasta w tle i z biegiem czasu daje o sobie znać. I wychodzi przez skórę. Na delegacjach, na sex czatach, na fellow i gayromeo.

Zastanawiające, że tylko ludzie są zdolni do seksoholizmu, że tylko ludzie miewają seksualne zboczenia, fetysze itd. Zwierzęta nie. Dlaczego? Bo z seksu nie robią społecznego tabu, nie okrywają seksu wstydem i nie wypierają się go. Pomyśl, to ma sens.

Jakie funkcje pełni seksoholizm? Czym ekscytują się seksualne ega?

1. Budowanie "szczęścia" - seksoholicy definiują szczęście jako przyjemność. W rzeczywistości szczęście nie jest przyjemnością, bo gdyby tak było, narkomani byliby najszczęśliwszymi ludźmi na świecie. Szczęście jest pojęciem związanym z koherencją serca i czystym umysłem, a nie wiecznym nakręcaniem sobie napięcia (seksualnego też) i szukania sposobów, aby je rozładować.

2. Tworzenie swojej atrakcyjności. Im więcej partnerów przerucham, im więcej kutasów miałem w sobie, im większe były, im częściej i obficiej się spuszczały, tym jestem atrakcyjniejszym facetem - czy to prawda? Na tej historii bazuje cała idea gejowskiej atrakcyjności. Jak w grach RPG - im wyższy "poziom" zdobędziesz, tym większy budzisz respekt. Podważenie tych historii wiąże się z opuszczeniem konceptu atrakcyjności i uniezależnieniem go od ilości przeruchanych facetów.

3. Poszukiwanie czułości. Tak, moi Drodzy, wielu gejów myli seks z czułością - tak, jak ludzie z zaburzeniem odżywiania mylą stres z głodem. Wielu z "ruchaczy" poszukuje przytulenia, czułości, poczucia bliskości, co stanowi poważny problem niemal narkotyczny. Ponieważ uznali, że "zbudowanie czegoś trwałego jest niemożliwe", zaspokajają się na seks randkach. To przykre, bo uzależniające, to nałogowe. No i ryzykowne. To tak, jak zapicie mordy, gdy ma się problem emocjonalny. Działa na chwilę. Po momentu zapalenia papierosa i przewrócenia się na bok. Potem wszystko wraca. Wraca poczucie samotności, poczucie bycia bezwartościowym człowiekiem. To z tym trzeba pracować.

4. Ekscytacja z powodu łamania tabu. Sprawdzanie, kto jest odważniejszy. Gejowski seks jest tak cholernie potępiany społecznie, tak niedopuszczalny, zabroniony, niemile widziany, że uprawianie go budzi u gejów dodatkową ekscytację - że robią coś, co jest zakazane, niedozwolone, niedostępne. W psychologii społecznej zowie się to reaktancją. Lub przekorą.

5. Wiele, wiele innych - jak chociażby cała ideologia dorobiona do "pasywów" czy "aktywów", historie, które za nimi idą (uległość i dominacja), to, co umysł dokleja do konceptów ruchania i bycia ruchanym. Historie na temat SM, upokarzania, poniżania, wąchania białych skarpetek, spijania nasienia itd.

Tego jest mniej więcej tyle, ile kategorii filmów na portalach porno. Gdyby podważyć prawdziwość wszystkich historii, które się za tym kryją, nagle seks byłby niczym więcej, niż wkładaniem chuja w dziurę, czyli tym, czym był pierwotnie - bez dorabiania do tego tożsamości, ideologii, doklejania dodatkowych znaczeń. Byłby sam fakt wzwodu, ejakulacji i chrapania na dobranoc. I nic poza tym.

A wtedy widzielibyśmy w sobie kogoś więcej, niż tylko istoty seksualne, chodzące dupy i penisy, które tylko czekają na to, by coś z nimi zrobić.

czwartek, 28 stycznia 2010

Encyklopedia Zasobów - tęsknota

Tęsknota za kimś lub za czymś jest uczuciem ni to dobrym, ni to złym.

Gdybym miał określić w możliwie najprostszy sposób, czym jest tęsknota, powiedziałbym, że jest ona wiarą w historię umysłową pt. "kiedyś było lepiej, niż teraz".

Pozytywna tęsknota jest wspierana dodatkowo przez nadzieję płynącą z historii pt. "to jeszcze kiedyś może się powtórzyć" (np. On wróci z wyjazdu i znów będziemy spędzać miło czas). Tęsknota negatywna - określana czasem mianem nostalgii - to dodatkowa historia pt. "to już nigdy nie wróci, zostało na zawsze stracone" (np. On odszedł z innym i nie mamy szans nigdy na to, by być znów razem).

Emocja tęsknoty niesie też ze sobą pewną cenną informację - dzięki niej wiemy, co jest dla nas ważne. Jeśli tęsknimy za krajem ojczystym - wiemy, że ojczyzna jest dla nas ważną wartością. Jeśli tęsknimy za przytulaniem się z bliską osobą - możemy spekulować, że przytulanie z nią jest dla nas czymś istotnym.

Informację tę można wykorzystać, by ustanowić cel na przyszłość - np. chcę znów to poczuć, chcę znów go mieć, chcę znów tam wrócić.

Natomiast czasem jest to niemożliwe (np. w przypadku powrotu do dzieciństwa). Wtedy trzeba się do tęsknoty zabrać od drugiej strony - od strony rozbijania historii.

"Kiedyś było lepiej, niż dziś"

1. Czy to prawda?

Stań przed lustrem i spytaj siebie, jak jest naprawdę.

2. Czy możesz być pewien na 100%, że to prawda?

Ja nie byłbym taki pewien :) Zauważ, że tęsknota zależy od tego, jak oceniasz teraźniejszość i pewien fragment swojej przeszłości. Oceń inaczej i zobacz, co się zmieni.

3. Czy ta myśl jest korzystna dla Twojego życia?

Niekoniecznie. Przez nią - zamiast być w jedynym prawdziwym momencie pt. tu i teraz - wracasz myślami do przeszłości, czyli do czegoś, co nie istnieje (bo gdyby istniało, nie byłoby to przeszłością!).

4. Kim byś był bez tej myśli?

Sądzę, że kimś, kto bardziej jest obecny w rzeczywistości, czyż nie?

***

Dla równowagi możesz znaleźć np. 3 wiarygodne przykłady potwierdzające, że jednak dziś jest lepiej, niż wtedy. Dziś np. jesteś mądrzejszy o pewne doświadczenia, czyż nie? Co jeszcze? Może masz więcej możliwości w życiu? Może masz więcej kasy? Może jesteś zdrowszy? Może wtedy miałeś jakieś zmartwienie, którego teraz już nie masz?

Po chwili okaże się, że nie wiadomo do końca, czy tak naprawdę kiedyś było lepiej, niż dziś. Dziś to jedyne, co mamy. Warto więc korzystać z tego momentu, zamiast tęsknić za czymś, co być nigdy nie wróci (doświadczenia nigdy nie wracają, zawsze są nowe - tylko wydają się podobne, bo umysł lubi kategoryzować, usuwając różnice i widząc jedynie podobieństwa - warto się tego oduczyć!).

Do napisania!

środa, 4 listopada 2009

Prawda o zakochaniu - również Ciebie może to spotkać i nic z tym nie zrobisz

Jeden z najwybitniejszych trenerów rozwoju osobistego na świecie (a na pewno w Polsce), psycholog, twórca genialnych metod NLP i mój znajomy, zdradził kiedyś jeden ze swoich mrocznych sekretów. Miał żonę, w drodze dziecko, gdy nagle pewnego dnia zakochał się po uszy w obcej kobiecie.

Cóż się wtedy stało?

Wielu ludzi odwróciło się od niego. Powiedzieli: "Uczysz nas, jak robić wspaniałe, trwałe związki, jesteś wirtuozem swojego umysłu, serca i ciała. I nagle zakochujesz się w jakiejś Meksykance...?"

Zostali przy nim tylko Ci, którzy kiedyś przeżyli coś podobnego. Oni go rozumieli . Nie logicznie, bo zakochanie z logiką ma tyle wspólnego, co Radio Maryja z uczciwością. Zrozumieli go emocjonalnie i uczuciowo.

Czym właściwie jest zakochanie? Dlaczego nawet najwybitniejsi ludzie, dla których umysł nie ma większych tajemnic, potrafią nagle, spontanicznie się zakochać?

Kiedyś na łamach tego bloga opisałem pewien dualizm: samotność i zakochanie. Że zakochują się ludzie, którzy czują się samotni. I że samotność można poczuć po tym, gdy się w kimś nieszczęśliwie zakochamy.

Dziś już nie jestem pewien, czy ten mechanizm tak działa.

Cofnijmy się 3 tygodnie wstecz. Moje życie było poukładane i bardzo, bardzo spokojne oraz szczęśliwe. Planowałem szkolenie w Warszawie, spokojnie przeglądając internet i czytając książki z radością odkrywałem nowe światy. Spotkania ze znajomymi i przyjaciółmi, knajpy, robienie zakupów. Właściwie niczego mi nie brakowało. Nie odczuwałem praktycznie żadnego niedosytu, żadnej samotności.

A nagle zjawił się on.

Pierwsze spotkanie nic nie zapowiadało. Zobaczyłem go w aucie. Pierwsza myśl była taka, że jest zdecydowanie ładniejszy niż na zdjęciach. Jak my to mówimy - "Oho, nowa dziesiątka", a więc gość, który swoją urodą deklasuje wszystkich pozostałych o poziom niżej.

Spotykałem różnych facetów i praktycznie w urodzie każdego mógłbym znaleźć jakiś mankament, coś, co mógłbym poprawić, gdybym miał takiego Photoshopa w wersji real. W przypadku owego dżentelmana nie zmieniałbym dosłownie nic. Pod względem aparycji - absolutny ideał.

Było z nim jak z twardym narkotykiem. Pierwsza dawka jeszcze nie wszystkich uzależnia. Druga uzależnia już prawie na 100%. I tak się stało. Drugie spotkanie. Tamten sobotni wieczór był po prostu kompletnym odlotem. Nie pamiętam, kiedy wcześniej przeżyłem coś równie ekscytującego, choć przecież obiektywnie nic się nie działo. Oglądaliśmy filmy, było kilka buziaków, przytulanie i parę innych, bardziej intymnych rzeczy.

Zakochanie to narkotyk.

Kiedyś w USA emitowano spoty kampanii przestrzegającej przed zażywaniem metamfetaminy. Był tam dzieciak, który postanowił jej spróbować. Zażył i poczuł haj. A potem dodał, że chciał tylko raz. Na to jego uzależnieni koledzy zaczęli się śmiać. Hasło kampanii brzmiało (podam w oryginale, bo wtedy robi lepsze wrażenie): "Meth. Not even once." ("ani nawet raz" - wolne tłumaczenie).

Ja byłem tym dzieciakiem. Narkotykiem było zakochanie, a on był dilerem.

Bo z narkotykami nie ma polemiki, tak, jak z zakochaniem. Chemia wsiąka w mózg niczym w gąbkę, głęboko modyfikując jego funkcjonowanie. A to z kolei odbija się na zachowaniach, nastrojach, emocjach.

Siedząc wczoraj na ławce zaszytej w mrokach miejskiego parku i przyglądając się szklistymi oczami pierwszym płatkom spadającego śniegu, wiedziałem już, że nic z tego nie wyniknie. On ma swój świat, swoich znajomych, swoje plany. I właściwie cały ten haj, prócz tego, że wstrzyknął mi w krwiobieg wspaniałe hormony, niczego w praktyce nie zmienił.

I zacząłem się zastanawiać nad tym, jak ewoluował mój stosunek do zakochania przez lata.

Kiedyś zakochanie było świętem. Czymś, na co w głębi duszy czekałem. Pragnąłem się zakochać po uszy, zapomnieć o całym świecie. I tak też bywało - z różnymi skutkami.

Potem, gdy oberwałem po uszach i to bardzo mocno, spędzając wiele długich miesięcy z ludźmi, którzy nie byli dla mnie odpowiedni, zakochanie stało się dla mnie niczym zła klątwa. Było jednoznaczne z cierpieniem. Nie chciałem się już zakochiwać w nikim. Chciałem po prostu świętego spokoju.

Następnie wszystko ucichło. Potraktowałem zakochanie jako relikt mrocznej przeszłości. Byłem już niemal absolutnie pewien, że coś takiego nie może mi się już przytrafić. Owszem, mogę się z kimś związać - przebywać z nim, poznawać go i jednocześnie robić z nim coraz więcej neuroasocjacji, które będą mnie przy nim trzymać. Ale nie było w tym odrobiny nawet tamtego szaleństwa, które kiedyś potrafiło mnie ogarnąć.

Pomyślałem, że oto doszedłem ze swoim umysłem do takiego porozumienia, w którym nic mnie już nie zaskoczy. Że spokój ducha będzie można utrzymać w nieskończoność.

Zabawne, prawda?

Szczególnie teraz, gdy wystarczy, że o nim pomyślę, natychmiast moje gruczoły wstrzykują dawkę przyjemnej chemii w moje żyły. Gdy serce z jakiś nieokreślonych powodów zaczyna być szybciej, gdy przez myśl przejdzie mi jego imię.

Teraz widzę, że mogłem mieć do zakochania dowolny stosunek - mogłem go nie znosić albo je uwielbiać. Ale to niczego nie zmieniło. Jak zakochałem się kiedyś, tak i dziś. Zakochania się nie robi - ono przychodzi samo. Możesz z nim walczyć bądź go pożądać - to nie ma znaczenia. Jak ma przyjść, to przyjdzie. A jak nie, to nie.

Kiedyś ktoś na tym blogu, gdy przeżywałem pewne rozterki i je tu opisałem, zwyzywał mnie od miękkich, naiwnych pizd. Człowiek ten miał mnie za cyborga, który kontroluje wszystko, co dzieje się w nim oraz otoczeniu. I przemycał ukradkiem swoją definicję zakochania - że jest ono objawem słabości, uległości. Że człowiek silny nie zakochuje się, umie się oprzeć temu uczuciu.

Jednak czy to prawda?

A może jest zupełnie na odwrót? Może nieustanne bronienie się przed zakochaniem i budowanie wokół siebie emocjonalnej, chłodnej twierdzy jest właśnie objawem strachu i słabości? Coś w tym jest, prawda? Gość gra kozaka, mówi, że jest twardy, ale to tylko maska, bo w środku jest wrażliwy i kochający - jak każdy z nas, gdy nie mamy historii. Aby się zakochać w kimś, trzeba mieć ogromną odwagę. Odwagę, by spojrzeć cierpieniu w oczy i powiedzieć sobie: dam radę.

Z zakochaniem, jak ze sraczką, nie ma polemiki. To jest jak reakcja fizjologiczna.

Nie zapobiegniesz temu, choćbyś uciekł na kraniec świata. Nie zrobisz uniku, nie pomoże Ci znajomość żadnej cudownej techniki. Kiedyś myślałem, że mogę to okiełznać. Ale to tak, jakbyś chciał okiełznać ocean. Po prostu trzeba płynąć na fali. Nawet, gdy trwa sztorm. A może szczególnie wtedy.

Lew Tołstoj mówił, że prawdziwie kochamy, gdy nie wiemy dlaczego. Coś w tym jest, bo nigdy chyba nie dojdę prawdy, dlaczego akurat on. Dlaczego akurat teraz. Dlaczego to się tak kończy. Serce ma swoje racje, których rozum nie zna - jak pisał Pascal.

Mój znajomy napisał mi wczoraj bardzo mądre słowa. "Kochaj, cierp, płacz... ale żyj." Gdzieś w głębi w magiczny sposób podniosło mnie to na duchu. Życie chcielibyśmy malować tylko tęczowymi, ciepłymi barwami, ale akurat teraz dostałem tylko mroczne farby. Rozwodniłem je swoimi łzami i teraz - tak sobie obiecałem - namaluję nimi coś pięknego.

Przecież nawet smutnymi brązami i chłodnymi szarościami można namalować głęboki, wspaniały i zachwycający obraz, prawda?

Walka nie ma sensu.

Nie ma sensu walczyć o niego, bo do zakochania nie da się nikogo przekonać. Nie ma sensu walczyć z sobą i swoimi myślami. Niech przejdą. Habituacja, a więc przyzwyczajanie się - cichy morderca związków - tutaj okazuje się błogosławieństwem.

Poczekam, mam czas. Fakt, że ten stan minie za jakiś czas, jest zarazem szczęśliwy i smutny. Szczęśliwy, bo wrócę do normy. Smutny, bo... wrócę do normy...

Mój umysł upojony chemią szepcze mi do ucha szaleństwa, że nigdy już nikogo takiego nie spotkam. Że on jest mi potrzebny, bym był szczęśliwy. Ta racjonalna część mnie podważa te myśli - oczywiście, że to bzdury. On nie jest mi potrzebny, żyłem bez niego tyle lat. I pewnie wcześnie czy później spotkam znów kogoś, na widok kogo moja reakcja będzie podobna. Tylko świadomość niedorzeczności tych podszeptów niczego nie zmienia. Ja to czuję całym sobą. Każda komórka mojego ciała jest zakochana i myśli o nim.

I co teraz?

Mam płakać nad sobą i swoim smutnym losem? Czy to coś zmieni? Czy mam sobie opowiadać smutne bajeczki, jaki to jestem naiwny i co ja sobie w ogóle wyobrażałem...? I robić z siebie ofiarę losu...?

A może mam ubrać maskę pseudosiły, jaki to ja jestem mocny i jaki to ze mnie Terminator, że mam go w dupie i niech spada na drzewo, skoro mnie nie chce...? Nie mam go w dupie i nie chcę, żeby gdziekolwiek spadał.

Takie maski nic już nie zmienią i byłaby to tylko manifestacja ego, które żyje swoimi historiami.

Gdy dziś o poranku obudziłem się, moje tożsamości wciąż spały. I nie było dialogów, była w głowie cisza. I to cudowne uczucie, które mnie wypełniało, było takie doskonałe...

Zrozumiałem, że zakochanie samo w sobie jest cudowne. To historie, którymi je oplatamy, zazwyczaj są smutne i stresujące.

Historie, że "jestem beznadziejny, naiwny", że "nikt mnie nie chce", "nie jestem wart miłości" i takie tam. Albo to udawane, sztuczne i nieprawdziwe "mam go w dupie". Hehe, jasssne. Sam rozumiesz, bo pewnie nieraz to przeżywałeś.

Zakochanie nie jest objawem słabości, samotności czy desperacji. Wiem czym na pewno nie jest. Ale czym kurwa jest? Nie mam pojęcia.

To wciąż wielka tajemnica Wszechświata.

Tak czy inaczej, jestem wdzięczny, że to się stało. Ileż pokory nabrałem, ileż czystego piękna mogłem się naoglądać - brak słów, by to opisać. Dziękuję.

"Kto już nie kocha i nie błądzi, to niech się da pogrzebać."
- Anonimowy

czwartek, 14 maja 2009

Grzeczni Geje idą do nieba...

... a niegrzeczni idą tam, gdzie chcą.

Parafrazując tytuł znanej książki Ute Ehrhardta, mam Ci do przekazania pewnią wiadomość. Wiadomość o tym, czym grozi samarytańskie dawanie wszystkiego i jak kończą się zwiazki oparte na jednostronnym przepływie energii.

To smutne, ale prawdziwe i ktoś musi Wam, marzcielskim Gejom, powiedzieć to wprost: to, że jesteś dobym człowiekiem nie oznacza, że będziesz miał fajnego partnera, cudowny związek po kres Twoich dni i życie usłane różami.

To, że w związku poświęcasz całego siebie dla drugiej osoby, nie oznacza, że to pomoże Ci zatrzymać go przy sobie. Wręcz przeciwnie - dostaniesz w dupę (niestety tylko metaforycznie) w pierwszej kolejności niż "zły chłopiec".

Myślisz, że jeśli dbasz o niego, to on Cię nie zdradzi? Haha, dobry żart. Nie mówię tego z jakimś bólem w głosie, o co ktoś mógłby mnie podejrzewać. Mówię to z serdecznością i wiem, co mówię.

Przeraża mnie i smuci stado ludziów błąkających się po fellow czy innejstronie, którzy czekają na swoich księciów z bajki. Ludzie Ci najczęściej mają niską samoocenę, zakochują się po pierwszym spotkaniu, pokładają ogromne oczekiwania w spotykanych osobach. To w skrócie nazywa się desperacją i jest ona złym doradcą.

Bardzo złym.

Tacy ludzie szybko się zakochują w przypadkowych osobach, które nie spełniają ich oczekiwań i potem jest jedno, kurewsko wielkie rozczarowanie i ból. Praktycznie możesz NIC nie robić, a oni zaczną wysyłać Ci seximeski w środku nocy i roztaczać cudowne, miłosne wizje w swojej głowie.

I mówię to z pełną odpowiedzialnością: to MUSI się źle skończyć, bo nie na tym kurwa związki polegają.

Kiedyś też byłem taką gejowską cipką i byłem nieustannie samotny, nieszczęśliwy, oderwany od TU i TERAZ. Ale dostałem w dupę tak, że teraz już wiem, kim chcę być. Znam swoją wartość, ale tym nie epatuję. Po prostu siebie szanuję i dbam o siebie. Nie mam oczekiwań wobec nikogo, chyba, że tylko na chwilę. Praktycznie się nie zakochuję, co najwyżej zauraczam kimś, czasem na chwilę, na 5 minut. Jeśli nie jestem pewien, odmawiam. Tylko, jeśli wiem na pewno, mówię "tak".

Kiedyś miałem siebie za ostatnie zero, bo "nikt mnie nie kocha". Latałem za facetami, jak pies za czapi. Dziś za nikim nie ganiam. Co ma być, to będzie. Jeśli ktoś mi się spodoba, zapraszam go do siebie, do swojego nieco dziwnego świata, by przyjrzeć mu się lepiej. Albo korzysta z zaproszenia, albo nie.

I mam spokój, jakiego nigdy nie miałem.

Teraz porozmawiajmy o Tobie.

Twoja samotność, obawy i nieszczęścia nie wynikają z faktu, że nikogo nie masz, lecz z "zonków" z przeszłości. Ze wspomnień, z którymi nie doszedłeś do porozumienia - wspomnień dorzucenia, bycia samotnym. Z przekonań, które wpierdala nam do głowy Matrix, że jak się jest gejem, to "pewnie będę sam do końca życia" i "że w głowie nam tylko sex". Co za poniżający, prostacki sterotyp, w który Geje sami wierzą, poniżając się w ten sposób.

Chcesz dostać to, o czym marzysz?

Postaw siebie na pierwszym miejscu. W Twoim związku - teraźniejszym czy potencjalnym - nie liczy się druga osoba. NAJPIERW jesteś Ty. Ty masz się czuć dobrze w pierwszej kolejności. Dlaczego? Bo ze sobą jesteś całe swoje życie. Bo jesteś dla siebie najcenniejszą osobą w Twoim życiu. I jeśli Twój partner też tak myśli - Wasz związek nie jest koniecznością, ale możliwością, z której chętnie korzystacie.

Pojmij to. Prawdziwy związek nie jest motywowany desperacjami, samotnością. Nie jest motywowany tym, że "jest mi tak źle samemu, że MUSZĘ kogoś mieć". Rozumiesz?

Związek na lata to taki, w którym dwie osoby wcale się nie potrzebują i mogą w każdej chwili od siebie odejść bez totalnego załamania na lata. Związek na lata to taki, w którm dwie osoby CHCĄ być ze sobą, bo tak wybierają każdego dnia.

Wtedy nie ma potrzeby nadzoru, kontroli. Nie ma podejrzeń, oskarżeń, fochów, nie ma tego całe shitu, który pojawia się między dwoma uzależnionymi od siebie osobami.

Istrukcja robienia związków - w skrócie:

1. Bądź szczęśliwy sam ze sobą. Jeśli na myśl, że "do końca życia będę sam i nikt mnie nie będzie chciał" tylko wzruszysz ramionami i się uśmiecheniesz - jesteś gotowy. Bo wtedy wiesz, że nikogo nie potrzebujesz - możesz co najwyżej chcieć.

2. Upewnij się, że osoba, z którą wstępujesz do zwiazku, też potrafi być szczęśliwa sama ze sobą. Że umie radzić sobie bez Ciebie, bez Twojej obecności. Żyła sama jakiś czas i korzystała z życia, bez nieustannych napadów samotności, bez smutków, bez depresji i żali do świata.

I tyle.

Wtedy oboje jesteście wolni i nie będziecie od siebie uzależnieni. Wtedy rodzą się głębokie związki, wspaniałe, na najwyższym poziomie energetycznym.

W lipnych związkach od razu pojawiają się obietnice "na zawsze razem" oparte na krótkotrwałych emocjach. Są niesutanne "kocham Cię".

W prawdziwych związkach niepotrzebne są żadne obietnice, bo oboje wiecie, że już na zawsze będziecie energetyczną jednością - choćbyśie odchodzili od siebie 1000 razy i mieszkali na końcach świata. W prawdziwym związku nie musicie mówić sobie "kocham Cię" 24h na dobę - Wy to WIECIE. Czujecie każdą komórką swojego ciała.

Łapiesz różnicę?

Pozwól sobie więc na niegrzeczność bycia zdrowym egoistą - który się szanuje, który wie, że potrafi dać i potrafi też wziąć. Który ma swoje stalowe kryteria i się ich konsekwentnie trzyma. Który wie, jakiego partnera chce widzieć u swojego boku.

A grzeczni chłopcy... będą musieli się jeszcze sporo nauczyć.

poniedziałek, 27 kwietnia 2009

Dualizm: zakochanie i samotność

Teraz już wiem.

Zakochanie i samotność to dwie strony tego samego medalu.

Nie można się zakochać, jeśli wcześniej nie czułeś się samotny. Nie możesz się czuć samotny, jeśli wcześniej się nie zakochałeś.

Im większa samotność - tym silniejsze zakochanie, gdy zjawia się odpowiednia osoba...

Im silniejsze zakochanie - tym silniejsza samotność, gdy odpowiednia osoba odchodzi...

Łapiesz już?

Jedno bez drugiego nie może istnieć.

Wyobraź sobie związek. Zakochują się w sobie, są razem 24 h / dobę. Po 4 miesiącach euforia mija. Czemu? Bo zakochanie rozpuszcza się (nazywa się to w psychologii habituacją). Nie było nawet chwili samotności - która odżywiłaby to zakochanie.

I odwrotnie. Weź związek, w którym oni się zakochują, a następnie - z jakiś przyczyn - nie mogą być razem. Są oddzieleni, czują samotność, bo dzielą ich tysiące kilometrów. I tu też następuje rozpuczszenie - związek rozpada się, samotność się habituuje -  bo brakuje w tej samotności zakochania, które odżywiałoby tę samotność.

Jak jebane yin i yang, zawsze są razem. Dualizm.

Czy w życiu więc chodzi o to, by być zakochanym ... czy samotnym? A może ustalmy, że życie to chodzenie po linie, gdzie nie liczy się ani bycie po lewej, ani po prawej, ale balans.

Choć intuicja mówi mi, że nie trzeba balansować pomiędzy zakochaniem a samotnością. Że jest trzecia droga. Unosić się ponad. Na tę drogę wkraczasz, gdy rozumiesz, co tutaj napisałem.

Tym razem słowa "korzystaj, baw się" kieruję głównie do siebie.

sobota, 18 kwietnia 2009

Sztuka rozstawania się

Nie wnikam, czy to była Twoja decyzja, czy jego. To nie ma znaczenia. Rozstaliście się. I co teraz?

Gdy go poznałeś, zakochałeś się. Chemia w Twoim mózgu sprawiła, że zacząłeś tworzyć mocne połączenia neuronowe w swojej głowie i silne nawyki myślenia o nim dzień i noc. Te nawyki, które podtrzymywały Wasz związek po tym, jak pierwsze zauroczenia opadły - teraz są Twoim krzyżem. Pomimo, że nie macie kontaktu - Ty wciąż o nim myślisz...

I co tu począć?

Choć wiesz, że już prawdopodobnie nigdy nie będziecie razem - Twój umysł wkłada wiele energii, by wciąż na nowo przywoływać jego twarz, wspomnienia, jego zapach, uśmiech, głos i ciepło jego dłoni. Przypomina to słodkie tortury, ale mam dobrą wiadomość: da się to łatwo zmienić!

Są co najmniej 3 sposoby, w jaki ludzie się ze sobą rozstają. Sam wybierz, który jest dla Ciebie najlepszy:

1. Poprzez ból i rozpacz. Wiele osób wybiera tę właśnie drogę. Wypłakują godzinami, wspominając tamte czasy, które już nigdy nie wrócą. Pozwalają emocjom zrealizować się i czasem jest to dobra strategia. Dajemy sobie w ten sposób czas na przywrócenie energetycznej równowagi, "dojście do siebie". Gorzej, jeśli trwa to zbyt długo, i nie przynosi upragnionych rezultatów.

2. Poprzez nienawiść. To najbardziej zjebana opcja, choć - jak twierdzą niektórzy - działa. Nienawiść do druga strona zakochania. Niektórzy, jeśli obiekt ich westchnień odrzuci ich adorację, reagują właśnie nienawiścią. Potrafią obgadywać, złościć się i robić okropne sceny - oczerniając swojego sercowego wybranka w nadziei, że ukazując sobie samym jego najgorsze cechy - obrzydzą go sobie i wszytko minie bezboleśnie. Ci, którzy zastosowali tę strategię, wiedzą już, że chuja ona warta. Nienawiść nadal bowiem jest zwiazkiem emocjonalnym z drugą osobą.

3. Transformacja energetyczna. I tu już dostrzegam zaciekawienie na Twej twarzy :) Cóż to jest? Transformacja energetyczna polega na przekonaniu Twojego umysłu, aby przestał pościęcać energię na myślenie o Twoim byłym i zajął się czymś bardziej pożytecznym - np. zbieraniem znaczków albo sadzeniem rzodkiewki :)

Chcesz wiedzieć więcej?

Proszę bardzo.

Transformacja energetyczna nie usunie wspomnień z NIM w roli głównej, nie usunie jego z Twojej pamięci. Jak mówi stara zasada świata duchowego - jeśli raz z kimś się zwiążesz - już nigdy się z nim nie rozstaniesz. To niemożliwie. On zawsze będzie już częścią Ciebie - większą lub mniejszą. Zaakceptuj to - to jest okej. W końcu nie chcesz się pozbywać kawałka swojego życia.

Robiąc transformację - możesz natomiast znacząco zmniejszyć intensywność emocji, które żywisz względem swojego ex faceta lub nawet całkowicie jest wyeliminować. Będzie on nadal częścią Ciebie, ale już całkowicie oswojoną. Czy to nie wspaniałe? :-)

Jak dokonać transformacji energetycznej?

Niektórzy ten proces nazywają "odkochaniem" - niech będzie, choć ja bym go nazwał "zobojętnianiem". Zachodzi on spontanicznie w głowach ludzi - choć wolniej, niż jeśli zrobisz go świadomie i z uwagą.

Zacznijmy od szczytpy teorii.

Umysł tworzy tzw. wewnętrzne reprezentacje. Są to zestawy wewnętrznych obrazów, dźwięków i odczuć cielesnych. Jeśli przywołasz w myślach wspomnienie ostatnich wakacji - zobaczysz tam pewnie to, co robiłeś, usłyszysz to, co wtedy słyszałeś i poczujesz się tak, jak się wtedy czułeś. To własnie wewnętrzna reprezentacja.

W głowie przechowujemy wewnętrzne reprezentacje wszystkich osób, które znamy. Każda z tych reprezentacji posiada charakterytyczne dla siebie cechy. Np. obraz sąsiada może być położony z lewej strony, może być mały i ciemny, a obraz Twojego faceta może być duży, jasny, po prawej i dość blisko.

Aby to sprawdzić, zamknij oczy, odpręż się i weź kilka wdechów, a następnie przywołaj obraz swojego ex faceta. Gdzie on się znajduje? Jest wyżej czy niżej od Ciebie? Jest blisko czy daleko? Jest jasny czy ciemny? Kolorowy czy czarno-biały? Czy Twój ex facet patrzy na Ciebie wprost czy jest obrucony bokiem do Ciebie? Jest większy od Ciebie czy mniejszy? Sprawdź wszystkie te cechy i spisz je na kartce. Za pomocą tych właśnie cech Twój umysł zakodował Twojego ex faceta.

Czy Twój ex facet z tego obraz mówi coś do Ciebie? Skąd dobiega głos? Czy jest głośny czy cichy? Spisz wszystkie cechy głosu, które wydają Ci się istotne.

Być może dostrzegasz teraz, skąd się biorą takie predykaty w mowie potocznej, jak "bliska osoba" albo "odległa rodzina".... Tak, zgadłeś - są to lingwistyczne odzwierciedlenia cech obrazów, w jakich dana osoba została zakodowana. Jeśli ktoś jest "bliski" - oznacza to, że ktoś robi obraz osoby, który jest położony blisko! (pomyśl nad innymi predykatami - "wysoki autorytet", "typ spod ciemnej gwiazdy", "ostatnio oddalili się od siebie", "są sobie bliscy", "odwrócił się od niego" etc.)

Teraz już wiesz, jak wygląda program umysłowy pt. "Twój ex facet".

Teraz czas poszukać jakiegoś rozwiązania. Znajdź w swoich wspomnieniach osobę, która kiedyś była przy Tobie, potem odeszła, ale całkowicie się z tym pogodziłeś. Może to być ktoś z odległej rodziny, np. małoznana Ci ciocia, piąta woda po kisielu etc. Ponownie - przywołaj obraz tej osoby w myślach i zaejestruj cechy tego obrazu - jego odległość, wielkość, kolory, położenie etc. NA PEWNO będą znacznie się różnić od sposobu, w jaki kodujesz swojego ex faceta!

Wiesz już, co z tym fantem zrobić? ;)

Weź obraz swojego ex faceta i upodobnij go tak bardzo, jak tylko możesz, do obrazu reprezentującego osobę, która już dawno odeszła i jest Ci z tym dobrze. Upodobnij szczególnie takie cechy, jak:

- położenie
- jasność
- wielkość
- odległość od Ciebie
- kąt pochylenia względem Ciebie
- obramowanie (rozmazane/ ostre krawędzie/ ramy)
- rozmazanie (obraz ostry/ niewyraźny)
- kolory (czarno-biały/ kolorowy)

Poświęć temu tyle czasu, ile potrzebujesz, by upewnić się, że FORMA obrazu Twojego ex faceta jest niemal identyczna, jak FORMA obrazu osoby, która dawno temu odeszła. Dzięki temu Twój mózg nauczy się, że ma myśleć o Twoim exie w taki sam sposób - bez emocji, spokojnie i na luzie.

Sprawdź efekty. Za pomocą tej metody tysiące osób na całym świecie pomogła sobie w rozstaniu. Aha, jeszcze coś - ta technika nie działa! TY DZIAŁASZ! Baw się :)

wtorek, 24 marca 2009

Nadzieja - pigułka przeciwbólowa

Ten post będzie nieco inny niż poprzednie. Poprzednie pisałem na bazie wiedzy i doświadczeń, które zdobyłem już dawno. Ten post będzie na bazie doświadczeń, do których dostęp uzyskałem właściwie przed chwilą.

Myślę, że po długich mentalnych poszukiwaniach, znalazłem odpowiedź na to, czym jest nadzieja i dlaczego tak bardzo się do niej - podobnie jak wielu innych ludzi - przywiązałem.

Gdy spotykasz kogoś, kto wpada Ci w oko, czujesz, że chcesz więcej. Budzisz wtedy w sobie ciepłe, wyjątkowe uczucia i chciałbyś je wyrazić. Czasem bywa tak, że osoba, względem której te uczucia uruchamiasz, trzyma Cię na dystans - by nie robić złudnych nadziei.

Nikt z zewnątrz nie może nikomu robić nadziei. Tylko my sami ją robimy.

Nadzieja to umysłowa pigułka przeciwbólowa. W głowie tworzysz film, z którego wynika, że wszystko może ułożyć się dobrze. Ale wiesz, że ta umysłowa superprodukcja jest poza Twoim zasięgiem. Że tylko ten ktoś mógłby przyjść, przytulić, pocałować i powiedzieć coś czułego na ucho, by obraz miłosnej rozkoszy przybliżył się i był w zasięgu ręki.

Nadzieja jest dobra na krótką metę. Opłaca się w nią inwestować, gdy scenariusz Twojego życia może potoczyć się różnie a Ty wciąż nie masz podstaw, by wiedzieć, co nastąpi. Wtedy nadzieja podtrzymuje na duchu, pokazuje kierunek i dodaje energii do działania.

Niestety - wielu ludzi potrafi żyć złudnymi nadziejami całymi miesiącami a nawet latami. Nawet pomimo oczywistych faktów, które mówią, że nic z tego nie będzie, że się nie uda.

I tu, małymi krokami, powoli dochodzimy do sedna sprawy. Czym jest nadzieja?

Nadzieja to brak akceptacji stanu obecnego.

Gdybyś absolutnie i bezwarunkowo akceptował to, co jest tu i teraz i takie, jakie jest - nie potrzebowałbyś nadziei już nigdy. Po prostu wiesz, że cokolwiek się dzieje - akceptujesz to i przechodzisz z tym do porządku dziennego. Wtedy nadzieja staje się kompletnie bezużyteczna. Podobnie jak walka o cokolwiek.

Dziś, patrząc w czyjeś piękne oczy, pojąłem to wszystko i chyba znacznie więcej. Dawno nie spotkałem kogoś takiego, jak on. Kogoś, kto ma w sobie tyle ciepła, które czuć było w jego pocałunkach. Nie wiem, czy choć część tego ciepła jest mi przeznaczone, choć mam podstawy, by sądzić, że... że może nie tak...

Dlatego też, zamykając drzwi jego jakże wielkiego super auta, i czując na plecach zimy powiew wiatru, gdzieś tam w głębi począłem szukać. Szukać źródła akceptacji tego, co jest. Tego, że dziś w nocy znów będę sam, że obejmę poduszkę do snu i zatopię się w samotnym śnie. Wierząc, że w każdej sekundzie spędzonej z nim, gdzieś pod pozorem zwyczajności, kryje się magia i piękno, które pomimo upływu czasu na zawsze już pozostanie w mojej głowie.

Nie poszedłem wprost do domu, jak zwykle.

Położyłem się na ławce na pustym, mrocznym podwórku ukrytym między blokami i patrząc w gwiazdy poczułem się zatrważająco samotnie objęty przez Wszechświat. Oto bowiem mam koncept, który oferowali mędrcy od pokoleń. Koncept, który mówi, że bezwarunkowa akceptacja jest kluczem do szczęścia. Koncept, do bycia którym dopiero dojrzewam.

Czasem boleśnie.

Nie możemy czasem zaakceptować tego, co jest, więc robimy sobie nadzieję, że będzie inaczej.

I pytam w tej chwili swojego umysłu, czy po raz kolejny zażyć pigułkę o nazwie "nadzieja", która uśmieży cierpienie na jakiś czas, czy może po prostu zaakceptować bezwarunkowo. Wszystko. Na zawsze.

Chyba odpowiedź jest jasna.

sobota, 28 lutego 2009

Lekarstwo na okrutną gejowską samotność

Jako geje - z racji tego, że nasze kochane, katolickie i miłujące społeczeństwo wyrzekło się nas - czujemy się często samotni. Brak miłości u niektórych przeradza się w desperację, która z kolei wielu z nas pcha w ramiona nieodpowiednich osób.

Lekarstwo na ten stan rzeczy odkryłem już dawno i pomyślałem, że podzielę się nim z Tobą. Nim jednak przejdę do jego omawiania, pozwól, że zwrócę Twoją uwagę na kilka rzeczy...

Czy zauważyłeś, jak wielu gejów sądzi, że aby być szczęśliwymi, muszą sobie najpierw kogoś znaleźć? Czy to uzależnianie swojego dobrostanu psychicznego od zewnętrznych, zmiennych czynników jest dobre?

Ja uważam, że nie. Co więcej - myślę, że wszyscy, którzy zakochują się od pierwszego wejrzenia, cierpią na chroniczny brak miłości i samotność. Jest jednak na to prosty i genialny sposób.

Oto i on - zakochaj się w sobie!

Och tak, to takie egoistyczne i samolubne, prawda? Już słyszę chór narzekaczy. Pozwolę sobie polemizować i zadam kilka prostych pytań.

Czy nie jest tak, że jeśli ktoś sam siebie np. nie szanuje, to nie szanują go również inni? Jak zatem ktoś może pokochać kogoś, kto sam siebie nie kocha? Jaki on daje przykład innym? Pomyśl.

Musisz sobie uświadomić, że w ostatecznym rozrachunku żyjesz sam dla siebie. Nie ma więc ważniejszej osoby w Twoim życiu, niż... no właśnie - Ty sam!

Ja wiem, że społeczeństwo zainstalowało wielu ludziom przekonanie, że poświęcanie siebie innym i stawianie innych wyżej od siebie jest wspaniałe i godne naśladowania. I to jest całkowicie OK.

Tylko powiedz mi jedno - kiedy lepiej będziesz pomagał innym ludziom? Czy wtedy, gdy sam będziesz chodzącym nieszczęściem? Czy może wtedy, gdy będziesz absolutnie szczęśliwy, spełniony i będziesz emanował miłością - ponieważ kochasz siebie i wspierasz?

Z kochania siebie płyną setki korzyści:

- sam dbasz o to, by niczego Ci nie brakło - upewniasz się, że Twoje potrzeby są zaspokojone, zamiast czekać na księcia z bajki, który zgadnie, co masz na myśli i co to da - to może zająć wieki! Sam jesteś autorytetem i specjalistą od własnych potrzeb i pragnień - kto umie je zaspokoić najlepiej i najpełniej?

- kochając siebie - sam dla siebie jesteś najlepszym towarzyszem życia. Pomyśl - spędzasz sam ze sobą 24 godziny na dobę. Jesteś na siebie skazany. Jak wiec chcesz być szczęśliwy, jeśli byłbyś skazany na towarzystwo osoby, której nie kochasz?

- sam siebie nigdy nie zdradzisz, nie porzucisz. Jesteś wsparciem sam dla siebie, swoim doradcą i przyjacielem na dobre i na złe.

- kochając samego siebie - dajesz innym przykład, jak mają Cię kochać! Nie musisz nikogo instruować, nikomu nic sugerować ani nakierowywać. Inni ludzie Cię obserwują. A Ty znasz swoją wartość i pokazujesz innym, jak się z nią obchodzić.

- kochając samego siebie - dajesz ludziom prezent. Oto zaczynasz bowiem być szczęśliwym człowiekiem, okazujesz to innym i dajesz światu najlepszą wersję samego siebie - szczęśliwą bez względu na to, czy jest sama, czy z kimś.

- kochając siebie - akceptujesz samego siebie, swoje wady i niedoskonałości. Jesteś względem samego siebie bardziej wyrozumiały.

- i wreszcie - źródeł miłości nie szukasz na zewnątrz. Masz je w sobie - wielkie, przebogate i nieskończone źródło wiecznej miłości.

Jeśli prawdziwie kochasz samego siebie, wcale nie oznacza to, że robisz to kosztem otoczenia. Masz w sobie tyle miłości, że wystarcza dla Ciebie i wszystkich dookoła.

Czasem smuci nie, jak wielu gejów traktuje siebie samych jak ostatnie szmaty. Nie odkryli swojej wartości. Uwierzyli społeczeństwu, że są wyrzutkami, odmieńcami, którym nie należy się miłość i szczęście. Co za bzdura! A najgorsze jest to, że inni - widząc, jak tacy goście traktują samych siebie - zaczynają traktować ich podobnie, jeszcze bardziej utwierdzając ich w mylnych przekonaniach.

Gdy odkrywasz w sobie źródło prawdziwej, bezwarunkowej miłości - masz siłę, by pokazać to światu. Masz wolę, by uśmiechnąć się do każdego. Masz inspirację, by żyć i tworzyć cudowne życie pełne wielkich przygód, romansów i miłości.

Kumasz?

Dobra, koniec wielkich słów. Czas na procedurę, która odpowiada na pytanie: jak się w sobie zakochać? Wszystko jest proste, logiczne i przede wszystkim - zdumiewająco skuteczne.

1. Stań przed lustrem. Najlepiej nago. Weź kilka głębszych wdechów (dotleniasz mózg i lepiej pracujesz). Zamknij oczy i przywołaj przed sobą obraz osoby, którą bardzo kochasz. Zobacz ją wyraźnie i poczuj, co Cię z nią łączy. Ważne jest, by była to osoba, którą mile wspominasz. Poczuj, co do niej czujesz. Daj sobie czas, by odczuć to tak naprawdę. Otwórz oczy i spójrz na siebie - nadal będąc w tym cudownym uczuciu miłości.

2. Zbliż się do siebie i powiedz do swojego odbicia: kocham Cię. I przyrzeknij sam przed sobą: Będę z Tobą do końca życia. Wspieram Cię i będę Cię wspierał z całych moich sił. Jesteś najważniejszą osobą w moim życiu, żyję dla Ciebie i zrobię to, co konieczne, by bez szkody dla innych - a nawet z korzyścią dla nich - dać Ci to, czego najbardziej pod słońcem pragniesz. Jeśli czujesz się samotny - masz we mnie ostoję. Jeśli czujesz się niekochany - pamiętaj, że ja Cię kocham miłością bezwarunkową, czyli taką, która będzie płynąć bez względu na to, co zrobisz, jaki będziesz i bez względu na wszelkie okoliczności.

3. Zobacz w wyobraźni, jak Twoje odbicie lustrzane wychodzi z lustra. Przytul się do siebie samego z całych sił. Poczuj, jak wiele Cię łączy z samym sobą. Że jest to początek cudownego związku na resztę życia. Baw się tym procesem. Pozwól, aby Twoje "JA" weszło w Twoje ciało i całkowicie się z nim zespoliło.

Odetchnij Mistrzu. I uśmiechnij się do siebie. Oto zrobiłeś kawał wspaniałej roboty. Dałeś sobie najlepszy prezent, jaki kiedykolwiek mogłeś wymyślić.

Od dziś sam dla siebie jesteś najlepszym towarzystwem. Sam ze sobą bawisz się, jak nikt inny. Dbasz o siebie, bo przecież nikt inny nie gra głównej roli w Twoim życiu. Jesteś ponownie sobą.

Z biegiem czasu ustalasz sam ze sobą, co to dla Ciebie znaczy kochać samego siebie. Niebawem wiesz już, czy to znaczy szanować siebie, dbać o siebie, dawać sobie przyzwolenie na najlepsze rzeczy... I co jeszcze?

Gratuluję nowego życia. Baw się.

TOP 10 miesiąca