Męski Anal - jak przygotować się do seksu analnego w roli pasywnej

Skondensowany i praktyczny mini przewodnik dla początkujących, którzy chcą dawać dupy bezpiecznie, zdrowo i przyjemnie.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą płacz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą płacz. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 7 czerwca 2016

Płacz i łap ze sobą kontakt - czyli jak wykorzystać własny smutek, by się rozwijać


Parę dni temu odszedł mój Przyjaciel. Po długiej, ciężkiej chorobie, która go praktycznie skonsumowała. Umarł w domu - wśród rodziny. Odczułem miażdżący smutek, który zmusił mnie do czegoś, za co jestem wdzięczny. Do konstruktywnej refleksji nad swoim życiem.

Dotarło do mnie z całą mocą, że te "negatywne" emocje nie są wcale złe. Są nieprzyjemne, to fakt. Ale prowadzą nas do wielkich odkryć...

środa, 9 marca 2011

Strategie niewolniczego przywiązywania Go do siebie

Jeb, udało się, cudo. Oto i On. Leży obok Ciebie, czeka na Twoje pocałunki - piękny, ciepły, kochany, niewinnie chłopięco męski. Pół życia zżerał Cię strach, czy znajdziesz Tego Jedynego. A gdy Go masz - zaczyna Cię zżerać inny strach...

... że On mógłby odejść.

Że przecież nie wyobrażasz sobie życia bez niego, że Twoja linia czasu spleciona jest z jego słowami, zamiarami, planami, że rozdzielenie tych reprezentacji byłoby dla Ciebie koszmarem, przedarciem serca na pół. Więc zaczyna się cicha batalia o jego względy. W końcu trzeba coś zrobić, aby on nie odszedł. Szukasz recept, szukasz sposobów, aby uwarunkować jego umysł, aby go przywiązać do siebie. I odkrywasz, że są. Że nasze mózgi, choć rozwinięte najbardziej ze wszystkich, wciąż podlegają pewnym prawidłowościom.

Jak stworzyć tak silny związek, aby nie rozpadł się nawet w obliczy zdrad, kłamstw, oszustw i wszelkich możliwych nikczemności?

Oto przepisy proste i arcy-skuteczne. Ich odkrycie zajęło mi sporo czasu i wysiłku. A dziś podzielę się nimi z Tobą.

1. Stwórz dobrą matrycę otwarcia dla związku. Matryca otwarcia jest jak tytuł książki - przez jej pryzmat będziesz, chcąc, nie chcąc, filtrował treść całej publikacji. To tytuł zdeterminuje to, czego oczekujesz od książki, jakie informacje będziesz filtrował, jakie weźmiesz a jakie odrzucisz. Podobnie jest ze związkiem. Super-silne związki mają super-silne matryce otwarcia. Jakie? Oto pojawiają się historie o przeznaczeniu, które połączyło ich w odpowiednim momencie. Oto los, Bóg, wszechświat i wszelkie siły przyrody dążyły do tego, aby ONI się ze sobą spotkali. Ta magia otwiera cały rozdział. Bez niej związek nie byłby niczym specjalnym. Musisz wierzyć, że to Przeznaczenie.

2. Twórz silne asocjacje w okresie kokainowym. Och, te pierwsze miesiące są takie oszałamiające. On jest piękny, cudowny, kochany. Razem przeżywacie tyle wspaniałych chwil, uniesień, razem się śmiejecie i razem płaczecie. Twoim zadaniem jest tworzyć jak najwięcej pamiątek. Z głupiego wyjścia na zakupy masz robić przygodę życia, podczas której kupujesz porcelanowego aniołka z Chin za 4 złote, który ląduje na półce nad łóżkiem, aby po latach przypomnieć Wam o tym, jak to kiedyś było i ileż w tym neurochemicznej, uzależniającej magii się ćpało. Rób laurki, rób zdjęcia, kręć filmy, słuchaj piosenek. I PRZECHOWUJ to jak relikwie - w specjalnych szkatułach, w szafkach na specjalnych półkach.

3. Miej odpowiednią metaforę związku. Bez tego, ani rusz. Jeśli związek jest dla Ciebie jak wyjście na dyskotekę, jak przebłysk słońca w pochmurny dzień, jak niestrawność - to potrwa to chwilę i powiecie sobie na razie. Jeśli jednak każdy dzień jest jak cegła, której wspólnie używacie do budowania swojego związku-pałacu - to po X dniach, X miesiącach i X latach musisz zburzyć to jeśli chciałbyś nawet odejść - musisz zburzyć to wszystko, co wspólnie zbudowałeś. I będzie żal. X lat przepadnie, prawda? Czy to prawda? Na pewno? Niekoniecznie. Ale to nieważne. Ważna jest uzależniająca metafora, która połączy Wasze umysły. Dlatego też bierz kalendarz i licz, ile razem dni już jesteście. I podkreślaj, że każdy kolejny dzień Waszego związku to kolejna cegła - jakbyście dodawali coś nowego do tego, co już jest. Jak odejdziesz - wszystko, co budowałeś, rozsypie się, jak domek z kart. Bez tej metafory On mógłby potraktować Cię, jak epizod, jak nowe doświadczenie... i odejść!

4. Twórz otoczenie socjalne. To jest mocna rzecz! Miejcie razem jak najwięcej znajomych. Powiedz rodzinie. Integruj się. Spotykajcie się razem, wychodźcie razem, wyjeżdżajcie razem, jednocześnie ciągle deklarując publicznie, jak bardzo się kochacie i że będziecie ze sobą na wieki. Wymagaj od niego tych deklaracji przy innych - koniecznie! Niech zobowiązuje się jak diabli. A umysł, jako że jest tworem społecznym, ma gratis zainstalowaną chęć bycia konsekwentnym. A wszyscy dookoła przecież wiedzą, że lepiej, jeśli będziecie razem, to będzie lepiej, niż jeśli się rozejdziecie. I w razie przypału będą nalegać, będą miedzy Wami negocjować, będą Was nakłaniać, byście się pogodzili. Ekstra!

5. Zamieszkajcie razem. Uzależnijcie się od siebie nawzajem np. prowadząc wspólne finanse, opłacając rachunki. Musicie mieć świadomość, że jeden bez drugiego nie da sobie rady. Jeden musi wbijać gwoździe, drugi gotować. Jedne będzie naprawiał auto, drugi - pomagał pisać CV. Musicie się uzupełniać kompetencjami, abyście budowali wzajemnie przeświadczenie, że sami nie dacie sobie rady w życiu, że potrzebujecie drugiej osoby. Oczywiście łatwiej to wykonać, jeśli razem zamieszkacie. Stąd ta rada.

6. Wystawiajcie się śmiało na próby. Kasować profil na fellow? Co za głupota! Chodzi o to, by wystawiać się na próby, kryzysy, na ciągłe porażki. Najpierw małe, by się upewnić, że to tylko chwilowa niedogodność. Wystarczy kilka małych kryzysów, by otworzyć sobie ścieżkę do tych poważniejszych. Każdy jeden kryzys, który wspólnie przetrwacie, wzmocni Wasz związek. Oto On Cię okłamał, ale Ty mu wybaczasz. Więc teraz sam go okłamiesz i sprawdzisz, czy On też jest taki wspaniałomyślny i wybaczy Tobie. Potem trzeba przejść powoli do hardcoru. Jeśli będziecie się zdradzać, okłamywać, ruchać na boku, wyzywać, grozić sobie a potem znów do siebie wracać - TO JEST TO! Już nic Was nie rozłączy. Choćby jeden z Was chlał na umór, ćpał, dawał dupy za bułkę z masłem - PRAWDZIWA MIŁOŚĆ PRZETRWA WSZYSTKO. Prawda?

7. Twórzcie wspólną linię czasu wybiegającą mocno w przyszłość. Wspólne plany, wspólne marzenia, wspólne przyszłe eteryczne wizje będą w kurwę boleć, jeśli któreś z Was będzie chciało odejść. Odejście będzie się wiązało z posypaniem się wspólnych cudownych planów i marzeń, przekreśli je boleśnie. Pojawi się ogromny ŻAL, że "odszedłem, jestem sam, a będąc z nim mógłbym nadal realizować swoje marzenia". I bam! Macie się nawzajem.

***

A na końcu, gdy już całkowicie zniewolicie wzajemnie swoje umysły, odkryjecie, że serce - jeśli w ogóle w tym całym uzależnieniu ma ono jeszcze cokolwiek do powiedzenia - jest bezwarunkowe. Umysły da się oszukać, umysły da się zwieść, umysły da się zniewolić, zatruć myślami. Ale nie serce. Ono tam wciąż jest i bije - wolne od trylionów asocjacji wciąż tęskni na tym, co kocha najbardziej - za wolnością.

Słuchając serca podjąłem decyzję, z którą mój uzależniony setkami historii umysł nigdy by się nie zgodził. I jeśli mam być szczery - to boli i sprawia, że cierpię. Że nie śpię po nocach, płaczę i tęsknię. Ale to tylko mój uzależniony umysł... Wiara w chore historie. A serce jest pełne radości.

poniedziałek, 5 października 2009

Krótka historia o dmuchanym materacu i niespełnionych nadziejach

Pakuję rzeczy. Jeszcze ten przereklamowany dezodorant, jeszcze krem do twarzy, abym piękny i gładki był. Język na wierzchu, nadzieja w środku. Ale super! - myślę sobie. - Jadę do super ciacha, wypasionej kremóweczki. Nawet nie ukrywałem, że mi na nim zależy. Jest piękny. Przystojny. I czułem, jak nasze DNA w 100% się zgadza (to można poznać po zapachu). 3 miesiące pisania, spotkanie za nami. Czas na kolejne - tym razem mocniejsze.

Po małych perturbacjach w końcu dotarłem.

Poszliśmy na zakupy. Wiem, że on za nimi nie przepada. Przemknęło mi przez myśl, że może on się niecierpliwi, gdy ja przymierzam tę kurtkę i oglądam 10-tą parę butów. Ale ją rozwiałem. Pomyślałem, że może się raz poświęcić.

Czułem się super. Lubię duże miasta nocą, ten ulicznych ruch, światła. To poczucie, że jest się w centrum życia.

Mój pobyt miał być i był krótki. Mówię mu, że nazajutrz mam powrotny o 18:00 oraz o 14:45 i nie wiem, czy mam wracać wcześniej czy później. A on: "Jedź tym o 14:45, bo wieczorem mam plany i co - będziesz sam siedział w domu?".

No właśnie, co - będę siedział sam w jego domu, podczas gdy on będzie realizował swoje plany..?

Pamiętam, jak będąc dzieckiem spadłem z huśtawki na placu zabaw. Podnosząc się z ziemi, powracająca huśtawka zajebała mi prosto w twarz. To było podobne uczucie. Uczucie wynikające z perfidnego zderzenia moich gorących oczekiwań z chłodną rzeczywistością.

Przez nanosekundę pojawiło się w mojej głowie smutne, wręcz wypowiedziane z płaczem stwierdzenie: "A ja naiwny myślałem, że to ja jestem Twoimi planami na jutro." Ale cóż...

Nie byłem.

Przełknąłem ślinę i wziąłem głęboki oddech, by się zwyczajnie nie poryczeć.

Potem przez resztę wieczora w mojej głowie krzyczało pytanie: "CO ja tu kurwa robię?". A potem dialog uspokajający: "Kuba, przyjechałeś tu tylko na zakupy, jutro spierdolisz i Cię nie będzie." To był moment, w którym byłem pewien, że to mój pierwszy i ostatni przyjazd do niego. No bo po co miałbym przeszkadzać mu w jego planach? Myślałem tylko o tym, żeby być znów w domu, w moim ciepłym łóżku, przykryty kołdrą, w ręku ciepła herbatka i mój mruczący kotek obok.

Potem był spacer po mieście.

Rozmowy o autach, sprzęgłach, reflektorach. Potem wróciliśmy do niego do domu a ja poszedłem... nie, nie spać. Bo nie spałem. Leżąc na jego dmuchanym materacu z którego powoli uchodziło powietrze, tak jak ze mnie uchodziła nadzieja, wsłuchiwałem się w siebie. Naraz obudziło się we mnie milion sprzecznych emocji i uczuć. Serce wyrywało mi się z klatki piersiowej - tak bardzo chciało się przytulić, poczuć to ciepło, które ostatni raz czułem wiele długich miesięcy temu. A umysł szalał - był wściekły i urażony. I bardzo smutny.

Czego ja się spodziewałem?

Że on potraktuje mnie wyjątkowo? Że będę w jego oczach kimś więcej niż kumplem?

Przez moment wróciłem wspomnieniami do moich exów. Pamiętam, jak zachowywał się Krzysiek, gdy przyjechałem do niego pierwszy raz. Posprzątał pokój, zrobił mi kanapki. Siedział z uśmiechem i patrzył na mnie. Czułem się, jak ktoś megawyjątkowy, ogrzewany jego serdecznością. Pytał, czy nic mi nie trzeba, czy czegoś nie przynieść. A potem po prostu rzuciliśmy się sobie w ramiona. Zasypialiśmy trzymając się za ręce. Pytał, czy nie odejdę, czy będę przy nim. Aż łzy stają mi w oczach, gdy o tym myślę.

A teraz leżałem na dmuchanym materacu i było mi cholernie zimno w ręce i nogi. Zwinąłem się w kulkę i zacisnąłem zęby. Jutro po południu będę już w domu - ta myśl trzymała mnie przy życiu. Wśród wspaniałych ludzi, którzy mnie rozumieją, wśród moich przyjaciół i znajomych, którzy są najcudowniejszymi ludźmi na świecie.

W końcu usnąłem gdzieś na dnie mentalnych piekieł.

Było już jasno. Wstałem, dopiłem brzoskwiniową Nestea, umyłem zęby i wróciłem na materac. A on: "Chodź do mnie. Pewnie powietrze już uszło całe." I choć w tej sugestii nie było nawet cienia energii seksualnej, to ja oczywiście zrobiłem w głowie setki obrazów, co mogłoby się tam dziać. Uśmiechnąłem się do siebie. Może jednak coś się zmieniło? Może przez noc doszedł do jakiś wniosków? Może...?

Chwilę potem leżeliśmy już pod wspólną kołdrą. I zaczęło się. Dałem mu buziaka. Powiedział, że za mało. Więc dałem drugiego. I zacząłem tournee po jego szyi, ramionach, uszach. A nasze ręce zaczęły dziką wycieczkę w nieznane. Jego jęki były jak słodkie cukierki - ciągle chcesz więcej i więcej i trudno skończyć lizanie, dopóki nie poczujesz, jak słodkie i ciepłe nadzienie nie rozpływa się w Tobie. Nie było ciepło, było gorąco. I cudownie, jak na egzotycznej wycieczce. I zrobiło się szybciej i mocniej i ciekawiej i ...

"Na dziś wystarczy". Zszedł ze mnie, położył się obok mnie, krzyżując ręce na klatce piersiowej. Skrzyżowanie jego ramion wypadało dokładnie w tym miejscu, w którym jest czakra serca. Potem odwrócił się tyłem.

Zbliżała się 14:00. Spakowałem się i poszedłem na pociąg. Odprowadził mnie. Pożegnałem się. I zniknąłem.

Obudziłem się dopiero wieczorem w swoim łóżku. Podróż minęła szybko. Kot miauczał, nie widział mnie 2 dni, chciał się przytulać ze wszystkich sił. Spojrzałem na komórkę. 3 wiadomości nieodebrane. "Dojechałeś?". "Jesteś już w domu? Daj znak". "Daj cynka, czy dotarłeś cały".

Żadna nie była od niego.

***

Wiesz, po co nam umysł? Żeby realizować pragnienia serca.

Serce jest zbyt naiwne, by mogło dać sobie radę. Gdybym słuchał tylko serca, musiałbym umrzeć z goryczy. Musiałbym wyschnąć z tęsknoty i samotności w tamtej chwili. A gdybym słuchał tylko umysłu - byłbym nie człowiekiem, lecz kalkulatorem, który nieustannie oblicza, co może zyskać lub stracić.

Ale tym razem mój umysł mnie uratował. Z nieopisaną łagodnością zwrócił się do serca i wyjaśnił mu: Tak, to przykre. To boli. Ale tutaj nie dostaniesz tego, czego byś chciał.

3 godziny zajęło mi napisanie tego SMS'a, który to skończył. Zmieniałem w nim kropki, przecinki, słowa, zdania. W końcu wziąłem głęboki oddech i nacisnąłem "wyślij".

Przewidziałem, niczym najlepsza wróżka, co się stanie. Nic. Że zapadnie cisza na wieki. Że więcej go nie zobaczę, nie usłyszę, nie poczuję. Że go to nie ruszy. Że znów skryje się za maską zimnej suki - jak zresztą sam o sobie mówił - udając, że go to wszystko nie obchodzi. Po raz ostatni.

Dopiero wieczorem z całym okrucieństwem dotarło do mnie, co się stało. I nie mogłem przestać płakać. Nie wiem, kto powiedział, że łzy to kapiąca krew duszy, ale miał rację.

I teraz mógłbym napisać, że można puścić napisy końcowe i sentymentalną muzyczkę w tle. Że wszystko się skończyło, że pozamiatane.

Ale nie.

Historie nigdy się nie kończą, tylko wciąż na nowo zaczynają.

Dziś nad moim miastem świeci słońce i jest ciepło. I choć obraz mam rozmazany przez łzy, widzę te kolory i światło, które napełniają mnie optymizmem. I czuję powiew wiatru, który te łzy osusza. I gdy tylko pomyślę, ile jeszcze czeka mnie przygód, ilu ludzi jeszcze poznam i gdzie jeszcze będę - napełnia mnie to szczęśliwym oczekiwaniem. Oczekuję najlepszego. Jestem gotowy na wszystko i przygotowany na nic.

Życie zaczyna się teraz.

EPILOG: I po tym wszystkim jestem mu wdzięczny. Przeglądając się w lustrze zwanym jego osobą, zobaczyłem znów siebie - człowieka, który odrodził się i znów może prawdziwie kochać. Zobaczyłem, co zrobiłem źle i co zrobię lepiej następnym razem. Zobaczyłem, jakimi ludźmi tak naprawdę chcę się otaczać i czego tak serio pragnę z całego serca.

Dzięki Paweł. Byłeś dla mnie ważną lekcją.

sobota, 3 października 2009

Płacz

Płacz idzie z serca.

Gdy człowiek płacze, dzieje się coś ważnego. Oczyszcza się.

Dziś się oczyszczam. Moje serce dało mi sygnał, bym płakał.

Tak mocno. Tak długo. Tak cholernie głęboko.

Decyzja, którą dziś podjąłem, nie była łatwa. Po raz pierwszy od tak dawna byłem z kimś tak blisko, by móc poczuć jego cudowny zapach. A jednocześnie wciąż tak daleko. Moje serce tak bardzo rwało się, by go kochać. Czułem się, jak miłosna bomba nuklearna, która tylko czekała na jego sygnał, by wybuchnąć z całą mocą. Czekała. Na sygnał. Na wyraźny sygnał. Spójny i autentyczny - taki, jaki uczyłem się rozpoznawać na dziesiątkach ludzi, których spotkałem w swoim życiu. Lecz sygnał ten nie nadchodził.

Umysł mnie zaalarmował.

Podpowiedział mi, że to jednak nie On. Że to nie Ten. Zbyt wiele nas dzieli, za mało łączy. I choć serce rwie się okrutnie, by szaleńczo kochać, to mam przykrą świadomość, że moje pragnienia nigdy nie byłyby zaspokojone. Tak banalne pragnienia, jak czucie się komuś potrzebnym, poczucie, że ktoś się mną autentycznie interesuje. Że jestem dla kogoś kimś więcej.

Zdecydowałem się to skończyć.

Ta decyzja nie była z serca. Gdybym posłuchał swojego serca, nie poddawałbym się. Czekałbym dalej aż to się bardziej rozwinie. Czekałbym na coś więcej. Mógłbym nawet czekać w nieskończoność.

Umysł jednak nie dawał za wygraną. Przypominał mi moje poprzednie związki, w których zdarzało się, że tak bardzo cierpiałem. I tak wiele się nauczyłem. Aby ta nauka nie poszła na marne, muszę wykorzystywać ją w praktyce. Inaczej powtarzałbym swoje błędy w nieskończoność. A moja nauka mówi mi jedno - czekanie jest błędem. Nie ma na co czekać. To tylko obietnica. Może się nigdy nie spełnić. Tak powiedział mój umysł. I miał niezłe dowody.

Powiedział też jasno: Skończ to. Nie dostaniesz tutaj tego, czego tak bardzo pragniesz.

Serce dodało tylko, że to boli. I gdy tylko powąchałem koszulkę, która wciąż przesiąknięta jest jego zapachem, znów szybciej bije... A tam na dnie wciąż tli się głupia nadzieja, że może on to teraz czyta i że to może coś zmieni... Że może jakieś moje słowo na tym blogu, choćby zupełnie przypadkiem, spowoduje jakąś małą zmianę, która potem spowoduje większą i większą. I że ten efekt domina w swojej finalnej fazie sprawi, że najważniejsza kostka upadnie i zatrzęsie Ziemią, że zmieni się myślenie i odbiór rzeczywistości. Że on zrozumie, że pod moimi słowami, nawet tymi najgorszymi, kryło się tylko głębokie pragnienie bycia bliżej. Że straszne historie jednak okażą się fałszywe i znów oboje weźmiemy oddech w tym samym czasie. W tym samym rytmie.

Były krótkie momenty, gdy on się uśmiechał. Tak ciepło. Boże, jak mi tego brakowało. Że ktoś na mnie patrzy i się uśmiecha. Tak po prostu. Prawdopodobnie nigdy go już nie zobaczę.

Dziś posłuchałem swojego umysłu. Nie wiem, czy dobrze zrobiłem, tym bardziej, że serce wciąż cierpi. Że tęskni. Że wyrywa mi się z klatki piersiowej. I płacze.

Serce płacze.

Z każdą wylaną łzą jestem czystszy. Uwalniam się.

Płacz gdy czujesz, że chcesz. Płacz. Płacz. Płacz idzie z serca.

TOP 10 miesiąca