Męski Anal - jak przygotować się do seksu analnego w roli pasywnej

Skondensowany i praktyczny mini przewodnik dla początkujących, którzy chcą dawać dupy bezpiecznie, zdrowo i przyjemnie.

niedziela, 19 lipca 2009

Narodziny lepszego Boga

Nie będę ukrywał, że jeśli poważnie myślisz o tzw. rozwoju osobistym, czyli rozwjianiu swoich kompetencji myślenia, podejmowania decyzji, robienia lepszych związków, zarabiania większej kasy czy w ogóle robienia lepszego życia - w którymś momencie będziesz musiał odrzucić to, czego naucza Kościół Katolicki. Po prostu jego wersja świata jest zbyt ograniczona, niespójna i - powiem więcej - generująca fatalne stany emocjonalne, by przeskoczyć pewne poprzeczki.

To, co naprawdę szkoda odrzucać, to Bóg.

Nie mówię jednak o koncepcji Boga, którą tworzy KK. To dwie różne rzeczy. Tamta konceptcja jest po prostu nie daje efektów. Człowiek modli się o coś i tak zazwyczaj gówno z tego jest. Widać nie o to chodzi.

Z racji budowy naszych układów nerwowych - nigdy nie poznamy prawdziwego Boga, bowiem zawsze będziemy widzieć tylko mały Jego wycinek (ten proces nazywa się usunięciem i zachodzi cały czas - np. teraz nie jesteś świadomy tego, jakie doznania płyną z Twojej lewej stopy... oczywiście do momentu, w którym o tym nie wspomniałem :), a informacje, które zbierzemy, uprościmy i zniekształcimy. Są to procesy umysłowe, które zachodzą zawsze i wszędzie, więc ich nie unikniemy.

Dlatego jednynym sposobem poznania Boga jest stworzenie jego użytecznej (czyt. wspierającej, generatywnej) koncepcji. Koncepcji, która zamiast nas osłabiać, będzie nas wzmacniać.

Aby ją skrystalizować, przekopałem mądre tomy, spasłe księgi filozoficzne i systemy wierzeń. Wyłowiłem kilka świetnych parełek, z których, niczym z mozaiki, wyłania się przepiękny, trójwymiarowy, barwny obraz Boga. Oto Bóg, w którego warto wierzyć. Przygotuj się na coś, co może lekko wstrząsnąć posadami tego, w co do tej pory wierzyłeś. Odłóż na chwilę na bok swoje dotychczasowe poglądy, przekonania nt. Boga, religii i tym podobnych rzeczy. Otwórz swój umysł maksymalnie, byś w pełni skorzystał z tego niezwykłego konceptu. I baw się przy tym.

"Bóg jest wszystkim, co istnieje, i nie ma nic, co by Nim nie było"

Czy to stwierdzenie nie jest po prostu doskonałe? Bóg chrześcijański to śmieszny koleś na chmurce w porównaniu z tym własnie Bogiem. Jest on wszystkim - mną, Tobą, powietrzem, internetem, słowami, elektronami, chmurami, kupą na pastwisku, kanapką z serem, hemoroidami i piramidami. Znaczy, że nie jest tylko miłością - jak głoszą Katolicy. Jest też nienawiścią, smrodem i ubóstwem. Jest wszystkim po prostu. Nie ma nic przeciwko Gejom - bo sam nimi jest (tak, jak jest też heterykami). Wszelkie podziały są sztuczne, są iluzją stworzoną przez umysł (etykietki naklejane przez nas na powtarzajace się wzorce doświadczeń), co nauka pewnie "odkryje" w przeciągu jakiś 10 lat - na oko (wersja optymistyczna). Trzymajmy kciuki za naukowców.

W związku z powyższym założeniem - nie można nie doświadczać Boga, bo...

"Bóg mówi do każdego człowieka za pośrednictwem doświadczeń."

Wszystko, czego w życiu doświadczyłeś, jest przekazem Boga. Nie jest on na tyle prymitywny i ograniczony, by zrzucać na Ziemię ksiązki zapisane Jego słowami. Wie, że ludzie natychmiast zaczęliby je zniekształcać tak, jak to zresztą zrobili z Biblią. Tę bajkę już znamy. Inteligentny Bóg nie posługuje się słowami.

Czasem być może myślisz, dlaczego Twoje życie układa się tak, jak się układa. Oprócz tego, że masz wolną wolę, zdarza się coś "na zewnątrz" - co "kieruje" Twoim losem. To właśnie On. Trafia do Ciebie za pośrednictwem Twoich oczu, uszu i wszystkich innych narządów zmysłów. Nawet w tej chwili, za pośrednictwem tego bloga. To nie przypadek, że czytasz te słowa. Bóg uznał, że jesteś na nie gotowy.

"Twoja wola jest wolą Boga - i odwrotnie. Spełnia się wszystko, o czym marzysz."

Oj, ciężki orzech do zgryzienia, prawda? Już widzę Twoją minę, która mówi: "To nieprawda". Prawda, tylko nie wiesz, jak to działa. Więc pozwól mi wyjaśnić. Bóg spełnia każde życzenie każdego człowieka. Problem nie w tym, że "to się nie dzieje" - tylko w tym, że zarówno Ty, jak i 6 miliardów ludzi na świecie, mamy ciągle sprzeczne życzenia. Ciągle zmieniamy zdanie, wielu ludzi kompletnie nie wie, czego chce. Spytaj siebie - wiesz, czego chcesz? Wiesz, co chcesz zrobić tu, na Ziemi? Więc się kurwa nie dziw, że się nie spełnia. Bo co się ma spełnić?

Zauważ, że jeśli ktoś naprawdę wie, czego chce, i jest w tym spójny (tzn. jest pewien, że to jest to, co by chciał) - najczęściej mu się udaje. Nie od razu i nie wszystko - bo dopiero byłby cyrk. Pomyślałbyś o czymś niemiłym i bum - już się stało. Czas. Po to jest czas. Bóg go stworzył, by te bardziej poważne i wielkie cele mogły nadejść dostojnie i powoli - abyś miał nad wszystkim kontrolę.

Pamiętasz pierwsze założenie? Bóg jest wszystkim. Czyli również...

"Ty jesteś Bogiem."

Wow! Dobre, co nie? Pozwól więc, że łagodnie Cię w ten temat wprowadzę. W głowie mamy neurony. W neuronach związki zwane mikrotubulami. W nich z kolei panują bardzo specyficzne warunki - tam cząstki elementarne wchodzą w bardzo dziwny stan, nazywany przez fizyków superpozycją. W tym stanie cząstka jednocześnie jest wszystkim i niczym. To nielogiczne i nie próbuj tego zrozumieć. Chodzi tylko o to, że to zjawisko najprawdopodobniej odpowiada za świadomość. Każdy z nas ma (jeśli tylko nie śpi) mnóstwo takich superpozycji w głowie (im więcej, tym człowiek jest bardziej świadomy). Mają one ogromną moc obliczeniową (spytaj tych, którzy konstruują komputer kwantowy). Dzięki nim właśnie nasz mózg jest tak niezwykły. Każda jedna dodatkowa cząstka w superopozycji zwiększa moc obliczeniową całego układu, z którym jest splątana, do kwadratu (w standardowym komputerze dodatkowy bit zaledwie podwaja moc obliczeniową układu, do którego należy). Pewna garść naukowców udowodniła jednak, że nie ma czegoś takiego, jak moja czy Twoja świadomość - jest ona bowiem nie cechą mózgu, ale właściwością Wszechświata - występuje zawsze i wszędzie (nazwane jest to zjawiskiem nielokalnym). Nasze mózgi są po prostu "odbiornikami" świadomości. Będzie o tym więcej kiedyś. Teraz najważniejsze jest tylko to, że jest tylko jedna świadomość. Nie jest ona ani moja, ani Twoja. Bardziej nasza. To Bóg właśnie.

Czyli można wysnuć wniosek, że wszyscy jesteśmy Bogiem.

Nasze mózgi i ciała to narzędzia w naszych rękach - a może raczej w rękach Boga. Możemy absolutnie wszystko - tylko czasem nie wiemy jeszcze, jak. Bo się uczymy, jak być Bogiem w lepszej wersji.

A skoro jesteś Bogiem, to...

"Ty tworzysz świat, w którym żyjesz."

To my tworzymy wszechświat w czasie rzeczywistym - choć nie mamy o tym pojecia. Dlaczego? Bo uważamy, że nie jesteśmy Bogiem, tylko jakimiś pionkami, które nie mają nic do gadania. Dowiedziono naukowo, że Wszechświat nie istnieje bez świadomego obserwatora (nie ma wtedy ani czasu, ani przestrzeni, ani materii). Jak nie patrzysz - wszystko, co materialne, znika i zmienia się w tzw. fale prawdopobobieństwa (najlepsze jest to, że fala musi rozchodzić się w jakimś ośrodku - a tutaj ten ośrodek jest nieznany! - dla poręczności fizycy nazwali go Zunifikowanym Polem, choć nazwa ta jest nieco mylna - tam nie ma przestrzeni, więc żadne "pole" nie może tam egzystować). Oznacza to, że może tam coś istnieć lub też nie. Eksperymenty na materii bez obserwatora dają inne wyniki, niż gdy ktoś je obserwuje. Dopiero nasza wola (intencjonalność) powołuje do istnienia coś materialnego w momencie, gdy zakładamy, że to coś tam będzie. To wszystko możesz złożyć w swojej głowie w jedną całość. Tylko musisz to odrobinę przemyśleć i sobie poukładać. Daj sobie czas.

Twórz lepsze wersje Wszechświata. To zadanie godne Boga. Oto otwiera się przed nami świat, w którym tworzymy, zamiast tylko być tworzonymi.

***

Powyższe koncepty pochodzą od różnych autorów, mistyków, psychologów, filozofów a część nawet od fizyków kwantowych i żaden nie jest w pełni mojego autorstwa. Zebrałem je tutaj do kupy, ponieważ tworzą one spójny system wierzeń.

Każde z tych stwierdzeń nawzajem się uzupełnia, dopełnia, tworząc jedną, naprawdę piękną całość. Ktoś nastawiony sceptycznie do niniejszego systemu, nigdy nie poczuje, jak wielka moc sie z nim wiąże. Mnisi buddyjscy powiedzieliby, że przekaz ten ma bardzo wysokie wibracje. A to w praktyce oznacza, że gdyby ktoś z Watykanu przeczytał mojego bloga, to kazałby pewnie zablokować serwery :)

W przeciwieństwie jednak do słabych merytorycznie wytworów Kościoła, takich, jak teologia, Biblia czy koncept Boga, które niestety same obronić się nie potrafią, ten system znakomicie broni się sam.

To wersja Boga, która jest miliardy razy skuteczniejsza, niż stary i spróchniały koncept chrześcijański. Pamiętaj, że to, w co wierzysz, jest prawdą - dla Ciebie. Jeśli uważasz, że powyższe koncepty nie są prawdziwe - masz racje, nie są! Bo to Ty decydujesz, co jest prawdziwe w Twoim Wszechświecie. Jeśli uważasz, że jesteś tylko trybikiem, który nic nie znaczy - masz rację. Jeśli uważasz, że Bóg jest gdzieś tam, daleko - też masz rację. Stworzysz Wszechświat, w którym tak właśnie jest.

Ten post nie jest do dyskusji w stylu "to nieprawda, bo Biblia, bo ksiądz itd. mówią inaczej" i z góry ostrzegam, że będę usuwał takie komentarze. Ten post jest do wzięcia lub do dodania swoich przemyśleń, które będą uzupełnieniem niniesjzego konceptu.

Geju, udław się opłatkiem - czyli jak skutecznie unikać miłosierdzia Kościoła

Oto Bóg stworzył Geja i powiedział mu - "kocham Cię Synu, ale nie rżnij się z facetami, bo inaczej ześlę Cię do piekła na wieczne potępienie". Gdzie tu sens? Gdzie logika?

Taką oto przyjemną wizję próbuje nam sprzedać Kościół - miejsce, gdzie wg. statystyk rodzi się ogromna ilość chorób psychicznych (wielu pacjentów psychiatrów to zagorzali wierni). Nic dziwnego - cała pseudonauka, zwana teologią, składa się mało, że z piramidalnych, piętrzących się bzdur, ale również z bzdur wzajemnie się wykluczających, sprzecznych i nielogicznych. Kiedyś to się sprawdzało. Ksiądz na ambonie powiedział, że jak idzie burza, to trzeba wystawić dupę przez okno, żeby odstraszyć pioruny. I cała wiocha wisiała potem z odbytami na zewnątrz, gdy tylko ściemniło się za oknem. To nie żart, poczytaj o tym. Ciemnogrodem można było dowolnie manipulować. Gdyby ksiądz powiedział im, że mają jeść gówno - pewnie w książce kucharskiej ze staropolskimi przepisami znaleźlibyśmy dzisiaj klopsiki z kupy marynowane w sosie własnym.

Dziś, w erze, gdy na większość pytań egzystencjonalnych ludzkości odpowiada wujek Google, ludzie są bardziej oczytani, oświeceni i inteligentni. Przeciętny człowiek żyjący w XVIII wieku pochłaniał taką ilość informacji, ile dziś mieści się w jednym wydaniu codziennej gazety. W porównaniu z naszymi przodkami jesteśmy megainteligentnymi superistotami. 90% naukowców, inżynierów i wylazaców, jacy kiedykolwiek istnieli w historii ludzkości, żyje dziś.

Oznacza to, że Kościół traci wpływy. Kiedyś, jak ktoś zachorował, modlił się do złotych ołtarzy, bo nic innego mu nie pozostawało. Dziś rolę religii przejmuje nauka. Modlimy się do koncernów farmaceutycznych, żeby znalazły lekarstwo na HIV czy raka. Nie pokładamy już nadziei w Bogu. I całe kurwa szczęście! Oto bowiem z błagających o życie ofiar i baranków bożych zmieniamy się w kierujące własnym życiem istoty. Sami możemy się wyleczyć, zważywszy, że miłosierny Bóg jakoś skąpi nam cudownych ozdrowień.

Powracając jednak na tematy gejowskie - osobiście cieszę się, że Kościół dyskryminuje Gejów. Dziś bowiem, w kontekście pedofilskich skandali skrzętnie tuszowanych przez Watykan, w kontekście 35 tysięcy zgwałconych i bitych przez księży w Irlandii dzieci, w kontekście wypraw krzyżowych i masowych mordów Indian, gdzie z hasłem "Bóg tak chce" na ustach nabijano na pal kobiety w ciąży a małe dzieci były rozszarpywane przez wściekłe psy, wyklęcie przez Kościół to pozytywne wyróżenie.

Nie chcę mieć z tą chorą, zdegenerowaną instytucją nic wspólnego. 2000 lat morderstw, paleń na stosie i ja kurwa, z uśmiechem na ustach, mam tam zadylać co niedzielę i błagać o przebaczenie. Ja mam bładać o przebaczenie, czujesz? A nie np. Jan Paweł II, który beatyfikował Jose de Anchieta - gościa, który mordował setki Indian i twierdził, że "Miecz i żelazny pręt to najlepsi kaznodzieje". To se kurwa Kosciół auorytet znalazł, co nie? Chrześcijaństwo religią miłości - brzmi to jak niesmaczny żart.

Bardzo się cieszę, że Kościół ma mnie w dupie. Jeszcze 300 lat temu, za to, kim jestem, w imię miłosiernego Boga puściliby mnie z dymem. Dziś ograniczyli się tylko do mdłej tolerancji na pograniczu ich własnej wytrzymałości. Dziękuję bardzo. Kościół pozwolił nam się przytulać, ale nici z dymania. A jeśli chcesz się kochać z facetem - won z domu Pana.

Niektórzy nawet powołują się na Biblię, w której na Sodomę i Gomorę Bóg zrzucuł meteoryt, bo robili tam nieczyste rzeczy. Może i bym się przejął, gdyby nie fakt, że w Biblii, prócz tego, jest też napisane, że ktokolwiek wydymał woła, to trzeba go ukamienować - razem z tym wołem, którego mięsa potem jeść nie wolno. A za pracę w niedzielę, trzeba karać śmiercią. I za rozpalanie ognia w domu w sobotę też. Za wszystko trzeba karać śmiercią. Taka starożytna wersja Kononowicza.

Ba! Tam jest nawet napisane, że noszenie długich włosów przez faceta, jest dla niego hańbą! Ciekawe, co powiedziałby Jezus, którzy prezcież miał włosy jak panna, gdyby to przeczytał.

Bóg, w którego ja wierzę, jest zdeczka inteligentniejszy, niż ten, którego wizerunek propaguje Kościół. Ich Bóg jest małym, rozkapryszonym bachorem, mściwym, surowym i domagającym się ofiar z ludzi. Myślę, że tylko naprawdę zjebany człowiek mógłby pomyśleć, że tak w istocie mogłoby być. Jest to równie głupie, jak wiara, że świat opiera się na 4 penisach ptaków dodo.

Wychodzenie poza Matrix Kościoła

To, w co wierzą w Kościele, nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. To ich własne haluny, oparte o stek bzdur napisanych przez nieuków 2000 lat temu. Wierz mi, nic sie nie stanie, gdy olejesz Kościół. Traktuj tę instytucję w kategorii żywej szopki, mentalnego skansenu, gdzie ludzie co tydzień odwalają zrytualizowane przedstawienie. Robią to nie z miłości do Boga, ale ze strachu, że pójdą do piekła, więc miej dla nich litość i wyrozumiałość.

Zrozum też, że nie musisz mieć ich akceptacji i pozwolenia na cokolwiek. Przedstawiciele Kościoła to generalnie starcy, którym nogi trupem już śmierdzą i lada moment odwiedzą Pana w jego Królestwie. Nie trzeba się nimi przejmować, tym bardziej, że większość zagorzałych homofobów wg. statystyk nie zna ani jednego Geja. Czyli po prostu mają zestaw przekonań dotyczących osób, których nie spotkali (lub sobie tego po prostu nie uświadamiają). Przypomina mi to bajdy o smokach, które krążyły w średniowieczu - wszyscy wszystko o nich wiedzieli, ale nikt ich nie widział.

Dla świętego spokoju nie chodź też na msze - no chyba, że lubisz, jak Ci piorą mózg. Nie ma żadnego racjonalengo powodu, dla którego masz klęczeć na zimnej posadzce w niedzielę rano i bić się w pierś, jęcząc "Moja wina, moja wina..." Żadna kurwa Twoja wina. Oni dobrze wiedzą, że jak komuś wkręcą poczucie winy, to ten ktoś jest bardzie uległy i dlatego zaraz po tej kwestii przelecą się po kościele z tacą, żebyś rzucając dyszkę złagodził swój konflikt wewnętrzny. Sprytne, co nie?

Nie musisz nic robić, by sobie zasłużyć na "wieczne zbawienie". Wiara w Boga czy w cokolwiek innego nie ma nic wspólnego z aktywnością fizyczną, czyli chodzenem, klękaniem, całowaniem Jezusków na krzyżach, żarciem opłatków itd.

Odradzam Ci też bycie antyklerykałem. Warto dla zdrowia obśmiać Kościół (jak ja), ale bycie jego zagorzałym przeciwnikiem sprawi, że również Ty będziesz fanatykiem, który święcie oburza się na wieść o poczynaniach bogobojnych dziadków na złotych tronach. To nie ma sensu. Antyklerykał nie istnieje bez kleru. To symbioza - jeśli kler zginie, ktoś będzie musiał straić swoją tożsamość. Mógłbyś się zmienić w kogoś na kształt byłego Solidarnościowca - który pomimo braku najeźdzcy czy okupanta, na siłę wyszukuje wrogich sił, objawów działania demonów i robi strajki co rusz.

Pewnie to, co dziś napisałem, dla wielu bedzie "oczywistą oczywistością", niemniej tego posta kieruję do tych Gejów, którzy nie do końca zaakceptowali siebie, którzy kochając się z facetem mają jakieś poczucia winy itd. - w nadziei, że wyciągną z tego tekstu coś dla siebie. Kochaj się, rób co chcesz, bo Bóg generalnie i tak ma to pewnie gdzieś :)

poniedziałek, 13 lipca 2009

W jaki sposób Geje zapobiegli III Wojnie Światowej?

Jak pewnie wiesz już z Wikipedii, homoseksualizm to nie tylko zjawisko występujące wśród ludzi. Homo potrafią być też żyrafy, bizony, pingwiny czy łabędzie. Kiedyś czytałem o pewnym eksperymentcie, w którym z pewnej populacji rybek wyłowiono wszystkie osobniki homoseksualne (a było ich tam sporo). Naukowcy chcieli wiedzieć, co się stanie, gdyby nie było w niej gejów. Okazało się, że poziom agresji diametralnie wzrósł, ponieważ samce zaczęły ostro rywalizować o samice.

Wiesz, to ma sens. Jak już wcześniej wspomniałem, samce hetero są bardziej skłonne do agresji z prostego powodu - ich mózgi są bardziej czułe na działanie androgenów. Nasze mózgi generalnie olewają androgeny i dlatego my, Geje, przechodzimy okres dojrzewania o wiele mniej gwałtownie, niż nasi heterorówieśnicy. Być może natura ma w tym zamysł - rodzimy się, ponieważ jesteśmy pigułką na uspokojenie dla agresywnych męskich mózgów. Być może, zupełnie nieświadomie, dzięki swojej łagodności i asertywności, łagodzimy społeczne nastroje i zapobiegamy konfliktom.

W poście dotyczacym gejdaru, czyli umiejętności rozpoznawania Gejów, napisałem, że zestresowane kobiety (np. wojną) mają większe szanse na urodzenie Geja. Ewolucja miała w tym "zamysł"* - skoro trwa jakiś zbrojny konflikt, świat jawi się jako miejsce stresujące - urodź Geja! To najlepszy sposób na to, by wszystkich uspokoić i zwiększyć w przyszłości szanse na pokój. W końcu nie walczymy jak heterycy o każdą dupę, nie zabijamy się z byle powodu. Jesteśmy o wiele bardziej czuli i wrażliwi, co - jak się okazuje - jest ogromną zaletą w kontekście świata, w którym ludzie napierdalają się z byle powodu.

Teraz myślę, że to pewna ironia losu. Pomyśl o tych wszystkich skrajnie prawicowych degeneruchach w stylu mocherowych babć, które przecież - bądź co bądź - żyją w stanie nieustającego konfliktu z całym światem, "cywilizacją śmierci" i innymi halucynacjami, które wytworzyły. Pomyśl, ilu Gejów musiały zupełnie nieświadomie spłodzić, sądząc, że świat jest poligonem walki pomiędzy dobrem a złem. O ironio - z pewnością najadły się przez to jeszcze więcej stresu.

Czyli Panowie dobra wiadomość - nie jesteśmy wynikiem jakiś niepożądanych mutacji czy czegoś w stym stylu - jesteśmy na swój, zupełnie nieświadomy sposób, potrzebni heterykom. Bez nas być może na lekcjach historii dzieci nie uczyłyby się, że były dwie wojny światowe, ale dziesięć. Masz więc całkiem przekonujący argument, gdy ktoś zacznie walić chrześcijańską gadką, że "to niemoralne być pedałem". Reklamacje proszę składać do matki natury, nie do mnie.

Do napisania!

* Wiem, wiem, ewolucja nie mogła mieć z tym zamysłu, bo nie działa celowo, ale wierzę, że zrozumiesz w całej swej mądrości, że to tylko skrót myślowy i chodzi mi o to, że być może populacje ludzkie, w których Geje się nie rodzili, po prostu wymordowały się nawzajem, a przetrwały tylko te, które szanowały Gejów, ponieważ łagodzili nastroje społeczne.

niedziela, 12 lipca 2009

7 prostych kroków, jak spieprzyć najlepszy związek - instrukcja obsługi

Oto przepis prosty i szybki, jakby rodem z Poradnika Domowego, bynajmniej nie by upiec ciastka, lecz by spieprzyć każdy, nawet najbardziej harmonijny związek. Wystarczyło wytężyć swe oko i ucho, by natychmiast wyłapać wzorce, które sprawiają, że dwoje ludzi ma siebie dość po pewnym czasie.

1. Idealizuj partnera.

Tak, oczywiście - on nie ma żadnych wad, bo jest księciem z bajki. Ma lśniący uśmiech, zawsze Cię wspiera, nie ma humorów, złych dni i nie wali fochów. Jest doskonałym kochankiem, przyjacielem, mężem, żoną, dziwką i szoferem. Idealizowanie partnera jest doskonałym sposobem na to, by się potem głęboko rozczarować, gdy okaże się, że on jednak dłubie w nosie, grzebie w tyłku, spóźnia się i marudzi, gdy pada deszcz.

Rada: akceptuj całość zachowań drugiej osoby - to podstawa, by się z nią znakomicie komunikować. Jeśli już chcesz wierzyć, że nie ma wad, to pojmij przynajmniej, że każda ludzka cecha czy zachowanie jest w pewnych sytuacjach cennym zasobem (zasób to coś, co pozwala nam osiągać nasze cele), np. Jest uparty? znakomicie - gdy ktoś zaproponuje mu ćpanie, dzikie picie, rozbieranego pokera - pewnie odmówi. Jest skąpy? Super! W dobie Wielkiego Strasznego Kryzysu to pożądana cecha. Jest niepoważny? Świetnie - ludzie poważni są tacy nudni! Itd.

2. Wymagaj od niego jak najwięcej!

Pamiętaj: bądź szczegółową informacją dla niego, co powinien, co musi i czego mu nie wolno. I w kółko przypominaj mu o tym zrzędliwym głosem. Prezentuj też postawę roszczeniową w każdym aspekcie Waszego wspólnego życia - przede wszystkim w łóżku (to sprawi, że będzie miał problemy z erekcją i wytryskiem!). A gdy nie spełnia Twoich wymagań - wal fochy (koniecznie z przytupem i melodyjką), obrażaj się i rób niekończące się wyrzuty. Przecież jego "usługi" Ci się należą, prawda? Niech to wszystko przypomina sytuację, w której Ty leżysz niczym kłoda, a on skacze wokół Ciebie i Cię obsługuje.

Rada: nie wymagaj, lecz posiadaj kryteria. To spora różnica. Wymagania zawsze wyrażane są modalnymi operatorami konieczności w 3 os. (on powinien, musi, nie wolno mu itd.). Powodują stres, konflikty i złość. Daj mu wolność - to największy prezent, jaki można dać osobie, którą się naprawdę kocha. I oczywiście miej swoje kryteria, które dokładnie, sensorycznie (obrazowo, słuchowo i "czuciowo") odpowiadają na pytanie, po czym poznajesz, że ktoś jest Twoim facetem (były o tym posty dawno temu, poszukaj w archiwum, bo to w kurwę ważna sprawa). Nie wymagaj od nikogo, by spełniał Twoje kryteria - pozwól ludziom wybierać. Informuj ich, po czym poznajesz swojego idealnego partnera i doceniaj każdego, kto zbliża się do Twojego zakresu.

3. Czuj się źle bez partnera.

Twój partner jest wybawieniem od problemów. To lek na samotność, frustrację, depresję - słowem - chodząca apteka ze specyfikami na każdą dolegliwość. Przy nim czujesz się zajebiście, bez niego - usychasz niczym kwiat w upale bez wody. Wtedy doskonale się od niego uzależnisz emocjonalnie i będziesz musiał go zażywać, niczym narkotyk. Tylko niech coś nie gra...

Rada: czuj się dobrze zarówno z partnerem, jak i z samym sobą w samotności. To da Ci niezależność emocjonalną i pozwoli zobaczyć coś poza partnerem. Zawsze polecałem, by ludziska najpierw ułożyli sobie w deklu wszystko, a potem pchali się do związków. Jak można stworzyć fajny związek, jeśli samemu jest się zjebanym człowiekiem z problemami? Związek - udany - to taki, w którym ludzie dzielą się przede wszystkim swoim szczęściem, a nie w kółko problemami. Nie chcę być w związku z kimś, kto jest ze mną tylko dlatego, że sam czuje się ze sobą źle i ja jestem lekiem na tę jego dolegliwość. Chyba nie o to tutaj chodzi, co nie?

4. Obarczaj go winą.

Nie czujesz się idealnie w swoim związku? Czujesz się niedopieszczony? Ignorowany? Lekceważony? Spaliłeś ciasto? Szef Cię opierdolił? Po co się zadręczać? Zrzuć winę na partnera! On wszystko przyjmie jak pies na garba. Co prawda potem odejdzie (i to nagle i zupełnie nieoczekiwanie), ale póki co -możesz sobie poużywać. Przecież to on jest źródłem wszystkich Twoich problemów - spowodował Twoją nerwicę, dziurę ozonową i pewnie to on zabił Kennediego!

Rada: sam rozwiązuj swoje problemy i naucz się brać odpowiedzialność za swoje błędy - w przeciwnym wypadku niczego się nie nauczysz. Jeśli ktoś się z kimś rozstaje i mówi, że "to jego wina" - znaczy, że nie wziął żadnej nauki z tego związku, że w ogóle nie widział swojego udziału w sprawie i że jego przykry los najpewniej się powtórzy. Wszechświat bowiem tak długo zsyła nam przykre doświadczenia, aż się w końcu nauczymy. Albo i nie. Poza tym - przeciwieństwem obarczania winą (tzw. rama winy) jest ustalanie wspólnego celu albo wspólnego stanu pożądanego, w którym pozytywne intencje obu stron są zaspokojone. Proste, co nie?

5. Podejrzewaj go o złe intencje.

Ten pomysł zawsze mi się podobał. Jego "złe" zachowanie (albo inaczej - oceniane przez Ciebie jako złe) oznacza, że on chce dla Ciebie źle - chce zniszczyć związek, zrobić Ci na złość, ośmieszyć, urazić etc. To przecież oczywiste. Ba! Przy odrobinie wprawy możesz podejrzewać go o złe intencje nawet wtedy, gdy nie ma ku temu żadnych podstaw. Np. spóźni się, a Ty zarzucisz mu, że zrobił to specjalnie, by Cię zdenerwować. To naprawdę cudowna metoda, by się z nim pokłócić.

Rada: oddziel zachowanie człowieka od intencji tego zachowania. To, co ludzie robią, a to, co chcieli dzięki temu osiągnąć, to dwie różne sprawy. Uświadom też sobie, że intencja każdego, nawet najbardziej podłego zachowania, jest pozytywna - co oznacza, że osoba zawsze na którymś poziomie chce osiągnąć coś dobrego dla siebie. Np. Twój partner uroczo rozmawia z kimś innym na imprezie - by wzbudzić w Tobie zazdrość. Po co? Oczywiście, by Cię upodlić, co nie? Bullshit - chce sprawdzić, czy Ci na nim zależy!!!!!!!!! Do kurwy nędzy, dlaczego tak mało osób to kuma? Jeśli chcesz się z kimś zajebiście dogadywać - rozmawiaj nie z jego zachowaniami, ale z pozytywnymi intencjami, które stoją za każdym z nich. Każdy z nas na którymś poziomie chce miłości, ciepła, zrozumienia, akceptacji itd. - tylko nie wszyscy znają proste i ekologiczne (nie szkodzące innymi i sobie) ścieżki, by to osiągnąć. Pod najgorszymi, najbardziej agresywnymi zachowaniami kryją się ludzie, którzy wołają o pomoc i pragną zrozumienia! Póki tego nie widzisz, nie stworzysz dobrego związku.

6. Uczyń go najważniejszą rzeczą w Twoim życiu.

Innymi słowy: uzależnij wszystko - swoją przyszłość, plany, marzenia, pragnienia i ich realizację - od Twojego partnera. Uwierz, że bez niego nie znaczysz nic, że on jest Twoim Słoneczkiem, po orbicie którego zapierdalasz niczym zagubiona asteroida. Broń Boże nie myśl, że idziecie wspólnie jakąś drogą! Chodzi o to, żeby uzyskać świetny efekt, gdyby coś szło nie tak - każda kłótnia czy rozstanie będą interpretowane jako zdarzenie pt. "życie mi się wali".

Rada: wciąż mnie to zastanawia. Gdyby ktoś powiedział, że "pieniądze są najważniejsze w moim życiu", inni powiedzieliby "wow, ale zjeb". Ale gdy ktoś wierzy, że partner jest najważniejszą osobą w jego życiu, to już ok. Ten rodzaj uzależnienia jest społecznie akceptowany. Matrix wyraża zgodę - uzależnij swoje życie od drugiej osoby w 100%! A może lepiej zdecydować się na bardziej wyważone podejście, co? Wiesz, kto jest najważniejsza osobą w Twoim życiu? Jeśli sądzisz, że nie Ty sam, to biada Ci. Partner jest ważny, ale nie najważniejszy. Tak, jak kasa, seks i inne wartości. Ty jesteś najważniejszy. Powołałeś do życia te wartości, by Ci służyły, a nie Ty im! Niech Twój związek będzie jednym z filarów, na których będziesz wspierał swoje życie. Jeśli jednak Twoje szczęście będzie domkiem na kurzej łapce, to będziesz miał zajebisty problem, jak Ci ktoś tą kurzą łapkę upierdoli. Miej wiele kurzych łapek. To mądrzejsze, szczególnie na terenach podmokłych :)

7. Bądź dla niego za dobry.

Właź mu w dupę każdego dnia: śniadanka do łóżka, kwiatuszki, romantyczne kolacje. W każdej chwili bądź gotów rzucić to, co robisz, by pędzić mu na ratunek - np. kupić majtki, które widział w sklepie, albo zrobić herbatę. Chodzi o to, żeby pokazać mu, że sam dla siebie nie masz szacunku i żeby zaczął traktować Cię jak niewolnika, sługusa, którego w każdej chwili można kopnąć w dupę bez żadnych konsekwencji. Pamiętaj - nigdy nie wolno mieć żadnych zastrzeżeń w stosunku do tego, co on mówi i robi, zawsze musisz się na wszystko zgadzać, przytakiwać. Nie wolno Ci się też denerwować, bo to przecież nieładnie się denerwować a w dobrych związkach ludzie się nie kłócą, prawda? Hahaha! I oczywiście bój się, że odejdzie od Ciebie - wtedy wyczuje to podświadomie, że się boisz i dojdzie do wniosku (równie nieświadomie), że musisz mieć jakieś ukryte wady, skoro się boisz rozstania (gdybyś miał świadomość, że jesteś dla niego prawdopodobnie najlepszą partią - nie bałbyś się, co nie?).

Rada: Owszem, bądź dla niego dobry, wspieraj go, gdy tego potrzebuje, służ swoimi radami. Natomiast zawsze miej do siebie szacunek i doceniaj sam siebie - a on pójdzie Twoim śladem. Czasem zostawiaj partnera samopas i pozwól mu poradzić sobie samemu z różnymi wezwaniami - nie jesteś jego niewolnikiem, terapeutą czy niańką. Twórz mu warunki, by czuł się dobrze, ale pamiętaj, że ostateczna decyzja, jak się będzie czuł, należy do niego. Jeśli on robi sobie kuku w głowie, to nie Twoja wina - nie powodujesz w nikim emocji - to ludzie reagują emocjami na to, co robisz. Problemem nie jest to, co robisz, ale to, jak czasem ludzie na to reagują. A reagują różnie.

***

Wszystko sprowadza się do tego, aby po prostu nauczyć się w pełni cieszyć drugim człowiekiem i ciągle zadawać sobie pytania: jak może nam być razem jeszcze lepiej?

czwartek, 2 lipca 2009

Metafory seksu - czyli jak można myśleć o seksie?

Gdy pomyślę o ilości konfiguracji, w jakich facet z facetem mogą uprawiać seks, to aż robi mi się miło, że urodziłem się Gejem :) Kobieta hetero może tylko w zasadzie leżeć i nara, nigdy się nie dowie, jakie to fantastyczne uczucie kogoś przelecieć, po męsku kogoś zdobyć i - za przeproszeniem - wyjebać aż mu się uszy będą trzęsły. Z kolei facet hetero nigdy nie poczuje, jak to fajnie być przeleconym, jak to jest ... się przed kimś otworzyć ;-) , oddać się komuś w całości. I choć pewnie powiesz, że moje przemyślenia są dość oryginalne, ale heterycki seks jest totalnie atawistyczny - uprawiają seks, by się mnożyć. Jak zwierzęta :P

Seks to jedno z paliw, jakimi napędzana jest nasza kultura - również kultura gejowska. Warto więc na moment pomedytować nad tym, jak o seksie myśleć, by czerpać z niego jeszcze więcej satysfakcji.

Zaobserwowałem kilka fajnych stylów myślenia o seksie, których używają Geje, by w kontekst łóżka przenosić zasady i wartości z innych światów. Żaden z tych stylów myślenia (metafor) nie jest ani dobry, ani zły - jest po prostu użyteczny. I - co najważniejsze - możesz zmieniać swoje myślenie o seksie, by uzyskiwać w tej dziedzinie zupełnie nowe rezultaty.

Zanim jednak przejdziemy do omówienia metafor - chciałbym Ci zdradzić w tajemnicy, że trochę obawiałem się tego tematu. Oto bowiem pisarska fantazja łączy się z tak wrażliwym i emocjonującym tematem, jakim jest seks. Co z tego wyszło..? Strach się bać, ale ciekawość jest i tak większa :)

Zatem seks jest jak... co?

Seks jak sport.

Znasz to? Metafora ta obowiązuje chyba od starożytnej Grecji. Kiedyś goście nacierali się olejkami i uprawiali zapasy, by potem przelecieć przegranego. Dziś wygląda to nieco inaczej. Jest sobie paker, ma foto strzelone z koma w lusterku, najlepiej pod prysznicem, ciałko umięśnione, ogolone. Od razu widać, że chuj jest dla niego jak sztanga; pchanie, niczym wyciskanie hantli. Hehe, choć to, co piszę, brzmi pewnie nieco sarkastycznie, uważam, że myślenie o seksie, jak o sporcie, otwiera całkiem interesujące możliwości. Pomyśl: bijecie razem rekordy, ociekając potem i ćwicząc jednocześnie mięśnie pośladków; robicie razem parę rundek, pchacie młotem (loool :) i takie tam.

Ten dość kontaktowy sport ma dwa warianty. Pierwszy - gdy współpracujecie, by razem osiągnąć metę (ja np. w kajakarstwie) lub gdy rywalizujecie, by stanąć wyżej na podium (jak np. w zapasach). Zauważ, że oba te warianty mogą dać interesujące rezultaty w seksie. Począwszy od idealnej współpracy, skończywszy na gwałcie i porzuceniu w rowie (zwycięzca pokonuje przegranego:)

Oczywiście myślenie o seksie w taki sposób ma tez kilka minusów - przede wszystkim jest to seks czysto techniczny, bezduszny, gdzie nie ma miejsca na czułości i gdzie liczą się tylko wyniki: jak najwięcej, jak najdłużej, jak najbardziej. Trzeba też liczyć się, że Twój kolega może też mieć kogoś innego na ławce rezerwowych, używać dopingu albo łamać reguły gry. Ten styl jest natomiast świetny, jeśli chcesz się z kimś spotkać raz i raczej się do niego nie przywiązywać. Możesz też go stosować, gdy jesteś w związku i znudziło wam się to, co robiliście do tej pory - ot, dla fun'u.

Kogoś, kto myśli o seksie, jak o sporcie, dość łatwo rozpoznać po języku, jakim używa: mówi o seksie czysto technicznie, opisując jego mechanizmy, koncentrując się na osiągnięciach, wynikach, rankingach (kto lepszy itd.). Zupełnie, jakby studiował atlas anatomii lub był po wykładzie z fizjologii człowieka.

Seks jak uczta.

To bardzo smaczna metafora seksu, której ludzie używają równie często, jak poprzedniej. Często słyszy się "ale ciacho, chętnie bym go schrupał" albo "zjadłbym Cię" itd. Podobnie, jak poprzednia metafora - ta również aktywuje ośrodek nagrody w mózgu. W seksie kulinarnym osoby traktują się, jak pyszne danie ("mój Ty baleronku, moja truskaweczko" :) Najpierw danie to trzeba odpowiednio przyrządzić (widzisz już tą bitą śmietanę na jego... ekhm:), odpowiednio zarumienić, by była smaczna i zdrowa. A potem naturalnie zjeść. Należy też na końcu polać ofiarę sosem, by smakowała jeszcze lepiej :)

I jest w tej metaforze coś ze sztuki, bo przecież gotowanie jest prawdziwą sztuką - jak najbardziej użytkową. I podobnie, jak w seksie - jej efekty często lądują w naszych ustach :)

Kiedyś opublikowano badania, że faceci jedzą w podobny sposób, jak się kochają. Możesz więc obserwując gościa w restauracji odkryć, jak uprawia seks. Jeśli wpierdala szybko, byle jak, byle co - to komentarza nie wymaga. Jeśli natomiast delektuje się posiłkiem, każdy kęs powoli żuje w ustach, to wróży ciekawą przygodę :)

Seks potraktowany jak wspólna uczta może być wręcz rytuałem czy obrzędem - ma swoje reguły, kolejność, porę dnia (lub nocy). Będą tam pewne rzeczy, które wypada i których nie wypada robić. I błagam - zróbcie to szarmancko, z kulturą, Panowie, a nie jak świnie przy korycie :)

Metafora ta jest doskonała dla ludzi, którzy są w związku - jest zarówno wyrafinowana, jak i wyszukana.

Seks jak polowanie.

Wersja dla odważnych, bo nieco brutalna. Kochanka traktujesz, jak zwierzynę, którą trzeba upolować. Oczywiście najpierw się ona ukrywa, broni, ale w końcu łapiesz ją w pościgu a potem delikatnie wgryzasz się w jej gardło, niczym lew sarence, pokazujesz, kto tu rządzi, kto jest górą. Oczywiście zwierzyna się wyrywa, więc Twoim zadaniem jest ją ujarzmić i zrobić jej dobrze pomimo braku chęci współpracy z jej strony. Zwierzyna jest ujarzmiona dopiero wtedy, gdy jest już totalnie zmęczona, pada na kolana i błaga o litość :) Oczywiście im bardziej się wyrywa podczas prób ujarzmienia jej, tym większe atrakcje nas czekają i tym większa potem satysfakcja, gdy już dojdzie do soczystego i spektakularnego zagryzienia jej:)

Proponuję też, by potem zamienić się rolami buhahaha. Bycie ofiarą też może być fajne :) I oczywiście apeluję o zdrowy rozsądek - niech to wszystko będzie ujęte w nawias dobrej zabawy, żebym potem w gazetach nie czytał, że jakiś facet zagryzł drugiego w łóżku, bo wziął sobie moje słowa za bardzo na poważnie:)

Seks jak taniec.

Gdy łóżko staje się Waszym parkietem, Wy tancerzami, seks jest tańcem a muzyka wyznacza tempo i puls waszej rozgrzanej do białości krwi. Tańcząc, jesteśmy w transie. Zapominamy o świecie, skupiamy się na powtarzalnych ruchach ciała, odlatując gdzieś daleko umysłem. Podobnie tutaj. W tego typu seksie finał nie jest aż tak ważny, jak proces - tulenie się, przybliżanie i oddalanie, harmonia ciała, wspólne tempo i rytm, lizanie się, dotykanie. Nie ma tu miejsca na rozmowy, na ustalanie szczegółów czy rytualizację - jak w metaforze kulinarnej - tu chodzi o 100%-owy spontan, zapomnienie. Nawet, gdy oboje osiągnęli już szczyt, tańczą nadal, zupełnie, jakby nic się nie wydarzyło, wzajemnie nasiąkając swoimi wydzielinami. Chodzi o rytm, nie finały. Na dyskotece nie ma finałów - wszyscy tańczą, aż opadną z sił i zasną gdzieś pod stolikiem.

Czy takie coś można zaplanować? Sądzę, że tak, ale to nie ma sensu - po prostu idziesz na żywioł. Warto mieć tutaj zaufanego, sprawdzonego partnera, bo poniekąd wyłączasz umysł, a więc różnie może być.

Seks jak akcja ratunkowa.

Pełen odlot :) Gdy ktoś nagle znajdzie się w ciężkim stanie - potrzebuje pomocy. I oto przybywa przystojny pan ratownik. Heroicznie rozdziera kamizelkę ratunkową i robi nieprzytomnemu usta-usta. On wciąż jednak osuwa się bezwiednie na poduszkę. Wtedy ratownik wyciąga swój nowoczesny sprzęt i reanimuje go - aż do utraty tchu. Nie zważa na nic, na siebie i na swoją przyjemność - przyjemność poszkodowanego jest najważniejsza. Trzeba zrobić wszystko, by znów miał orgazm jak zza starych, dobrych czasów :)

A potem oczywiście trzeba dać zastrzyk prosto w dupę, by wstrzyknąć mu trochę substancji odżywczych. Albo - gdy zajdzie taka konieczność - wpuścić sondę do przełyku lub odbytu, by szczegółowo zdiagnozować stan pacjenta. Taka gestro- lub kolonoskopia może bowiem uratować życie choremu i ujawnić szczegóły, które będą przydatne w celu postawienia ostatecznego rozpoznania i dalszego toku intensywnej terapii. A terapię trzeba oczywiście przeprowadzać regularnie i bardzo, bardzo intensywnie :)

Seks w stylu medycznym! Tego jeszcze nie grali, co nie? :) Już wiesz, skąd w heteryckim świecie biorą się dzikie fantazje o seksownych pielęgniarkach z wielkimi strzykawkami. W świecie gejowskim brakuje nam takich archetypów, więc niech będzie to zalążek - Pan Ratownik. Wystarczy zadzwonić (czynne całą dobe) by przyjechał na sygnale i uratował Cię od samotności, smutku i masturbacji.

Seks jak korepetycje.

Oto w drzwiach pojawia się Mieciu - niesforny uczeń. Jego nauczyciel jest, poza tym, że świetnie zbudowany i pociągający, oczywiście bardzo surowy i wymagający. Dziś będzie uczył go przyjemności - w czym naturalnie ma doktorat. Zadaniem Miecia jest uważne słuchanie i wykonywanie poleceń swojego nauczyciela - bo, jak nie to... pała :)

Nauczyciel uczy Miecia, jak dokonywać głębokich ANALiz, jak rozkładać się na pierwiastki i na łóżku, szukać wspólnego mianownika, konstruować trójkąty rozwartokątne itd. Mieciu jest ambitny i bierze sobie do serca i do buzi wszystkie wskazówki nauczyciela. Na koniec semestru bowiem Miecia czeka bardzo surowy egzamin ustny (i nie tylko ustny) z materiału, który został wyłożony. Mieciu musi mieć piątkę z różnych przedmiotów, takich, jak [tutaj wstaw najbardziej wyuzdane nazwy czynności seksualnych, jakie przychodzą Ci do głowy]. Sesja ma być długa i męcząca, ale czego się nie robi dla dobrych ocen :)

Poza oczywiście elementem śmieszności, jaki posiada ta metafora, ma ona też swoje drugie dno - dzięki niej możesz uczyć się, jak sprawiać swojemu facetowi przyjemność tak, by oceniał Cię jeszcze lepiej, niż dotychczas. Stajesz się profesjonalistą, zdobywając kolejne stopnie wtajemniczenia. Partnera traktujesz, jak Twojego nauczyciela w dziedzinie jego przyjemności. Może być ciekawie. Metafora dobra dla stałego związku - by obie strony mogły się uczyć, jak być lepszym w te klocki.

***

Czy to wszystko? Oczywiście, że nie. Miałem niezły ubaw, pisząc ten tekst. A Twoja wyobraźnia nie ma granic, zatem działaj - twórz własne metafory i baw się :)

sobota, 27 czerwca 2009

Ramy relacji - czyli jak robić jasne sytuacje i mądrze zarządzać swoimi znajomościami?

"Albo będziesz mój, albo wypierdalaj" - oto proste motto, którymi kieruje się część Gejów. Innymi słowy - spotykasz się z takim kimś, idziecie do knajpy, gadacie o dupie Marynie i jaką śmiercią zginie a potem się zaczyna - albo padniesz mu w ramiona, wyznasz miłość do końca życia, albo jesteś nieczułą szmatą, idź precz za horyzont i nie wracaj.

A Ty, mój Drogi, jako że masz mózg, potrafisz lepiej kształtować relacje międzyludzkie. My, profesjonaliści od rozwoju osobistego :P nazywamy to umiejętnością nadawania ram. Wyobraź sobie, że masz jakiś obraz, np. przedstawiający wielkiego penisa (powiedzmy w stylu impresjonistycznym, bo zawsze do mnie przemawiał :) Jakie ma znaczenie ten obraz? To zależy, gdzie go umieścisz. Co innego owy wielgachny penis będzie znaczył, gdy powiesimy go w sypialni, co innego, gdy wystawimy go na sprzedaż na głównej ulicy w mieście, co innego, gdy obraz ten ozdoby ścianę ekskluzywnej galerii sztuki czy będzie centralnym punktem krzyża...

Tym właśnie są ramy - w zależności, w jaką ramę wsadzisz dane doświadczenie, tak będzie przez Ciebie rozumiane.

Panowie, którzy wyznają motto wymienione na początku, mają tylko dwie ramy związków międzyludzkich: "związek" i "wojna". I nic więcej. To bardzo zubażające i przykre, zatem dziś rozszerzymy wachlarz ram, które możesz nadawać relacjom, jakie tworzysz z ludźmi.

1. Kumplostwo.

Możemy zdefiniować, że kumpel to ktoś, z kim pójdziesz na imprezę, napijesz się, poplotkujesz. Nie musicie mieć wspólnych tematów czy zainteresowań. Widzicie się raz na miesiąc i po prostu robicie jakiejś jaja, opowiadacie dowcipy. Energia dobrego humoru i wspólne zajęcie (np. grillowanie, tańczenie na dyskotece) - to jest to, co scala kumpli.

2. Przyjaźń.

Przyjaciel to ktoś, kogo życiem interesujesz się tak, jak swoim. Jesteś z nim zasocjowany - co znaczy, że jeśli ktoś atakuje jego, to tak, jakby atakował Ciebie (co nie musi mieć racji bytu w przypadku kumplostwa). Z przyjacielem macie wspólne tematy, wymieniacie się opiniami i mówicie o swoich odczuciach. W pewnym sensie przyjaciel stanowi odmianę psychoterapeuty - słucha Twoich problemów, rozumie Cię emocjonalnie i logicznie, wyraża współczucie i proponuje jakieś rozwiązania. I to jest ok. Jeśli nie jesteś mistrzem w zmienianiu ram - nie ma w przyjaźni miejsca na seks. Energia seksualna niesie ze sobą takie emocje, jak np. zazdrość, czego przyjaźń mogłaby nie przetrwać. Przyjaźń scalana jest przez energię serca.

3. Romans.

Niezobowiązujący wstęp do poważniejszego związku. Romans polega nie tylko na łączeniu się energią serca, ale przede wszystkim energią seksu. Romans niczego nie obiecuje, jest po prostu korzystaniem ze swojej cielesności, dobrą zabawą, upojnymi nocami. Byciem z kimś tu i teraz i nierobieniem planów. Często na tym etapie Geje przechodzą zbyt szybko do ramy "Poważny związek" bez upewnienia się, czy to jest odpowiednia osoba. Romans ma służyć temu, byś poznał osobę w kontekście seksu - tam bowiem nie ma masek, tam masz do czynienia z prawdziwością i autentycznością drugiej osoby - z jej pragnieniami, kompleksami, marzeniami i obawami. Dopiero wtedy możesz ocenić, czy chcesz być z kimś na dłużej, czy powrócić do ramy "kumpel".

4. Związek wizytowy.

Coś pośredniego pomiędzy przygodami romansowymi a poważnym związkiem na serio serio - czyli związek wizytowy. Nie mieszkacie razem, ale czujecie, że chcecie być ze sobą na dłużej i na poważniej. Odwiedzacie się często, dajecie sobie zarówno mnóstwo miłości, jak i wolności. Macie czas, by być razem, pożądać się i kochać, ale również potęsknić i pobyć w samotności - by pod nieobecność partnera móc poczuć, jak Wam siebie brakuje. Niektórzy uważają, że ten typ związku jest lepszy od związku, w którym mieszka się razem - bo partnerzy się sobie nie nudzą, nie irytują się sobą nawzajem (jak to ma często miejsce podczas mieszkania razem), nieustannie zbliżając się do siebie i oddalając.

5. Poważny związek.

Tu chyba nie muszę tłumaczyć. Mieszkacie razem, macie swoje gniazdko, razem stawiacie czoło życiu, razem myjecie naczynia, wynosicie śmieci, robicie pranie. Ten typ związku - z racji częstego przebywania ze sobą - wymaga od Ciebie sporo. Przede wszystkim musisz liczyć się z habituacją - partner Ci spowszednieje, podobnie tak, jak Ty jemu. Nie będziecie się sobą podniecać, jak szczeniaki na początku, za to będziecie budować wspólnotę - już nie tylko opartą na uczuciach, ale też na finansach, posiadanych dobrach, terytorium. To sztuka, wymaga dyplomacji, umiejętności negocjacji i dostrzegania wspólnych celów w każdym waszym konflikcie. Ostatecznie związek z drugim człowiekiem ma podnieść jakość Twojego życia - trwale i znacząco.

Aby stworzyć z kimś poważny i udany związek, potrzeba równowagi energetycznej po obu stronach: harmonii energii męskiej, żeńskiej, energii seksu, intelektu i serca. Poważny związek wiąże się z pewnymi obietnicami, które składasz... nie, nie drugiej osobie, lecz SOBIE. Deklarujesz przed samym sobą ,że zaopiekujesz się swoim partnerem, że będziesz go wspierał i dawał mu to, co w Tobie najlepsze, ciągle ucząc sie, jak być lepszym. Poważny związek to też tworzenie wspólnych planów i umiejętność łączenia dwóch stylów życia - Twojego i partnera.

Oczywiście niniejsza lista ram nie jest zamknięta. Z moich obserwacji wynika, że ludzie robią jeszcze inne ramy, np. ramę obwiniania ("on jest winny") - która nadaje się wspaniale do zakańczania związków/ relacji w złym smaku, czy też ramę "kolegi od seksu" - dla relacji opartych na egoistycznym zaspokajaniu siebie za pomocą ciała drugiej osoby. Do wyboru, do koloru :)

***

Czy wiesz, jaką ramę nadać swojej znajomości z daną osobą? Po czym poznasz, że dana znajomość to "kumplostwo", "przyjaźń", "romans"...? ... albo jeszcze coś innego.

Gdy już to ustalisz, pozwól, że dam Ci swoją sugestię: bądź elastyczny i naucz się szybko zmieniać ramy. Życie jest dość dynamicznym procesem (przynajmniej w niektórych przypadkach). Twoja zdolność do szybkiego podejmowania decyzji, kto jest kim i jaką robisz z tym kimś relację, jest kluczowa. Wierz mi - dywagowanie miesiącami, czy być z kimś, czy nie i na jakich zasadach, jest druzgocące dla psychiki (niespójność wykańcza - Ciebie i okolicznych ludzi).

Jeśli ktoś, z kim jestem w poważnym związku, nagle "wypada z kryteriów" (np. zaczyna mnie traktować jak kumpla, łamie ważne zasady) - szybko zmieniam ramę na "kupel" i już. Gdy skoryguje swój lot i da do zrozumienia, że były to tylko tymczasowe turbulencje, równie szybko możemy przejść z powrotem do związku na bardziej serio. Ma to ogromny potencjał - bo jasno komunikuje drugiej osobie, w jakim jest położeniu względem mnie. Nie ma tutaj miejsca na wewnętrzne dylematy.

To nie kurczowe trzymanie się jednej ramy czyni nas szczęśliwymi, ale ich szeroka gama i umiejętność szybkiej zmiany tychże ram, gdy zachodzi taka konieczność. Umiejętność różnorodnego nazywania sytuacji, w których się znajdujesz, sprawia, że wiesz, jakim zestawem reguł się kierować, by mądrze zarządzać swoimi relacjami. Korzystaj.

czwartek, 25 czerwca 2009

Gaydar - czyli jak rozpoznać Geja

Długo nie wierzyłem, że istnieje coś takiego, jak legendarny, mitologiczny gejdar - umiejętność rozpoznawania Geja w tłumie heteryków. Jednak przekonało mnie to, jak pewnego razu udaliśmy się ze znajomymi do knajpy i zauważyliśmy, że przyjęli tam nowego kucharza. Mój kumpel (siema Andrzej), po dłuższej chwili namysłu, stwierdził, że facet jest gejem. "Ta, ta, jasssne" - pomyślałem. Jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że kucharz na drugi dzień zagadał do niego na słynnym portalu na "f" i wszystko było już jasne.
I oto w mej głowie zrodziło się pytanie - po czym poznać Geja? Czym Gej różni się - w zachowaniu, wyglądzie czy ubiorze - od heteryka?
Sięgnąłem do mądrej literatury i poszukałem odpowiedzi. I muszę przyznać, że wynik moich poszukiwań zaskoczył nawet mnie. Oto, jak ustalić, czy gość, jest Gejem - w sytuacji, w której nie jest to do końca jasne i kontekście, w którym raczej nie podejdziesz do niego i nie spytasz wprost, bo ryzykujesz zęby na podłodze.

1. Leworęczność. Wielu badaczy podkreśla związek pomiędzy poziomem różnych hormonów płciowych, leworęcznością a zachowaniami seksualnymi. Wg badań przeprowadzonych w USA, 50% osób leworęcznych jest homoseksualna albo ma skłonności homoseksualne. Pamiętaj jednak, że to nie znaczy, że 50% Gejów jest leworęcznych - to może nie działać w drugą stronę i pewności nie ma, bo badań brak. Jednak, jeśli ktoś jest leworęczny, szansa, że jest Gejem, wynosi 50:50. Co więcej - rośnie, jeśli okaże się, że jego rodzice są praworęczni, oznacza to bowiem, że nie odziedziczył tej cechy genetycznie, lecz powstała ona w wyniku zmienionego poziomu hormonów płciowych w okresie, gdy siedział jeszcze w brzuchu mamy. A to z dużą szansą wskazuje na homoseksualizm.

2. Zestresowana matka. A to Ci dopiero - brzmi jak żart, ale nic bardziej mylnego. Pewni badacze odkryli, że w czasie wojny rodzi się więcej homoseksualistów. Ustalono (wiem to z poważnej publikacji PWN pt. "Mózg a zachowanie"), że matka - narażona na wojenne trudy - produkuje więcej hormonów stresów, które upośledzają wydzielanie u płodu androgenów, czyli hormonów płciowych odpowiadających ze męskie cechy (również osobowości). Oczywiście nie trzeba wojny, by matka była zestresowana. Tak więc słuchaj jego historii - jeśli opowiada o wiecznie zestresowanej matce - szanse, że jest Gejem rosną jak na drożdżach.

3. Ma brata bliźniaka. Procent homoseksualistów w populacji wynosi 6% i jest to stała dla całego świata - bez względu na kulturę czy wychowanie. Jednak w przypadku bliźniąt jednojajowych - szansa, że oboje są homoseksualni, wynosi 27%. A to już statystyczne coś, nie sądzisz? Informacja o tym, że ma brata bliźniaka (wyłącz błagam teraz te cholerne zboczone filmy porno, które zacząłeś kręcić w głowie, przedstawiające dzikie trójkąty z bliźniakami hahahaah:) jest zatem znacząca dla postawienia ostatecznego rozpoznania.

4. Łagodne przechodzenie przez okres dojrzewania. Heteroseksualni młodzi mężczyźni w okresie dojrzewania stają się o wiele bardziej agresywni, buntowniczy i niepokorni. U większości homoseksualistów jest nieco inaczej. Okres dojrzewania przechodzą o wiele mniej gwałtownie, mniej buntowniczo (prawdopodobnie za sprawą niższego poziomu androgenów lub za sprawą nieco innej budowy mózgu, który wydaje się być na androgeny mniej podatny, niż w przypadku heteryków). Zatem ponownie słuchaj go i jego historii i weryfikuj, jak przechodził okres dojrzewania. Uciekał z domu? Wiecznie kłócił się z rodzicami? Czy może żył z nimi w miarę pokojowo w tamtym czasie? (zakładam, że już dojrzał).

5. Ma wielu starszych od siebie braci. Jak pokazują pewne badania, szansa, że chłopiec okaże się Gejem rośnie, proporcjonalnie do ilości urodzonych przez daną kobietę synów. W przypadku pierwszego syna szansa jest stosunkowo niewielka. Każdy kolejny urodzony syn zwiększa szansę, że urodzi się Gejątko :) Jest to związane z dziedziczeniem tzw. DNA mitochondrialnego, które otrzymujemy w całości od matki i którego zadaniem jest modyfikowanie płci noworodka. Z każdym kolejnym urodzeniem, mechanizm ten ulega zmianom w ciele kobiety i stąd takie efekty. Mechanizm ten nie jest jednak do końca poznany.

6. Zachowanie bardziej zbliżone do kobiety. Zmiany hormonalne w płodzie dziecka odbijają się na budowie mózgu osoby. Heteroseksualni mężczyźni charakteryzują się większą asymetrią półkul - z przewagą półkuli prawej, odpowiedzialnej za obrazy i myślenie przestrzenne. Natomiast lewa półkula jest u nich mniejsza. Odpowiada ona za posługiwanie się słowami. Dlatego faceci hetero raczej nie mają problemów z zadaniami wymagającymi wyobraźni przestrzennej (topografia terenu, tworzenie konstrukcji etc.), natomiast ich słownictwo jest o wiele prostsze, mniej wyrafinowane niż w przypadku kobiet i Gejów. Hetero częściej mają np. dysleksję czy jąkanie. Gej o wiele łatwiej będzie rozmawiał o np. swoich uczuciach, ponieważ ma większe połączenie pomiędzy półkulami (tzw. spoidło wielkie) niż faceci hetero, którzy jedyne, co potrafią powiedzieć o swoich emocjach to to, że czują się w danej chwili dobrze lub źle. A i tak najczęściej mają na myśli doznania fizjologiczne (np. zmęczenie), a nie swoje emocje czy uczucia. Dlatego Gej szybciej zostanie pisarzem, dziennikarzem, poetą etc. - z łatwością bowiem jego półkule komunikują się ze sobą, uwalniając przepływ obrazów, dźwięków i odczuć z wyobraźni.

[dodano 25 września 2013r.]

7. Palce dłoni. U mężczyzn o orientacji homoseksualnej przeważnie palce wskazujące dłoni są zbliżone pod względem długości do palców serdecznych (nie mylić z palcem środkowym) lub też ich palce serdeczne są krótsze od wskazujących. U mężczyzn hetero palce serdeczne są zazwyczaj wyraźnie dłuższe od wskazujących. Jest to prawdopodobnie związane z poziomem testosteronu w łonie matki. 

8. Kierunek skrętu włosów na głowie. U większości heteroseksualnych mężczyzn włosy na czubku głowy skręcają zgodnie z ruchem wskazówek zegara. Tylko u 8% z nich włosy układają się odwrotnie. W przypadku gejów 23% z nich jest w posiadaniu włosów skręcających się odwrotnie do ruchu wskazówek zegara. W ich przypadku grzywka układa się więc do lewej strony.

9. Odciski palców. Odciski małych palców u dłoni oraz kciuków wskazują, że mężczyźni homoseksualni (podobnie jak heteroseksualne kobiety) mają wyraźnie gęstsze linie papilarne. 

Geje to czy nie geje? :)

10. Ogólne wrażenie. 75% ludzi rozpoznało geja po tym, jak mówi. Ok. 70% ludzi rozpoznało geja "na czuja", patrząc tylko na jego zdjęcie (które nie sugerowało w żaden sposób orientacji, np. nie było w tle tęczowych flag :). W kwestii rozpoznawania orientacji seksualnej u mężczyzn możemy więc raczej polegać na swojej intuicji.

[koniec update'u]

Bardziej kobiecy mózg sprawia, że Geje imają się również zawodów związanych ze sztuką czy kreacją. Bywają fryzjerami, stylistami, projektantami wnętrz, mody, malarzami, kompozytorami etc. Będą też przywiązywać większą uwagę do ubrania, wyglądu, ubierać się w sposób bardziej wyszukany czy oryginalny i pewnie doskonale wiesz, o czym teraz mówię: dobieranie mocniejszych kolorów, kontrastów, obcisłe koszulki, więcej błyszczących dodatków, kosmetyki. Tutaj niestety nie mam źródeł naukowych, które by mnie poparły w moim twierdzeniu, natomiast biorę to z doświadczenia i dość sporej próby, na której opieram swoje obserwacje i myślę, że również Ty zauważysz tę prawidłowość.

Podobnie Geje mniej interesują się sportem i rywalizacją, co jest cechą implikowaną przez androgeny, czyli hormony robiące z facetów facetów :) Raczej nie oglądają meczy, nie śledzą rankingów i statystyk sportowych. Geje - z racji bardziej kobiecego mózgu - będą interesować się współpracą, harmonijnym współżyciem z innymi etc. niż tworzeniem hierarchii (jak w wojsku), stawianiem sobie celów czy osiąganiem wyższego prestiżu czy statusu społecznego.

Ponadto - faceci hetero dzwonią do siebie głównie, by załatwić jakieś prawy, interesy (mają określony cel). Ich tematy oscylują wokół dup, interesów i gadżetów (auta, telefony etc.). Gej będzie kontaktował się głównie po to, by podtrzymać kontakt, spytać, co słychać i jak leci. Heterycy tego nie robią. Ich jednoczy głownie wykonywanie wspólnych działań, osiąganie wspólnych celów. Nas - wspólne tematy, plotki (znasz to skądś?) i po prostu wspólne przebywanie razem. Dlatego też często szybciej dogadują się z kobietami. I dlatego otoczeni są koleżankami :)

Heteryk będzie też miał skłonność do podejmowania decyzji na bazie danych, liczb, statystyk, faktów, a więc będzie mniej emocjonalny a bardziej chłodny, logiczny. Geje z kolei podejmują decyzje bardziej na bazie emocji, impulsu, uczuć. Będą też te uczucia bardziej wyrażać, czasem wręcz popadać w egzaltację (nadmierne okazywanie uczuć), opowiadać o nich i dzielić się nimi z otoczeniem.

I ważna uwaga na koniec tego działu: powyższe opisy to zbiór generalizacji (uogólnień), a generalizacje zawsze są fałszywe - dlatego zawsze znajdziesz jakieś wyjątki od powyższych reguł (Gej, który ogląda mecze, jest szefem, kocha rywalizację czy burzliwie przechodził okres dojrzewania). To nie oznacza jednak, że powyższe uogólnienia nie są przydatne! Bo są i to bardzo.

***

To były neurologiczne-hormonalne podstawy bycia Gejem. Ale to nie wszystko. Istnieją też inne wskazówki w zachowaniu, które mogą nam powiedzieć, czy ktoś jest Gejem, czy nie, podczas rozmowy.
Spytałem znajomych, którzy mają gejdar (co zostało potwierdzone w praktyce, doświadczalnie), o to, jak to robią. Wszyscy stwierdzili, że "to czują" - rozmawiają z kimś, obserwują go i czują (intuicja im podpowiada), że ten ktoś może być Gejem. Skąd mają tę pewność? Oto umiejętność rozpoznawania Gejów rozbita na fragmenty:

- obserwuje - Gej, podczas rozmowy, baczniej i dokładniej Cię obserwuje, niż heteryk. Prawdopodobnie jest to związane z tym, że analizuje, czy mu się podobasz, czy nie, i - podobnie jak Ty - również próbuje rozgryźć, czy rozmawia z Gejem, czy heterykiem. Brzmi logicznie i moja intuicja mówi mi, że coś w tym jest.
- będzie uprzejmy, miły, serdeczny - Gej, podczas rozmowy, będzie o wiele bardziej sympatyczny czy serdeczny, niż heteryk (uśmiechy, dłuższe wymiany zdań, podtrzymywanie kontaktu wzrokowego). To logiczne, nie chce zaryzykować, że swoją oschłością da Ci znak pt. "Spadaj". Przecież na którymś poziomie pragnie komunikacji z podobnym do siebie.
- dopytuje się - jeśli się Tobą zainteresuje, pyta, czym się zajmujesz, co robisz i drąży szczegóły. Heteryk robi to rzadziej, bo generalnie gówno go to interesuje, jeśli dopiero się poznaliście.
- sposób mówienia - Geje, w odróżnieniu do heteryków, będą w swoich historiach zawierać szerszy opis swoich emocji i reakcji. Będą też opisywać ludzi i relacje pomiędzy nimi - trochę, jak w telenoweli - kto jest kim dla kogo i od jak dawna, i jak im się układa etc. (mają bardziej rozbudowane mapy społeczne - takie odnoszę wrażenie). Heterycy raczej skupiają się na przekazaniu sedna informacji, opisaniu, jak osiągnęli dane cele - bez wnikania w układy międzyludzkie i sprytnie wycinając opisy swoich emocji. Ludzi będą opisywać ze względu na to, jak przydali im się w osiągnięciu celu. Gdy przedstawisz Gejowi i hetero jakiś problem - hetero będzie szukał jakiś rozwiązań. Gej natomiast będzie zapewniał Cię, że wie, co czujesz - i będzie Ci współczuł. Ot, mała różnica, ale jak wiele mówi :)

To są informacje, które możesz zebrać podczas zwykłej, pozornie nic nie znaczącej rozmowy. I oczywiście nigdy nie możesz mieć pewności 100 %-owej, czy Twój rozmówca jest Gejem. Zawsze możesz trafić na heteryka z dość kobiecym mózgiem, albo Geja z mózgiem bardzo męskim. Miej zatem oczy i uszy szeroko otwarte i pamiętaj, że żadna z powyższych zasad nie musi być zawsze prawdziwa. Bo odpowiedzią na to, czy ktoś jest homo, czy hetero, jest osoba, z którą w danej chwili rozmawiasz.

środa, 17 czerwca 2009

Największy gejowski mit - "Geje myślą tylko o seksie"

Wg jakiejś tam zapomnianej mitologii, żył kiedyś król o imieniu Pigmalion (uroczo, prawda?). Pigmalion, prócz dzierżenia insygnii królewskich, uwielbiał rzeźbić. Pewnego dnia naszła go wena i wyrzeźbił z marmuru piękną kobietę (lub faceta - to mit w wersji gejowskiej). Była ona tak porażająco piękna, że się w niej zakochał. To oczywiście doprowadziło go do depresji, bowiem wyrzeźbiona panna, mówiąc metaforycznie i dosłownie, miała serce z kamienia i była chłodna, jak głaz.

Bogowie, widząc rozpacz Pigmaliona, postanowili ożywić posąg kobiety, by król mógł zaznać smaku prawdziwej miłości. Potem naturalnie żyli długo i szczęśliwie. Czy to nie romantyczne?

Opowieść ta jest metaforą tzw. zjawiska samospełniającej się wyroczni - czasem zwanego też właśnie efektem Pigmaliona. Zjawisko to polega na tym, że zazwyczaj dostajemy to, czego się spodziewamy. Zakładając z góry, jakie będą efekty np. naszej komunikacji z szefem w sprawie podwyżki, tworzymy rezultaty. Gdy pracownik idzie do przełożonego z zaciśniętymi zębami i z myślami w stylu "Pewnie mi skurwiel nie da, więc idę się tylko upewnić, że jest skurwielem" - szef na nieświadomym poziomie wyłapie, co myśli o nim pracownik, i odeśle go z kwitkiem. Bo niby dlaczego miałby mu płacić, jeśli delikwent tak o nim myśli?

Fakt, że nasze losy kształtują się zgodnie z tym, co sądzimy, że się wydarzy, burzy niektórym krew w żyłach. Z jednej strony jest to cholernie wyzwalające - "oczekuj najlepszego" to dobra rada w tym momencie - z drugiej mało kto chce przyznać, że wszystkie te porażki, które ma na koncie, są jego autorstwa. Niemniej jak inaczej można się uczyć, jeśli nie bierze się odpowiedzialności za swoje porażki?

Przejdźmy jednak do sedna, a więc do totalnie fałszywego, zubażającego myślenia, że "geje myślą tylko o seksie".

Ten okrutny stereotyp powstał wieki temu. W każdym społeczeństwie Geje tworzyli undergroundowe struktury - kluby, sauny etc. - w których się spotykali. W czasach, gdy homoseksualizm był takim tabu, że nawet nikomu nie przyszło na myśli, by ten temat wywlekać publicznie (prawie, jak dziś), Geje żyli w wiecznym strachu. Spotykając się z facetami, ryzykowali swój status, reputację, posady, czasem nawet życie. W takich warunkach nie było mowy o stworzeniu żadnej stałej relacji opartej na uczuciach. Pewnie zdarzały się zakochania i to nieraz. Niemniej przeciętny Gej tak silnie był zdominowany głosem społecznym (czyli Matrixem), że wybijał sobie z głowy marzenia o wspólnym mieszkaniu z facetem. Uciekał więc po nocach od żony i dzieci, by bzyknąć jakiegoś kolesia w bardzo romantycznych miejscach, jak nieczynne fabryki czy podziemne przejścia.

Myślisz, że to było dawno?

Jeszcze zza komuny takie coś było - powiedzmy - normalką. Pomyśl - nie było Internetu i komórek. Anonse towarzyskie Geje pisali na ścianach szaletów miejskich, o której chcieliby się spotkać. Oczywiście był to sport dla tych bardziej odważnych zawodników, bo Ci z tzw. dobrych domów siedzieli na tyłku i wybijali sobie z głowy myśli o nagich facetach.

Dziś czasy się zmieniły. Za sprawą potęgi Internetu coraz więcej osób decyduje się założyć profil i poszukać swojej drugiej połówki. Oczywiście, że pierwsi, którzy to zrobili, to sportowcy, którzy szukają na raz, góra dwa - stąd wrażenie, że jest ich tak wielu. Przynajmniej takie wrażenie było kilka lat temu, gdy 90% anonsów miał w temacie "sex", a nawet, jeśli nie miał, to i tak o seks chodziło.

Ja jednak zawsze w głębi serca wierzyłem, że sprowadzanie relacji męsko-męskich tylko do seksu jest objawem lęku - lęku, przed stworzeniem związku i trudną walką o utrzymanie go w naszym dość konserwatywnym społeczeństwie. Umawianie się na seks jest też często nieudolnym wrażaniem potrzeby bliskości. Ktoś mówi, że chce na seks, a w głębi siebie nawet nie potrafi się przyznać przed sobą, że chciałby po prostu się przytulić. Bo to takie "niemęskie", co nie?

Niemniej - jak to bywa z ludźmi - odświeżanie mózgu idzie im nieco gorzej niż odświeżanie powietrza w kiblu czy okienek Windowsa. Dlatego zubażający stereotyp pt. "Geje myślą tylko o seksie" nadal - niestety - jest podtrzymywany przez sporą rzeszę sfrustrowanych, zgnuśniałych kolesi. Pomyśl - do czego może prowadzić takie myślenie?

Pamiętam moment, gdy przyznałem się swojej koleżance do tego, że jestem gejem. Przyjęła do wiadomości, jednocześnie przyklejając mi łatkę "erotomana", który za wszelką cenę chce się ruchać. Nie powiedziała oczywiście tego wprost - wypływało to z jej pół śmiesznych, pół ironicznych tekstów, że ja się "dość często spotykam z facetami" itd. Oczywiście, że się spotykam dość często. I co z tego? Co to znaczy?

Co tu zaszło, uważny obserwatorze? Otóż to - efekt Pigmaliona. Spodziewała się zobaczyć erotomana napaleńca - i zobaczyła. Pozdrawiam Cię Madziu.

Mało, że takie łatki przyklejają nam heterycy - to robimy to sami sobie. Non stop przecież doszukujemy się dowodów, że inni Geje ruchają się na lewo i prawo, w każdym spojrzeniu, dotyku widzimy "coś zbereźnego". Kurwa mać - dajmy se słomy. Jesteśmy facetami i - podobnie, jak heterycy obu płci - myślimy o seksie jakieś 12489792384798 razy dziennie albo nawet więcej.

Co wcale nie znaczy, że stereotyp "Geje myślą tylko o seksie" jest prawdziwy. Zadajmy kilka mądrych pytań, aby się z tym mitem rozprawić:

Wszyscy Geje myślą tylko o seksie? Nie ma takiego, który by nie myślał?

Geje myślą tylko o seksie ... cały czas? 24 h na dobę, 7 dni w tygodniu? Wątpię! Nawet ja robię sobie 5-cio minutowe przerwy :)

Poza tym, skąd możemy wiedzieć, co myślą wszyscy Geje na świecie? Ja nie wiem, bo nie mam kryształowej kulki i nie wróżę z fusów.

A nawet, jeśli myślą o seksie - to w jaki sposób? Czy myślą o nim, jak o np. sporcie, sztuce, zabawie, sposobie wyrażania uczyć, sposobie na zmanipulowanie kogoś? Na pewno style myślenia o seksie wśród gejów różnią się diametralnie w każdym przypadku, ponieważ każdy z nas ma inne doświadczenia, wartości, przekonania etc.

Więc kurwa, zanim ktoś jebnie tekst "Geje myślą tylko o seksie" - niech puknie się w swoją czakrę umysłu - tj. w czoło - i zastanowi się 2 razy.

Prócz tego, że jesteśmy Gejami, jesteśmy też ludźmi. Mamy swoje zajęcia, stanowiska, firmy, szkoły, hobby, ulubione programy w TV, strony internetowe, pasje, sporty etc. Sprowadzanie nas do roli automatów do robienia lodów jest nawet nie tyle zubażające, co prostackie i tak wyrafinowane, jak sałatka z buraka pastewnego.

A na koniec pewna ciekawostka. Wg pewnych badań, które jakieś pół roku temu opublikował Newsweek, ponad 90% Gejów w Polsce ma przekonania konserwatywne - chcą mieć jednego partnera, stałego, bez (s)ekscesów, zdrad i przygód na boku. Zaskoczony? Bo ja nie.

To było raczej dla mnie oczywiste. Paranoja, że wszyscy się ruchają za bułkę z masłem, to efekt myślenia, które degraduje ludzi do miotanych prymitywnymi instynktami zwierzątek, dymających się surykatek. Ja już wiem, że ludzie mają więcej wymiarów, niż wymiar kutasa. O wiele więcej... Tylko czy umiesz je już dostrzec?

niedziela, 14 czerwca 2009

Najlej Krycha bo wysycham - czyli o niemożności zabawy bez alkoholu

Mały Gucio wychował się w porządnym domu... poprawczym. Tam jego opiekunowie, by dziecko nie nasiąknęło (zbyt szybko) negatywnymi wzorcami, gdy chlali na umór, zamykali się w pokoju, tłumacząc Guciowi, że to tylko lemoniada.

Gucio jednak bystrym chłopcem był i szybko zakumał, że dorośli mają swoje wywary, szczochy z gumijagód, po których ze smutnych, szarych i przeciętnych osób, zmieniają się w dusze towarzystwa - są dowcipni, inteligentni i wyluzowani. Wszystko po lemoniadzie.

Jako że zakazany owoc smakuje najlepiej, Gucio już w edukacyjnym nowotworze zwanym gimnazjum szybko zainteresował się procentami. Nie chodzi bynajmniej o miłość do matematyki. Marzenia o dużej flaszce zajmowały w głowie Gucia drugie miejsce po marzeniach o dużym chuju (Gucio był oczywiście gejem :)

I tutaj zaczyna się ciekawie. Gucio walił na wszystkie impry, na których można było nieco łyknąć. Początkowo był nieśmiały, zamknięty w sobie, bał odezwać się do ludzi. Ale z pomocą przychodził alkohol. Z dziką łatwością pomagał przełamać pierwsze lody - tudzież nawet pozwalał je robić pod stołem - a Gucio wszystkich umiejętności socjalnych uczył się bedąc pod jego wpływem.

Po jakimś czasie mózg Gucia nauczył się reguły - jestem klawy, pod warunkiem, że jestem wstawiony. Gucio na trzeźwo bowiem nadal jest nieśmiały, zamknięty i odizolowany od innych.

Czy znasz drogi Geju historię gościa, który uczył się jeździć na rowerze po pijaku? Czy wiesz, że facet ten stał się obiektem badań naukowych, bo na trzeźwo nie umiał tego robić? Wyobraź sobie - gość umiał jeździć na rowerze tylko pod wpływem alkoholu. Peszek, bo jak tu wrócić do domu?

I tu oto zdradzam kolejny wielki sekret ludzkiego umysłu: jeśli jesteś w stanie umysłowym X, to masz dostęp tylko do takich umiejętności oraz informacji, jakich nauczyłeś się będąc w stanie X.

Jeśli ktoś był smutny, ucząc się całek, na egzaminie będzie musiał powrócić do stanu smutku, by cokolwiek zaczaić. Jeśli ktoś uczył się prowadzić auto w stanie permanentnego stresu - zgadnij, w jaki stan będzie musiał wejść, by używać tej umiejętności?

Jeśli czyta to minister edukacji, to niech kurwa wie, że jeśli dziecko przykuje się do ławki, zestresuje a potem się je czegoś uczy, to potem, po wyjściu ze szkoły, dzieciak w sposób naturalny będzie chciał unikać nieprzyjemnego stanu stresu, tym samym unikając wiedzy i umiejętności, jakie przyswoiło będąc w tym stanie.

Gucio zrobił to samo, tylko w innym kontekście. Uczył się, jak wchodzić w interakcje z ludźmi po alkoholu. W związku z tym na trzeźwo nie umie tego robić. Nie umie się dobrze bawić, cieszyć, śmiać, jest po prostu - generalizując nikczemnie - smutnym palantem jeśli się nie napije. Co za szkoda, że Gucio nie wie, że mógłby być równie fajnym gościem na trzeźwo. Traci cenną możliwość a swą wątrobę skazuje na okropne fatum.

Nie przez przypadek piszę tego posta w niedzielę rano, gdy okazuje się, że jestem jednym z niewielu, którzy nie najebali się ostatniej nocy i teraz nie rozmawiają z tygrysem, nie haftują ścian wzorkami menelskimi. Na tym tle czuję się jak nienormalny kosmita, dziwak, odmieniec, bo jak odmawiam picia, to mówię tylko, że nie pijam na trzeźwo. Oni tego nie kumają, bo myślą, że ja coś tracę, podczas gdy ja po prostu nauczyłem się upijać nie alkoholem, lecz atmosferą. Nauczyłem swój móżdżek wchodzić w stan upicia bez alkoholu, co się nawet fizjologom nie śniło.

Tu nawet nie chodzi o oszczędność kasy czy szacun dla swojej wątroby. Tu chodzi o to, że ja mogę wejść w ten stan w 5 minut, bez żadnych zabiegów i akrobacji z kieliszkami. Może to niemodne, ale kurwa mam w dłoni argument, którego nikt mi nie odbierze:

Nazywa się on habituacją.

Im więcej piją, tym więcej pić muszą w przyszłości, bo ta sama dawka alkoholu przestaje wystarczać. Kiedyś, żeby się zajebać, trzeba było 3 piwa. Dziś 6. Jutro 11. Itd. Ja stan "zajebania" mam pod ręką i poniekąd pijany DreamWalker jest narzędziem, którego używam, gdy po prostu chcę się pobawić w towarzystwie.

I przyznam bez gwałtu, że mam nie mam twardej głowy, że pewnie, gdybym napił się kropel na żołądek, to bym skończył w pobliskim rowie. A to przecież wstyd, co nie? Norma w naszym kraju nakazuje mieć głowę twardą i umierać, jak prawdziwy Polak - na marskość wątroby. Kiedyś pierdolną tym wszystkim ludziom pomnik Anonimowego Alkoholika - będzie to wielka wątroba przebita bagnetem.

Wybacz moją dziwność, ale stan alkoholowego odlotu nie jest dla mnie celem samym w sobie - tak jak zresztą cała gama innych gówien, które Matrix instaluje nam w głowie, takich jak telefony, auta czy inne zabaweczki. To wszystko to narzędzie do osiągania rezultatów. Kto o tym zapomina, budzi się na drugi dzień z głową w kiblu i widzi w tafli rzygów na dnie swoje marne, blade odbicie z podkrążonymi oczami. Miał się dobrze bawić, a skończyło się jak zawsze. A zważywszy, że umysł klasyfikuje doświadczenia głównie ze względu na to, jak się one zakończyły - kolo ma problem - bo jego życie składa się z rytmu naprzemiennego picia i leczenia kaca.

I smuci mnie ten fakt, że my - ludzie XXI wieku - znamy marne kilka sposobów na zarządzanie swoimi stanami emocjonalnymi: zakupy, alkohol i inne używki. Tośmy kurwa osiągneli bogate spektrum narzędzi. Ale do kogo mam mieć pretensje, skoro o tym, jak wpływać na swoje emocje mądrze i ekologicznie, wie na tym świecie garstka ludzi, którzy co prawda chcą się tą wiedzą dzielić, ale często są wrzucani do worka z podpisem "szarlatani". Przecież lepiej sie napić, niż pierdolić o takich głupotach, jak ludzki umysł i to, jak na niego wpływać, co nie?

Na koniec będzie mały bonusik - zrób eksperyment neurologiczny. Weź kilka głębokich wdechów, odpręż się i wróć myślami do chwili, gdy byłeś totalnie nachlany i naprawdę dobrze się bawiłeś. Zobacz to, co wtedy widziałeś, usłysz to, co docierało do Twoich uszu. Wtedy też poczujesz się tak, jak wtedy. Pozwól sobie zatopić się w tym stanie. Fajnie, co nie?

Złap ten stan, np. chwyć go - dosłownie - w swoje ręce. Ten gest pozwoli Ci potem łatwo powrócić do tego stanu, gdy tylko będziesz chciał.

Teraz idź w inną stronę. Przypomnij sobie sytuacje, w których Ci tego brakowało. Sztywna rozmowa w biurze? Lipny klimat wśród nowopoznanych osób? Wejdź w te doświadczenia raz jeszcze i podobnie jak poprzednio - poczuj to, co wtedy czułeś. Gdy to się uda, weź stan "zajebania" i wsadź go znów w siebie - w czym pomoże Ci owy gest, który wykonałeś przed chwilą. Poczuj się tak, jakbyś był po alkoholu, tylko w kontekstach, w których zazwyczaj po alkoholu nie jesteś i Ci tego - powiedzmy - brakuje.

Ba! Możesz wyobrazić sobie nawet, że urodziłeś się w tym stanie i przeszedłeś całe życie, mając swobodny do niego dostęp. Zauważ, jak inaczej wyglądałoby Twoje życie, gdyby tak było. To się nazywa powtórnym wdrukowaniem i jest bardzo przydatną techniką zmiany osobistej.

Na koniec mój mały apel, który pewnie nic nie da, ale przynajmniej będę miał czyste sumienie, że to napisałem - traktuj alkohol jak narzędzie do osiągania czegoś, nie jak cel sam w sobie, bo to się potem trudno leczy. Naucz się odmawiać, mówić "stop, kurwa, nie chcę już, bo już mam to, co chciałem alkoholem osiągnąć". Tylko ludzie silni potrafią tak powiedzieć w obliczu tłumu znajomych, którzy nakłaniają do picia. A Ty jesteś silny, prawda?

środa, 10 czerwca 2009

Obciążenia emocjonalne z poprzednich związków - cz.2

Tak, na prośbę moich oddanych fanów, tudzież fanatyków, postanawiam swą decyzją nie tylko kontynuować wczorajszy temat, ale też odmienić nieco tego bloga, posypać go odrobiną zgnilizny, wulgarności, bo przecież nic nie sprzedaje się tak dobrze, jak chamstwo polane lukrem.

Moje chamstwo natomiast, w odróżnieniu od produktów typu Doda, będzie mieć w środku mądre, filozoficzne nadzienie poparte dowodami naukowymi, by nawet najbardziej wybredne, nielubiące Feela i eurowyborów, podniebienie wyłechtać.

Wczoraj uplotłem wątek o tzw. wdrukowaniach, czyli ważnych dla nas doświadczeniach, na bazie których, niczym na fundamentach, budujemy swoją tożsamość cegła po cegle kolejnych życiowych doświadczeń. Muszę przyznać w całej mojej nieskromności, co mam nadzieje bogowie mi wybaczą, że wyszedł z tego całkiem fajny materiał. Choć dziurawy, dlatego dziś postanawiam wziąć jebane szydełko, pierdoloną igłę i te cholerne dziury merytoryczne zaszyć.

Freud, nim nowotwór zjadł mu twarz, powiedział, że w największym stopniu na kształt naszych procesów mentalnych ma wpływ nasze dzieciństwo i wszelkie związane z nim doświadczenia, jak gaszenie kołyski benzyną czy połykanie ołowianych żołnierzyków. Miał rację, choć nie do końca. Dzieciństwo i relacje z mamą, tatą czasem sąsiadem, mają wpływ fundamentalny. Choć, jak dowodzą neurolodzy, zmiany w mózgu mogą zachodzić nawet w prawie już trupie, a więc do końca życia.

W sumie nie ma znaczenia to, co się wydarzyło w naszym życiu, bo nie jesteśmy zwierzętami już prawie wcale, lecz to, jak zapisaliśmy je w naszych łbach. Przeszłość nie istnieje, bo gdyby istniała, nie byłaby przeszłością. I pewnie na łamach tego bloga zdążyłem już to wpleść w moje podprogowe, perswazyjne i manipulacyjne wywody.

Nie mamy innej opcji, niż być tu i teraz - w sensie cielesnym. W sensie umysłowym - często powracamy do tego, co było. Nic dziwnego. To, co - wg nas się wydarzyło - jest naszym źródłem życiowej wiedzy, na bazie którego decydujemy się, jak zareagować na to, co dzieje się tu i teraz. Mądre, co nie?

Ale myślę, że będziesz bardzo zaskoczony, gdy powiem Ci, że mózg - wbrew temu, co Ci powiedział kolega blokers a potwierdził dział psychologiczny "Brawo Girl" - nie przechowuje żadnych informacji. On po prostu zmienia swoją strukturę i przepływ impulsów nerwowych pod wpływem informacji, jakie zbiera za pomocą narządów zmysłów.

Gdy wyłazimy mamie z otworu, nie mamy pojęcia o świecie. Potem jednak szybko otwieramy oczy, uszy i dupę, by przez nasze zwoje nerwowe przepuścić jak najwięcej doświadczeń zmysłowych, które te zwoje ukształtują. Te doświadczenia w formie obrazów, dźwięków i - co najprzyjemniejsze - doznań cielesnych, zwanych w branży neurofanatyków kinestetyką, trafiają do mózgu, który... co robi? No co? Z tych informacji odtwarza świat zewnętrzny. Innymi słowy - w swoich głowach nosimy neurologiczne modele świata, efekt nieudolnych prób odzwierciedlenia świata rzeczywistego. Modele te są daleko idącym uproszczeniem.

Nigdy nie widzimy całości świata. Zawsze badamy tylko jego małe fragmenty. Możemy wziąć zaledwie łyk z oceanu, możemy przejść tylko kilka ścieżek, nim nasze biologiczne ciała wraz z modelami się rozsypią. Nigdy nie widzimy całości, bo mamy tylko dwoje oczu i uszy a nie setki tysiące w każdym rejonie galaktyki.

Ale mimo to często pojawia się mędrzec, który zabiera głos i nawija, jakby się szmat nawpierdalał, że on już wszystko wie i zna prawdziwe oblicze Wszechświata, co jest równoznaczne z efektem zamkniętej kuli, do której gówno już nic nie dociera.

Świat jest bardziej złożony i wielowymiarowy, niż słowa, których używamy do jego opisu. Kogo nie stać na pokorę, nigdy nie pojmie, że jeśli istnieje coś, co widzi, istnieje w danej chwili coś, czego nie widzi i już nigdy nie zobaczy.

Te modele świata, które sobie konstruujemy w naszych głowach, są nazywane przez ludzi siedzących w temacie "mapami świata". I tu wielka chwała i duma, bo to nasz wielki Polak, Alfred Korzybski, twórca semantyki ogólnej, pierwszy stwierdził, że "mapa nie jest terenem". Tak, jak mapa Nowego Jorku nie jest Nowym Jorkiem, tylko jego symbolicznym, niezmiernie użytecznym uproszczeniem. Byś wiedział, gdzie jesteś i mógł zaplanować, gdzie chcesz dotrzeć. Dokładnie to samo sprawa wygląda z mózgiem. Nasze wyobrażenie o świecie nie jest światem. To, w co wierzysz, nie jest prawdą, ale instrukcją dla Ciebie, jak zdecydowałeś się działać.

Owo uproszczenie, o którym wspomniałem, objawia się tym, że na mapie zobaczysz szary kwadracik, który w rzeczywistości okaże się trójwymiarowym, niezwykle skomplikowanym budynkiem z jego historią i mieszkańcami, składem chemicznym i tryliardami innych bitów informacji, których mapa nie zawiera. Bo po co miałaby zawierać? Mapa, by była użyteczna, zawiera tylko te informacje, które są w danej chwili potrzebne, byś dotarł cało na miejsce.

Twoja i każda inna mapa posiada twór zwany linią czasu. Każde doświadczenie, gdy już większość informacji z niego usuniemy (po co nam aż tyle?), uprościmy je maksymalnie (po co aż tak zagłębiać się w szczegóły?) i zniekształcimy je, łącząc z innymi naszymi doświadczeniami, zostaje ułożone w ciąg obrazów i emocji. Obrazy zdradzają nam treść tego, co się wydarzyło. Emocje, które żywimy względem tych poukładanych w ciąg obrazów, to z kolei tzw. znaczenie. Dzięki tym emocjom wiesz, kiedy Ci było dobrze, a które doświadczenia są "złe" i "niedobre".

Wizualne reprezentacje doświadczeń, a konkretnie ich treść, są przechowywane w innej części mózgu, niż emocje, które z nimi wiążesz. I całe szczęście! To pozwala Ci z czasem zmienić emocjonalny stosunek względem nich. Jak Cię rzucił facet, to płakałeś. Potem przestałeś i przeszedłeś z tym do porządku dziennego. To nie sprawiło, że zacząłeś sobie wkręcać, że on jednak Cię nie rzucił. Wiesz, że Cię rzucił, ale się z tym pogodziłeś.

Wbrew temu, co pierdolą psycholodzy, którzy o działaniu mózgu wiedzą tyle, co pierwotne ludy afrykańskie o antymaterii, działamy doskonale na bazie doświadczeń, które zgromadziliśmy na owej linii czasu. Nie ma żadnych uszkodzeń, błędów, zaburzeń. Są Twoje doświadczenia, na bezie których działasz najlepiej, jak umiesz. Zawsze podejmujesz decyzje najlepsze z tych, które są w Twojej głowie. Na bazie doświadczeń, które masz, nie możesz już działać lepiej, niż działasz. Jeśli chcesz działać lepiej - musisz dostarczyć sobie nowych doświadczeń. Np. doświadczeń, w których modyfikujesz swoje doświadczenia. Wierz mi, że to daleki spacer poza to, co oferują tzw. determiniści, którzy wierzą obłędnie w przyczynę i skutek. Nasza świadomość jest kwantowa, a więc może ona zaburzać ciąg przyczynowo-skutkowy. Naukowcy pojmą to może za jakieś 1000 lat i to tylko wtedy, gdy naprawdę przyspieszą badania nad fenomenem ludzkiego umysłu.

Dobra, rozpisałem się, ale nie o tym miało być. Wróć do swoich poprzednich związków. Partnerzy zranili Cię, odeszli, porzucili jak psa. Było źle. To Twoje - przypuśćmy - doświadczenia życiowe. Dałeś radę. Niemniej, gdy o tym myślisz, emocje wracają i łezka, niczym dildo w dupsku, drży w oku.

Dziś, to długich przemyśleniach, doszedłem do wniosku, że zdradzę Ci kolejną metodę, jak dać sobie z tym radę. Jest to tzw. zmiana pozycji percepcyjnej.

Zamknij oczy, wyluzuj poślady i wróć do swojego związku. Do tej pory wchodziłeś w swojego byłego partnera tylko fizycznie, teraz będziesz miał niezwykłą okazję wejść w niego mentalnie. Obejrzyj film z Twojego związku ale z punktu patrzenia Twojego partnera. Zobacz to, co on widział w kluczowych momentach i poczuj to, co on czuł. Zobacz siebie - co mówiłeś, jak się zachowywałeś.

Błagam, odłóż żyletkę. Wiem, to może być straszne, bo wiele osób często odkrywa, jakimi są palantami. Ja mam to za sobą i obyło się bez żyletki, haha (wystarczył zardzewiały gwóźdź lol). Tak, oglądanie związku z perspektywy swojego partnera (tak, jakby się było nim, a nie sobą) może przynieść kilka kilogramów zaskakujących efektów w postaci nie tylko radosnego załamania się swoją osobą, ale również w postaci bezcennych informacji na temat tego, co można poprawić następnym razem, gdy znów komuś naopowiadamy, jak to go kochamy itp. I o to właśnie chodzi! Od tego jest związek. Od tego są partnerzy. Od tego są oni. Od tego oni są! - jak mawiał znany wszystkim wybitny polityk.

Spoglądając na swoje byłe związki oczami swoich ex partnerów dostaniesz sporą dawkę informacji, która znacznie zmieni Twój sposób myślenia o przeszłości. A to będzie kolejny, mały, neurologiczny krok w stronę lżejszego i czystszego umysłu.

Mój materiał, choć nadal na brzegach postrzępiony, prezentuje w Twoich oczach mam nadzieję jedną, spójną całość. Powoli i mozolnie wychodzi z tego obraz naszej neurologicznej chatki Puchatka, zamieszkałej przez wszechmogącą świadomość.

Jakbyś się czuł, gdybyś był swoim partnerem? Co byś widział? Co byś słyszał? Czy byłoby to ok? Co zrobiłbyś inaczej, dostając takie informacje?

Znajdź dobre odpowiedzi na te pytania i oczywiście, tradycyjnie, baw się tym.

wtorek, 9 czerwca 2009

Obciążenia emocjonalne z poprzednich związków

Wszystkie nasze zachowania, myśli, emocje, uczucia oraz reakcje naszego organizmu - łącznie z chorobami wszelkiego pochodzenia - są konsekwencją tego, w jaki sposób zapisaliśmy w głowie wspomnienia.

W życiu każdego z nas są wspomnienia szczególnie ważne, bo przesycone emocjami. To na ich bazie budujemy ważne przekonania na temat świata, siebie i ludzi.

Takimi wspomnieniami są np. nasze poprzednie związki.

Obserwując, jak ktoś się zachowuje w związku, łatwo można odgadnąć, jakie ma poprzednie doświadczenia. Gdy ktoś jest np. nadzwyczaj podejrzliwy i ciągle doszukuje się dowodów zdrady, najpewniej został kiedyś zdradzony. I go to bardzo bolało. Dlatego próbuje się zabezpieczyć przed powtórką.

To, co przeszliśmy z naszymi poprzednimi partnerami, odbije się na jakości naszych przyszłych związków. I nie mylą sie psychoanalitycy wszelkiej maści, którzy sugerują, że naszym pra-wzorcem związku jest relacja z mamą lub tatą. To od rodziców/ opiekunów uczymy się, jak budować związki, jak reagować na co, i jakie znaczenia przypisywać zachowaniom partnera. Po rodzicach "dziedziczymy" cały system wartości i przekonań dot. sposobu budowania układów międzyludzkich. Potem konfrontujemy go z rzeczywistością i modyfikujemy go w opraciu od nowe doświadczenia, które zdobywamy w naszych dorosłych, romantyczno-erotycznych związkach.

I jeśli miałeś idalnych rodziców, opiekuńczych, troskliwych, mądrych, którzy dobrze Ci doradzali, ale też wystawiających Cię w kierunku wyzwań, byś uczył się, że można sobie z nimi radzić, a potem trafiałeś na samych idealnych partnerów, którzy darzyli Cię doskonałą miłością - pewnie nie wymagasz żadnych interwencji.

Ale szczerze mówiąc wątpię.

Każdy z nas przeżył miłosny zawód, mniejsze lub większe wstrząsy. Oczywiście, daliśmy sobie z nimi radę i żyjemy nadal. Wielu jednak ludzi mówi mi - kurwa, coś jednak jest nie tak. Po którymś związku nastąpiło "oziębienie". Nie umiem już kochać tak, jak dawniej. Nie umiem poczuć tego na nowo.

Tak właśnie wypływają najczęściej obciążenia z poprzednich związków. Nic jednak się nie bój - to tylko zapis w Twojej głowie, uformowana w efekcie doświadczeń sieć neuronowa, która - jak dowodzą neurolodzy - potrafi uczyć się do końca Twojego życia. A więc nauczymy ją więcej.

1. Ustal, co chciałbyś zmienić. Np. ktoś czuje chujowy opór przed kochaniem się. Jest nadmiernie podejrzliwy. Czegoś się obawia, ale nie wie, czego dokładnie. Opisz, co to za uczucie, kiedy się pojawia i kiedy znika.

2. Zadaj sobie pytanie, kiedy to się zaczęło. Po którym związku? Po jakim wydarzeniu w Twoim życiu? Opisz do doświadczenie tak dokładnie, jak tylko możesz. Gdzie to się zdarzyło, kiedy, z kim, w jakich okolicznościach? Co widziałeś, co słyszałeś, co czułeś? Napisz wszystko, co wydaje Ci się istotne. Pozwól sobie na potok słów, niech powoli płyną. Zwórć uwagę na to, jak się z tym wszysktim czujesz. Jeśli powracają negatywne uczucia - to jest TO. Masz do czynienia z wdrukowaniem.

3. Odłóż pisanie i idź na spacer. Podziwiaj widoki, posłuchaj jakiejś muzy. Zapomnij o tym, co napisałeś. Odpręż się.

4. Wejdź w pozytywny stan emocjonalny. Tylko silny! Wróć do wspomnienia, w którym czułeś się arcyzajebiście i odtwórz to w swojej głowie. Zobacz je swoimi oczami, tak, jakby działo się to raz jeszcze tu i teraz. Niech inni ludzie będą naturalnej wielkości, usłyszsz też dźwięki i poczuj to, co wtedy czułeś.

5. Gdy czujesz się super, weź kartkę i przeczytaj to, co napisałeś. Zapewne za pierwszym razem wypadniesz z miłego nastroju i znów zaczniejsz czuć się chujowo. Ale za drugim razem, gdy to powtórzysz, kolejne odczyty :) będą już o wiele mniej emocjonujące. Pamiętaj, aby nigdy nie czytać tego, co napisałeś, tylko po to, by znów czuć się chujowo. Ty masz ten stan osłabiać poprzez ćwiczenie tego, jak czuć się dobrze, mówiąc o swoich poprzednich doświadczeniach w związkach. Eksperymentuj - za każdym razem, gdy to czytasz, zmieniaj pozycję ciała, puszczaj sobie w tle fajne nuty etc. Pomiędzy czytaniami rób przerwy, byś zmienił stan emocjonalny. Inaczej się zapętlisz :)

Baw się.

środa, 3 czerwca 2009

Tekst, który masz znać na pamięć

Jako człowiek ufny temu, że jesteśmy istotami wolnymi, wierzę, że mamy prawo robić to, na co mamy ochotę. Z tą wolnością wyboru jednak wiąże się nierozłącznie odpowiedzialność za to, co się robi. Cokolwiek wybierasz, poznasz tego konsekwencje i z tym liczyć się musisz. Taka jest cena wolności i to jest okej - bo dzięki temu się uczysz.

To reguła ogólna, która znajduje zastosowanie w każdym aspekcie życia - w szczególności w tworzeniu relacji międzygejowskich.

Kiedyś pisałem o tworzeniu relacji krótko- i długoterminowych. Że na początku jesteś nastawiony na zabawę i poznawanie drugiej osoby, którą jesteś wstępnie zainteresowany, a potem, po zebraniu odpowiedniej ilości danych, oceniasz, czy chcesz być z tą osobą na dłużej. Trudno być z kimś na dłużej, jeśli najpierw nie było się krócej. Trudno też obiecywać sobie Bóg wie co po jednym czy dwóch spotkaniach.

I teraz patrz mnie na usta i słuchaj, co do Ciebie mówię: jeśli Ty jesteś na etapie niezobowiązującej znajomości i ktoś Ci mówi lub sugeruje, że na Ciebie leci, zaczyna wiązać z Tobą nadzieje, zaczyna oczekiwać czegoś więcej itd. - jesteś za to odpowiedzialny.

Ty tym kierujesz.

Oznacza to, że bierzesz wtedy gościa na bok i mówisz mu mniej więcej tak:

"Znamy się od niedawna, jesteś spoko gościem. Chciałbym Cię bliżej poznać, spędzić z Tobą miło czas, niemniej nie mogę Ci obiecać, że będę z Tobą za tydzień, za miesiąc czy za rok - bo nie jestem w stanie teraz tego ocenić. Dlatego cieszmy się tym, co jest tu i teraz. A będzie, co będzie."

Naucz się tego na pamięć.

To jest w kurwe ważne, by nie robić komuś nadziei, jeśli sam nie wiesz jeszcze, czego chcesz. Być może nie rozumiesz, że jeśli się prześpisz z kimś, kto miał nadzieję na coś więcej z Twojej strony, a potem go olewasz, to sprawiasz mu ból i cierpienie. Oczywiście - zgodnie z wykładnią inteligencji emocjonalnej - on sam jest odpowiedzialny za swój stan. Pytanie - czy to oznacza, że Ty nie jesteś odpowiedzialny? NIE. Ty też jesteś. Obaj jesteście.

I ja, i ludzie, których znam, zbyt często jeszcze błądzimy, zbyt często przemilczamy to, co wcześniej czy później i tak trzeba będzie powiedzieć wprost. Uderzam się w pierś i obiecuję sobie, że zrobię, co mogę, by tworzyć jasne sytuacje - dla siebie i dla innych.

Ta jedna regułka, którą powyżej przytoczyłem - taka prosta a ile cierpień mniej, ileż mniej rozczarowań i bólu w przyszłości.

TOP 10 miesiąca