Męski Anal - jak przygotować się do seksu analnego w roli pasywnej

Skondensowany i praktyczny mini przewodnik dla początkujących, którzy chcą dawać dupy bezpiecznie, zdrowo i przyjemnie.

środa, 26 maja 2010

Pokaż mi swój profil na NK, a powiem Ci, kim jesteś - czyli rozmowy o prywatności

Dwóch studentów z Instytutu Technologicznego w Massechusetts opracowało algorytm, który analizując profile ludzi na Facebooku, potrafił z 78%-ową dokładnością wskazać, czy dana osoba jest hetero- czy homoseksualna. Okazało się, że geje używają pewnych charakterystycznych słów, zamieszczają specyficzne dla siebie linki i mają pewnych charakterystycznych znajomych. To właśnie po tych ogólnodostępnych danych program potrafił dojść prawdy.

Fajna zabawka, rodzi się tylko jedno, ważne pytanie: gdzie u licha można ten program kupić? :)

Są na świecie kultury takie, jak np. mieszkańcy pewnego rejonu w Malezji, którzy kompletnie nie znają pojęcia "prywatność" - do tego stopnia, że nie mają w słowniku żadnego słowa, które by dotyczyło prywatności. Tam każdy wie wszystko o każdym i - co więcej - gdy ktoś próbuje coś ukrywać, jest traktowany, jak dziwak.

I takie coś załatwiałoby wszystkie nasze społeczne problemy, drodzy Panowie. Urodzilibyśmy się zapewne w kulturze, gdzie ludzie byliby oswojeni z homoseksualizmem, bo przecież każdy, kto by nim był - bez skrępowania by o tym opowiadał. Parę rzeczy zdecydowanie byłoby prostszych, nie sądzisz?

Póki co, stety/ niestety żyjemy w społeczeństwie, które ceni sobie prywatność. Paradoksalnie - im większa miejscowość, tym bardziej jest się anonimowym. Stąd okropne zjawisko "samotności w tłumie", gdzie z człowiekiem z drugiego końca Polski klikasz o długości jego chuja, a nie wiesz, jak ma na imię sąsiad mieszkający z Tobą drzwi w drzwi.

Prywatność to tylko inna forma lęku. To historie, że ktoś będzie śmiał się z tego, że tak mało zarabiasz. To historie, że ktoś puści Twoją nagą dupę w internet i zwolnią Cię z pracy. To historie, że ktoś, kto Cię nie zna, może wykorzystać przeciwko Tobie jakieś prywatne dane - przede wszystkim to, że ... jesteś gejem, prawda?

Prywatność to mania społeczeństw, która powoduje liczne konsekwencje w postaci depresji czy permanentnie odczuwanej samotności. Cóż za paradoks - tak pilnujemy, żeby coś "wstydliwego" o nas nie wypłynęło na światło dzienne, że odgradzamy się od innych betonowymi ścianami, wygłuszamy drzwi i montujemy w nich dodatkowe zamki.

Gdy w procesie wywalania i podważania prawdziwości swoich historii usuwasz lęk - znika potrzeba prywatności. Znika sztuczny podział na publiczne i prywatne ego - jedno na pokaz, to sztucznie uśmiechnięte wybielanymi zębami, drugie - to płaczące pod kołdrą, gdy nikt nie widzi, albo walące konia przed laptopem wyświetlającym jakieś muskularne ciałko.

I pojawia się coś z tej synergii - Twoja autentyczność.

Nagle informacje o sobie przestajesz dzielić na "prywatne" i "publiczne", co oczywiście nie oznacza, że na przyjęciu u cioci zaczynasz opowiadać o tym, ile razy się spuściłeś na wspomnianego wcześniej laptopa, nie zaczynasz walić tekstów o objętości Twojego ejakulatu. To oznacza, że przestajesz się straszyć, że "coś palniesz", że nagle pewne słowa łatwiej przychodzą Ci przez usta, że - co najważniejsze - w pełni spójnie stajesz się sobą, co jest gwarancją tego, że gdy zamkniesz się w swoim pokoju, nadal jesteś tym samym człowiekiem, co na imprezie, otoczony wianuszkiem znajomych.

O tym, jak wiele zmienił Internet, pisać nie muszę. Ludzie na NK wlepiają swoje dupy, umięśnione klaty z sutkami, swoje wycieczki z palmami w tle, swoje lśniące bryki, wnętrza swoich sypialni w klimatach Ikei i masz do tego dostęp 24 godziny na dobę przez 7 dni w tygodniu z każdego miejsca na świecie. Czy to źle? Czy może to nowy sposób na ekspresję naszego wewnętrznego pragnienia bycia transparentnym - czyli klarownym, przejrzystym, zrozumiałym dla otoczenia. Coś w tym jest, gdy być może czasem korci Cię, by na jebanym Śledziku napisać "Hej, jestem gejem" i szybko się wylogować... Mieć to z głowy... cóż by się stało?!

Tak, właśnie - odpowiadając sobie na te pytania, zaczynają Ci się w głowie pojawiać historie, którymi się straszysz. Oto nagle przyjdą nocą, kolbami w drzwi załomocą, skini wynajęci przez Twojego pracodawcę by Ci zajebać za to, że jesteś pedałem. I co jeszcze tam jest? Co jeszcze?

Hehe, nagle połowa Twoich koleżanek zajarzyłaby, dlaczego nie masz dziewczyny. Nagle 94% Twoich kolegów przestałoby dzielić się z Tobą kanapką w szkole/ pracy, a 6% z nich - stałaby się dla Ciebie nagle milsza :) Nagle ludzie inaczej by na Ciebie patrzyli... Przez 3 słowa na Śledziku. Porażająca moc kolektywnych historii, w które uwierzyły uśpione umysły.

Budzę swój umysł. Codziennie. Nie daję mu spokoju. To przynosi powolne Wyzwolenie. Czuję się, jak Neo odłączany od Matrixa. Codziennie jestem coraz spokojniejszy, choć wiem, że pełne Wyzwolenie nastąpi dopiero wtedy, gdy obudzę wszystkie demony. I kiedy każdego z nich oswoję. Aż będą grzecznymi pieskami. Wtedy będę wolny jak nigdy dotąd. Wtedy już nie będę musiał niczego osiągać. Wtedy to będę osiągany.

Do napisania, Wędrowcze.

środa, 19 maja 2010

3 formy walki o tolerancję LGBT w Polsce

2 formy przyjmuje najczęściej walka o tolerancję homoseksualizmu w Polsce. Albo innym nakazujemy - "macie nas tolerować i basta!" - co z pewnością powoduje ogromny opór heteronormatywnej większości. Albo ich błagamy - "prosimy was, zaakceptujcie nas, bo sami siebie nie znosimy" - co powoduje litość i powoduje postawę agresywną (skoro jest ofiara, to i kat się znajdzie).

A zabawne, bo jest i 3 forma.

Mieć opinię heteronormatywnej większości w dupie i zająć się sobą.

Sami się Koledzy i Koleżanki najpierw tolerujmy, reszta stanie się sama. Na co drugim profilu na portalu na f. jęczenie i narzekanie - że wszyscy geje to kłamliwe, zdradliwe cioty + wielkie wylewy urazów psychicznych, wręcz powódź sloganów pt. "nie znoszę kłamstwa" itd. Gdyby się autor takich słów zorientował, że kłamstwo nie istnieje a są tylko słowa, którym zawierzył, budując sobie oczekiwania niezgodne z rzeczywistością, które są potem wspaniałym fundamentem rozczarowania - może przestałby się oszukiwać, że nie ma żadnego wpływu na swoje życie, i w końcu zacząłby uświadamiać sobie, że je kreuje, zamiast wiecznie "dawać się okłamywać".

Jeśli nie wierzysz, że się da, to weź przykład ze mnie.

Nie wierzę w to, co ludzie mówią o sobie, o mnie i w ogóle w to, co mówią. Nie wierzę nawet do końca w to, co sam mówię i to jest bardzo, bardzo, bardzo praktyczne i korzystne.

Po pierwsze - jestem elastyczny i sam wybieram, w co wierzę w czasie rzeczywistym. Ostatnio gadałem z klientem, który rzucał mi sumami typu 50-100 tysięcy złotych za zlecenie. Czy się podnieciłem? Nie. Czy go skreśliłem? NIE! Po prostu poczekałem na to, co pokaże rzeczywistość.

Po drugie - nie jestem niewolnikiem własnych słów. "DreamWalkerze, mówiłeś, że trzeba to i tamto". I co z tego? To mówił tamten DreamWalker - wtedy. Dziś masz do czynienia z tym DreamWalkerem i jest teraz. Dostosowuję swoje przekonania do tego, co dzieje się tu i teraz, więc nie będę się trzymał przekonań, które kiedyś były dobre a dziś mogą mi przynieść klęskę.

I dlatego nigdy nie będę się zajmował na chwilę obecną (tak, dobrze napisałem) walką o "równouprawnienie", "tolerancję" etc. Z jednego względu - bo uważam, że już jestem równym obywatelem, toleruję siebie - ba! - nawet akceptuję. I nie potrzebuję już o to walczyć. Nie obchodzi mnie, jak traktują mnie inni - ważne, jak traktuję sam siebie.

Nie potrzebuję, by mnie ksiądz wziął na kolanka, pogłaskał po główce i powiedział, że to nie szkodzi, że jestem gejem, że Bóg mnie kocha itd. Ja wiem, że Bóg mnie kocha, a nawet uwielbia mnie całym Sobą - bo widzę to każdego dnia. On chce dla mnie jak najlepiej, ale przede wszystkim daje mi wolną wolę - a więc to ja wybieram, czego chcę.

Ludzie szkodzą samym sobie i swojemu otoczeniu, wierząc w toksyczne przekonania pt. "geje piją krew" (http://www.joemonster.org/phorum/read.php?f=18&t=427091). To ich sprawa, ja się tym nie interesuję, bo im więcej interesuję się nimi - tym mniej interesuję się sobą. A to nigdy nie było dobre.

Nie potrzebuję też łaski polityków, ich przyzwoleń dla Gejów. Niepotrzebna mi ustawa o związkach gejowskich, aby z kimś być. Niepotrzebny mi klimat pt. "wszyscy kochają Gejów", aby czuć się dobrze w swojej skórze i w swoim życiu.

Nie potrzebuję też pozwoleń od rodziny, ich akceptacji lub sprzeciwów, nie potrzebuję ich opinii, by żyć. Chcą - mogą się oburzać, wkurzać, frustrować, próbując zmienić coś, czego zmienić nie potrafią i nie muszą. To ich emocje, ich kortyzol, który niszczy im zdrowie, ich adrenalina, która wykańcza ich serca. Patrzę na to z przykrością, ale wiem, że to ich decyzja.

Najlepsze, co mogę zrobić dla ludzi nietolerujących homoseksualizmu - to w pełni zaakceptować siebie. Tak bezczelnie, wprost, bez dorabiania ideologii, bez tłumaczenia, dlaczego.

Czy myślisz, że ci wszyscy sprzeciwiający się LGBT ludzie pokroju LPR, Młodzieży Wszechpolskiej, mocherów itd. są szczęśliwi?

Pobawię się w czytanie w ich myślach i odgadnę: nie są. Żyją w lęku przed kochającym ich Bogiem. Żyją w lęku, że ich rodziny oraz ich samych zaatakuje zło, które nie istnieje. To jest przykre, ale możemy tym ludziom pomóc! Jak?

Pokochać siebie. Zaakceptować siebie. W pełni.

Wtedy będziemy mogli w pełni pokochać innych. I w pełni zaakceptować konserwatystów - bo póki co - nie tolerujemy ich nawet, a co dopiero mówić o kochaniu ich czy akceptowaniu. Spójrzmy w lustro - jako Geje wybieramy cały czas jebanie innych na swoich profilach, wybieramy krucjaty przeciwko mocherom, Wojciechom C., którzy boso przez świat idą (i niech idą :) itd.

Ich poglądy - ich sprawa - ich zdrowie - ich konsekwencje.

Prawda - ta prawdziwa Prawda a nie umysłowy matrix, w jakim żyje 99,9% społeczeństwa - jest piękna, doskonała i nieskazitelna - Jestem Gejem. Kocham facetów. I czasem z jakimś nawet uprawiam seks, bo mam z tego dużo przyjemności. To cała historia. Każdy fatalny osąd, każda próba negatywnego ocenienia tego - jest klęską dla tego, kto w to uwierzy.

Tacy ludzie muszą udowadniać całemu światu, że homoseksualizm jest zły. Ja nie muszę nikomu nic udowadniać, bo wiem, że Prawda obroni się sama.

To jest właśnie Świadomość - gdy to, w co wierzysz, jest zgodne z tym, co jest tu i teraz, jak również korzystne dla Twojego życia.

I nawet jak usłyszę za sobą "pedał!" - o je je jej, strasznie mnie to zmartwi ;-) Pozdrowię kolegów z ławki, bo trzeba im dużo zdrowia, jeśli hodują w sobie takie przekonanie.

Ci, którzy walczą o tolerancję LGBT - myślisz, że walczą o CZYJĄŚ tolerancję... czy SWOJĄ?


Ci, którzy walczą z LGBT - myślisz, że walczą z CZYJĄŚ orientacją seksualna... czy ze SWOJĄ?

Z tymi pytaniami zostawiam Cię póki co. Baw się i żyj swoim życiem, abyś pewnego dnia nie obudził się na kolorowej platformie, oblepiony cekinami i z tęczową flagą w dupie, walcząc o coś, co możesz dostać tylko od siebie.

czwartek, 22 kwietnia 2010

Podważanie swojego umysłu

Piękny, metaforyczny i zarazem obrazowy opis tego, jak działa system osobistej zmiany znany pod nazwą The Work. Nowe spojrzenie, nowy filtr i nowa nauka. Czytaj i korzystaj.

Wyobraź sobie, że stoisz na środku pola. Przed sobą na horyzoncie widzisz pasmo górskie, po Twojej prawej roztaczają się piękne wyżyny obrośnięte gęstymi lasami. Za sobą masz szumiące morze a po lewej widzisz stepy. Wspaniały widok napawa Cię zdumieniem. Nie wiesz jednak, dokąd iść. Wyciągasz z plecaka mapę i widzisz miejsce, w którym się znajdujesz. Dostrzegasz na niej symbolicznie zarysowane góry, lasy, morze oraz stepy. Oczywiście to tylko symbole, które nie oddają rzeczywistego piękna i złożoności terenu, które opisują. Niemniej mapa, choć zubożona, wydaje się prawdziwa.

Dostrzegasz na mapie również drogę do Wielkiego Skarbu. Myślisz sobie, że to byłoby fajne. Niemniej droga do skarbu widzie przez nieznane Ci przełęcze, doliny i lasy. Widzisz też symbole oznaczające niebezpieczeństwo rozsiane dookoła niej. Ogarnia Cię przerażenie. Zastanawiasz się, czy dasz radę przejść tą drogą i dotrzeć do celu swojej wyprawy.

Teraz do akcji wkracza The Work ze swoimi słynnymi 4 pytaniami.

Pierwsze dwa brzmią: Czy Twoja mapa jest prawdziwa i czy możesz być tego pewien?

Przed sobą widzisz piękny widok. Twoja mapa mówi Ci, że tam za horyzontem czają się niebezpieczeństwa, które będziesz musiał pokonać w drodze do swojego celu. Jednak nie wiesz na 100%, czy Twoja mapa jest aktualna i czy odwzorowuje rzeczywistość. A co, jeśli tam nie ma żadnego niebezpieczeństwa? Trwoga nieco się rozmywa. Bo przecież nie możesz być pewien, czy Twoja mapa opisuje rzeczywistość. Jest tylko pewnym uproszczonym jej wyobrażeniem. I na dodatek statycznym - a rzeczywistość jest ciągłym procesem.

Trzecie pytanie brzmi: Czy Twoja mapa jest użyteczna?

Już wiesz, że wierząc w niebezpieczeństwa, które rzekomo mają Cię czekać po drodze, stresujesz się. Niemniej nie wiesz do końca, czy wierzyć mapie, czy nie. Jedynym sposobem jest pójść i sprawdzić, czy niebezpieczeństwo rzeczywiście tam jest. Możemy przypuszczać, że jest. Wtedy po prostu przygotowujesz się do niego lub też obierasz inną trasę. Ciągle jednak nie masz pewności, czy mapa jest prawdziwa. To nie przeszkadza Ci z niej skorzystać.

Czwarte pytanie: Kim byś był, gdybyś nie miał tej mapy?

Stałbyś na polu i podziwiał widoki. Nawet nie wiedziałbyś o Wielkim Skarbie...

Odwracanie myśli.

W tym procesie odwracasz pierwotną myśl na wiele sposobów, tworząc alternatywy. Bierzesz do ręki kartkę i ołówek i rysujesz mapę do Wielkiego Skarbu, do którego droga jest prosta, łatwa i bezpieczna. Zastanawiasz się - czy ta mapa może być prawdziwa? I choć nie musi - może być. Czy użyteczna? Może być użyteczna. I być może warto się nią kierować. Tworzysz też wiele innych map z wieloma innymi drogami. Te mapy mogą być ze sobą sprzeczne, choć będą dotyczyć tego samego terenu. To nie ma znaczenia - to tylko mapy. A teren jest terenem i po prostu nie wiemy, co tam jest na pewno, póki się tam nie znajdziemy.

Tą mapą jest Twój umysł. Terenem - nieprzewidywalna rzeczywistość.

Autor każdej mapy - nawet tej najbardziej wadliwej - miał pozytywną intencję. Chciał zdobyć Wielki Skarb. Niektórym się udało. To ci, którzy mieli mapy najbardziej zbliżone do rzeczywistości. Mapy najdokładniej ją opisujące. Ci, którzy mieli mapy nieodzwierciedlające rzeczywistości - pogubili się.

I na tym własnie polega stosowanie The Work - metody, która pozwala Ci poznać rzeczywistość, wyjść z Matrixa własnych map i - finalnie porzucając mapy - dać się prowadzić Wszechświatowi.

poniedziałek, 12 kwietnia 2010

Integracja konfliktów - model

W poprzednim poście pisałem wiele o konfliktach - o tym, skąd się biorą, jak wyglądają i o tym, że można mieć konflikt tylko z samym sobą a tzw. "zewnętrzne" konflikty to tylko ekspresja tych wewnętrznych. W tym rozumieniu świata - nie możesz mieć sprzeczki z kimś, jeśli sam jesteś wewnętrznie absolutnie spójny i wiesz, czego chcesz.

Teraz czas na praktykę - jak dokonywać integracji samego siebie?

To, co opiszę, jest strukturą pewnej umiejętności. To nie jest coś, co możesz odwalić raz i mieć to za sobą - to procedura, którą warto znać, stosować i stawać się mistrzem w jej praktyce. Inwestycja w nią bardzo Ci się opłaci.

1. Rozpoznanie konfliktu

Kiedyś wydawało mi się to najtrudniejszą opcją. Teraz zaczynam rozumieć, że jest to stosunkowo łatwe. Wystarczy przejrzeć swoje życie i poszukać znaczących konfliktów, które się miało ze znaczącymi osobami: rodzicami, bliższą rodziną, przyjaciółmi, byłymi facetami itd. Oczywiście chodzi o to, by odnaleźć te konflikty, które z naszego punktu patrzenia nie zostały rozwiązane i wciąż odnawiają rany.

2. Integracja konfliktu

Przykładowo odkryłeś w swoich wspomnieniach nierozwiązany konflikt z kimś, kto jest (lub sądzisz, że był) dla Ciebie osobą znaczącą. Oczywiście w rzeczywistości to doświadczenie się skończyło - być może nawet dawno - ale wciąż odtwarzasz je w swojej podświadomości, nie mogąc dojść z nim do porozumienia.

Wyciągnij przed siebie obie dłonie i ustaw na nich siebie i tę osobę, z którą miałeś konflikt. Ta druga osoba to oczywiście nie ona - bo jej tu i teraz może już nawet nie być. To Twoja nieuświadomiona część Ciebie. Będziesz bardzo zdziwiony, że przejąłeś od niej wiele zachowań, z których w ogóle nie zdawałeś sobie sprawy. Tak, jak ja, gdy uświadamiałem sobie, że w wielu przypadkach zachowuję się tak, jak ci, których nie znosiłem. W rzeczywistości nie znosiłem części siebie i widziałem ją u innych - tylko nie u siebie.

Oooooo - teraz zaczynasz kumać, że masz do przejrzenia cały swój system rodzinny, szkolny, matrymonialny itd. To wielkie wyzwanie i Twoje pole to popisu. Potraktuj to jako ekscytującą podróż wgłąb siebie.

Zatem pierwszy etap to odkrycie, jakie Twoje zachowania produkuje część pierwsza i druga. Tutaj możesz odkryć, że jedna gra ofiarę, druga kata. Albo smutnego i wesołego gościa. Jedna część może być rodzicem, druga - co oczywiste i implikowane z tego faktu - będzie dzieckiem (nie istnieje przecież rodzic bez dziecka). Jedna część może być cwaniakiem, który każdego wydyma - druga - jego naiwną ofiarą. Jedna romantykiem, druga - chłodnym draniem. Opcji jest wiele.

Teraz czeka Cię kolejne odkrycie. Jedną z tych części nazywałeś "ja", drugą "on/ ona". Ze zaimki pomagają Ci dysocjować się lub asocjować z danymi tożsamościami. Innymi słowy - łatwiej identyfikowałeś się (utożsamiałeś) z częścią zwaną "ja", niż z częścią, którą nazywałeś "on/ ona".

Dla bezpieczeństwa i zachowania dystansu - obie nazywaj "on/ ona". Choć obie są częściami Ciebie jako Pełni - zaimki w trzeciej osobie pomogą Ci utrzymać tzw. metapozycję, którą właśnie osiągnąłeś. Ona daje Ci możliwość bezpiecznego rozwiązania konfliktu bez popadania w trudne emocje. Metapozycja jest wtedy, gdy nie jesteś po żadnej ze stron - a więc nie sprzyjasz jednej bardziej, a drugiej mniej.

Gdy masz już obie części na swoich dłoniach, przyjrzyj się im, przysłuchaj i poczuj je. Każda z nich będzie wyglądała inaczej, będzie miała inną pozę ciała, inny głos, ton, będzie używała innych słów, odczuwała inne emocje w obliczu różnych sytuacji, które zdarzają się w Twoim życiu. Najpewniej te części będą miały swoje linie czasu, a więc sposoby, w jakie wyobrażają sobie przeszłość, odmienne przekonania (gdyby nie miały odmiennych przekonań - nie byłoby konfliktu, prawda?) itd. Zbierz o obu tych częściach jak najwięcej informacji.

Teraz czas na kolejny krok - poproś jedną i drugą, aby popatrzyły się na siebie i powiedziały, co myślą o sobie nawzajem. Na tym etapie nie będzie to oczywiście na pewno nic serdecznego. Najpewniej będą się wzajemnie negatywnie oceniać i to jest ok - wydobywasz z nich kolejne historie / przekonania.

Możesz pozwolić sobie wcielać na zmianę raz w jedną, raz w drugą i wymieniać zdania między nimi. Wejdź w pozycję pierwszej i popatrz na drugą. Co byś jej powiedział? Co byś usłyszał? Jakbyś się z tym poczuł? I potem w drugą stronę - wciel się w drugą część i zrób to samo względem pierwszej. To zupełnie niezwykłe doświadczenie - jeśli oczywiście zrobisz to dokładnie.

Idźmy dalej.

Znajdź pozytywne intencje najpierw jednej części, potem drugiej. Może ich być wiele, zatem przygotuj sobie kartkę i ołówek. Np. ofiara może chcieć miłości, czułości, ciepła. Kat - spokoju, odcięcia od problemów etc. Cwaniak - może chcieć zysków, kasy, prestiżu społecznego. Dający się dymać frajer - może chcieć zbawienia, odrodzenia i ch*j wi co jeszcze. Wypisz, czego chce każda z nich. Do czego dąży? Czego pragnie? Po co robi to, co robi? Po co powołałeś do istnienia tę tożsamość? Jakie masz z tego korzyści? Po co Ci one? Idź i drąż dalej.

Teraz masz wypisane pozytywne intencje jednej i drugiej części.

Spytaj część pierwszą, czy rozumie i akceptuje pozytywne intencje drugiej. I vice versa - niech druga część rzuci okiem na pozytywne intencje pierwszej i powie, czy je rozumie i akceptuje. Jeśli tak - ok. Jeśli nie - musisz wykonać dodatkową pracę. Jeśli część nadal nie akceptuje i nie rozumie intencji drugiej części - spytaj, jaka jest pozytywna intencja tejże właśnie pozytywnej intencji. Np. jedna część może chcieć więcej pracować. Drugiej może się to nie podobać. Spytaj więc, po kiego gniota chce ona pracować więcej. Dowiesz się, że chce ona mieć więcej kasy. I tu robi się już jaśniej - część ta dysponuje historią, że "im więcej pracuję, tym więcej będę miał kasy", co jest oczywistym bullshitem, bo można więcej pracować i nie mieć więcej kasy, jak również można mniej pracować i mieć więcej kasy.

Tak więc rozumiesz, że istnieją poziomy pozytywnych intencji. Twoim zadaniem jest wspinanie się w górę po to, by odkryć jak najbardziej ogólną intencję każdej z części. Wtedy okryjesz, że jest nią Twoje szczęście i że obie te części tego właśnie chcą - tyle, że na różne sposoby!

Zrobiłeś więc coś ważnego - odnalazłeś ich wspólny cel, w obliczu którego będą mogły razem działać i współpracować, by go osiągnąć. Z pewnością razem zrobią to znacznie efektywnej, niż osobno - zgodzisz się ze mną, prawda? Powiedz to swoim obu częściom - ważne, by poznały korzyści płynące ze współpracy i wzajemnego rozumienia.

Teraz poczyń kolejny istotny krok - sporządź listę zasobów (zasób to coś, co pozwoli Ci osiągnąć cel) obu tych części. Np. jedna może mieć pozytywną energię, druga - umiejętność refleksji, zadumę itd. Sam rozumiesz, że nie chodzi o to, by trzymać się cały czas jednego zasobu, lecz umiejętnie z nich korzystać, gdy jest ku temu potrzeba. Każda ze skonfliktowanych części posiada cenne zasoby, których nie posiada druga. Gdy nauczą się wzajemnie korzystać ze swoich zasobów - szybciej i elastyczniej osiągną wspólny cel. Ba! Może inaczej - powiem tak, byś wziął za to odpowiedzialność. Gdy TY nauczysz się korzystać z zasobów obu tych części, szybciej osiągniesz swój cel! To się nazywa synergia - gdy suma części jest czymś więcej, niż ... ich sumą!

Wypisz zatem zasoby każdej z części konfliktu i zastanów się, gdzie i kiedy warto korzystać z danego zasobu i jakie to może przynieść konsekwencje.

Możesz też wypisać słabe strony każdej z nich. Np. jedna z części może być wspaniałym marzycielem, ale do dupy realizować plany. Druga może wspaniale realizować plany, ale robi je kiepsko - bez polotu i fantazji. Gdy połączysz obie - okaże się, że potrafisz robić kiepskie plany bez fantazji i polotu, jak również do dupy je realizować :) Czy to nie wspaniałe? haha

Poproś teraz jedną i drugą część, by spojrzały na siebie jak na źródło owych cennych zasobów. Opowiedz jednej, jakie zajebiste rzeczy ma ta druga i jak fajnie byłoby się od niej tego wszystkiego nauczyć, by móc szybciej i lepiej wcielić swoje plany i zamiary w życie.

Teraz Twoim zadaniem będzie upodobnienie obu części do siebie. Zrób tak, by obie były na tej samej wysokości, były mniej więcej takiej samej wielkości, miały podobną pozycję ciała. Zadbaj, by mówiły do siebie podobnym tonem głosu, bo może było tak, że jedna krzyczała a druga cicho szeptała pod nosem. Zadbaj o to, by zaczęły nadawać na tej samej fali - mówiąc krótko. Mogą też podać sobie rękę, mogą zbliżyć się do siebie, objąć się itd. (bez fantazji erotycznych, zboku! :)

Teraz poproś swój umysł, aby zintegrował obie części, byś mógł swobodnie w każdej przyszłej sytuacji korzystać z zasobów i umiejętności obu tych części, bo przyświeca Ci waży cel - Twoje szczęście, zdrowie i dobrobyt. Bądź czujny na tzw. sygnały spójności lub niespójności. Jeśli części nie są jeszcze gotowe na integrację - mogą nie chcieć stać się jednością. Rozpoznaj, co im w tym przeszkadza, wydobądź ich przekonania i pamiętaj, że one również są cennym zasobem, z którego warto korzystać w jakiejś sytuacji.

Ostatecznie, gdy uda Ci się połączyć w jedno obie części, poczujesz sporą ulgę - ten moment nazywa się spójnością i jest ze wszech miar leczniczy, kojący i wyzwalający. Jesteś Pełnią i możesz lepiej korzystać z życia.

***

Podsumowanie

1. Rozpoznaj konflikt
2. Ustaw tożsamości na swoich dłoniach.
3. Zobacz je, wysłuchaj ich i poczuj to, co one
4. Zobacz, jakie zachowania produkuje każda z nich
5. Nazwij je "on" lub "ona" - żadna z nich nie jest Tobą (w całości), łatwiej utrzymasz metapozycję
6. Niech ocenią siebie nawzajem
7. Znajdź pozytywne intencje każdej z nich
8. Znajdź pozytywne intencje ich pozytywnych intencji - pytaj "po co Ci to?", by wspiąć się na maksymalnie ogólny poziom
9. Znajdź ich wspólny cel, do którego obie chcą dążyć
10. Sprawdź, gdy wzajemnie rozumieją i akceptują swoje pozytywne intencje każdego poziomu
11. Zobacz, jakie zasoby posiada każda część - wypisz je
12. Znajdź te zadania, z którymi dana część sobie nie radzi i w których ta druga mogłaby okazać się pomocna
13. Upodobnij części do siebie pod względem wizualnym, wzrokowym i czuciowym
14. Poproś je, niech uczą się od siebie nawzajem
15. Sprawdź, jak będą współpracować w przyszłych sytuacjach
16. Złącz je razem - niech będą jedną tożsamością, z którą będziesz mógł się od dziś identyfikować

Trudne? Początkowo tak - potem robi się łatwiejsze. To nie jest procedura na raz. To umiejętność, którą można ćwiczyć i stać się w niej mistrzem. Dlatego działaj i korzystaj.

czwartek, 8 kwietnia 2010

Wszystko o konfliktach, co chciałeś wiedzieć, ale bałeś się zapytać

Konflikty - a więc kłótnie, robienie wyrzutów, awantury, scysje itd. Czym są? Jeżeli umysł jest mapą terenu (rzeczywistości), to konflikt jest zawsze wtedy, gdy dwie tożsamości używają dwóch różnych map tego samego terenu i spierają się, która z map jest prawdziwa. Nie wiedzą, że żadna nie jest, bo prawdziwy jest tylko teren (rzeczywistość) a mapy zawsze są halunami. Czasem użytecznymi, czasem przydatnymi, ale zawsze nieprawdziwymi.

Konflikty zawsze są wewnętrzne. Nie można się kłócić z kimś innym, niż z samym sobą. Nawet, jeśli wydaje Ci się, że kłócisz się z kimś innymi, to nieprawda - kłócisz się tylko ze Twoim własnym wyobrażeniem tej osoby, a więc z częścią siebie. Osoby, które mają sporo konfliktów wewnętrznych - mają wiele konfliktów "zewnętrznych" - robią awantury, strzelają fochy. Przerzucają odpowiedzialność za sobie na innych i to sprawia, że twierdzą, że "inni są pojebani, nie ja".

Jeśli byłeś z kimś w związku i rozstałeś się z nim w awanturze i niezgodzie - to mylisz się. Po pierwsze - nie rozstałeś się z nim, lecz z fantomem. Po drugie - nie rozstałeś się - nosisz w sobie tę część dalej. Dlatego ludzie latami po chujowych związkach się zadręczają sobą. "Się" i "sobą" to dwie tożsamości w konflikcie. Wszelkie zaimki osobowe (ja, oni, ona, wy) tworzą wiele tożsamości. Każda z nich jest wewnętrzna, stworzona przez Twój umysł. To dlatego inni ludzie są lustrami, w których się przeglądamy. I dlatego udajemy, że nie bierzemy odpowiedzialności za to, co "on" zrobił i tracimy kontrolę nad życiem. Z kolei zaimki zwrotne (się, sobie, siebie) tworzą relację. Ktoś mówi "(ja) boję się" - w tym zdaniu "ja" straszy "się". Są więc dwie części - ta, która straszy, i ta, która się boi.

Konflikty objawiają się wiarą w sprzeczne przekonania. Pojawia się facet, z którym byłem 2 lata temu, i twierdzi, że mnie podziwia z jednej strony, z drugiej - go smucę, denerwuję itd. Myśli, że ja mam coś z tym wspólnego po 2 latach niewidzenia. Nie wie, że moim imieniem ochrzcił część siebie, z którą nie może dojść do porozumienia, bo nie widzi jej pozytywnych intencji i cennych zasobów, które posiada.

Konflikt objawia się też używaniem spójników przeciwstawnych: ale, aczkolwiek, natomiast, lecz itd. "To auto jest ładne, ale jest drogie" - podoba Ci się, ALE nie masz na nie kasy. Nie masz na nie kasy, ALE Ci się podoba. Itd. Czasem wystarczy po prostu użyć spójnika łącznego, np. "i" - "To auto jest drogie i ładne". Wtedy konflikt masz z głowy. Możesz spokojnie kupić ładne i tanie.

Konflikty wspaniale wychodzą w relacjach z "innymi" ludźmi - a raczej z naszymi wyobrażeniami na ich temat. Jeśli się z kimś pożresz - wiedz, że pożarłeś się z samym sobą, z pewną częścią Ciebie. Zmień imię z Waldek, Zenek czy z kim się tam pokłóciłeś na "ja" i ustaw obie części na swoich dłoniach. Zobacz je, usłysz, poczuj. Każda z nich ma pozytywne intencje względem Ciebie. Każda z nich ma cenne zasoby, których ta druga mogłaby użyć, aby obie mogły osiągnąć wspólny cel jakim jest Twoje szczęście.

Gdy ktoś prosi Cię o więcej czułości a Ty odmawiasz, bo "nie dasz rady" - sam siebie prosisz o więcej czułości i sam sobie odmawiasz. Gdy zakochałeś się w kimś po uszy a ten ktoś Cię olał - zakochałeś się w samym sobie i sam siebie olałeś. Gdy ktoś Cię obraził - sam siebie obraziłeś i sam czujesz się urażony.

Ta świadomość daje Ci wspaniałe pole do popisu - możesz teraz bowiem używać związków z ludźmi aby usprawniać związek z samym sobą. Baw się tym, bo warto. To nieprawdopodobnie poprawia jakość relacji z sobą, a gdy to się dzieje - poprawia jednocześnie jakość relacji z innymi. Lub raczej z "innymi". Bierzesz pełną odpowiedzialność za swoje relacje i to Ty je kreujesz wedle uznania. Całkowicie rządzisz i nic nie może Ci tego odebrać prócz Ciebie samego.

Zjebane relacje psują nie tylko samopoczucie. Są powodem wielu chorób, np. nowotworów, chorób autoimmunologicznych itd. Inni ludzie są po to, byśmy dzięki nim przejrzeli, co tkwi w nas samych. Stąd metafora, że są lustrami. Wszystko, co myślimy o innych, jest tylko tym, co myślimy o innych, a więc projekcją naszego ego. Obawiasz się, że inni pomyślą, że coś jest z Tobą nie tak? Obawiasz się tego, bo sam tak o sobie myślisz. "Sam" i "sobie" - dwie tożsamości. Jedna ocenia drugą - "hej, coś z Tobą nie tak". Czy to prawda, że coś z Tobą nie tak?

Masz narzędzia na tym blogu, by to rozwalić, np. The Work. Baw się mocno i ciekawie. Jeśli masz pytania - wal je w komentach - chętnie odpowiem. Pozdrawiam.

niedziela, 4 kwietnia 2010

Koncepcja połówek pomarańczy - sprawdzony sposób, by być nieszczęśliwym

"Brakuje mi kogoś... Brakuje mi czegoś..." - stwierdził Ambroży pewnego wieczoru. Niby wszystko okej - miał pracę, miał mieszkanie, fantastycznych znajomych, kasę. Był też właściwie zdrowy. Niemniej coś przeszkadzało mu w byciu szczęśliwym. Brakowało mu czułości, bliskości, intymności. Gdyby można było zejść do sklepu na dół, kupić ich parę kilo, byłoby fajnie. Albo zamówić trochę na Allegro. Ale nie. Do zdobycia tego, czego mu brakowało, potrzeba było drugiej osoby. I tu pojawiał się problem. Ambroży próbował różnych strategii uwodzenia - "Przez żołądek do serca", "Przez dupę do serca" aż w końcu "Przez żołądek do chuja" - ale żadna nie okazywała się skuteczna. Ambroży nie wiedział, że to czego szuka, to czułości, bliskości i intymności z samym sobą, by móc wypełnić iluzoryczną pustkę, która go wypełniała i która była konsekwencją wiary w przekonanie, że...

"Czegoś mi brakuje"

Ludzie czują czasem tzw. pustkę. I to nie taką pustkę, w którą można wstawić sześciopak piwa, żeby go zmrozić. To pustka, która staje się dla nich czarną dziurą wysysającą życie z ich wewnętrznych systemów. Jest ona efektem wiary w historię pt. "Czegoś mi brakuje, jestem niepełny, potrzebuję drugiej połówki." A potem znajdują kogoś, kto "daje" im szczęście (jakby szczęście było policzalne lub mierzalne w jakikolwiek logiczno-matematyczny sposób) ... albo im je "odbiera". Gdy taki ktoś odchodzi - czują, że ktoś im "zabrał" kawałek siebie, wyrwał coś i zostawił znów z tą nieznośną pustką.

Czy Ty również sądzisz, że czegoś Ci brakuje..? Pomyśl. Może, podobnie, jak Ambrożemu, brakuje Ci bliskości, intymności, czułości? Zrób listę. Teraz. Co Ci szkodzi, działaj. Każda z tych historii w jakiś sposób tworzy Twoje oczekiwanie - że ktoś "da" Ci to, czego Ci brakuje. Bo przecież jesteś dziurawy, niedorobiony, prawda? Stąd ktoś musi być Twoim dilerem szczęścia. A skoro takie historie tworzą oczekiwanie - tworzą też możliwość, że ktoś Cię rozczaruje. Albo - biorąc pewną odpowiedzialność za siebie - że TY rozczarujesz się kimś za pomocą wiary w taką historię. A gdy to się stanie - pojawi się być może poczucie odrzucenia, krzywdy...?

Brakuje mi X.

Czy to prawda? Zajrzyj w głąb siebie i uświadom sobie fakt, że tak naprawdę po prostu sam sobie nie dajesz X. Nie nauczyłeś się może produkować X. Albo nauczyłeś się, ale dajesz to tylko innym, sobie nie z jakiś powodów.

Czy ta myśl - że brakuje Ci X - jest korzystna dla Twojego życia? Czy wnosi stres czy spokój? Jak się czujesz, gdy dajesz wiarę takiej myśli? Wiara w historię pt. "Brakuje mi X" tworzy tzw. halucynację negatywną. Widzisz wszystko poza X. Nawet, jeśli za moment miałbyś w X utonąć - nie dałbyś temu wiary, wierząc w historię, że "brakuje mi X".

Kim byś był, gdybyś nie mógł wierzyć w myśl, że "brakuje Ci X"? Daj sobie chwilę na to, aby Twoja intuicja stworzyła obraz, aby Twoje serce uwolniło uczucia, które pojawią się, gdy wywalisz tę historię.

A co, jeśli tak naprawdę nie brakuje Ci X? Znasz ludzi, którzy mają 100 000 zł na koncie i mówią, że brakuje im kasy...? Znasz ludzi, którzy są zdrowi i mówią, że brakuje im zdrowia? Może również Ty jesteś bogaty w X, ale tego nie dostrzegasz...?

Wyzbywając się historii pt. "brakuje mi X" - odkrywasz, że jesteś Pełnią. Że nie ma połówek pomarańczy, bo są tylko pełne pomarańcze wierzące w to, że są połówkami. Rozumiesz, że jesteś cały. Kompletny. Samowystarczalny. I że sam sobie robisz dobrze, że sam dbasz o to, aby Twoje potrzeby były zaspokojone - jakkolwiek masturbacyjnie by to nie zabrzmiało.

niedziela, 21 marca 2010

Nowe spojrzenie na monogamię

Popularna wartość, wdrukowana społecznie w drodze socjalizacji. Monogamia, czyli potoczny nacisk, byś był z jedną osobą, kochał i dupczył tylko ją. Wiąże się z iluzorycznymi pojęciami wierności i zdrady, czyli wyimaginowanych i również społecznie wdrukowanych podziałów, pochodnej "dobra i zła". Wszystko byłoby okej, gdyby nie fakt, że z głosem społecznym nie idzie w parze głos biologiczny, który pompuje nam krew w penisy, gdy widzimy ładnego faceta w samej bieliźnie.

Zastanówmy się przez moment - co tak naprawdę przeszkadza nam w byciu monogamistycznymi samcami? Czy serio mamy "potrzeby", które partner musi zaspokajać, bo inaczej prymitywnie będziemy poszukiwać realizacji u innych? A co, jeśli "potrzeba" jest tylko tym, czego nie umiemy dać sami sobie i szukamy tego na zewnątrz?

Coś w tym jest, dlatego zatrzymajmy się na chwilę.

Ktoś nie umie dać sobie szczęścia - więc szuka kogoś, kto "da mu szczęście" - jakby szczęście było upominkiem, prezentem w wielką różową kokardką. Ktoś nie umie być sam dla siebie dobrym towarzystwem - więc szuka dobrego towarzystwa, by uciec przed przerażającą otchłanią samotności. Ktoś nie czuje bliskości - bo sam ze sobą nie ma kontaktu.

Bo gdyby miał, powoli mógłby zacząć uświadamiać sobie, że związek z samym sobą jest zawsze monogamią i zawsze jest w pełni kompletny. Pod jednym tylko warunkiem - wyzbycia się iluzorycznych potrzeb. To właśnie one potrafią spierdolić całą zabawę wynikającą z przebywania z samym sobą.

"Potrzebuję go", "Potrzebuję seksu", "Potrzebuję XXXX" itd. Wiara w te przekonania szybko odbija się na poziomie zachowań, jak i odczuciach osoby. Jeść, spać i wydalać to jedyne "prawdziwe" potrzeby - pod warunkiem, że masz potrzebę życia. Bo jeśli nie masz - to również one posypią się, gdy zaczniesz je kwestionować i być względem nich zwyczajnie sceptycznym - tak, jak jesteś sceptyczny wobec kogoś obcego, kto opowiada Ci, że wystarczy, byś mu dał 10 000 złotych a on za rok odda Ci 20 000.

Pamiętam, gdy wyzbyłem się potrzeby seksu. To było wielkie wydarzenie i ogromny krok w moim rozwoju osobistym. Od tamtej pory nie mógłbym już zdradzić drugiej osoby w potocznym rozumieniu (jebać się z kimś poza związkiem). Nie mam potrzeby ruchania się. Po prostu. To nie oznacza, że nie chcę - to oznacza, że nie muszę. Oto popęd, który do wcześniej wydawał mi się zakodowany genetycznie, nagle stał się moją zabawką. Odzyskałem odpowiedzialność za własnego fiuta i to był wielki krok do przodu.

Z tego też względu osoby, które nie mają potrzeby bycia w związku - ale też się tego nie boją - są potencjalnie najlepszymi partnerami. Bo z jednej strony - mogą z kimś być, ale z drugiej - nie potrzebują. A skoro nie potrzebują - nie będą zdesperowani, zapewne też nie będą ruchać na boku i szukać zaspokojenia iluzorycznych potrzeb w ramionach innych facetów.

Jak jednak wyzbyć się potrzeby bycia w związku z kimś?

Jak wyzbyć się potrzeby bycia przytulanym, kochanym, uwielbianym itd.? Pierwszym krokiem jest uświadomienie sobie, że wszystko, czego potrzebujesz, masz już w sobie. Po prostu to wydobądź. Daj sobie to, czego pragniesz i bądź sceptyczny wobec własnych potrzeb, rozumiejąc, że większość z nich wjebała Ci do głowy MTV, nowy katalog z ciuchami czy inne "instytucje".

To właśnie monogamia - uświadomienie sobie kompletności związku z samym sobą. W tym związku jesteś cały czas. Gdy sam sobie dasz wszystko, czego pragniesz, nie masz już czego szukać na zewnątrz. A dodatkowo - możesz owe "zewnątrz" wzbogacać swoją osobą - dając światu to, czego masz w nadmiarze - Pełnię swojej osoby.

I to będzie ten magiczny moment, w którym poczujesz, że naprawdę - z ręką na sercu - nikogo nie potrzebujesz. Że Twój związek z samym sobą jest pełny, harmonijny i szczęśliwy. A wtedy każdy inny związek - który jest metaforą tego właśnie pierwotnego związku - będzie taki sam.

I jeśli myślisz, że ja ten moment osiągnąłem, to od razu powiem Ci, że nie. Ale czuję, że to dobry dla mnie kierunek i w nim właśnie chcę się rozwijać, wykorzystując każdą okazję, by się tego uczyć - jak żyć w absolutnej zgodzie z samym sobą.

Czy potrzeba 3 związków, by nauczyć się z kimś być?

Podobno ekspertem jest ktoś, kto w danej dziedzinie popełnił wszystkie możliwe błędy. Jeśli tak - jestem ekspertem w dziedzinie tworzenia związków. Miałem ich tyle i pierdoliłem je na tyle możliwych sposobów, że powinienem mieć przed nazwiskiem tytuł doktora w zjebanych relacjach. Przez to być może nie jestem idealnym źródłem informacji o tym, jak budować doskonałe związki - ale za to chyba mogę myśleć o sobie jak o kompendium wiedzy na temat tego, czego w związkach nie robić.

Podobno trzeba 3 związków, by nauczyć się być z drugą osobą - niedawno spotkałem się z taką właśnie teorią. Moja historia w jakimś stopniu jest jej potwierdzeniem, a w pewnym - jej zaprzeczeniem.

Pierwszy facet. Zakochaliśmy się. Imponował mi wieloma rzeczami - bo był starszy, miał wykształcenie wyższe, był taki zaradny, obyty w świecie i jednocześnie spokojny i opanowany. Tak go kochałem, że chciałem z niego zrobić maskotkę-niewolnika. Kogoś, kto spełniałby idealnie moje wygórowane wymagania, które wtedy wydawały mi się "niezbędnym minimum". Robiłem z nim "poważne rozmowy", które prowadziły tylko do jednego - zjebanego nastroju. A ja wciąż wydziwiałem - jak księżniczka na ziarnku grochu. W końcu - gdy szlifowałem już klucze do jego złotej klatki - on uciekł. Bardzo cierpiałem, choć wiem, że dobrze zrobił.

W tamtym związku nie wiedziałem jeszcze, że druga osoba tak po prostu ma wolną wolę i to, że mnie kocha, nie uprawnia mnie do zrobienia z niego niewolnika.

Drugi facet. Wtedy było odwrotnie - oddałem mu całą kontrolę. Pomyślałem, że jeśli będę robił to, co on chce i kompletnie ignorował swoje potrzeby (a więc odwrotnie niż podczas pierwszego związku), to będziemy razem na zawsze szczęśliwi. Hmm... dopiero dziś, gdy ubieram to wszystko w słowa, widzę, jak idiotycznie to wygląda i brzmi. Ten nonsens doprowadził mnie do jeszcze większej emocjonalnej katastrofy, niż pierwszy związek. Pogrążony w chorobach, depresji - czułem, jak moje życie przestaje mieć jakikolwiek sens.

Nauczyłem się, że ignorowanie własnych pragnień jest gorsze, niż ignorowanie czyiś. Bo wtedy naprawdę nie ma już nikogo, kto by o nie zadbał.

Z tego okrutnego letargu wytrącił mnie trzeci facet. I tu - niczym w bajkach - powinno być klasyczne "i żyli długo i szczęśliwie..." Tak, oczywiście - ale tak dzieje się chyba tylko w bajkach heteryckich, gdzie kobieca stateczność i rozsądek są przeciwwagą dla nieposkromionych samczych popędów. To była jednak bajka typowo homo. Tym razem ja - nie wiedząc czemu - poczułem się jak w złotej klatce. Zanim się zorientowałem, jej bogato zdobione kraty po cichu zdążyły mnie otoczyć i pewnego dnia po prostu obudziłem się w luksusowym więzieniu. Miałem seks kiedy tylko chciałem, miałem śniadania do łóżka, miałem z kim porozmawiać, do kogo się zwrócić... Ale nie mogłem mieć znajomych, nie mogłem mieć konta na fellow (bo i po co mi? - spytał lęk), nie mogłem wyjść na zakupy, aby nie musieć się tłumaczyć, gdzie byłem i co robiłem.

W końcu oczywiście wszystko się rozpadło a ja poczułem - prócz dziwnej pustki w środku - również nieopisaną ulgę. Odzyskałem znów poczucie wolności, za które odpowiedzialność oddałem komuś, kto się do tego kompletnie nie nadawał w tamtej chwili.

To był mój trzeci związek. Jego pierwszy. To by wiele wyjaśniało.

Będąc z kimś w związku, wydaje się, że poznajemy drugą osobę. Nie sądzę. Poznajemy tylko lepiej samych siebie. Jak mówi poetka - "Tyle wiemy o sobie, na ile nas sprawdzono." Dziś wiem już znacznie lepiej, czego chcę a czego nie. Coraz bardziej jestem świadomy swoich pragnień i tego, jakbym chciał, aby wyglądało moje życie. To nie jest absolutna pewność - to po prostu ogólne wrażenie, jakby zarys, generalny konstrukt. Rama, w którą chciałbym wsadzić kolejny obraz.

Czy zatem potrzeba 3 związków, aby nauczyć się z kimś być? I tak i nie. Tak, bo każdy z nich czegoś uczy. Nie, bo każdy z nich czegoś uczy o Tobie i o Twoim związku z samym sobą.

Tak naprawdę jedyną osobą, z którą musisz nauczyć się być, jesteś Ty sam. Wytrzymać z samym sobą do końca życia w spokojnym, harmonijnym i ułożonym związku - to wielkie wyzwanie. Czy umiesz wyzbyć się głupich potrzeb? Czy umiesz zaspokoić pragnienia swojego serca... sam? Czy umiesz sam siebie kochać tak, by niczego Ci nie brakowało wewnątrz? Czy możesz sam na sobie polegać? Czy czujesz, że dasz radę? Czy umiesz wyzbyć się lęków przed samotnością? Czy sam dla siebie jesteś tak dobrym towarzystwem, że nie wiesz, co to samotność...?

wtorek, 2 marca 2010

List do DreamWalkera

Drogi DreamWalkerze,

Dziękuję Ci, że przez ostatni rok pisałeś tego bloga. Dzięki niemu udało się. Udało się, choć początkowo nie miałeś odwagi i wiedz, że napisanie tego listu do Ciebie wymagało od Ciebie sporej odwagi. Udało się przejrzeć w lustrze i zobaczyć TO. W końcu.

Zobaczyć, jakim miękkim fiutem jesteś.

Tak, dokładnie - Twoje oczy Cię nie mylą. Napisałem, że jesteś miękkim fiutem. Hej, hej, tylko nie wylatuj mi teraz ze swoim zabawnym tekstem: "Tylko nie miękkim!" To było śmieszne rok temu, gdy zaczynałeś. Dziś, czytając swoje posty, wiesz już, że połowa z nich to śmieci, projekcje zaślepionego umysłu.

Spójrz prawdzie w oczy - jesteś cholernym kozakiem.

Kozakiem, który grał wielkiego, niezniszczalnego, wiecznie pozytywnie nakręconego człowieka z plastiku. Byłeś bardziej sztuczny niż zupka kung fu z Radomia. Silikonowy, jak biust Dody. Wiesz o tym, prawda? Choroba pokazała Ci, że nie budzi się demonów, które w Tobie śpią, jeśli nie jesteś gotów, by je przyjąć z otwartymi rękami.

Przegrasz, jeśli będziesz walczył. Teraz już to wiesz.

Nie jesteś gotowy, by je budzić. Dlatego wciąż w Tobie śpią. Musisz chodzić cicho, by nie otworzyły swych oczu. Wiesz, jakie myśli potrafią stworzyć, gdy się obudzą... Wiesz, że mogą Cię zniszczyć. Próbowały i były blisko. Ten list... Już go podarłeś. Ale myśli, które w nim zawarłeś... wciąż są całe.

Nie wierzysz w TE myśli, prawda? Nie musisz. Twoje tożsamości wierzą. To one kontrolują Twoje ciało.

Korzystaj z dni, w których demony są nieprzytomne. A gdy wychodzą na łowy - wiesz już, jak przetrwać noc. Wiesz, że nie ma ucieczki, wiesz, że walka jest niemożliwa. Dlatego pozwalasz wcielać się im w Twoje ciało, kruszyć Twoje zęby, wyciskając łzy. I możesz tylko patrzeć, jak cierpisz. A taki silny byłeś... Nie byłeś! To była maska, wiesz o tym.

Ten list do Ciebie zdejmuje tę maskę.

Czy dotrze do autentycznego Ciebie? Czy może kolejny DreamWalker okaże się iluzorycznym ego?

Chyba jesteś bliżej prawdy, Dreamuś. Dziś w końcu przejrzałeś na oczy. Na chwilę. Zobaczyłeś Coś - zbiór komórek, tkanek i narządów, napędzany elektrycznymi impulsami biegnącymi wzdłuż nerwów. Zobaczyłeś Coś, co odbiera informacje, przetwarza je i produkuje zachowania. Coś, co samo siebie określa kodem "DreamWalker, autor tego bloga." To Coś je, chodzi, oddycha. Czy to Coś w ogóle istnieje?

To był moment prawdy - byłeś poza tym, co nazywałeś sobą.

Teraz wiesz już, co znaczy myśl: "Jesteś kimś więcej, niż myślisz." - bo cokolwiek o sobie pomyślisz, zawsze jest jeszcze ten, kto myśli... Tyle razy wychodziłeś z siebie, że w końcu zdjąłeś na moment wszystkie swoje pragnienia - niczym płaszcz zawiesiłeś je na moment. Tam nie było już choroby, nie było zdrowia, prawdy i kłamstwa, nie było nawet myśli.

Och, wiem. Ulga, co nie? Pragniesz rozpuścić się w tym niebycie raz jeszcze, prawda?

Przywilej nieistnienia jest jak narkotyk. Istnienie obarczone jest bowiem tyloma konsekwencjami... Nie można nie posiadać, a więc nie można nie liczyć zysków i strat. Nie też można nie mieć oczekiwań. A nieistnienie... Jest tak proste. Nic musisz nic robić. Znika wysiłek, znika cel i problem, znikają oczekiwania oraz - co za tym idzie - wszelkie rozczarowania.

Leżysz teraz zmęczony chorobą, całymi dniami oglądając Przyjaciół i żrąc tuczące czipsy o smaku karkówki z grilla i wierz mi - one nawet obok grilla nie leżały. Nawet ten weekend pełen imprez był jak sen. I co z tego, że przebrałeś się za nowojorskiego dziennikarza z lat 50'? Zachwyt krowy, wampira i pirata był wart wysiłku?

Gra w Twistera naciągnęła Ci mięśnie o których nawet nie wiedziałeś, że je masz.

Pomyśl, w jakim stanie musisz być, skoro myśl, że Twoje życie mogłoby się skończyć za 3 miesiące, była dla Ciebie... pocieszeniem!

Wiem, dobijam Cię. Ale wiesz, po co to robię. Byś osiągnął dno. Dopiero wtedy się odbijesz. Widać jeszcze mało dostałeś w dupę, byś nią ruszył. Mam Cię dobić bardziej? Proszę uprzejmie: nie wiadomo, czy kiedykolwiek wyzdrowiejesz. Lekarze są bezradni a dziedzina nauki, która mogłaby Ci pomóc, dopiero raczkuje. Nie ma na to leku. 96% pacjentów nie odnotowuje poprawy przez resztę życia. Przywitaj się z nimi. Przywitaj się, bo nie masz nikogo. Jesteś sam, jak palec. Dobrze Ci tak. Kto by Cię chciał? W ogóle - kto by Cię zrozumiał? Kasa na koncie topnieje. A Twój najlepszy klient kręci nosem. Nie wiadomo, czy zapłaci...

Ha ha ha, teraz Cię dobiłem, prawda?

Ale nie przejmuj się, wcześniej czy później obudzisz się ze snu zwanego życiem. Twoje 25-letnie życie okaże się tylko krótką, popołudniową drzemką. Obudzisz się na ciepłej, leśnej polanie. Wśród bzyczących owadami kęp trawy, śpiewów ptaków. Będzie tak słonecznie, jak nigdy. Obiecuję.

A teraz Dream, weź pigułkę. Weź pigułkę, ona Ci pomoże. Lek na życie działa zawsze - wszyscy, którzy go testowali, umarli. Leczenie jeszcze nigdy nie było tak proste. Przyznasz, że ostatnie zdanie mogłoby być sloganem arszeniku.

Z poważaniem,
DreamWalker

czwartek, 18 lutego 2010

Rocznica założenia bloga

Wszystko zaczęło się 18 lutego 2009 roku. To była środa. Zainspirowany nie wiadomo czym DreamWalker całkowicie spontanicznie postanowił założyć bloga. Ku jego własnemu zaskoczeniu - udało mu się nawet regularnie go prowadzić.

Dziś, 104 posty dalej, ogląda się wstecz i widzi: Dream, odwaliłeś kawał dobrej roboty.

Było wiele spięć na tym blogu, było wiele kontrowersyjnych i ciekawych tematów, komentarzy, było też wiele podziękowań i maili. Dużo odkryć, zmian oraz introspekcji.

Do kamieni milowych rozwoju osobistego mijającego roku zaliczam dwa główne nurty postów. Pierwszy - dotyczący koherencji serca. Drugi - dotyczący The Work, czyli 4 magicznych pytań kwestionujących myśli. Te dwa narzędzia nie tylko doskonale uzupełniają się, ale też wiodą do zupełnie nowego świata - świata istniejącego poza umysłowymi schematami - świata, który można poznać tylko sercem.

A gdy pomyślę sobie, jak wiele fantastycznych odkryć może przynieść kolejny rok - aż mi włosy dęba stają z podekscytowania :)

Dziękuję wszystkim, którzy inspirowali i wciąż inspirują mnie do tworzenia tego bloga i do tego, by ten blog tworzył mnie. Dziękuję Tobie, że razem ze mną uczysz się myślenia poza utartymi schematami i wychodzenia świadomością mocno poza to, co ogólnie przyjęte.

Do poczytania Podróżniku,
DreamWalker

niedziela, 14 lutego 2010

Spacer poza historie

3 dni temu zdarzyło się coś niezwykłego. Późną porą wyszedłem na spacer. I zadałem sobie pytanie: "Jakby to było, gdybym nie mógł uwierzyć w prawdziwość jakiejkolwiek myśli na temat tego spaceru?".

I zaczęły dziać się rzeczy niezwykłe...

Oto stare ulice, znane miejsca i pozornie banalne widoki nagle przeistoczyły się w magiczną krainę. Oprószone śniegiem, oświetlone mdłym światłem latarni ulicznych pejzaże okazały się zupełnie nowe, świeże, absolutnie wyjątkowe. Mój umysł wciąż produkował historie: "To już znasz, wiesz gdzie idziesz, wiesz, po co. Byłeś tu setki razy." Ktoś zwany DreamWalkerem szedł wiedziony historiami. Ale jego dusza nie mogła uwierzyć w żadną z nich. Czas się rozpłynął. Nie wiem, która była, gdy płynąłem przez przygodę zwaną spacerem. To, co pokazywał zegarek, nagle nie miało żadnego znaczenia.

To było jedno z najbardziej mistycznych doświadczeń, jakie miałem w życiu.

Słowa nie oddadzą tego doświadczenia, bo słowa mogą tworzyć tylko kolejne historyjki. Wiem tylko, że doświadczenie to było efektem ubocznym ciągłej pracy z pytaniami z The Work (poszukaj na blogu).

Szedłem ulicą a umysł dyktował: "Tam jest Twój dom. Możesz tam wrócić, możesz położyć się do łóżka i zasnąć." Nie mogłem uwierzyć, że to prawda. Chciałem to sprawdzić. Ogarnęła mnie fascynacja, czy faktycznie prawdą jest to, co dyktował mi mój umysł. Mówił: "W kieszeni masz klucze do tego domu". Sprawdziłem - były! Byłem wniebowzięty. Mój umysł oferował mi bardzo adaptacyjne historie. Pojawiały się i znikały, bo nie próbowałem oszukiwać się, że są moje.


Każda opowieść, którą snuje nasz umysł, pochodzi skądś. Każdego słowa, które znamy, nauczył nas Wszechświat. Umysł nie należy do nas. Mówimy "mój umysł", ale on nie jest nasz. Nigdy nie był.

Ktoś mówi: "Nie zasługuję na to, by żyć". A ja go pytam: "Kto tak mówi?". A oni: "Ja!". Nie! Sam by na to nie wpadł. Ktoś mu tak powiedział a on uznał to za swoją myśl.

"Nasze" myśli pochodzą od rodziny, znajomych, przyjaciół, telewizji, radia i gazet. Swobodnie płyną przez eter Wszechświata, a my zachłannie nazywamy je swoimi, wdrukowując sobie w mózg kolejne obwody. Obwody, które będą potem odpalać się w odpowiednich sytuacjach i sugerować nam, do czego dążyć i czego unikać.

Tamtego wieczoru zwątpiłem w swój umysł.

To było piękne - zobaczyłem Rzeczywistość taką, jaka jest naprawdę. Bez opowieści. Bez mojej historii, która zawsze ogranicza, zawsze zakłada klapki na oczy. Zawsze upraszcza i zniekształca rzeczywistość. Nagle zobaczyłem ćpuna na ławce. Moje fizyczne "ja", które nawet nie jest moje, wystraszyło się i w jednej chwili wpompowało do krwiobiegu mnóstwo adrenaliny. Ale to nie była moja adrenalina, to nie było moje ciało. To było ciało, z którym zwykłem się identyfikować. Moja dusza pozostawała w spokoju.

Wszedłem do swojego domu, rozejrzałem się i wszystko było nowe. Rozdziewiczałem spojrzeniem każdą ścianę, każdy przedmiot. Tak, jakby powstawały dopiero teraz. DreamWalker zadecydował, że położy się do łóżka w ubraniu. Tak też zrobił i zasnął.

Magia.

niedziela, 7 lutego 2010

Sposób na trwały związek - zakochaj się... celowo!

Nasza europejska, jak i amerykańska kultura zdaje się być zakochana w samej idei nagłego zakochiwania - zauważył to już dawno Richard Bandler w swojej książce "Wolność jest wszystkim, miłość całą resztą." I faktycznie - lada moment będą Walentynki, kwiaciarnie już po gałach walą wielkimi, czerwonymi sercami a ludzie zdają się zapominać, że jeśli ktoś jest zakochany - to Walentynki ma codziennie. A jak ktoś nie jest - to i tak mu wszystko jedno.

Zwykliśmy myśleć o miłości jak o czymś, co nadchodzi samo i w sposób niekontrolowany. Oto nagle z dnia na dzień zakochujemy się w kimś i zapominamy o całym świecie. Nadzwyczaj często też, gdy zakochanie mija, okazuje się, że partner wcale nie jest taki wspaniały, jak nam się wydawało... I wtedy mamy problem. Bo skoro miłość "przychodzi sama" - to i odejść może "sama" i teoretycznie gówno możemy z tym zrobić.

Ale na szczęście tylko teoretycznie teoria zgadza się z praktyką, bo w praktyce różnice między teorią a praktyką często występują. Jak pokazują badania przeprowadzone przez Roberta Epsteina z Uniwersytetu Harvarda - jest cudowny sposób, aby stan miłości i zakochania zachować na dłużej:

Można zakochać się świadomie!

Może zacznijmy od minusów tego rozwiązania.

Po pierwsze - świadome zakochiwanie się nie jest tak spektakularne, jak to spontaniczne, będące efektem robienia sobie z drugą osobą w głowie dzikich filmów porno-romantycznych. Świadome zakochiwanie się w kimś jest efektem pracy nad sobą, ciągłego, systematycznego i konsekwentnego przywiązywania się do wybranej osoby.

Po drugie - możesz spotkać kulturowo wdrukowany opór pt. "serce nie sługa", że "tego nie da się zaplanować" i takie tam. Jak się zaraz przekonasz - to wcale nie musi być prawdą.

Ale świadome wywoływanie zakochania, które stopniowo przerodzi się w głęboką intymność, bliskość i namiętność ma też swoje ogromne plusy, które warto zaznaczyć.

Przede wszystkim - świadomie dobierasz partnera. To cudowny przywilej w świecie, w którym raz na jakiś czas spotyka się ludzi z zamkniętym sercem, ubranych w maski czy opętanych myślami o seksie. Możesz z góry określić kryteria, jakie musi spełniać ktoś, w kim będziesz chciał się zakochać i to daje Ci gigantyczną strategiczną przewagę - mniej pomyłek, szybsze dotarcie do celu.

Po drugie - związek, który rozpoczyna się świadomie wywoływanym stanem zakochania (jak to się robi - o tym za moment), jest o wiele trwalszy, niż związki powstałe w wyniku niespodziewanego ugodzenia strzałą Amora. Udowodnili to naukowcy porównujący trwałość małżeństw z wyboru i małżeństw zawieranych pod presją np. rodziny (stanowiących ok. 50% wszystkich małżeństw na świecie!). Małżeństwa z wyboru były efektem nagłego zakochania, które z czasem przemijało pozostawiając za sobą rozczarowanie (w Polsce rozpada się 1/4 małżeństw - na Zachodzie - co drugie!). Z kolei małżeństwa, które zwierane były pod presją rodziny - okazywały się o wiele szczęśliwsze wraz z upływającym czasem. Tam partnerzy wiedzieli, że nie mają jak zwiać, więc ćwiczyli okazywanie sobie miłości - aż w końcu faktycznie się pokochali.

Wniosek - warto zakochiwać się świadomie - by mieć odpowiedniego partnera, by miłość trwała dłużej i by uniknąć rozczarowań, przykrych emocji i lat próbowania stworzenia czegoś z nieodpowiednimi osobami.

Teraz pojawia się kluczowe pytanie:

Jak zakochać się świadomie?

Epstein wraz ze swoimi współpracownikami przeprowadzili szereg bardzo interesujących eksperymentów dot. zakochania. Dzięki nim udało się wyłonić te zachowania, które decydują o tym, czy w kimś się zakochamy, czy nie. Jak się okazało - zakochanie zmusza nas do pewnych zachowań - a pewne zachowania zmuszają nas, byśmy się zakochali. Wykonując świadomie pewne zachowania - narażamy się na ryzyko zakochania się, bo oba te elementy stanowią sprzężenie zwrotne.

Zobaczmy, jakie to zachowania (wymieniam tylko te ciekawsze i dające się zastosować w praktyce):

  • Patrzenie sobie w oczy - to bardzo łatwe i przyjemne zarazem. James Laird z Clark University zauważył w latach 80., że patrzenie sobie w oczy powoduje ocieplenie uczuć i podwyższa poziom sympatii do drugiej osoby. Potwierdził to też wspomniany Robert Epstein. Możesz to łatwo sprawdzić, unikając spoglądania w oczy Twoim rozmówcom - natychmiast będą czuli się zaniepokojeni i będą Cię unikać. Jeśli jednak zależy Ci na efekcie odwrotnym - warto patrzeć sobie w oczy. Już po 2 minutach zauważysz i poczujesz pierwsze pozytywne efekty.
  • Odzwierciedlanie zachowań - Epstein nie rozwodzi się nad tym aż tak, ale to temat rzeka. Umiejętność subtelnego i eleganckiego odzwierciedlania zachowań drugiej osoby to potężne narzędzie, dzięki któremu możesz niemal scalić się z umysłem drugiej osoby, rozumieć ją bez słów i tworzyć głęboką więź emocjonalną. Trzeba jednak uważać na to, z kim się buduje taką więź, bo jest to broń obosieczna. Będę o tym mówił szerzej w przyszłości, bo to temat cholernie ważny i stanowi absolutną bazę do budowania dobrych związków.
  • Wymiana sekretów - powolne odkrywanie swoich kart, ujawnianie rzeczy, których nie powiedzielibyśmy nikomu obcemu - to nie tylko wyraz zaufania (czyli braku lęków), ale też sposób, by zbudować silny związek z drugą osobą - poprzez poznanie jej bliżej.
  • Zbliżanie się do siebie - centymetr po centymetrze zbliżanie się do siebie powoduje powolne przełamywanie lodów i owej niewidzialnej bariery intymności. Oczywiście nie wolno tego robić nachalnie, bo źle to się skończy. Warto zacząć od subtelnych, niby przypadkowych dotknięć podczas zwykłej rozmowy, która wraz z biegiem czasu pozwala Ci zbliżyć się do wybranej osoby coraz bardziej. Zawsze sprawdzaj, jak czuje się z tym druga osoba - jeśli wykazuje zadowolenie - możesz pozwolić sobie na pójście nieco dalej i dalej i dalej...
Niby banał, prawda? Ale wierz mi - to dopiero wierzchołek góry lodowej potężnej wiedzy o tym, jak komunikują się nasze nieświadome umysły.

Zakochać się może niemal każdy w każdym - tak przynajmniej twierdzą naukowcy rozpracowujący mechanizmy zakochiwania się. Dlaczego więc nie działać w pełni świadomie? Dlaczego więc nie "upolować" sobie kogoś sympatycznego, z miłą aparycją i nie zakochać się w nim?

Ach tak - pojawia się obawa: a co, jeśli ja zakocham się w nim, a on we mnie nie? Widzisz - kolejne eksperymenty Epsteina udowodniły, że jeśli okazujemy komuś miłość - on (zgodnie z odkrytą przez Cialdiniego regułą wzajemności znaną z psychologii społecznej) również zacznie nam okazywać wyrazy sympatii. A to powoli może sprawić, że zacznie widzieć w nas kogoś więcej, niż tylko przypadkowego przechodnia.

Wierzę, że w miarę rozpoznawania miłosnej mechaniki, nasze społeczeństwo będzie ewoluować od nagłych porywów serca do świadomego wpływania na siebie i na swoje stany emocjonalne. A to zaowocuje tym, że będziemy żyć o wiele harmonijniej - nie tylko jako partnerzy w związku, ale również jako społeczeństwo.

Uczmy się mądrze zakochiwać! Do napisania!

czwartek, 28 stycznia 2010

Encyklopedia Zasobów - tęsknota

Tęsknota za kimś lub za czymś jest uczuciem ni to dobrym, ni to złym.

Gdybym miał określić w możliwie najprostszy sposób, czym jest tęsknota, powiedziałbym, że jest ona wiarą w historię umysłową pt. "kiedyś było lepiej, niż teraz".

Pozytywna tęsknota jest wspierana dodatkowo przez nadzieję płynącą z historii pt. "to jeszcze kiedyś może się powtórzyć" (np. On wróci z wyjazdu i znów będziemy spędzać miło czas). Tęsknota negatywna - określana czasem mianem nostalgii - to dodatkowa historia pt. "to już nigdy nie wróci, zostało na zawsze stracone" (np. On odszedł z innym i nie mamy szans nigdy na to, by być znów razem).

Emocja tęsknoty niesie też ze sobą pewną cenną informację - dzięki niej wiemy, co jest dla nas ważne. Jeśli tęsknimy za krajem ojczystym - wiemy, że ojczyzna jest dla nas ważną wartością. Jeśli tęsknimy za przytulaniem się z bliską osobą - możemy spekulować, że przytulanie z nią jest dla nas czymś istotnym.

Informację tę można wykorzystać, by ustanowić cel na przyszłość - np. chcę znów to poczuć, chcę znów go mieć, chcę znów tam wrócić.

Natomiast czasem jest to niemożliwe (np. w przypadku powrotu do dzieciństwa). Wtedy trzeba się do tęsknoty zabrać od drugiej strony - od strony rozbijania historii.

"Kiedyś było lepiej, niż dziś"

1. Czy to prawda?

Stań przed lustrem i spytaj siebie, jak jest naprawdę.

2. Czy możesz być pewien na 100%, że to prawda?

Ja nie byłbym taki pewien :) Zauważ, że tęsknota zależy od tego, jak oceniasz teraźniejszość i pewien fragment swojej przeszłości. Oceń inaczej i zobacz, co się zmieni.

3. Czy ta myśl jest korzystna dla Twojego życia?

Niekoniecznie. Przez nią - zamiast być w jedynym prawdziwym momencie pt. tu i teraz - wracasz myślami do przeszłości, czyli do czegoś, co nie istnieje (bo gdyby istniało, nie byłoby to przeszłością!).

4. Kim byś był bez tej myśli?

Sądzę, że kimś, kto bardziej jest obecny w rzeczywistości, czyż nie?

***

Dla równowagi możesz znaleźć np. 3 wiarygodne przykłady potwierdzające, że jednak dziś jest lepiej, niż wtedy. Dziś np. jesteś mądrzejszy o pewne doświadczenia, czyż nie? Co jeszcze? Może masz więcej możliwości w życiu? Może masz więcej kasy? Może jesteś zdrowszy? Może wtedy miałeś jakieś zmartwienie, którego teraz już nie masz?

Po chwili okaże się, że nie wiadomo do końca, czy tak naprawdę kiedyś było lepiej, niż dziś. Dziś to jedyne, co mamy. Warto więc korzystać z tego momentu, zamiast tęsknić za czymś, co być nigdy nie wróci (doświadczenia nigdy nie wracają, zawsze są nowe - tylko wydają się podobne, bo umysł lubi kategoryzować, usuwając różnice i widząc jedynie podobieństwa - warto się tego oduczyć!).

Do napisania!

środa, 27 stycznia 2010

Pomysł na... odkochanie w 5 minut!

Kto by pomyślał, że metoda, za pomocą której w ekspresowym tempie można pozbyć się fobii, może znaleźć zastosowanie również w kontekście odkochiwania. A jednak. Dziś o tym, jak technika podwójnej dysocjacji może pomóc zakończyć cierpienia.

Post dedykuję Dawidkowi - by mógł sobie nim pomóc szybko i efektywnie w sytuacji, w której się teraz znalazł. Trzymaj się Chłopie, będzie dobrze! :)

Zanim przejdziemy do sedna sprawy - pozwól, że podzielę się z Tobą trzema obserwacjami.

Pierwsza - ile razy jesteś w stanie obejrzeć ten sam film tak, by się nim nie znudzić? Większość ludzi raczej nie bardzo ma ochotę oglądać drugi raz ten sam film - zero zaskoczeń, wiadomo, co się wydarzy. Nudy. To pierwszy z procesów, który wykorzystuje technika podwójnej dysocjacji.

Druga obserwacja - ludzie czasem mówią "chciałbym się z tego wycofać". Tzn. podjęli oni jakąś decyzję, ale teraz chcą zrobić krok wstecz. Oczywiście to przenośnia, ale gdybyśmy przyjrzeli się strukturze ich myśli w tym momencie, zauważylibyśmy, że cofają oni film ze swojego życia wstecz do momentu, zanim podjęli daną decyzję. To drugi z procesów, jaki będziemy dziś wykorzystywać.

Trzeci to spostrzeżenie, że ludzie zapamiętują i klasyfikują daną historię ze względu na to, jak się ona rozpoczęła i jak się zakończyła. Przy czym to drugie jest ważniejsze (umysł jest praktyczny i nastawiony na rezultaty). To ważne, jeśli chcemy pracować z historiami.

Jeśli chcesz wykonać tę technikę na sobie - mała uwaga. Po pierwsze - rób to na trzeźwo. Jak zrobisz to po pijaku, to jak wytrzeźwiejesz, wszystko może wrócić. To by było bez sensu. Druga - to nie technika działa, lecz TY. Weź odpowiedzialność, za efekty, jakie otrzymujesz. To, co za moment tutaj opiszę, jest strukturą pewnej umiejętności. A każdą umiejętność można ćwiczyć i stać się w niej mistrzem.

W miarę ćwiczenia z tą techniką - będziesz zauważał coraz więcej subtelności, których moje słowa nie przekażą. Bądź czujny. I nie sugeruj się tematem posta - masz więcej czasu, niż 5 minut. A konkretnie masz go tyle, ile go będziesz potrzebował.

Technika podwójnej dysocjacji w odkochiwaniu się


1. Poczuj się dobrze. Potrzebny Ci będzie zasobny stan emocjonalny i uczuciowy, by przejść przez tę procedurę. Poćwicz sobie, posłuchaj fajnej muzy, pośmiej się z kabaretów. Weź kilka głębokich wdechów, by dotlenić mózg. Ponieś głowę wysoko, by podbródkiem pokazywać horyzont. Wyprostuj plecy.

2. Wróć myślami do momentu zanim się nieszczęśliwe zakochałeś. Pamiętasz to, prawda? Byłeś taki spokojny, zadowolony z życia. Zobacz to na obrazie w swoim umyśle. Teraz weź ten obraz i umieść go na ekranie w kinie. A siebie na widowni. Teraz widzisz siebie młodszego na ekranie w stopklatce, który jest obserwowany przez Ciebie dzisiejszego siedzącego na widowni. Ty jesteś przypuśćmy kamerą na ścianie, która tylko beznamiętnie rejestruje to, co widzi.

3. Spraw, by stopklatka pokazująca moment przed zakochaniem, która wyświetla się na ekranie, stała się ciemna i czarno-biała. Możesz ten obraz też lekko rozmazać, by nie widzieć szczegółów. Z głośników puść ulubioną muzykę.

4. Puść film na ekranie. Niech pokaże Ci, jak młodszy Ty czuł się wcześniej, przed zakochaniem, a potem - jak się nieszczęśliwie zakochał, jak cierpiał, jak płakał i co tam jeszcze pamiętasz. Niech ten młodszy Ty na ekranie przeżyje to raz jeszcze. Oglądaj film powoli! Pamiętaj - Ty cały czas jesteś tą kamerą, która obserwuje Ciebie na widowni, który obserwuje Ciebie młodszego na ekranie. To ważne, by nabrać dystansu do sytuacji. Oglądaj film aż do momentu, w którym młodszy Ty na ekranie poczuł się stosunkowo dobrze już po epizodzie z zakochaniem. Zatrzymaj wtedy film.

5. Duchem opuść kamerę i wejdź w samego siebie na widowni. Spójrz swoimi oczami na ekran, który masz przed sobą. Następnie wstań, podejdź do ekranu i przekrocz jego powierzchnię tak, by znaleźć się w filmie. Widzisz teraz przed sobą młodszego siebie zatrzymanego w tym momencie już po zakochaniu, gdy czuje się on stosunkowo dobrze. Wszystko teraz nabiera realnych barw, kształtów i rozmiarów - tak, jakbyś był tam w rzeczywistości. Przywitaj się z młodszym sobą i powiedz: "Witaj, przybywam z przyszłości i mam dla Ciebie prezent. Przynoszę Ci zasoby, abyś mógł sobie lepiej poradzić z tym, co Cię spotkało." Następnie wejdź w pozycję tego młodszego Ciebie.

6. Teraz, gdy jesteś już młodszym sobą, zacznij przewijać szybko film wstecz do momentu, w którym film się zaczął - czyli momentu przed zakochaniem, w którym czułeś się jeszcze fajnie. Niech ludzie chodzą do tyłu, mówią bełkotem, jakby ktoś przewijał taśmę wstecz itd. Pierwszy raz możesz przewinąć film wstecz kawałek po kawałku, by oswoić się z tą procedurą. Potem - gdy będziesz powtarzał ten krok - koniecznie rób to coraz szybciej - aż dojdziesz do wprawy i będziesz film przewijał wstecz w ułamek sekundy. Szybkość, z jaką przewijasz film wstecz będąc w swojej pozycji percepcyjnej (patrząc swoimi oczami) jest decydujący o skuteczności tej techniki!

7. Teraz, gdy jesteś w momencie przez zakochaniem, opuść film i zasiądź z powrotem na widowni. A potem ponownie opuść swoje ciało i ponownie wciel się w rolę kamery na ścianie. Powtórz całą procedurę. Raz jeszcze obejrzyj czarno-biały film w podwójnej dysocjacji a potem znów wciel się w rolę głównego bohatera, by przewinąć go szybko wstecz w pełnych barwach i rozmiarach. Pamiętaj o kanapce bezpieczeństwa - by film zaczynał się i kończył w pozytywnych lub chociaż neutralnych emocjonalnie punktach.

Dlaczego ta technika działa?

Po pierwsze - po cztero-, pięciokrotnym obejrzeniu tego samego filmu, będziesz nim totalnie znudzony. O to chodzi! Po drugie - uczysz się szybko i sugestywnie wycofywać z głupich emocjonalnych decyzji - przewijając film szybko wstecz. Po trzecie - ponieważ historię zaczynasz i kończysz w neutralnych lub też pozytywnych momentach - wydaje się ona o wiele mnie straszna.

W jakich sytuacjach korzystać z tej techniki?

  • gdy ktoś się nieszczęśliwie zakochał
  • przeżył atak fobii, lęku, paniki (jako film bierzesz pierwszy epizod lęku, jaki pamiętasz) - by się odczulić (można przetestować technikę np. w przypadku Zespołu Stresu Pourazowego)
  • ktoś zrobił coś, z czym czuje się teraz źle i ma destruktywne poczucie winy (dysfunkcyjne, czyli takie, które nie pozwala naprawić swojego błędu i paraliżuje życie)
Baw się tą techniką i ciesz się zmianami. Na mnie podziałało znakomicie.

P.S. Dyskusje w komentarzach pt. "to nie działa" nie przejdą. Jeśli uważasz, że to nie działa, bo [wstaw cokolwiek] - masz rację i idź jęczeć gdzie indziej. Nie można się przekonać, że ta technika nie działa - możesz jedynie przekonać się, że nie umiesz jej zastosować.

czwartek, 21 stycznia 2010

4 pytania, które zmieniają życie - czyli ponownie o The Work

Wiele razy wracałem do tematu The Work - rewolucyjnej metody pracy z własnymi myślami opracowanej przez Byron Katie (polecam ten post, jeśli jeszcze nie wiesz, o co chodzi).

Dziś dorzucam świeżą garść przemyśleń o The Work - przemyśleń, które pozwolą Ci jeszcze lepiej stosować tę metodę w praktyce.

1. Rzeczywistość jest, myśli są jakieś.

Ta historia jest prosta. Gdyby na świecie nie było w ogóle ludzi - to czy istniałyby jakiekolwiek problemy? Hmm... Oczywiście nie namawiam Cię do eksterminacji ludzkości. Niech jednak odpowiedź na to pytanie da Ci wniosek, że to my, ludzie, odpowiadamy za to, jakie sytuacje postrzegamy jako problematyczne.

Rzeczywistość jest doskonała i zawsze dobra. Sama w sobie nie posiada problemów. To nasze myśli mogę sprawiać nam problemy. A właściwie wiara w lipne myśli.

Spisz na kartce dowolne myśli, które Cię dręczą, np. "Nikt mnie nigdy nie pokocha."

Zastanów się, jak się czujesz, gdy dajesz wiarę tej myśli... Czy ta myśl wnosi w Twoje życie spokój czy stres? Jeśli spokój - to znaczy, że jest prawdziwa, a więc zgodna z rzeczywistością. Jeśli jednak wnosi stres - znaczy to, że nie jest prawdziwa, bo nie zgadza się z rzeczywistością.

Myśli "Nikt mnie nigdy nie pokocha" wnosi stres w życie. Zatem nie jest prawdziwa.

Stres jest efektem myślenia niezgodnego z rzeczywistością. Co innego myślimy, co innego jest w rzeczywistości. Nasze Serca to czują i z tego powodu ogarnia je niepokój - co zaburza koherencję. Tylko jeśli myśli - a więc procesy zachodzące w mózgu - są zgodne z tym, co czuje Serce (które jest jedynym skutecznym narzędziem poznania rzeczywistości) - możemy odczuć koherencję serca w danym kontekście życia.

2. The Work - a więc 4 pytania + odwrócenie myśli - to nie metoda usuwania czy zmiany przekonań - używaj jej wtedy, gdy chcesz poznać prawdę.

Tak jak oprogramowanie Twojego komputera, by chronić Cię np. przed wirusami, musi być aktualne i dostosowane do rzeczywistości "tu i teraz" - tak samo The Work pozwala Ci zaktualizować swoje myśli i odświeżyć swój umysł.

Dzięki 4 pytaniom odkryjesz, co jest prawdą. A prawda - jak mówi pewna książka - Cię wyzwoli.

3. The Work to umiejętność. W miarę jej używania, stajesz się coraz bardziej biegły.

Dla przykładu tego, jak zręcznie można używać The Work, chciałbym przytoczyć rozmowę Byron Katie z pewną grupą seminaryjną odnośnie historii społecznej pt. "Potrzebuję więcej pieniędzy."

Byron Katie: Czy to prawda, że potrzebujesz więcej pieniędzy?
Publiczność: Taaaaak!
B.K.: Czy jest na świecie człowiek, który ma więcej pieniędzy, niż ma...?
P.: [cisza i konsternacja]
B.K.: Jak więc się czujesz, gdy uważasz, że potrzebujesz więcej pieniędzy, niż masz, mając ich tyle, ile masz? Czy ta historia wnosi spokój w Twoje życie, czy raczej stres?
P.: [śmiechy]
B.K.: Kim byś był, gdybyś nie miał myśli "Potrzebuję więcej pieniędzy"...?
P.: [różne głosy] Cieszyłbym się tym, co mam. Byłbym szczęśliwszy...

Otóż to.

4. Jak wydobywać historie i jak z nimi pracować? - efektywna procedura

Gdy z jakiegoś powodu czujesz się źle - spisz swoje myśli na kartce lub na komputerze. Spisz wszystko, co Cię dręczy. Pisz krótkimi zdaniami. Zwięźle.

Następnie odłóż kartkę i zrób coś, by poczuć się lepiej:

  • 15 minut ćwiczeń aerobowych - w efekcie da Ci to przypływ endorfin (hormonów szczęścia) oraz neurotropiny (uelastycznia neurony);
  • oglądnij jakieś kabarety, żeby się pośmiać
  • spotkaj się z fajnymi, wesołymi znajomymi, by zapomnieć o troskach
  • obejrzyj jakiś fajny, pozytywny film (np. bajkę)
  • rozpyl w powietrzy olejki eteryczne - np. lawendowy, melisowy czy grejpfrutowy - udowodniono, że wpływają na układ nerwowy niczym naturalne, kojące hormony, które odprężają
  • rozluźnij ciało, pomasuj napięte mięśnie - szczególnie twarz
  • powspominaj miłe rzeczy - odtwórz najpiękniejsze chwile Twojego życia
  • stwórz wspaniałe, motywujące wizje przyszłości - np. wyobraź sobie siebie bez problemów i kłopotów w różnych kontekstach Twojego życia
Teraz, gdy czujesz się już odprężony i w pełni zrelaksowany - wróć do swoich spisanych czarnych myśli. Odczytaj je na głos. To ważne, bo gdy czytamy na głos, zaczynają pracować inne ośrodki mózgowe, niż gdy tylko czytamy w myślach. Teraz Twoje słowa, które przedtem spisałeś, będą wydawać Ci się dziwne, nieprawdziwe, czasem wręcz nierealne. To doskonały moment, by zadać tym myślom 4 magiczne pytania The Work:

Czy to, co napisałem, jest prawdą?
Czy mogę być pewien na 100%, że to prawda?
Czy ta myśl jest korzystna dla mojego życia?
Kim bym był, gdybym nie mógł uwierzyć w tę myśl?

A następnie poodwracaj myśli, stwórz ich odwrotności, po czym zapytaj siebie, czy mogą być one prawdziwe jeśli nie prawdziwsze, niż myśl pierwotna, np.:

"Nikt mnie nie pokocha" -> "Ktoś mnie pokocha"

Czy to może być prawda, że ktoś Cię pokocha? Oczywiście - jest taka możliwość. Zauważ, ile pozytywnej energii wnosi wiara w tę myśl. Dlatego jest ona zgodna z rzeczywistością. Czy to nie fantastyczne?

Do napisania!

sobota, 9 stycznia 2010

Encyklopedia Zasobów - nadzieja

Naukowcy to jednak czasem sadyści w białych kitlach. Ale jeśli ich sadyzm jest ukierunkowany - działa na korzyść nas wszystkich. Skąd taki wniosek? Czytałem o badaniach, w których naukowcy przeprowadzili dość ciekawy i właśnie dość sadystyczny eksperyment.

Eksperyment z nadzieją

Do wysokich pojemników z wodą wrzucono szczury, które - by się nie utopić - musiały cały czas przebierać energicznie łapkami. Sprawdzano, które z nich toną szybciej, a które później. Fajny pomysł, prawda? Ale nie o topienie szczurów w nim chodziło.

Chodziło o sprawdzenie, czy nadzieja potrafi faktycznie przedłużyć życie.

Cześć pojemników z wodą - nabierała stopniowo więcej wody. Przez co jej lustro podnosiło się powoli acz systematycznie a szczury widziały wyjście z pojemnika coraz bliżej. Gdy porównali długość żywota szczurów w pojemnikach "beznadziejnych" z żywotem szczurów w pojemnikach w podnoszącą się wodą oraz nadzieją na wydostanie - zgadnij co?

Tak, masz rację - okazało się, że te szczury, które widziały możliwość wydostania się z opresji (pomimo, że nie miały de facto żadnej możliwości wpływu na rozwój sytuacji) potrafiły wiosłować dłużej. Znacznie dłużej! Podczas, gdy ich towarzysze w pojemnikach bez wyjścia opadali już swobodnie na dno - one wciąż dawały z siebie wszystko, by ciągle utrzymać się na powierzchni.

Tym przykładem mógłbym właściwie zamknąć swoje dzisiejsze dywagacje na temat nadziei. Ale nie - nie byłbym sobą, gdybym w strukturę nadziei nie wniknął głęboko niczym woda w suchą gąbkę.

Wiara, która trzyma przy życiu

Nadzieja jest wiarą w to, że wszystko skończy się dobrze - nawet, jeśli szansa, że tak będzie, wydaje się mała. Mówi się, że nadzieja umiera ostatnia - i coś w tym jest. Pacjenci, którzy cierpią na straszne, nawet nieuleczalne na chwilę obecną choroby, znacznie lepiej radzą sobie z chorobą niż osoby, które nadziei są pozbawione. Szybciej zdrowieją, łatwiej ulegają efektowi placebo. I czują się lepiej.

Tak naprawdę brak nadziei w sytuacji, w której człowiek cierpi, jest poważnym ciosem. To, że odbiera to siłę do walki i życia, to zwyczajnie naraża ludzi na stres i - co za tym idzie - osłabienie układu odpornościowego.

Neurologia nadziei

Ludzie różnie reprezentują sobie nadzieję w swoim umyśle. Niektórzy widzą ją jako migoczący obraz w przyszłości, który na zmianę pokazuje dobre i złe zakończenie danej historii. Inni widzą rozwidlającą się linię czasu dotyczącą przyszłości i różne możliwe - złe i dobre - zakończenia. Wszystkie jednocześnie. To jedno - dobre - na którym nam zależy - jawi nam się jako jedna z alternatyw.

Pod względem lingwistycznym, nadzieja manifestuje się za pomocą modalnego operatora możliwości "chciałbym". Słowo "chciałbym" wyraża nasze preferencje i jednocześnie uznaje, że są pewne czynniki, które grają w sytuacji istotną rolę a na które nie mamy wpływu. Możemy więc powiedzieć: "Chciałbym żeby kryzys minął" - ale jednocześnie uznajemy tutaj istnienie sił wyższych, od których zależy, czy to się stanie, czy nie.

Nadzieja - podobnie, jak lęk - zawsze dotyczy przyszłości. Jest uczuciem "w tle" - biernym, o wolnym tempie, spokojnym. Jej kluczową cechą jest wielkość - można mieć małą nadzieję lub wielką. Jeśli Twoja jest za mała - powiększ obraz pozytywnego zakończenia Twojej historii do sporych rozmiarów i poczuj różnicę.

Nadzieja jest cudownym i wspierającym zasobem podczas choroby czy egzaminu. Czy jednak nadzieja może obrócić się przeciwko nam?

Źle użyta nadzieja

Pierwszym przykładem - chyba najczęstszym - jest pokładanie nadziei w czymś, na co mamy absolutny wpływ. Ktoś mówi: "Chciałbym umieć dobrze grać na gitarze". Zastanówmy się - od kogo zależy, czy ten człowiek będzie grał dobrze na gitarze? Czy nie przypadkiem od niego samego? W tym kontekście nie chodzi o to, by mieć nadzieję, że kiedyś się nauczę. Tu chodzi o to, by to robić. To wszystko. "Chciałbym zrobić sobie mięśnie", "Chciałbym zrzucić 2 kg" itd. Nie, nie chciałbyś. Ty chcesz. Podejmij decyzję i działaj.

Drugim częstym przykładem nadziei niekonstruktywnej jest trwanie w lipnej sytuacji z własnej woli, trzymając się obsesyjnie nadziei, że jednak to się zmieni. Wiesz o co chodzi? Np. o toksycznie związki. Ludzie potrafią spędzić lata u boku partnera, który ich dręczy i męczy na wszystkie możliwe sposoby, bo nie chcą spojrzeć w oczy sytuacji teraźniejszej, lecz w kółko uciekają w przyszłość, mając nadzieję, że "on się zmieni". Oczywiście - można to robić w nieskończoność. Zbierać cięgi, pozwalać sobie na poniżanie, upokorzenie, na utratę znajomych, wpędzać się w depresję. Ale czy to jest warte tego? Oczywiście - partner może kiedyś się zmieni na lepsze. Pytanie tylko - czy za Twojego życia?

Podobnie wygląda struktura uzależnienia od hazardu - ktoś, pomimo oczywistych oznak, że mu nie idzie, brnie dalej do przodu, wciąż wierząc naiwnie, że "tym razem się uda". Wiara w tę myśl może przynieść fatalne skutki.

Jak więc widzisz - nadziei, podobnie, jak pozostałych zasobów, należy umieć używać w odpowiednich kontekstach.

czwartek, 7 stycznia 2010

Encyklopedia Zasobów - lęk

Tak, tak - dobrze przeczytałeś: lęk. Pytasz pewnie, jakim cudem lęk może być zasobem, a więc czymś, co pomoże Ci osiągnąć Twoje cele i marzenia. Kulturowo przecież wyrzekliśmy się tej emocji - potępiamy tchórzostwo, śmiejemy się z "boidup" a na pomniki wynosimy herosów, którzy popisali się odwagą.

Jednak przekonasz się, że lęk może być przydatny - i to bardzo! W niniejszym wpisie przybliżę Ci naturę lęku - byś mógł go poznać lepiej, przyjrzeć mu się bliżej i - co najważniejsze - nauczył się z niego korzystać.

System wczesnego ostrzegania

Konstruktywnie działający lęk jest swego rodzaju systemem wczesnego ostrzegania przed zbliżającym się niebezpieczeństwem. Jego główną funkcją jest przesłanie komunikatu pt. "przygotuj się, bo zbliża się coś, co może Ci zagrozić!"

Lęk najczęściej wzywa nas do reakcji zastygnięcia w bezruchu (byśmy mogli ukryć się przed niebezpieczeństwem). Te reakcje są obserwowane zarówno u zwierząt, jak i ludzi.

Gdyby nie lęk, ludzie rozpędzaliby się autem do 250km/h na terenie zabudowanym, myli okna wychodząc na parapet na zewnątrz budynku czy bez zahamowań współżyli bez prezerwatyw. Słowem: zachowywaliby się w sposób bardzo nierozsądny.

Jak więc widzisz - lęk jest bardzo potrzebny.

Fizjologia lęku

Pod względem fizjologicznym lęk wywołuje natychmiastowe reakcje ciała. Każdy z nas zna uczucie zimnego potu spływającego po czole czy plecach, drżenie rąk, tężenie mięśni, mrowienie skóry. Serce zaczyna nam walić jak oszalałe ("serce podeszło mi do gardła"), rośnie też - co za tym idzie - ciśnienie krwi. Oddech staje się płytki oraz szybki. Praca jelit przyspiesza, co może skończyć się bólem brzucha oraz biegunką ("srał się ze strachu"). Na linii środkowej ciała generalnie rozgrywają się dramaty - ścisk w gardle, brzuchu, mostku etc.

Aleksytymia to nieumiejętność rozpoznawania własnych emocji. Ktoś, kto tego nie umie, gdy się boi, może w ogóle nie zdawać sobie sprawy z tego, że odczuwa lęk, lecz zwracać uwagę tylko na wyżej wymienione symptomy lęku.

Neurologia lęku

Nie będziemy wnikać w szczegóły pt. lęk pobudza jądra migdałowate w mózgu limbicznym etc. Skoncentrujemy się na tym, jakie cechy ma myślenie lękowe i jak je rozpoznawać.

Lęk praktycznie zawsze ma tę samą strukturę. Ktoś w głowie kręci film, który zaczyna się niewinnie a kończy się źle - czasem nawet tragicznie lub traumatycznie. Np. wyobraża sobie, że idzie na spacer do parku a tam napadają go zbóje i urywają łeb. Cóż - wierząc w tę historię, na pewno trudniej nam wybrać się do parku.

Co więcej - dochodzą do tego dialogi wewnętrzne, które dramatycznym, wręcz spanikowanym głosem pytają: Jak ja sobie poradzę? Kto mnie uratuje? A potem odpowiadają same sobie: Nikt! Umrę tam! Nie dam sobie rady! Będę leżał do końca życia sparaliżowany w łóżku i srał pod siebie!

Oczywiście coś takiego musi wywołać silny lęk. Czasem jest to bardzo przydatne! Jeśli taki film + dialogi ktoś odpala, naciskając mocniej na pedał gazu, mogą go one powstrzymać przed idiotyczną brawurą. Badania potwierdzają, że najskuteczniejsze kampanie mające na celu zmniejszenie śmiertelności na drogach opierały się właśnie na wzbudzeniu silnego lęku. Pokazywały tragiczne konsekwencje chwili nieuwagi. A ludzie dzięki nim zaczynali jeździć wolniej.

Generalnie rodzimy się podobno tylko z dwoma lękami, które są genetycznie zakodowane - lękiem przed upadkiem i zbyt głośnym dźwiękiem (wtedy odruchowo zatykamy uszy). Reszta lęków instalowana jest w drodze socjalizacji.

Choć nie jest to do końca prawdą. Udowodniono też, że istnieją w nas bardzo prymitywne mechanizmy, które powodują reakcje lękowe. Bardzo popularna fobia przed pająkami lub lęk wysokości - mają swoje ewolucyjne uzasadnienie i niektórzy badacze sugerują, że one również mogą mieć podstawy genetyczne. W końcu ci, którzy bali się pająków i dużych wysokości - żyli dłużej, bo byli ostrożniejsi.

Poza tym odkryto, że lęk odruchowo jest spowodowany też widokiem czegoś dużego, co zbliża się bardzo szybko w naszym kierunku (wizualnie powiększa) oraz widokiem wielkich oczu ("Strach ma wielkie oczy"). To dlatego, idąc ciemną ulicą, gdy zobaczysz wielkiego zbira z wybałuszonymi oczami idącego w Twoją stronę szybkim krokiem - zaczynasz się panicznie bać. Szczególnie te wielkie, szeroko otwarte oczy - okrągłe, świecące białkami - sprawiają wrażenie, że masz do czynienia z psychopatą. Zrób test. Stań przed lustrem, podnieś wysoko powieki, patrząc na siebie. Poczujesz, o co chodzi.

Zatem lęk przed upadkiem, głośnym dźwiękiem (bach! za plecami), pająkami, wysokością, wielkimi oczami i zbliżającymi się do nas wielkimi obiektami może być raczej spuścizną biologiczną. Inne lęki to historie, w które wierzymy i którymi straszymy się po nocach. Czasem są to historie zgodne z rzeczywistością, czasem zupełnie niestworzone.

Warto też zaznaczyć, że lęk powoduje efekt widzenia tunelowego. Gdy czegoś zaczynamy się obawiać, koncentrujemy się na tym bardzo mocno, wycinając z naszej subiektywnej rzeczywistości inne elementy informacji. Siedzisz sobie teraz przed komputerem, czytasz to, co napisałem, a tu nagle JEB! w drzwi i krzyk na zewnątrz. Cóż - nieważne, jak ciekawie i wciągająco bym nie pisał - odłożysz lekturę na bok, wstrzykniesz sobie adrenalinę, kortyzol i parę innych chemikaliów w krwiobieg a następnie podejmiesz jakąś decyzję, co z tym zrobić. Lęk silnie skoncentruje Cię na reprezentacji, która budzi Twój niepokój, wycinając cały świat. Co więcej - Twój mózg zintensyfikuje tą reprezentację. Jeśli zobaczysz w oddali coś niepokojącego - powiększysz to w wyobraźni, by lepiej się temu przyjrzeć. Jeśli to głos - pogłośnisz go, by lepiej mu się przysłuchać. To, czego się boimy, jest dla nas większe. Kobieta, która pozbyła się fobii przed psami (która paraliżowała jej życie), była bardzo zdziwiona, że psy są takie małe w rzeczywistości. Jej wydawały się większe.

Dlaczego mózg powiększa obrazy i pogłaśnia dźwięki, których się boimy? Chodzi o to, że Twoja podświadomość chce zebrać jak najwięcej informacji o zagrożeniu, być mógł efektywniej go uniknąć. Dlatego też przerażające chwile zazwyczaj pamiętamy bardzo szczegółowo - sekunda po sekundzie.

Summa summarum - lęk ratuje nam dupsko.

Wzorce myślenia lękowego

Lęk wprowadza nasz umysł w stan gotowości, czujności i ostrożności. Powoduje to zupełna reorientację wzorców myślenia i podejmowania decyzji. Przede wszystkim - o czym już wspomniałem - silnie koncentrujemy się na źródle lęku (które w przypadku chronicznego lęku mylnie identyfikujemy - o czym będzie później). A więc nie myślimy wtedy w kategoriach korzyści i celów, lecz w kategoriach awersji - czyli problemów, których bardzo chcielibyśmy uniknąć. Gdy spierdalamy przed lwem - nie myślimy, dokąd mamy spierdalać. Wiemy tylko, od czego chcemy znaleźć się jak najdalej.

Lęk - gdy jego źródło jest w "tu i teraz" - a więc ktoś np. przystawia nam spluwę do głowy - nazywa się w psychologii strachem. Z kolei lęk, który pojawia się u kogoś przed pójściem spać - to efekt wycieczek w przyszłość. Tak - możemy się bać tylko tego, co może przynieść przyszłość. Tworzymy scenariusze zagłady, porażek, ośmieszenia, kompromitacji i wierząc w nie - boimy się, że staną się prawdą.

Lęk ma też swoje poziomy natężenia i tempo. Stąd mamy wiele określeń na tę samą emocję. Jeśli lęk jest mało intensywny i powolny - nazywamy go niepokojem lub zamartwianiem się. Jeśli jego natężenie oraz tempo są wysokie - wtedy nazywamy go paniką.

Lęk do pewnego stopnia jest emocją bierną. Zmusza nas do zastygnięcia w bezruchu. Myślimy też za pomocą stron biernych: "będę bity", "będę zgwałcony" (wiem, wiem, że niektórzy na to zamiast lękiem reagują nadzieją :), "będę uszkodzony", "będę porzucony", "będę samotny" etc.

Problemy z lękiem

Wszystko jest okej, jeśli lęk działa na naszą korzyść - ostrzega nas przed realnymi zagrożeniami, uruchamiając w nas czujność i ostrożność. Odczuwamy go wtedy tylko od czasu do czasu i w pełni rozumiemy, dlaczego się pojawił, przyjmując go z akceptacją i wyrozumiałością.

To stan idealny.

Zdarza się jednak, że ktoś obawia się czegoś i nie wie czemu. Lęk przeszkadza mu wtedy w spokojnym i szczęśliwym życiu, pojawiając się w sytuacjach, w których nikt by sobie tego nie życzył. Psychologowie nazywają to "zaburzeniami" - sugerując pacjentowi, że coś jest z nim nie tak, że jego mózg jest nieprawidłowy, że nie działa, jak należy. Jak zaraz się przekonamy - nic bardziej mylnego. Działamy bowiem doskonale na bazie swoich życiowych doświadczeń. Jakie kto ma doświadczenia - takie ma zachowania.

Lęk może u niektórych robić spore problemy: fobie (paniczne napady lęku w kontakcie z określonym bodźcem lub rodzajem bodźca), choroby psychosomatyczne (wyuczone wzorce reagowania ciała współdziałające z silnymi emocjami), kompulsje (przymus robienia czegoś - np. powracanie do domu dziesiątki razy celem sprawdzenia, czy zamknęło się drzwi), zespół szoku pourazowego czy lęku uogólnionego (wieczny niepokój).

Wszystkie wspomniane "zaburzenia" moją swoją przyczynę w doświadczeniach danej osoby. We wspomnieniach, którymi wciąż ona żyje. Próg aktywacji lęku jest u tych osób znacznie obniżony - są one o wiele wrażliwsze na kolejne ataki lęków, paniki, na wdrukowywanie sobie negatywnych wspomnień. Często ludzie ci nie są świadomi, jakie konkretnie doświadczenie życiowe wywołuje u nich takie a nie inne reakcje lękowe. Czasem są one konsekwencją długiej serii przykrych doświadczeń (złe traktowanie, tortury, molestowanie).

Z punktu widzenia mózgu to wszystko trzyma się kupy. Mózg przeżył coś szokującego - zatem zmienia swoje funkcjonowanie, aby zrobić wszystko, co w jego mocy, aby uniknąć tego w przyszłości. Nawet, jeśli kosztem tego jest wiecznie nękający niepokój, panika, fobia etc.

Niemniej należy pamiętać, że to my jesteśmy panami swoich mózgów, a nie one naszymi. Na szczęście są one dość plastyczne i da się dzięki temu zneutralizować nawet najgorsze tramy życiowe. Trzeba tylko wiedzieć, jak. A do tego potrzebne nam są technologie zmiany.

Wychodzenie z traum, szoków pourazowych, wywalanie fobii, wyciszanie lęków, niepokojów itd. to temat rzeka. Na pewno do tego wrócimy wcześniej czy później na łamach bloga.

Póki co - przeszedłeś podstawowy kurs rozumienia lęku - jednego z naszych najwspanialszych zasobów. Wolność emocjonalna nie polega na tym, żeby lęku nie odczuwać w ogóle, lecz na tym, aby mądrze z niego korzystać, rozumieć jego intencje, funkcje i skutecznie na niego reagować.

Jeśli masz do mnie pytania odnośnie lęku - pisz śmiało w komentarzach. Z pewnością odpowiem. Póki co - bój się mądrze :) Do napisania!

wtorek, 5 stycznia 2010

Encyklopedia Zasobów - intro

Witaj Podróżniku,

Dziś rozpoczynam nową serię wpisów. Zowie się ona Encyklopedią Zasobów. Będę w niej omawiał wszystkie emocje oraz uczucia, które w jakiś sposób przydadzą Ci się w osiąganiu Twoich celów i otrzymywaniu rezultatów, o których marzysz.

Na początek odpowiedzmy sobie na pytanie: czym jest zasób?

Zasób to wszystko, co w jakiś sposób przyczynia się do osiągnięcia tego, czego pragniesz i o czym marzysz. Zasoby możemy podzielić na zewnętrzne (kasa, samochód, partner etc.) lub wewnętrzne (optymizm, akceptacja, miłość, ale też lęk, złość czy smutek - one też pomagają nam czasem osiągać to, co chcemy!) W Encyklopedii Zasobów będziemy mówić głównie o tych drugich, pamiętając o ważnej zasadzie: jeśli nie masz dostępu do jakiegoś wewnętrznego zasobu - są pewne rezultaty, których nie osiągasz. Jeśli nie potrafisz wyrażać miłości - trudno Ci będzie stworzyć satysfakcjonujący związek. Jeśli nie potrafisz okazać złości - inni nie będą wiedzieć, gdzie są Twoje granice i będą włazić Ci na głowę. Jeśli nie potrafisz się reagować na swój lęk - wpierdolisz się pod pociąg lub w zamieszki gangów :)

Skupimy się na charakterystyce każdej emocji (a więc umysłowo-hormonalnej historii), jak również na uczuciach, które idą z serca. Wiele razy o nich wspominałem. Teraz nadszedł czas, by omówić najważniejsze ich aspekty i nadrobić fundamentalne braki w dziedzinie zwanej Inteligencją Emocjonalną, która -moim skromnym zdaniem - winna być podstawą programu edukacji każdego szczebla.

A niestety nie jest.

Stąd po naszych ulicach chodzą ludzie, którzy znają budowę ameby, Pana Tadeusza na pamięć, potrafią rysować kwadrat w kółku, całkować, spółkować - a nie potrafią obchodzić się ze swoimi emocjami i wydobywać z siebie najpiękniejszych uczuć.

Na wstępie chciałbym rozrysować Ci różnice pomiędzy emocją a uczuciem.

Psychologia uparła się, że emocja to doznanie krótkotrwałe, a uczucia to coś, co trwa dłużej. Może być. Ja proponuję inny podział. Podział, który mówi, że emocje idą z umysłu i służą pewnym konkretnym celom. Natomiast uczucia idą z serca i służą robieniu oraz podtrzymywaniu związków międzyludzkich.

Emocje różnią się od uczuć w pewien fundamentalny sposób, o którym już kiedyś wspominałem.

Emocja jest opowieścią. Ma tzw. kryteria wejścia (czyli kiedy się pojawia) oraz wyjścia (kiedy znika). Każda emocja ma swoje metaprogramy (np. wektor motywacji - propulsja lub retropulsja/ awersja), ma swoje tempo, intensywność, czas trwania. Każda inaczej działa na nasze ciała, koncentruje nas na innym przedziale czasowym i każe filtrować rzeczywistość na odmienne sposoby.

Uczucia z kolei nie mają żadnych programów ani struktury. One przepływają przez serce cały czas. W związku z tym nie można ich przywołać lub wyłączyć żadną historią ani zabiegiem. One płyną cały czas. Gdy przykrywają je emocje - nie jesteśmy ich świadomi. Lecz, gdy przestajemy odczuwać emocje - zaczynamy odczuwać Przepływ (ang. Flow). To moja osobista definicja szczęścia - magiczny oraz intymny moment kontaktu z harmonią Wszechświata, zwaną tudzież koherencją serca (o czym pisałem wielokrotnie na tym blogu). Tylko w koherencji możesz doświadczyć doskonałości Wszechświata.

Moi Drodzy - zaczynamy pasjonującą podróż wgłąb naszych wspaniałych, przebogatych układów nerwowych. Aż czuję dzikie podniecenie, gdy o tym pomyślę. Bo sam również wielu rzeczy pewnie się nauczę.

Do napisania,
DreamWalker

niedziela, 3 stycznia 2010

Nieszczerość z samym sobą - czyli masturbacje ego

"W innych możemy dostrzec tylko to, co mamy w sobie." - Byron Katie.

Co zrobić, aby dostrzec np. chamstwo albo miłość? To proste. Po pierwsze - musisz dysponować jakimś wyobrażeniem, czym jest chamstwo albo miłość (albo jeszcze coś innego). Wyposażając swój układ nerwowy w zestaw obrazów, dźwięków i odczuć względem danego zjawiska (np. chamstwo jest wtedy, gdy ktoś mnie opluje na ulicy, zwyzywa - wtedy się wkurzam i stąd wiem, że jest to złe) - mój mózg uczy się rozpoznawać dany wzorzec w otoczeniu.

Aby lepiej zrozumieć absurdy naszej percepcji, wybierzmy się w do dżungli. Żyje tam plemię, które zna dokładnie 3 kolory - żółto-pomarańczowy, czerwony i zielony. Ponieważ wytworzyli zaledwie 3 etykiety kolorów - ich układy nerwowe dzielą całe spektrum światła białego na 3 działki. Tak, jak to czynią małe dzieci, na rysunku malując twarz mamy na żółto - bo to w uproszczeniu jest kolor skóry.

W trakcie jednak rozwoju, zaczynamy dostrzegać więcej barw. Widzimy ich dokładnie tyle, ile potrafimy nazwać. Innymi słowy - nauczyliśmy swój mózg rozpoznawania pewnych wzorców.

Podobnie jest, gdy kupisz sobie samochód (albo ktoś z Twoich znajomych) i nagle dostrzegasz go na ulicy o wiele częściej, niż dotychczas. Albo ktoś jest ubrany w taki sam ciuch, jaki masz Ty - widzisz to z kilometra.

Niemal identyczna sytuacja jest wtedy, gdy rozpoznajesz ważne dla siebie wartości lub anty-wartości - a więc zjawisk, których pragniesz unikać. Masz pewne wyobrażenie o tym, jak wygląda miłość. Masz pewnie wyobrażenie o tym, jak wygląda chamstwo. Brak kultury. Szczęście. Rozkosz. Związek. Bogactwo. Itd. Każde z tych wyobrażeń to pewien wzorzec. Twój mózg używa go (poza Twoją świadomością) do rozpoznawania tych zjawisk w otoczeniu. Również w Twoim życiu.

Czasem nasze wyobrażenia są zbyt szerokie i zbyt wiele rzeczy pod nie przypada. Np. "brak kultury". Jeśli zdefiniujemy to wyobrażenie zbyt szeroko - ogromna ilość zaobserwowanych przez nas zachowań będzie etykietowanych jako właśnie brak kultury - z czym będziemy czuć się fatalnie.

Czasem nasze wyobrażenia są zbyt wąskie i za mało rzeczy w nie wpada. Ktoś mówi "Ciężko o prawdziwą miłość w dzisiejszych czasach" - oznacza to, że ma bardzo wąskie wyobrażenie o miłości i wpada w ten wzorzec bardzo niewielka ilość zachowań, które ten człowiek obserwuje. Myśli on: "Miłość jest tylko wtedy, gdy ktoś mnie przytula, całuje i głaszcze." - jeśli więc nie obserwuje tych zachowań - myśli, że ma "brak miłości".

W całym tym neurologicznym gąszczu dzieją się czasem rzeczy zdumiewające. Czasem powstaje jakiś rodzaj fundamentalnego zakłamania przed samym sobą. Odkryłem, że wcale nie boję się, że ktoś mnie okłamie, że ktoś będzie ze mną nieszczery. Odkryłem, że boję się, że sam przed sobą będę nieszczery. Że okłamię samego siebie.

Ludzie przybierają pozy, nie mają dostępu do prawdziwych wersji siebie. Postrzegają siebie i świat w sposób na tyle wąski, że pewnie rzeczy do nich nie docierają. Budują swoje ego w sposób nieekologiczny i przykry - dla nich samych i dla otoczenia.

Przeanalizujmy kilka ciekawych przypadków.

1. Pan Wesoły

Pan Wesoły jest wiecznie wesoły. Opowiada wszystkim dookoła, jaki jest szczęśliwy. Uważa, że jego życie jest doskonałe takie, jakie jest. I że nic nie trzeba w nim zmieniać. Gdyby zamknąć oczy i tylko go słuchać - można by ulec wrażeniu, że osiągnął błogostan duszy. Albo nirwanę. Żyje on w nieustannym przepływie najgłębszego szczęścia. Odnalazł bowiem jakąś tajemniczą receptę na emocjonalny sukces.

Wchodząc w interakcję z Panem Wesołym szybko zauważysz, że nie znosi on i nie toleruje żadnego "smucenia". Jeśli będziesz chciał się z nim podzielić swoimi problemami, porozmawiać o nich itd. - przez pewien czas będzie Cię tolerował. Jednak w którymś momencie okaże daleko idące niezadowolenie: "Ty wiecznie jęczysz, narzekasz, wyluzuj." Zaryzykuje zerwanie z Tobą kontaktu, by ocalić swój idealny świat.

Pozornie idealny.

Tak naprawdę Pan Wesoły jest w głębi duszy bardzo smutny. Jego wesołość jest bowiem maską, której zadaniem jest ukrycie jego smutków gdzieś głęboko w sobie. Nie tylko przed otoczeniem. Ale przede wszystkim - przed samym sobą.

Ponieważ Pan Wesoły nie toleruje smucenia i narzekania u kogoś - nie toleruje go również u siebie. W związku z tym prawdopodobnie sam nawet nie wie, że coś w jego modelu świata wymagałoby ulepszenia. Nie skorzysta z szansy, jaką dają mu złe emocje. Szansy, by stać się lepszą wersją siebie.

Pan Wesoły to ego, które powstało w efekcie bardzo smutnych przeżyć. Jest próbą obronienia się przed nimi, pokazania innym: Hej, pomimo chujni w życiu radzę sobie doskonale!

2. Pan Kulturalny

Pan Kulturalny wchodzi do towarzystwa i niezwykle elegancko oraz głośno wita się ze wszystkimi. Od razu widać, że bardzo chce sprawić wrażenie na innych: "Ach, jestem taki kulturalny." Pan Kulturalny uśmiecha się. Nie dlatego, że jest uradowany. Ale dlatego, że tak wypada.

Pan Kulturalny dyskutuje na modne tematy, przepuszcza panie przodem, jest szarmancki do bólu - momentami aż plastikowy.

W efekcie tłumi w sobie każdą złość. Nawet tą najmniejszą, która zdarza się przecież każdemu. Bo przecież "nie wypada się denerwować". Na co się złości? Na to, że inni nie mają kultury. To skandal, bo przecież on jest taki kulturalny - zatem inni też być powinni, prawda?!

Jego złości kumulują się, gromadzą niczym spiętrzona woda za tamą. Tamą, która w końcu pęka i dochodzi do emocjonalnej powodzi. Gdzieś tam w tle, w zaciszu domowym. Rozgrywają się ciche dramaty Pana Kulturalnego.

I wtedy jego kultura pęka niczym bańka mydlana.

Wtedy gęsto sypią się kurwy i chuje. Wtedy Pan Kulturalny widzi sam brak kultury - nie u siebie. U innych. Ma prawdziwą kronikę braku kultury innych ludzi. Widzi brak szacunku, który karze brakiem szacunku. Widzi arogancję, którą karze aroganckim zachowaniem.

Pan Kulturalny to ego, które postało w wyniku poczucia poniżenia spowodowanego przez czyjeś bardzo niekulturalne zachowanie. Jego misją jest obrona przed tego typu urazami i pokazanie światu: Jestem kimś lepszym!

3. Pan Mądrzejszy

Pan Mądrzejszy sprawia wrażenie człowieka inteligentnego - przynajmniej w pierwszym podejściu. Generalnie sili się wszelkie atrybuty kogoś mądrego. I chwała mu za to.

Problem pojawia się po dłuższej interakcji z nim. Wtedy możesz zacząć podejrzewać, że on Cię słyszy - ale Cię nie słucha. Ooo, jak to możliwe? - dziwisz się wtedy. To proste. Po co miałby Cię słuchać, skoro jesteś od niego głupszy. A więc gadasz głupoty. A on przecież wie lepiej, prawda? Zawsze. Zawsze wie lepiej!

W końcu Pan Mądrzejszy robi Ci wykład. Ewentualnie kazanie. Twoją rolą jest siedzieć cichuteńko i słuchać spływającej z niebios mądrości. Pan Mądrzejszy powie Ci dokładnie, co masz robić i dlaczego, a Ty musisz się z tym zgodzić. Jeśli się nie zgodzisz - spotka Cię kara. Pan Mądrzejszy może nawet posunąć się do jawnego wypowiedzenia swojego osądu: "Jesteś idiotą, skoro się za MNĄ nie zgadzasz!". Jeśli masz swoje zdanie a tylko przytakniesz - Pan Mądrzejszy - w całej swojej mądrości - nie będzie nadal wiedział, dlaczego się z nim zgodziłeś a i tak robisz coś innego.

Od Pana Mądrzejszego nie oczekuj zrozumienia. Zrozumienie to konsekwencja korzystania ze swojej mądrości. Pan Mądrzejszy twierdzi, że ją ma. Pewnie ma. Ale czy z niej korzysta? Czy człowiek korzystający z mądrości - ocenia innych jako głupków?

Pan Mądrzejszy to ego, które powstało w wyniku ośmieszenia delikwenta za jego niewiedzę (np. klasa śmiała się, bo czegoś nie wiedział). Teraz ma bronić jego twarzy przed poczuciem wstydu, że czegoś nie wie. Ma pokazać innym: Ja wiem lepiej!

4. Pan Szczery

Oj, to jeden z moich ulubionych :) Pan Szczery oczywiście twierdzi, że jest szczery. Co więcej - domaga się od innych, by również byli szczerzy - wiecznie mówili prawdę i tylko prawdę. Trochę, jak przed sądem.

Wszystko jest okej do momentu, w którym gadacie o pogodzie. Gdy jednak tematy schodzą na sprawy światopoglądowe, od Pana Szczerego dowiesz się, że wszyscy ludzie są zakłamani i oszukują. Gdy spytasz, skąd to wie - on zdziwiony odpowie: Jak to? Nie widzisz?

Nie pomoże tłumaczenie, że Ty żyjesz w świecie, w którym szczerość i prawdomówność jest raczej standardem i że nie trzeba od każdego domagać się tych właśnie wartości. Wersja świata wg Pana Szczerego jest prawdziwsza, niż Twoja. Zresztą... prawdopodobnie go okłamałeś, mówiąc, że u Ciebie szczerość i prawdomówność jest na porządku dziennym. Nawet na pewno!

W końcu okaże się, że ciągle kłamiesz i kręcisz. Możesz nie wiedzieć kompletnie, o co chodzi. Ważne, że Pan Szczery wie. On Ci opowie, w jaki sposób jesteś zakłamaną świnią. Choćbyś przysięgał na życie matki, że mówisz prawdę - on doszuka się "niespójności" w Twoim zachowaniu. Coś z czymś w końcu nie będzie się zgadzać. Np. powiesz, że zrobisz na śniadanie omleta - a zrobisz jajecznicę! AAA!

Zgadnij co zrobi wtedy Pan Szczery? Oczywiście zacznie jeszcze bardziej i dosadniej domagać się od Ciebie szczerości i prawdomówności, sugerując Ci, że kłamiesz, że jesteś może nie do końca, ale jednak obłudną, zakłamaną świnią. A to mała docinka w rozmowie. A to mały foszek pierdolnięty na boku. Po jakimś czasie odkryjesz, że tego pana coś dręczy.

Szybko też wyjdzie na jaw, że on nie mówi Ci wszystkiego, co myśli. W końcu nie powie Ci wprost, że uważa Cię za zakłamaną świnię - pomimo, iż nieskończona szczerość, jaką się kieruje, powinna mu to nakazać. A jeśli powie - to raczej skończy to wasz kontakt. Bo powstaje pytanie - czy chcesz zadawać się z człowiekiem, który widzi w Tobie tylko zakłamanie?

Pan Szczery to ego, które powstało w wyniku negatywnych doświadczeń związanych z okłamaniem. Ktoś delikwenta okłamał, on czuł się jak naiwniak - teraz wszystkich podejrzewa o kłamstwo, by uniknąć powtórki z rozrywki. Ego to ma pokazać: Jestem bystrzejszy, sprytniejszy od Ciebie! Nie oszukasz mnie!

***

Jak postępować z takimi egami, których percepcja ewidentnie oddala się od rzeczywistości? Przetestowałem kilka strategii. Oto - z okazji Nowego Roku - prezent dla Ciebie. Instrukcja obsługi ego żyjących mocno w swoich światach. Baw się:

Pan Wesoły

Najgorsze, co możesz zrobić w jego towarzystwie: udawać, że jesteś 24 h/dobę cudownie wesoły. Oczywiście życzę Ci, byś był wesoły, niemniej gdy - będąc smutnym czy przygnębionym - będziesz przy Panu Wesołym paradował z uśmiechem na ustach (bo on przecież nie strawi Cię przygnębionego) - staniesz się taką samą sztuczną kukiełką, jak on. Masz prawo czuć się źle. On tego nie rozumie, ale to jego problem. Sam będzie się przez to czuł źle - choć będzie szedł w zaparte, że z Twoim smutkiem nie ma żadnego problemu.

Najlepsze wyjście: Z każdym smutkiem uderzać do Pana Wesołego. W końcu albo nauczy się z nim obchodzić i nie tracić swojego humoru w obliczu Twoich problemów czy dylematów. Albo spierdoli za ocean - czego Ci życzę, bo jeśli jest sztuczny, to lepiej, żeby się oddalił.

Pan Kulturalny

Najgorsze, co możesz zrobić w jego towarzystwie: silić się na bycie tak kulturalnym, jak on. Albo lepiej. Wtedy będziecie mieli wyścig, kto jest bardziej szarmancki, lepiej wychowany itd. Dojdzie do takiego absurdu, że ktoś nie wytrzyma. Utrzymywanie takiej sztucznej pozy dłużej niż 5 minut grozi nudnościami. Nikt nie jest w stanie zjeść plastiku. W końcu - by poniżyć swojego rywala, a więc Ciebie - Pan Kulturalny jednak znajdzie w Tobie jakiś mankament. Oczywiście nie opanuje się, by Ci o tym nie powiedzieć (tak robią kulturalni ludzie, prawda?). I wtedy zacznie się boruta. Bynajmniej nic z kulturą wspólnego nie mająca.

Najlepsze wyjście: Wyłożyć nogi na stół, harnąć do popielniczki, beknąć po jedzeniu a na koniec puścić taaaakiego pierda, że tapety pożółkną. Wtedy Pan Kulturalny albo nauczy się tolerować brak kultury. Albo wyjdzie oburzony, budując swojego iluzoryczne ego pt. "Boże, jaki ja jestem bardziej kulturalny od niego! Jest, jest, jest!".

Pan Mądrzejszy

Najgorsze, co możesz zrobić w jego towarzystwie: Zacząć słuchać jego wykładów, przytakując i potwierdzając. Wtedy utwierdzisz go w jego rzekomej bezgranicznej mądrości, a on będzie się czuł, jak pączek w maśle. Ponieważ będziesz jednym z nielicznych, którzy chcą go słuchać - będzie do Ciebie lgnął. A więc gwarantujesz sobie miejsce na jego przyszłych wykładach o życiu i śmierci. A rano zrobisz mu jajecznicę. W rzeczywistości będzie Cię wykorzystywał do mentalnej masturbacji swojego ego. To strata czasu.

Najlepsze wyjście: Przetestować jego cierpliwość i pokorę. Jeśli ktoś jest mądry w rzeczywistości - będzie pokorny. Spotkaj się z Panem Mądrzejszym... i zrób mu wykład. Z całą pewnością w głosie mów to, co naprawdę uważasz. Albo nauczy się rzeczywiście słuchać i brać pod uwagę to, co myślisz. Albo nie i - jak poprzednicy - spierdoli za horyzont. Tam może znajdzie biedne, głupie owieczki, które trzeba będzie nauczać.

Pan Szczery

Najgorsze, co możesz zrobić w jego towarzystwie: Zacząć go zapewniać, że jesteś względem niego szczery i mówisz prawdę. Oj jo joj. Lepiej już od razu odstrzel sobie łeb. Nic dla niego nie zabrzmi bardziej fałszywie, niż właśnie to. Uruchomisz jego podejrzliwość, czujność itd. Te idiotycznie użyte w tym kontekście zasoby otworzą mu drogę do postrzegania tego, czego nie ma: nagle okaże się, że się z niego "nakpiewasz", że "stroisz sobie żarty z niego" itd. Nie będziesz wiedział, o co kaman! Ni w chuj.

Najlepsze wyjście: Powiedzieć mu, że cały czas kłamiesz. Że wszystko, co mówisz, jest totalnym kłamstwem od A do Z. Nawet to, co mówisz teraz - że wszystko, co mówisz, jest kłamstwem. Wszystko. Zawsze. Całe Twoje życie to konfabulacja. W rzeczywistości nawet inaczej masz na imię, niż masz. Albo weźmie to za żart i wyluzuje poślady. Albo serio się wystraszy i spierdoli za horyzont gonić Pana Wesołego, Kulturalnego i Mądrzejszego.

***

Deinstalując lipne ega, dostajesz się do Prawdziwego Siebie. Takiego, który niczego się nie boi - nie boi się, że go ktoś okłamie, że go ośmieszy, że ktoś go skrzywdzi albo poniży. Takiego, który cieszy się życiem i nikomu nie musi nic udowadniać. Tym bardziej sobie.

Korzystaj.

P.S. Jeśli myślisz, że ten artykuł nie dotyczy Ciebie; że tak naprawdę żadna z wymienionych poz nie ma z Tobą nic wspólnego - na pewno masz rację. Oczywiście. Na 100%. Jasssne. Hahaha!

TOP 10 miesiąca