SZYBKIE INFO:

[24.04.2017] Kochani, miałem przerwę od bloga i od maili, komentarzy. Ech - czas leci jak szalony. Postaram się odpisać na tyle maili, ile zdołam :) Póki co - pozdrawiam!

[12.03.17] Dziś temat przyjemny - o seksie na własną rękę :)

UWAGA: Zaczęła się wielka zbiórka pieniędzy na organizację największej w historii Parady Równości - zachęcam gorąco do dokonywania wpłat: Zobacz szczegóły. Wspólnie powalczmy o lepszą przyszłość dla nas wszystkich.

środa, 12 grudnia 2012

Geju, nie jesteś gejem!

Gdy masowa wyobraźnia pomyśli o geju - to kogo widzi swymi oczyma? Nie trzeba być profesorem socjologii, aby mieć świadomość, że widzi zmanierowanego erotomana w kolorowych, obcisłych fatałaszkach, piszczącą ciotę zarażoną HIV-em, obciągacza, dupodajke, działacza społecznego, który jest wiecznie na diecie lub jest artystą/ dizajnerem.

Ech - i mamy stereotyp.

Potężny, nieprawdziwy w swojej prawdziwości, zniekształcający myślenie mas. Co to właściwie jest "tożsamość geja"? Czy dostajemy ją, gdy się rodzimy? Czy nasze skłonności rzeczywiście są...

środa, 14 listopada 2012

Wydaje Ci się, że wiesz, kim jesteś


Oj, dostało mi się po garbie już niejeden raz za to, żem milczał jak zaklęty przez bodaj pół roku (jak nie lepiej). A dziś trafiłem na grupę fanów mojego bloga na Kumpello i stwierdziłem, że jednak coś trzeba napisać. O życiu, o rozwoju, o myśleniu. Podzielić się, jaki to ostatnio sekret zgłębiłem.

Żeby nie robić gigantycznych hiper-skoków w rzeczywistości - ostatnio pisałem o tzw. mechanizmach obronnych. Jest ich znacznie więcej, niż te, które opisałem, dlatego do tematu pewnie będę wracał i wracał. Dziś jednak chciałbym skrobnąć kilka słów o tzw. ego. Czym ono jest? Jaką rolę pełni? Oto wielkie pytania, które prowadzą do wielkich odpowiedzi. A one - do wielkich zmian. Mam nadzieję, że jesteś gotowy.

Ego, czyli wszelkie "ja", które występuje w każdym zdaniu, które wypowiesz lub pomyślisz. Gdy myślisz o sobie, jaki obraz siebie widzisz? Przyjrzyj mu się dokładnie. Jakie ma cechy? Jak się zachowuje? Jaką ma minę? Może mu czegoś brakuje? Jakie przeżywa emocje? Jak to wyraża? Jakimi zachowaniami, gestami?

Okej. Pytanie podstawowe: Czy to naprawdę TY?

Przecież obraz jest "tam", a Ty jesteś tu, w sobie, w miejscu, w którym o tym obrazie myślisz. Czy to naprawdę jesteś Ty? Możesz być tego pewien na 100%?

To niezwykła umiejętność naszego umysłu do tzw. wielokrotnej dysocjacji sprawia, że możemy widzieć siebie i jednocześnie być "w sobie". Jest więc obraz Ciebie i Ty, który o ten obraz tworzy. Jedyne, co utrzymuje ten obraz, to Twoja wiara w to, że jest prawdziwy. Gdy w to wątpisz, gdy oświeca Cię światło błogiej samoświadomości, że to tylko obraz w głowie - taki jak setki innych - to zaczynasz rozumieć, że jesteś Bogiem. I masz nieograniczoną moc kreacji.

Zadaj sobie kolejne pytanie: Na ile te obraz "Ciebie" jest aktualny?

Czy to na pewno "Ty" w chwili obecnej? Odkryjesz, że nie. Bo Ty w chwili obecnej jesteś w chwili obecnej, a ten obraz ZAWSZE pochodzi z przeszłości lub przyszłości. Nawet, jak wyobrażasz sobie siebie w danym momencie, gdy wyobrażasz sobie sam siebie, to i tak jesteś milisekundę za teraźniejszością i już żyjesz nie tym, co jest, ale tym, co było.

Czy na pewno masz tylko jeden obraz?

Rozpocznij systematyczną obserwację samego siebie w chwili obecnej i zobacz, jak zmienia się obraz Ciebie w Twojej wyobraźni. Raz jesteś starszy, raz młodszy, raz jesteś mężczyzną, a raz ... kobietą. Raz jesteś mniejszy, raz większy itd. Umysł w czasie rzeczywistym, bazując na swoich doświadczeniach oraz przekonaniach, buduje obraz Ciebie wedle własnych prawideł - u każdego innych. Ktoś towarzyski buduje obraz dużego, pewnego siebie w towarzystwie. Kto inny - nieśmiały - swój obraz pomniejsza.

Zdarza się, że mamy dwa obrazy siebie, które toczą między sobą sprzeczkę, kłótnię albo nawet awanturują się, robią burdę, wygrażają sobie wzajemnie. To struktura konfliktu wewnętrznego. Podczas niego mamy tendencję do "wnikania" w jedno "ja" i przyklejania obrazu drugiego "ja" do kogoś innego, z kim - jak nam się wydaje - wchodzimy w konflikt. Tak naprawdę cały dramat rozgrywa się w nas. W psychologii mówi się o projektowaniu swoich myśli na kogoś. To sytuacja, w której jedna osoba ni stąd, ni zowąd nagle przypisuje komuś jakieś złe cechy (które wyparła u siebie) - czasem nawet nie posiadając jakiś doświadczeń z tą osobą. To jednak nie przeszkadza "dobremu ego" wyrzucić na kogoś całego swojego syfu mentalnego. I tak zaczyna się jatka. Jeśli spotka to Ciebie, olej to, bo inaczej wejdziesz w pętelkę i sam sobie zainstalujesz konflikt - co nie jest Ci potrzebne.

Różne obrazy "ja" dyktują Ci, jaki masz być w każdej sytuacji. Widzisz w wyobraźni obraz swojej matki lub ojca, który mówi Ci, jak masz stać, że masz się przywitać, znaleźć dobrą pracę i tak dalej. Tak naprawdę to dzieje się w Twojej wyobraźni. Nawet jeśli Twoi rodzice naprawdę Ci tak mówili - to i tak w jakimś celu do tego wracasz we "wspomnieniach" (to tak naprawdę wyobrażenia). Dlaczego? Bo to ego prezentuje tak naprawdę Twoje przekonania. Sam wierzysz w to, co mówili Ci Twoi rodzice, a przypominasz sobie o tym, "wspominając". Łatwo się nabrać na tę iluzję, że "ktoś mnie zmusił". Nie istnieje coś takiego, jak "ktoś mnie zmusił" - wybór jest zawsze podyktowany neurologią, czyli tym, co de facto dzieje się w Twojej głowie.

I tak siedzą te Twoje ega w Twojej głowie i nawijają. Cały czas, dzień i noc. Każde z nich opracowało swoje mechanizmy obronne, swoje nawyki i zachowania. Problem nie w tym, że one są. Być muszą, bo tak jest skonstruowany nasz układ nerwowy. Te ega są zlepkiem czyiś słów, zaobserwowanych zachowań, które "pożyczamy" - naśladujemy mniej lub bardziej wiernie. Idziemy przez życie i powiększamy naszą bazę danych o nowe dialogi wewnętrzne, nowe modele, którymi będziemy się posługiwać. Problem polega na tym, że mylimy je z rzeczywistością. Zamiast traktować te wszystkie obraz i dialogi jak instrukcje, jak mapę terenu - traktujemy to jak sam teren, jakby to było coś rzeczywistego. To taki magiczny moment koło 5 roku życia, że zaczynamy wierzyć w to, co dzieje się w naszych głowach. To moment powstania ego - początek naszego "ja".

Gdy zaczniesz podchodzić do tych obrazów i dialogów jak do tego, czym są one w rzeczywistości - a więc jak do halucynacji - zauważysz, jak bardzo ulżysz swojemu ciału. Oto bowiem przestaniesz odczuwać ciągłą potrzebę bycia w jakiejś pozie, w wymyślonej przez ego formie, i będziesz mógł siedzieć, iść, mówić swobodnie. Skończy się nieustanne zabieganie o to, by inni postrzegali Cię tak, jak Ty byś chciał być postrzegany. Bowiem zajarzysz, że to tylko obrazki - ogólne wytyczne, czasem przydatne, czasem szkodliwe.

Kiedyś wyobrażałem sobie DreamWalkera jako "człowieka sukcesu" - w garniturze, drogim aucie, apartamencie. Rozmowy z klientami, szkolenia, szklane wieżowce za oknem, piękna pogoda. Ten obraz kosztował mnie mnóstwo nerwów. Utrzymanie obrazu "człowieka sukcesu" zżerało mnie nie tyle finansowo, co emocjonalnie. Bo wciąż obawiałem się, co będzie, jeśli ten obraz się posypie. I wiesz co? Życie dało mi wpierdol na maxa, pokazało, gdzie jestem. I jestem Rzeczywistości za to wdzięczny. Dzięki temu zrozumiałem, że im większa wiara w marzenie w przyszłości, tym większe napięcie i lęk w teraźniejszości. Marzenia o apartamentach czasem się spełniają, ale gdy się nie spełnią a bardzo na to liczyłeś - to masz doła. Taki jest emocjonalny rachunek. I czasem szkoda przegapić piękny zachód słońca czy powiew ciepłego wiatru na twarzy tylko po to, by ciągle żyć marzeniami ego. Które nawet nie są jego, bo są tylko kalką po: rodzicach, mediach, grupach koleżeńskich. Te wszystkie domki z basenem, te labladory biegające po zielonej trawce, te luksusowe auta i wycieczki z palemką w tle - nie są warte przegapiania tego, co jest tu i teraz. Jedynego prawdziwego momentu w Twoim życiu - teraźniejszości. Cała reszta to fikcja nieustannie napędzana wiarą i Twoimi egami, które biją się, jak masz dziś wyglądać, czy uśmiechnąć się czy mieć poważną minę, czy iść srać czy może jeszcze wytrzymać chwilę. Te ega zagospodarowały ciało, męcząc je w okrutny sposób, którego nawet większość z nas nie czuje, bo ciągle kursuje na linii przeszłość - przyszłość. Owe "teraz" to tylko mignięcie, nanosekunda na linii czasu, punkcik, który przerabia przyszłość na przeszłość. Jeśli tak myślisz - to pracujesz na chorobę. Nie pytaj, skąd to wiem. W rzeczywistości koncept czasu jest cały czas w teraźniejszości - dynamicznie tworzony i burzony wedle Twojej nie intencji, ale wiary. Ale już niedługo, bowiem gdy zaczniesz kwestionować prawdziwość swoich poglądów poprzez ciągłe pytanie siebie, na ile coś jest prawdą - odkryjesz w sobie potencjał rysowania takich obrazów siebie, abyś był szczęśliwy i zadowolony. Byś osiągał to, co chcesz. I jak chcesz.

A pod tymi nieustannie dyktującymi Ci obrazami siebie kryje się - w sercu - coś więcej. Twoje prawdziwe pragnienia. Pragnienia serca, które są zawsze w teraźniejszości. W końcu dokopiesz się do głosu serca, w końcu wyciszysz inne dialogi i usłyszysz je. I to są te momenty w życiu - dla mnie - które są najpiękniejsze. To spontaniczne spacer, uśmiechy, słowa, to magia bycia tak bardzo rozgoszczonym w teraźniejszości, że gdyby nie jakieś ego, to byś mógł rozkoszować się herbatką przez 3 godziny. Niemniej nie martw się - zawsze pojawi się jakieś ego, które Ci przypomni, że przecież nie można tak siedzieć i 3 godziny rozkoszować się herbatką - przecież masz pracę, naukę i wiele innych w chuj ważnych dla ego rzeczy, które trzeba wykonać, by kompulsywnie podtrzymywać obraz siebie jako dobrego pracownika/ ucznia/ syna. Pytanie tylko, kto tu rządzi? Twoja świadomość wyboru? Czy Twój zaśmiecony rodzicielsko-medialną papką?

Oto sprawy warte przemyślenia. Tu. I teraz. Działaj i baw się.

sobota, 16 czerwca 2012

Mechanizmy obronne - projekcja

Kolejny post z cyklu "Jak robimy siebie w bambuko?".

Pewna kobieta o imieniu Genowefa (jakże romantyczne imię) miała przedziwne wrażenie, że kochają ją wszyscy faceci. Gdy szła do sklepu i jakiś mężczyzna otwierał je drzwi - mówiła do siebie w myślach: "O, jaki uprzejmy, na pewno mnie kocha". Gdy któryś facet ustąpił jej miejsca w autobusie, również szybko interpretowała to jako wyraz dozgonnej miłości. "Wszyscy faceci mnie kochają!" - tak brzmiała jej historia. I była to historia, której Genowefa trzymała się jak tonący brzytwy - żadne próby racjonalnego zakwestionowania tej historii nie przynosiły rezultatu (choć oczywiście łatwo było znaleźć dowody na przeciwieństwo jej historii).

Zadane więc zostało kluczowe pytanie: Po co jej wiara w tę myśl?

Co by się stało, gdyby Genowefa nie mogła uwierzyć w tę myśl? I w odpowiedzi na to pytanie Genowefa wyraźnie posmutniała a przez jej twarz przebiegł grymas rozpaczy. To był ważny moment, bowiem właśnie wtedy Genowefa stanęła przed możliwością wyboru - albo znów brnąć w oszukiwanie się. Albo przyznać, co naprawdę czuje.

Mogła więc zaprzeczyć (kolejny mechanizm obronny), stłamsić swoją rozpacz (kolejny) albo np. zaatakować pytającego i obwinić go za powiedzmy zadawanie durnych pytań (i kolejny mechanizm). Jednak Genowefa dojrzała już do zmiany i do szczerości względem siebie i zrozumiała, przed czym ucieka. Przed rozpaczą, która rozrywała jej serce i która powstała wiele lat temu, gdy odszedł od niej mąż alkoholik. Wtedy jej cierpienie zostało powierzone ego, które wymyśliło, że będzie trzymać się myśli, że wszyscy ją kochają, bo ta myśl była jedną dostępną jej wtedy pigułką przeciwbólową. Pigułką, od której Genowefa musiała się wtedy uzależnić.

Mechanizmem obronnym Genowefy była...

3. Projekcja

... czyli przypisywanie swoich myśli innym ludziom. Projekcja ma dwa oblicza - może być komplementarna lub atrybutywna.

Projekcja komplementarna ma miejsce wtedy, gdy innym przypisujemy myśli będące przeciwieństwem naszych myśli. Idzie kozak ulicą, dumnie wypina pierś i myśli sobie o mijających go ludziach: Kurwa, ale to banda tchórzy! Przypisuje innym lęki i chęć ucieczki. Sam siebie w ten sposób w swoim myśleniu kreuje na kogoś odważnego i pozbawionego lęków. Cóż za machina samooszukiwania się. Kozak lęki, które ma i których się wyrzekł, "przelał" na innych po to, by wytworzyć i uchronić obraz siebie, który akceptuje - obraz siebie, jaki jednostki odważnej i pozbawionej obaw.

Projekcja atrybutywna z kolei to przypisywanie innym myśli, które są zgodne z naszym myśleniem. Ktoś uwielbiający jeść może pomyśleć, że przecież wszyscy mamy ochotę na czekoladowe ciasteczko. Bo skoro "ja mam ochotę, to znaczy, że inni też mają". Zauważ, jak cudowny jest to proces rozgrzeszania samego siebie. "Przecież nikomu nie chce się biegać o 6 rano w parku" - i bam! Już nie musimy tego robić.

Abyś mógł rozpoznać swoje własne projekcje, proponuję następujące ćwiczenie. Poświęć na nie choćby  nawet godzinę, ale najlepiej będzie, jeśli po prostu będziesz to ćwiczenie robił świadomie codziennie, w trakcie codziennych zajęć, stopniowo uzupełniając informacyjne luki.


  • Co wg Ciebie myśli o Tobie: Twoja rodzina? Twój partner? Twoi znajomi? Twój pracodawca? Twoi klienci?
  • Co chciałbyś, aby myśleli? Jaki obraz siebie chciałbyś wytworzyć w ich umysłach? Jak chcesz być postrzegany? Jak kto? Jako posiadający jakie cechy? Po co? Co Ci to da? A gdybyś tego nie miał? To co wtedy?
  • Co pomyśleli by o Tobie ważni dla Ciebie ludzie (rodzina, znajomi, partner itd.) gdybyś np. popełnił błąd? Zdradził? Rozwalił związek? Rozchorował się? Wydał wszystkie swoje pieniądze? Jakich myśli o sobie boisz się najbardziej?
Zauważ, jak reagują na te pytania Twoje obrazy innych ludzi w Twojej wyobraźni. Wydaje Ci się, że gdybyś robił pewne rzeczy, to jesteś w stanie przewidzieć reakcję innych ludzi na to. Zauważ, jak oburzają się na Ciebie obrazy tych ludzi. Zauważ, jak Cię odrzucają. Wyśmiewają, obwiniają. To nie prawdziwi ludzie. W tej chwili to Ty sam. To Twoje ego, które "przebrało" się za innych w Twoich myślach, udaje ich i próbuje Ci udowodnić, że inni wyznają Twoje wartości, normy, zasady. Wysłuchaj, co w Twoich myślach mówią o Tobie "inni ludzie" - za co Cię krytykują? Za co Cię chwalą? Za co Cię wyśmiewają i obwiniają? Za co Cię uwielbiają? Zgadnij co - to Twoje opinie na Twój temat. Po prostu wygłaszasz je w swoich myślach ustami "innych" ludzi.

Słuchanie i oglądanie swoich projekcji może być wspaniałym, wyzwalającym doświadczeniem, które jednak na początku może być bardzo trudne. Nie będę Cię oszukiwał - niektórzy ludzie całe swoje życie opierają na tym, aby zamknąć wirtualne usta wymyślonym obrazom ludzi w swoich głowach. Wyzywają ich, kneblują, obwiniają, ośmieszają, poniżają - najpierw w myślach, potem w prawdziwym życiu. Kiedyś powiedziałem komuś, że musi uważać na swojego ojca alkoholika (to fakt, jego ojciec jest alkoholikiem). Usłyszałem, że poniżam jego rodzinę. I bam! Projekcja. Przypisano mi złe intencje, których nie miałem. Taka osoba musi nieustannie słyszeć w głowie poniżający chór głosów, które - w razie czego - zawsze można komuś przypisać.

Moja rada na dziś: wysłuchaj swoich projekcji. Tylko tyle. I aż tyle!

Jeśli inni ludzie w Twoich myślach wyrażają negatywne opinie na swój temat, wiedz, że to Twoje własne opinie. I nie próbuj ich zmieniać. Po prostu otwórz się na nie, przyjmuj je do siebie i wycierp swoje. Oswój je, pobądź z nimi, obcuj z nimi aż będą Ci bardziej znajome. Zauważ moment w życiu, kiedy się pojawiły, z czyich ust padają te słowa. Po co ta osoba to mówiła? Czego chciała? Nie krytykuj. Nie zaprzeczaj. Nie polemizuj i nie kwestionuj - bo wszystko to znów będzie kolejnym mechanizmem ucieczki. Masz przyjąć do serca to, co Ci mówią projekcje i dać sobie z tym radę.

Jeśli inni ludzie w Twoich myślach mówią o Tobie pozytywne rzeczy - również otwórz się na to i wysłuchaj tego od A do Z. Co mówią, po co, dlaczego. Co Ci to daje? Jakie masz dzięki temu możliwości? Może tak się motywujesz? Może dla pozytywnej opinii ludzi jesteś w stanie mocno dać dupy? Pomyśl o tym.

Następnie, gdy już otworzysz się na projekcje, zastanów się, jaki obraz siebie chcesz za ich pomocą ochronić? Krytykowanie siebie w myślach ustami innych ludzi może pozwalać uchronić obraz siebie jako osoby profesjonalnej ("wyjdę przed ludzi, powiem coś głupiego, wyśmieją mnie, skrytykują i nie będę miał już obrazu  osoby profesjonalnej w ich oczach"). Wyobrażanie sobie, że inni nas odrzucą, jeśli np. wyjawimy swoją chorobę, może być oznaką chęci utrzymywania obrazu siebie jako osoby idealnej, bez skazy. A chwalenie siebie ustami innych ludzi może być oznaką chęci udowodnienia światu, że oto jestem osobą zdolną, bystrą itd. To może być źródłem potężnego stresu, bo tak czy inaczej za wszelką cenę chce się utrzymać w myślach ludzi jakiś obraz siebie.

Idźmy dalej i ustalmy fakty. Jaki jesteś naprawdę? Jakie są rzeczywiste fakty na Twój temat? Tutaj wychodzisz z poziomu hipokryzji i zaczynasz pracować na całości mechanizmu - na dobrym i złym obrazie samego siebie. Odkrywasz, że Twoje ego chciało wytworzyć u innych pozytywny obraz siebie, ponieważ samo o sobie ma obraz negatywny. Ktoś uznał siebie za głupka, więc chce udowodnić innym, że jest inteligentny i np. opowiada innym mądre rzeczy, gra mędrca, używa odpowiedniego namaszczonego tonu głosu i słów charakteryzujących styl oświeconego. I krytykuje innych za ich "głupotę". W ten sposób utrzymuje swój obraz siebie jako osoby inteligentnej, choć tak naprawdę sam w to nie wierzy. A ten fakt odbija się na komunikacji, tworząc niespójność. Wszyscy czują, że coś jest nie tak, ale nie wiedzą co. Odsuwają się a osoba samooszukująca się zastanawia się, o co chodzi. Najczęściej wtedy uznaje innych za głupców i koło się zamyka.

Innym przykładem może być sytuacja, w której ktoś uznał siebie za nieudacznika, więc zaczyna pozować na osobę zaradną, która w głębi duszy tak naprawdę umiera z przerażenia, że nie da sobie rady. Albo ktoś uznał siebie za lenia i pozuje na pracowitego i zapracowanego, kto wiecznie "nie ma czasu". A jeśli nikt nie widzi, to zamiast pracować, siedzi na kwejku czy fejsbuku.

Zabawne i tragiczne jednocześnie jest to, że takie mechanizmy potrafią trwać latami albo nawet całe życie, a osoba w nie uwikłana nie zdaje sobie z tego zupełnie sprawy. Zabawne jest to, że zaczniesz dostrzegać u innych wyraźnie te mechanizmy w momencie, gdy dostrzeżesz je u siebie - i to już nie będzie projekcja, ale obserwacja.

A jeśli złapiesz się na myśli "ooo, inni popadają w mechanizmy obronne, a ja nie, bo jestem świadomym i mądrym człowiekiem, a oni głupkami" - to właśnie zaczynasz projektować. Moje doświadczenie mówi mi, że nie ma jednostki wolnej od tego mechanizmu. Nawet, gdy już rozpoznasz i skonfrontujesz się ze swoimi projekcjami, odkryjesz ich rolę i sens, to i tak będziesz je wytwarzać nadal, ponieważ tak właśnie działa umysł, taka jest jego funkcja. Musiałbyś nie mieć mózgu, aby tego nie robić. Z czasem jednak zmieni się charakter Twoich projekcji. Zauważysz, kiedy Twoje ego będzie projektować i od razu rozpoznasz, po co to robi i jak bawi się z Tobą w kotka i myszkę. Gdy już niczym po nitce do kłębka dojdziesz do sedna swoich problemów i pozwolisz ich z całą siłą zamanifestować się w Twoim ciele, dysfunkcjonalne projekcje zaczną się rozpraszać, bo nie będą już potrzebne. Nie będziesz musiał uciekać do cierpienia, bo się z nim zmierzyłeś i przeżyłeś. A to da Ci świadomość, że sobie z nim radzisz. Wtedy zamiast projekcji w służbie ego pojawią się projekcje w służbie świadomości - gdzie celowo i z zamysłem będziesz projektował myśli innych ludzi po to, aby osiągnąć pewne zamiary. I to będą dobre zamiary - dobre dla Ciebie oraz innych ludzi (tak działa poszerzona świadomość). Wtedy projekcja "wszyscy mnie kochają" nie będzie wynikać z chęci ucieczki przed odrzuceniem, lecz ze świadomości, że ludzie nie mogą Cię nie kochać - bo nie możesz nie kochać samego siebie, gdy siebie kochasz.

Odłączysz się od matrixa i zobaczysz rzeczywistość. Tego życzę sobie i innym.

Pozdrawiam!

piątek, 15 czerwca 2012

Mechanizmy obronne - racjonalizacja

Witajcie. W ostatnim poście pisałem o mechanizmie wyparcia. Dziś nadszedł czas, by poznać kolejny mechanizm:

2. Racjonalizacja

Zdarza się, że podejmujemy poważną decyzję z długotrwałymi konsekwencjami w momencie emocjonalnego zaślepienia. Zaślepić nas może wiele emocji: gniew, lęk, pożądanie itd. Emocje jednak mają to do siebie, że szybko przechodzą. A my musimy żyć z decyzją, którą podjęliśmy.

Bywa, że nie idziemy w swoim życiu ścieżką, jakiej naprawdę byśmy pragnęli. Ścieżką podyktowaną przez rodziców, przez otoczenie, lansowaną przez mass media, pseudo-autorytety itd. I udajemy szczęśliwych, choć w głębi serca czujemy, że "to nie to".

Wtedy też, by zachować twarz i ułudę, że to, co robimy, jest słuszne - często wchodzimy w mechanizm zwany racjonalizacją. Czujemy co innego i mówimy co innego. Szukamy racjonalnego poparcia dla podjętych przez siebie decyzji. Staramy się udowodnić światu (choć tak naprawdę sobie), że dobrze robimy.

Racjonalizacja nie jest trwałym rozwiązaniem żadnego problemu. Owszem, chwilowo czujemy ulgę, bo przez moment upewniamy się, że jednak podjęliśmy dobrą decyzję. I to nas uspokaja. Niemniej racjonalne argumenty i wyszukane korzyści nie trafiają do serca, które czuje, że nadal coś jest nie tak.

A potem zdarza się, że ktoś u schyłku życia budzi się ze snu i z całym okrucieństwem dociera do niego, że nie żył życiem, jakiego pragnie, trzymając się sztucznych decyzji i chcąc za wszelką cenę uchodzić za człowieka konsekwentnego. Trzeba być wtedy gotowym na wpuszczenie wielkiego cierpienia do swojego serca, aby prawda mogła się zamanifestować.

Jest jeszcze czas przed każdym z nas. Warto więc zrobić coś, by opuścić pułapkę racjonalizacji. Jak to zrobić?

Jak porzucić racjonalizację?

1. Wypisz na kartce wszystkie sytuacje, w których robisz rzeczy, których nie czujesz, nie chcesz, i które uzasadniasz przed ludźmi i światem w jakikolwiek sposób. Może praca, w której pracujesz, nie jest tym, co chciałbyś robić? A może związek, w którym tkwisz, jest tylko i wyłącznie próbą reanimowania trupa a tak naprawdę kochasz kogoś innego? A może masz hobby dlatego, że jest ono modne, ale w rzeczywistości wcale Cię to nie kręci? A może chodzisz na siłownię nie dlatego, by czuć się dobrze, lecz dlatego, że masz kompleksy i boisz się wyśmiania? I tylko uzasadniasz sobie, że "tak trzeba, bo to zdrowe" itd.

2. Następnie wypisz, jaki obraz siebie próbujesz uchronić brnąć w to wszystko? Jak chcesz, by Cię postrzegano? Wiele osób odkrywa, że brnie w działania, których nie czują, ponieważ chce od nich tego otoczenie. Otoczenie otoczeniem, ale by zmusić się do czegoś, czego się nie chce, należy też mieć przekonanie, że trzeba być "jakimś". Trzeba być miłym, trzeba być konsekwentnym, trzeba pomagać rodzinie, trzeba dbać o innych, trzeba, trzeba, trzeba. I powinno się! I należy! Wszystkie te zupełnie sztuczne, narzucone z zewnątrz reguły będą - jeśli wierzysz w ich prawdziwość - dyktować Ci zachowania, których nie chcesz robić. Każą Ci brnąć w maski, w sztuczne postawy. Z lęku przed odrzuceniem.

3. Ustal, jakie są fakty. Co naprawdę czujesz w tych sytuacjach? Jakie są Twoje prawdziwe nadzieje i prawdziwe lęki? Co naprawdę chciałbyś robić zamiast tego? Bądź ze sobą szczery. Czy to, jak uzasadniasz swoje decyzje, jest prawdziwe? Czy naprawdę chodzisz biegać do parku, bo "to zdrowe"? Czy naprawdę jesteś z kimś w związku, bo "go kochasz"? Przemyśl to i dopuść do świadomości to, co Ci dyktuje serce. Nie oznacza to, że zaraz musisz mu ulegać i momentalnie porzucić swoje obecne życie. Czasem nie jest to możliwe od razu i trzeba miesięcy lub lat, aby wybrnąć z obecnej sytuacji i iść w stronę, której się rzeczywiście pragnie. Ale sam fakt uświadomienia sobie tych spraw może wiele zmienić.

4. Jakie nowe zachowania pragniesz wdrożyć w obliczu swoich odkryć? Czy dalej będziesz kontynuował swoje racjonalizacje? Czy może zapragniesz robić coś innego? Wypisz wszystko, co przyjdzie Ci do głowy. Możesz utworzyć plan wyjścia z oszustwa - rozpisany na miesiące lub lata.

***

W zeszłym roku moja bratowa poprosiła mnie, abym został ojcem chrzestnym jej dziecka. Zrobiła to w sposób niezwykle kulturalny i uprzejmy, z nutą oficjalności. Odmówiłem. Wtedy rozpoczęła się kampania pt. "Jaki to ja jestem zły" oraz "Dziecku się nie odmawia". Odarłem, że jestem dobry i nie odmawiam dziecku, ale wam. To proste. Nie wyobrażam sobie, że stanę przed całą rodziną i będę przyrzekał przed nią, że oto tego zupełnie nieświadomego chłopczyka będę wychowywał w duchu wiary Kościoła (brrr!). Kościoła, do którego nie chodzę, nie uznaję go i z którym nie identyfikuję się. Poziom dyskomfortu, który bym odczuwał, byłby ogromny. Byłoby to coś, czego bym kompletnie nie czuł. Tak też uzasadniłem swoją odmowę. W odpowiedzi usłyszałem, że "przecież to nieważne, bo to tylko taki powierzchowny rytuał". Więc spytałem - Skoro to nic nie znaczący rytuał, to po co to robić? Aby uniknąć gniewu babci?

Utrzymałem się przy swoim zdaniu i nie żałuję. Nie chcę mieć nic wspólnego z obrządkami kościelnymi, to nie moja wiara i nie mój świat. 

Idąc dalej ku prawdzie i zrozumieniu odkrywam, że to, czym się zajmuję zawodowo, nie było też do końca podyktowane odruchami serca i nie do końca daje mi szczęście. Owszem, mam wiele momentów w swojej karierze, które dają mi dumę i satysfakcję - niemniej zaczynam odkrywać, że serce ciągnie mnie w zupełnie inną stronę. Wysłuchuję go dokładnie i sprawdzam, na ile możliwe jest robienie tego, o czym ono mówi. Zobaczymy, co z tego będzie.

Zrób ćwiczenie i odkryj prawdziwego siebie zagrzebanego pod stosami racjonalnych wywodów. Tego Ci życzę!

środa, 13 czerwca 2012

Mechanizmy obronne - wprowadzenie

Witajcie drodzy Czytelnicy. Z maili i komentarzy wynika jasno, że temat cierpienia i konfrontacji z nim poruszył Was dogłębnie. Dlatego temat też będę kontynuował i zgłębiał - byśmy wszyscy wspólnie skorzystali.

Gdy cierpimy - pragniemy coś zmienić w swoim życiu. Jednak praktyka pokazuje, że często ta zmiana nie następuje. Tkwimy w toksycznych związkach, choć wiemy, że serce nam od nich wysiada. Bywamy nieszczęśliwie zakochani, idealizujemy obraz drugiej osoby, choć mamy jawne dowody na jej obojętność albo nawet wrogość. Latami chodzimy do pracy, której nie znosimy i wysłuchujemy docinek, tłamsząc w sobie gniew lub smutek. Chowamy przed światem wstydliwe choroby ciała i umysłu, bo boimy się odrzucenia i niesprawiedliwych osądów.

Tak naprawdę jednak w głębi serca nie chcemy zmiany. Boimy się zmiany. Bo zmiana to ZAWSZE ryzyko. Jeśli nie ma ryzyka, to nie ma zmiany.

W tym celu nasze ego, przez które rozumiem wszelkie przekonania zaczynające się od "jestem...(jaki? kim?)", wytwarza skomplikowane mechanizmy mające na celu ochraniać nas przed cierpieniem. Mechanizmy te - zwane w psychologii mechanizmami obronnymi - to złożony system myśli, emocji i zachowań, które mają jeden cel - pozwolić nam zagłuszyć własne cierpienia, odsunąć je choć na chwilę, na moment o nich zapomnieć.

Jeśli zatem na którymś poziomie pragniesz zmiany - szczerze - a mimo to zmiana nie zachodzi, to oznaka, że tkwisz w głębi nieuświadomionego mechanizmu obronnego, który bojkotuje Twoje starania. Nie zrobisz tutaj nic na siłę - umysł jest szybszy niż Twoja świadomość, podejmuje decyzje "za Ciebie" - w tle, obok, zanim zdążysz się połapać.

Mechanizm obronny zakłada, że coś Cię atakuje. Jedyne, co Cię atakuje, to Twoja własna wiara w myśli, które są dla Ciebie niekorzystne. Jednak póki nie rozpoznałeś prawdy, wierzysz myślom, w które wierzysz, i choćby prawda stała przed Tobą w całej okazałości, umysł będzie Cię zaślepiał na wszelkie sposoby, by utrzymać swoją iluzję, która rzekomo ma Cię chronić.

Postanowiłem zatem omówić najważniejsze mechanizmy obronne i pokazać Ci sposoby, jak te mechanizmy porzucić, aby móc skonfrontować się z prawdą. To nie żart - gdy ją poznasz, naprawdę Cię ona wyzwoli. Ale trudno ją poznać, gdy się człowiek przed nią broni, myśląc, że "prawda może być bolesna". Prawdziwa prawda nie jest nigdy bolesna. Bolesne są zawsze tylko myśli, w które wierzymy i które za prawdę uznaliśmy. Tak mówi mi moje doświadczenie. I zmiany, których doświadczam od kilku miesięcy.

Ok, jedziemy z koksem. Jakie mechanizmy obronne wytwarzają ludzie, aby chronić siebie i swoje status quo?

1. Wyparcie

Każda myśl, w którą wierzysz - podkreślam: KAŻDA - dokonuje wyparcia. Jeśli uważasz, że "Gienek jest spoko gościem" - to wypierasz doświadczenia, gdy nie był spoko. Gdy uważasz, że "Gienek to chuj" - wypierasz doświadczenia, w których Gienek był spoko. Itd. Będą myśli, które łatwo podważysz. Powiesz komuś "popatrz na to z drugiej strony" - a on po prostu popatrzy i stanie się bardziej świadomy. Będą jednak przypadki, gdy ktoś ewidentnie będzie trzymał się swojego przekonania, że "Gienek jest (jakiś)". Lub jakiegokolwiek innego. Po co? Po to, że to przekonanie jest mu do czegoś potrzebne. Ano do czego? Pomyślmy. Po co ktoś miałby utrzymywać ewidentnie złą lub ewidentnie dobrą opinię na czyiś temat? Dlaczego matki bronią swoich synów morderców i złodziei i twierdzą, że są oni niewinni pomimo nieraz oczywistych dowodów? Dlatego są przypadki, że mąż leje żonę, a ona nadal uważa go za "ideał"? Po co im to? Po co im te przekonania?

To proste: chcą chronić swój własny dobry obraz.

To działa na dwa sposoby.

W pierwszym przypadku ktoś utrzymuje o kimś (czymś) jednoznacznie negatywną opinię, ponieważ w ten sposób na jego (tego) tle czuje się lepszy. Standardowy przykład: zazdrość. Gdy ktoś z naszych bliskich, równych nam "ziomów" nagle ni stąd ni zowąd, bez pracy, bez wysiłku, osiąga sukces - przez co rozumiem to, co my sami wyznaczyliśmy sobie jako życiowe cele - nie sposób tego ominąć. Zaczynamy zazdrościć. Dobra zazdrość to taka, w której czyiś sukces mówi nam: "Ooo, super, to znaczy, że ja też mogę!". Destruktywna zazdrość ma jednak w tle przekonanie pt. "jestem kimś gorszym". Trudno się pozbyć takiej zazdrości, toteż wpadamy łatwo w mechanikę obronną pt. "To głupi chuj, udało mu się! Farciarz pieprzony". I oczywiście wszystko zaczyna się potwierdzać. A gdy robimy The Work i szukamy dowodów na potwierdzenie tezy przeciwnej ("To spoko gość") - nagle okazuje się, że wszystkie te "dowody" są jakieś takie... nieprzekonujące. Oczywiście! Przyznanie się przed samym sobą, że "tak, oto jestem kimś gorszym, bo mi się nie udało, a jemu tak, a on nadal jest spoko gościem" - powoduje cierpienie, które intuicyjnie chcemy od siebie odsunąć. To własnie wyparcie (choć jest tam wiele innych jeszcze mechanizmów).

Drugi przypadek wyparcia to utrzymywanie pozytywnego obrazu czegoś lub kogoś. Wspomniana żona utrzymuje pozytywny obraz męża pijaka, bo gdyby przyznała szczerze, że to najgorszy gamoń w kosmosie, to musiałaby dopuścić do siebie straszną myśl, że ma przejebane, zmarnowane życie i jest kimś beznadziejnym, skoro tylko zapluty pijak ją chce. Taka myśl, której bardzo ludzie nie chcą mieć w głowie, choć miewają, powoduje takie cierpienie, że trzeba je jakoś minimalizować - np. poprzez wypieranie negatywnej opinii o mężu. Och, mamy to samo, co ta biedna kobieta! "Ta praca wcale nie jest taka zła...". "Myślę, że wcale tak bardzo nie jestem kiepski w łóżku...". "Mój fiut jest większy... niż mój fiut."

Wypieramy. Cały czas. Filtrujemy rzeczywistość i łapiemy się opinii, które nam służą do tego, byśmy maskowali swoje cierpienia. W ten właśnie sposób tkwimy w gównie po uszy nieraz latami. Ciągle utrzymując fałszywe opinie - bo ich zdestabilizowanie wiązałoby się z tak wielkim cierpieniem, że NATYCHMIAST musielibyśmy podjąć kroki, aby całkowicie zmienić swoje życie. A to wysiłek. A to lęk. To ryzyko, którego tak naprawdę boimy się najbardziej. Nie boimy się dostać po ryju tak, jak dostawaliśmy już wiele razy. Nie boimy się raz jeszcze nieszczęśliwie zakochać. Nie boimy się umrzeć z głodu na ulicy, błagając o 3 grosze na bułkę. Boimy się nieznanego.

Jak z tego wyjść?

Zrób listę osób, które uważasz za zajebiste. I listę osób, które uważasz za wrogów/ wieśniaków itd. Następnie odpowiedz sobie szczerze - po co Ci dobra i zła opinia o tych ludziach? Jaki obraz siebie próbujesz w ten sposób ochronić? Jaki obraz siebie próbujesz wykreować?

Krytykujesz kogoś, kto ma kasę? Może masz przekonanie, że sam nigdy niczego się nie dorobisz, bo nie jesteś wystarczająco dobry? Krytykujesz głupią, naiwną miłość? Zakochanie? To może sam cierpisz z powodu nieszczęśliwej miłości? Otaczasz się tylko ludźmi, którzy mają jakąś cechę? Może sam jej nie masz?

Następnie ustal fakty. Z ręką na sercu, w pełnej otwartości umysłu, na spokojnie, szczerze odnajdź w tym wszystkim FAKTY - niezaprzeczalne fakty, które mówią same za siebie. Jacy oni naprawdę są? Czy naprawdę są tacy, jakimi widzi je Twoje skrzywdzone ego? W obliczu realnych faktów trudno polemizować. Rzeczywistość nie jest kwestią negocjacji. Modele rzeczywistości są. Myśli są. Ale nie rzeczywistość.

Na końcu ważny krok: określ nowe działania. Co nowego zamierzasz zrobić w tej sprawie? Zamierzasz nadal wchodzić w mechanizmy obronne? Zamierzasz nadal utrzymywać za wszelką cenę te super dobre i super złe opinie na czyiś temat? Czy może na bazie faktów chcesz podjąć nowe zachowania? Jeśli tak - to jakie?

DreamWalker: Jaki jest Twój szef?
Kumpel: To niekompetentny ciołek.
DW: Co Ci daje ta opinia?
K: Hm... Nie wiem.
DW: Po co ją masz? Jaki obraz Ciebie jako pracownika chroni?
K: Szczerze?
DW: Nie, możesz kłamać przed światem dalej. Ale jest jedna osoba, której nigdy nie okłamiesz...
K (śmieje się): Samego siebie?
DW: Bystrzak jesteś. A teraz do rzeczy. Jaki obraz siebie chronisz, wierząc w myśl, że Twój szef jest "niekompetentnym ciołkiem"?
K: Siebie jako... hm... mogę być leniwy. Nie muszę nic robić w pracy, bo skoro szef jest ciołkiem, to dlaczego ja mam się starać?
DW: Bingo. Masz to. Jakie są fakty? Czy twój szef serio jest aż takim niekompetentnym ciołkiem?
K: Heh, aż takim nie...
DW: Twoje ego negocjuje. Może nie jest AŻ takim ciołkiem, ale takim malutkim jest, co nie?
K: Haha.
DW: Znajdź fakty o nim.
K: Umie prowadzić spotkania biznesowe... o ile się na nie nie spóźnia.
DW: Patrz! Ego widzę walczy dalej i MUSI dojebać, co nie? Powiedz: "Umie prowadzić spotkania." I kropka.
K: Umie, umie, masz rację. Umie.
DW: Co jeszcze?
K: Umie walczyć o nasz zespół. Umie rozmawiać z zarządem firmy i walczyć o  nasze prawa i nasze sprawy.
DW: Co jeszcze?
K: Hmmm... Umie powiedzieć wprost, co myśli.
DW: Ty nie umiałeś. Teraz się dopiero uczysz. Masz więc fakty, które w jawny sposób przeczą, że on jest niekompetentnym ciołkiem". Co z tym zrobisz? Będziesz nadal utrzymywał opinię, że jest niekompetentny? Czy może podejmiesz nowe działania?
K: Ale on... naprawdę jest nie do końca...
DW: Ile lat jest szefem Twojego działu?
K: Bodaj 3 albo 4.
DW: Serio jedzie 3-4 lata na dobrej opinii?
K: Masz rację...
DW: Jakie nowe działania podejmiesz?
K: Ok... skończę z tym. Skończę z krytykowaniem go. Wezmę się bardziej do roboty.
DW: Gratuluję. Przestałeś się oszukiwać.

Tak to działa. Zatem do roboty! Zrób ćwiczenie. ZRÓB je. ZRÓB JE TERAZ. Inaczej NIC nie zmienisz. NIC. Samo przeczytanie tego posta gówno Ci da. Ego Ci powie: "Tak, tak, ładny przykład, ALE..." + bełkot. Nie daj się nabrać. Ego będzie się bronić, bo myśli, że nie da rady znieść cierpienia związanego z rozpoznaniem prawdy. Ono nie da rady.

Ale Ty dasz.

To tylko cierpienie. To tylko emocje. Mogą boleć na początku, ale potem je "rozchodzisz". Okiełznasz je pod warunkiem, że nie oddasz ich ego, ale swojej świadomości. I pozwolisz je sobie przeżyć. Przepuścisz to cierpienie przez swoje ciało i umysł. Obserwuj je, gdy się pojawia. I nie próbuj go zmieniać, nie próbuj na nie wpływać. Masz do odrobienia lekcję z życia. Znów uciekniesz na wagary? Czy może w końcu zmierzysz się z faktami? Gdy uciekasz, dajesz sobie sygnał, że jesteś słabszy niż cierpienie. A ono dzięki temu rośnie. Gdy się konfrontujesz, wysyłasz sobie samemu jasny sygnał: dam radę. Bo dasz. Jesteśmy wymyśleni tak, by dawać radę. By przeżyć to, co mamy do przeżycia.

Dlatego zrób ćwiczenie. Szczerze i namiętnie, z otwartym sercem i  umysłem. Dla siebie. Dla swojej prawdziwej wolności. Na bazie Twojego cierpienia wyrośnie nowy, lepszy Ty. Do dzieła!

wtorek, 29 maja 2012

Wszystkie cierpienia są do przeżycia


Niewątpliwie się go boimy. Nie chcemy go w naszym życiu, ale mimo to pojawia się ono od czasu do czasu. Czasem częściej, czasem rzadziej. Nieproszone. Nagle. I nie wiemy czemu. Nie znajdujemy odpowiedzi na pytanie: "Dlaczego ja?".

Cierpienie.

Ból. Ból fizyczny i psychiczny.

Te rzeczy to nieodłączna część ludzkiej natury. Innymi słowy - nie możemy ich nie przeżywać do momentu, w którym już ich nie przeżywamy.

Gdy cierpienie i ból pojawiają się w naszym życiu - mamy 2 drogi:

Pierwszą drogą jest oddanie tego cierpienia naszemu ego. Ego wtedy, aby załagodzić to cierpienie lub mu zapobiec, uruchomi tzw. mechanizmy obronne. Mechanizmy obronne to strategie umysłowe służące do ucieczki przed cierpieniem. Może być: popadanie w pracoholizm (lub inny -holizm), obwinianie innych za swoje cierpienie, krytykowanie czy atakowanie ich, racjonalizowanie swoich błędnych decyzji, udawanie obojętnego, tłumienie swoich prawdziwych emocji, zmienianie tematu, celowe próby rozproszenia się, ucieczka w świat fantazji, udawanie dziecka (tzw. regresja wiekowa), wiara we wróżki i horoskopy w nadziei, że przyniosą dobre wieści, wypieranie się pewnych wspomnień i próby celowego zapomnienia o czymś, obracanie w żart czegoś, co jest dla nas przykre itd.

Mamy całe, niezwykle bogate spektrum mechanizmów obronnych. Broniąc się, wysyłamy sami sobie sygnał, że jesteśmy zbyt słabi, aby sobie poradzić z cierpieniem, które chce zawitać do naszego życia i ciała. Mówimy sobie: "Nie, ja tego nie przeżyję, muszę tego uniknąć jakoś." I zaczyna się błędne koło. Skoro cierpienie rodzi się w nas - ucieczka przed nim przypomina próbę ucieczki przed własnym cieniem. Im szybciej uciekamy, tym szybciej cień nas goni. Stwarzając sobie tożsamość uciekiniera, tworzymy jednocześnie tożsamość goniącego. I koło się zamyka.

Cierpienie niektórych osób jest tak wielkie i tak bardzo się go boją, że całe ich życie oparte jest o mechanizmy obronne. Udają kogoś, kim nie są. Mają do wszystkich pretensje. Nigdy nie biorą odpowiedzialności za swoje decyzje. I tak dalej, i tak dalej. Z takimi ludźmi ciężko żyć, dlatego przeżywają oni często dramat odrzucenia. Co jeszcze bardziej potęguje ich cierpienie i pogłębia ich mechanizmy obronne.

To wszystko dzieje się na poziomie podświadomym.

Mechanizmy obronne są metodą bardzo skuteczną jeśli chodzi o unikanie cierpienia. O udawanie, że go nie ma. Problem w tym, że na bardzo krótką metę. To tak, jakby ciągle coś nas bolało, a my bierzemy tabletkę przeciwbólową, aby ten ból stłamsić. Potem już przewidujemy, kiedy ból może się pojawić i bierzemy tabletki już na zapas - zanim cokolwiek się dzieje. Z czasem cierpiące ego tworzy wokół swojego cierpienia całą życiową filozofię. Oddala się od prawdziwego źródła cierpienia, od prawdziwej rany, dobudowując kolejne mechanizmy obronne - ponieważ poprzednie okazały się średnio skuteczne. Albo w ogóle nie działały. Po jakimś czasie człowiek żyje w bunkrze. Bunkrze własnej osobowości, która de facto jest toksyczna - dla samej osoby i jej otoczenia.

Jak z tego wybrnąć?

Tutaj dochodzimy do drugiego sposobu. Tego, który jest skuteczny. Polega on na tym, aby... przeżyć swoje cierpienie.

Tak po prostu. Usiąść i przeżyć. Bez uciekania w mechanizmy, które miałyby go załagodzić. W myśl zasady, że wszystko jest do przeżycia, i że co nas nie zabije, to nas wzmocni. Przeżyj to. Skup się na tym. Wyłącz pierdolenie. I daj się ponieść cierpieniu.

- O tak, DreamWalkerze, łatwo się mówi. "Przeżyj cierpienie". Ale czasem cierpienie jest tak ogromne, że po prostu się nie da!

Oczywiście. Jakiś czas temu facet, którego kochałem nad życie, odrzucił mnie. A przynajmniej tak zinterpretowałem jego zachowanie. Pojawiło się niewyobrażalne cierpienie. Cierpienie, którego nie dało się opisać żadnymi słowami. Które dusiło mnie po nocach, które katowało zza dnia. Które wypełniało moje myśli i ciało po brzegi do tego stopnia, że w panice szukałem sposobów, aby choć odrobinę je załagodzić. W mojej głowie pojawiały się myśli o samobójstwie. Ale moje ego wybrało inne rozwiązania. Błaganie o litość i przepraszanie, brnięcie w jakiekolwiek związki z kimkolwiek, byleby tylko tego nie czuć; pracoholizm (po 14 godzin na dobę), seksoholizm, obżeranie się, bieganie po parku po 2 godziny dziennie (jogging, przecież to samo zdrowie!) itd. Byleby tylko nie czuć. Nie czuć. Nie czuć.

Po jakimś czasie zrozumiałem, że uciekam przed własnym cieniem. Że gdy zwalniam, mój cień też zwalnia. Gdy nie mogłem tego znieść, znów ego przyspieszało. Nie było na tamten czas lepszych strategii radzenia sobie ze swoim bólem. Więc znów popadałem z mechanizmy obronne. Potem znów zwalniałem. Wystarczył jeden krótki rzut ona na swój cień, bo cierpienie pojawiało się znów. Wracało w nocnych koszmarach, w zadręczającym mnie poczuciu winy, w poczuciu odrzucenia, samotności. Więc znów biegłem, ale nie tak szybko, jak wcześniej. Potem mogłem już patrzeć na cień nieco dłużej. Wytrzymywałem z nim kilka sekund dłużej. Nie analizowałem go, nie chciałem zmienić. Po prostu go obserwowałem - gdziekolwiek za mną szedł. Po jakimś czasie okazało się, że fragmenty cienia zaczęły się rozpuszczać. Że światło świadomości rozproszyło mrok. Zajrzałem w samo dno hadesu, w otchłań, która pożerała moją duszę. I obserwowałem bez chęci zmiany, ciągle jednocześnie utrzymując świadomość, że jestem tu i teraz (świadomość ciała i oddechu). Z czasem wycieczki mojego umysłu przestały być tak straszne. Zmierzyłem się ze swoim demonem, przeżyłem swoje cierpienie. Pokazałem sobie i swojemu ego, że jestem na tyle silny, aby to przeżyć. Aby dać sobie z tym radę.

Nie od razu. Nie na hurra. Ale w dużej mierze się udało.

Czy to koniec mojego cierpienia?

Nie mam pojęcia. Nie zależy ono ode mnie. Ono przychodzi, kiedy chce. Czasem wciąż odwiedza mnie w snach lub za dnia, gdy np. myję naczynia. Ja wiem jednak, że mam wybór. Że albo powierzę je ego i jego mechanizmom obronnym - co czasem jest dobrą decyzją (wtedy, kiedy nie jest złą). Albo zacznę je powierzać swojej świadomości - konfrontując się z tym bólem.

Tak buduje się prawdziwe zaufanie do samego siebie. Kompetencje i pewność, że można na sobie polegać nawet wtedy, gdy świat się pali i wali.

Kiedyś chciałem obiecać sobie i Tobie, że na tym blogu znajdziesz rozwiązanie swoich problemów, że dzięki nim unikniesz swojego cierpienia. Nie unikniesz. Nie uda się. Przepraszam, ale rzeczywistość tak nie działa. Dlatego proponuję coś innego - oswoić się ze swoim cierpieniem i zaakceptować je. Aby je zaakceptować, trzeba je zrozumieć. A żeby zrozumieć - trzeba je obserwować zamiast usilnie udawać, że go nie ma, że nas nie interesuje, że z nim wygraliśmy. Nigdy z nim nie wygramy, nigdy też nie przegramy - jeśli nie będziemy walczyć. Jeśli nie będziemy go atakować, lecz po prostu pozwolimy sobie współegzystować z nim. 

Co się stanie potem?

Zrozumiane i ugoszczone cierpienie zmienia się w siłę. Lęk zmienia się w odwagę. Obojętność zmienia się w miłość. Złość - w siłę i moc. Rośniesz jako człowiek. Wzmacniasz się. Kolejne cierpienia, które pojawiają się na horyzoncie, nie są już tak straszne. Wydają się błahostkami i czujesz, że dasz sobie z nimi radę bez problemu. Bo wiesz, że również z nich składa się życie.

Zatem nie walcz, nie oskarżaj, nie krytykuj, nie uciekaj. Zatrzymaj się w miejscu, bądź tu i teraz, oddychaj i zastanów się, w których momentach Twojego życia próbujesz uniknąć cierpienia za wszelką cenę i jak to robisz. Czy to działa? Czy rzeczywiście rozwiązuje problem? Czy tylko chwilowo odsuwa Cię od niego?

Aby odpowiedzieć na to pytanie, potrzebujesz być względem siebie szczerym. Odpowiadać z ręką na sercu. Otworzyć się przed samym sobą i powiedzieć, jak jest. To właśnie miał na myśli autor słów "Poznaj prawdę, a prawda Cię wyzwoli". Bez odkrycia tej prawdy, nie ruszysz dalej. Twoje życie będzie tylko mechanizmem obronnym ego. A nie prawdziwym przeżywaniem tego, co jest.

To droga. To nie jednorazowy zabieg, który Cię wybawi. To ścieżka ku jasnemu, świadomemu umysłowi. Ścieżka, która ciągle się zaczyna na nowo i być może kiedyś się skończy - w momencie uzyskania ostatecznego wglądu w siebie. Problem w tym, że nigdy nie wiesz, który wgląd jest ostateczny. Czasem po dniach spokoju pojawia się kolejne cierpienie i już wiesz, że czeka Cię znów przygoda.

Przeżyj swoje cierpienie. Bo każde jest do przeżycia.

poniedziałek, 14 maja 2012

Wpuść cierpienie do swojego życia

Powódź dobrych rad. Kopalnie życiowych poradników. To moda, która przyszła do nas z Zachodu, niemniej potrzeba sięgania po takie publikacje wynika z nas samych, z prostego faktu, że cierpimy i nie godzimy się na to. Setki technik, dziesiątki "prostych sposobów" na usunięcie żalu, smutku, bólu, cierpienia, wstydu, poczucia winy, strachu. "Rozwalacze depresji", "Destruktory lęku" itd.

A cierpienie i tak powraca.

I będzie powracać. Jak boomerang - im silniej, im dalej chcesz go wyrzucić, tym z większym impetem powróci. Oczekuj go.

W którymś momencie ten boomerang tak mocno uderzył mnie w głowę, że wiedziałem już, że nie wygram. Wszedłem na mroczną ścieżkę samooszukwiania się, skrywanej przed światem depresji, rozrywającej piersi rozpaczy, którą dobrze przypudrowałem przed innymi ludźmi.

W końcu nie było innego wyjścia, niż zatopić się w tym. Poddać się temu. Wpuścić do serca wszystkie trucizny, wszystkie zjadliwe toksyny krążące w krwiobiegu. Sam siebie podziwiam za tę odwagę.

Gdy schodzisz na dno piekieł, gdy cały świat wydaje się płonąć, zatapiać w czarnej, gęstej smole, z której nie można się wydostać, gdy cierpienie jest tak wielkie, że aż nie można oddychać - serce wciąż niestrudzenie bije. Zapada nieprzenikniona cisza. Przez moment to bicie serca jest jedyną oznaką życia, bo wszystko dookoła umiera.

I wtedy, w chwili największego cierpienia, gdy Twój umysł po prostu je zaakceptuje, gdy powie mu "tak", gdy zdobędzie się na odwagę, by uznać jego istnienie, uznać fakt, że się cierpi, że się leży na dnie hadesu przykrytym metrami mułu - wtedy to cierpienie łagodnieje, zaczyna płynąć, zmieniając się w pewnego rodzaju subtelną ulgę. Coś rusza, coś odżywa, coś otwiera oczy i patrzy na świat świeżym spojrzeniem.

To nowy Ty.

Ty zbudowany na bazie trudnych doświadczeń. Ty uczący się jak być lepszym człowiekiem. Ty rozumiejący bardziej to, czym jest życie, kim jest człowiek.

Zgnuśnienie to brak akceptacji. Zgnuśnienie jest czymś przeciwnym do akceptacji. Otwórz swoje serce na największe cierpienia i pozwól mu przepompować je dalej, zmienić w coś budującego. Wyjdziesz ze spirali, która ściągała Cię na dno.

Zrób w swoim życiu miejsce na cierpienie.

Ugość je, zaproś do swojego życia, do swojego serca. Zaparz mu kawę, podaj ciastko i porozmawiajcie. Niech wyjdzie z cienia. Niech ten ból, który nosimy pod skórą, te wszystkie lęki, smutki, wstyd, rozpacz czy wina - niech to wszystko wyjdzie na jaw. Niech zostanie oświetlone światłem świadomości. Nie walcz, nie oceniaj, bo stracisz energię. Chyba że chcesz - by przekonać się, że to nie ma sensu. Nie jesteśmy komputerami, nie da się wyłączyć pewnych rzeczy jednym pstryknięciem. Na zrozumienie pewnych rzeczy trzeba lat obserwacji. Trzeba cierpliwie powracać do pewnych kwestii, do pewnych tematów - z otwartym, spokojnym, szczerym sercem. Sercem, które gotowe jest na przyjęcie bólu. Na zmierzenie się z najczarniejszą, najokrutniejszą prawdą.

Miej odwagę! Stać Cię na to!

Nie chcesz spędzić całego życia na udawaniu, że wszystko jest okej - jeśli nie jest.

Sam mam rany, które liżę od lat. Których ból budzi mnie w nocy, które tak bolą, że czasem jedyne, czego chcę, to zasnąć i zapomnieć. Ale nie. To tak nie działa. Jak już nie wiadomo, co z cierpieniem zrobić, połóż rękę na sercu, weź kilka głębokich oddechów i pozwól swojemu sercu się tym zająć. Pozwól sobie PRZEŻYĆ cierpienie, zamiast ciągle nim żyć. Pozwól sobie na doświadczenie pełni traumy, zamiast ciągle z nią walczyć. Twoim zadaniem jest tylko i wyłącznie utrzymywanie świadomości, że jesteś tu i teraz. Regularnie oddychanie, trzymanie ręki gdzieś na stabilnym gruncie teraźniejszości.

A serce niech przetwarza.

Tylko ono wie, jak z wyjść z pętli cierpienia. Tylko serce podpowie Ci, co zrobić. Tylko w jego głębokiej mądrości odkryjesz spokój i ciszę, gdzieś tam w środku, w oku cyklonu, panuje cisza i harmonia. I wtedy wszystko dookoła może się walić, ale na Twojej twarzy znów rysuje się uśmiech.

A wtedy każdy kolejny krok w Twoim życiu wydaje się już lżejszy. Bardziej świadomy.

Pogódźmy się z faktem, że cierpienie jest naturalną częścią naszego życia. Że musimy je przeżywać do momentu, w którym już go nie przeżywamy. Paradoksalnie tylko nasza zgoda na wpuszczenie cierpienia do życia jest sposobem, by je zrozumieć, zaakceptować a następnie sobie z nim poradzić.

Z pozdrowieniami,
Dream

czwartek, 12 kwietnia 2012

Jak ofiary wychowują katów?

Schemat tych historii jest zawsze podobny.

Okres miodowy

Początkowo są bardzo mili. Może aż za bardzo. Na pewno jednak nie są do końca naturalni, autentyczni. Pokazują, jak bardzo im zależy. W miarę jak się poznajecie, otwierają się coraz bardziej i bardziej. I nagle okazuje się, że pod lukrowaną powłoczką kryją się głębokie, jątrzące się od lat rany. A to ojciec bił, a to matka wyzywała. A poprzedni faceci dokładali tylko swoje kolejne powody do traum. To budzi Twoją litość i opiekuńczość. Boże, jaki on skrzywdzony - myślisz sobie. To początek Twojego końca.

Okres po tym, jak Cię już zdobędzie

Gdy on upewni się, że jesteś jego i go nie opuścisz, pocznie sprawdzać do jakiego stopnia jest w stanie Cię wytresować. Zaczynają się małe foszki, dąsiki na boku. Myślisz sobie - okej, zdarza się. Jednak pierwsza konkretna awantura mówi Ci, że coś jest nie tak. Awantury z nimi nie są takie, jak z innymi ludźmi. Są na śmierć i życie. Niemniej jednak ważniejsze jest to, co jest PO tych awanturach. Zapada cisza, a jego duma i uniesienie nie pozwalają mu pierwszemu wystawić ręki. Jeśli Ty tego nie zrobisz - on na pewno nie. Poważnym sygnałem ostrzegawczym jest to, że nie on nie chce wyjaśniać tej sprawy, nie chce od niej wracać. Całe nieporozumienie jest zamiatane pod dywan. A każda próba wyjaśnienia, co się tak naprawdę stało, kończy się pretensjami, że chcesz do tego wracać i "rozdrapywać rany". Och tak - księżniczka czuje się skrzywdzona, teraz rany się goją, więc zostaw je w spokoju. To dopiero pierwsze zadrapanie. Ofiara zaczyna gromadzić w sobie poczucie krzywdy.

Okres naporu

Takie incydenty zdarzają się cyklicznie - coraz częściej. Zaczyna się walka, po której nie ma pojednań i prób wyjaśnień. Na drugi dzień dzwoni do Ciebie i zachowuje, jakby się nic nie stało. Jeśli się na to łapiesz - to początek Twojego końca. Z czasem zaczyna z niego wychodzić sarkazm i ironia. Żarty żarciki, że niby zjebałeś mu życie. Że jesteś ciężarem, że go ograniczasz, poniżasz etc. Niepotrzebne skreślić. Zaczyna się żalenie koleżankom i kolegom, zaczyna się narzekanie, przewracanie oczami. Skrzywdzona tożsamość ofiary obudowuje się murem. Ty jesteś złem, przed którym ona musi się bronić.

Wybuch

Ostateczna batalia zaczyna się niewinnie. Od jakiejś pierdoły, od wysypanego cukry albo stłuczonej szklanki. To staje się pretekstem, żeby wyrzucić Ci "miesiące i lata upokorzeń". Jesteś totalnie zaskoczony, nie wiesz, o czym on mówi. Tak, to prawda - od dawna żyje już we własnym świecie. Chcesz spokojnie porozmawiać, ale jest już za późno. Ściana jest tak gruba, że jej nie przebijesz. Musisz zostać chujem, psem, idiotą. Pozornie uratujesz związek, jeśli się przyznasz. Do wszystkiego - co by to nie było. Do zdrad, do poniżania, do wyzwisk, do pobić, wyśmiewania... Co by to nie było - musisz się przyznać, bo jesteś zakłamanym padalcem. Nie liczy się już to, co robiłeś w najszczerszym odruchu serca. W niepamięć idą wspólne kolacje, kąpiele, noce i oglądanie filmów. Okazuje się, że "Ty zawsze" jakiś byłeś, że "Ty nigdy" czegoś nie robiłeś itd. Mur, o który rozbijasz sobie głowę. Jeśli w tym momencie uwierzysz, że coś jest z Tobą nie tak - polegniesz. Przyjmiesz postawę obronną, będziesz się tłumaczył, przepraszał a to będzie Twoja klęska. Nie przyznasz się - jesteś zakłamany.

Wtedy związek się kończy.

Zdziwisz się, jak szybko on znajdzie sobie kogoś nowego. Wtedy cykl polowania się powtarza. Dla niego znów jest kochanym, miłym, niewinnym chłopcem. Znów powtarza się okres miodowy.

***

Ofiary. Ofiary, które zrobią z Ciebie kata. Oskarżą Cię o wszystko i kopną w dupę. Okrutne, zamknięte umysły. I serca. Nieprzyjmujące żadnych innych punktów patrzenia. Niedopuszczające do siebie racji innych ludzi. Żyjące w swoich jedynie słusznych interpretacjach. Początkowo kochane i czułe, szybko pod wpływem byle sprzeczki przeistaczają się w chłodne, betonowe suki nieprzebierające w słowach.

Związek z ofiarą ma dwa finały. Albo rozstanie. Albo męczenie się z kimś w chłodnym, sztucznym, zdystansowanym i toksycznym związku. Ofiara kusi, a potem oskarża. Chce, abyś czuł się winny, gorszy, zestresowany. Bo wtedy łatwiej Cię owinąć wokół palca.

Główną cechą ofiary jest poczucie krzywdy. Ofiarę krzywdzą wszyscy - ludzie, okoliczności zewnętrzne, los, przyroda. Wszyscy i wszystko. Więzienia są pełne ofiar. Wszyscy zabili, bo musieli. Bo życie ich do tego zmusiło. Oni są niewinni.

Poczucie krzywdy całkowicie ich zaślepia i nie pozwala im przyjąć żadnej odpowiedzialności za swoje czyny. Winni są zawsze inni ludzie. A ofiara jest zawsze święta i niewinna.

Nie daj się wciągnąć w te toksyczne gierki. Ofiary nie uzdrowisz ani nie uświadomisz. Nie szukasz pacjentów, ale chłopaka, na którym możesz polegać. Który będzie Cię kochał i wspierał.

Jak rozpoznać ofiarę - nawet gdy się maskuje?

1. Bolesne zwierzenia

Późną nocą chcą wypłakać Ci się w ramię. Jaki to świat okrutny, jacy ludzie straszni. Jak to bardzo zostali zranieni. Nie daj się nabrać - to tylko poza, dzięki której chcą pozyskać od Ciebie współczucie, opiekę, zainteresowanie. Może potem dojść do tego, że gdy będziesz chciał odejść, będą się chcieć wieszać. To też bullshit. Nikt, kto na serio chce się zabić, nie informuje o tym innych ludzi, bo wie, że będą ich powstrzymywać. Ktoś, kto straszy, że się okaleczy lub zabije - nigdy tego nie zrobi. To będą tylko pozory.

2. Brak wyjaśniania sprawy po awanturach i zamiatanie pod dywan


Po awanturze na drugi dzień rozmawia z Tobą jakby się nic nie wydarzyło. Jeszcze wczoraj chciał Cię zabić, dziś - promieniuje uśmiechem. Nie daj się zwieść. Powiedz, że chcesz porozmawiać na spokojnie i szczerze o tym, co się wczoraj stało. Jeśli on będzie się wykręcał - nalegaj aż się ugnie. Nie pobłażaj i nie wybaczaj mu zbyt łatwo. Masz prawo do wyjaśnień - tym bardziej, jeśli nie rozumiesz, dlaczego się na Ciebie rzucił. Jeśli normalna, otwarta rozmowa o tym, co się stało, nie wchodzi w grę, bo on wybucha znów z tą samą siłą, co wczoraj - WYPIERDALAJ. Niech ta awantura będzie ostatnią. Nie zmieni się już. Nie umie się dogadywać i rozwiązywać konfliktów, umie je tylko tworzyć. To nie jest materiał na dobrego faceta i koniec kropka. We wczesnych etapach związku jest jeszcze szansa, że jeśli mu zależy, to się przełamie i nauczy normalnie z Tobą rozmawiać na trudne tematy. Jeśli nie - to zaczyna się koniec związku.

3. Oskarżenia, których nie rozumiesz


Ludzie mogą Cię oskarżać, o co chcą. Mogą Ci zwracać krytyczne uwagi na różne tematy - Twojego zachowania, tego, co mówisz itd. Z normalnym człowiekiem się dogadasz - po prostu powie Ci, co jest wg niego nie tak i co warto, byś u siebie zmienił. Zrobi to z sercem i z troską o Ciebie. Ofiara zrobi to inaczej. Wyleje na Ciebie jad - nagle i bez wyraźnego powodu. Potem może chcieć uciekać. Nigdy jej nie goń. Zawsze ignoruj coś takiego od A do Z. To nie jest informacja o Tobie, lecz o niej. Celem tych jadowitych oskarżeń jest to, byś poczuł się gorszy, winny, poniżony. A summa summarum chodzi o to, by ofiara Cię kontrolowała. Ona tak boi się Ciebie, że jedyne, czego pragnie, to kontroli nad otoczeniem. Głównie nad Tobą, bo jeśli jesteś dla niej bliską osobą, to łatwo możesz ją zranić. Lęk przed zranieniem zaślepia ją całkowicie.

***

Ofiary żyją w wiecznym cierpieniu. To fakt. Ale nie wolno Ci im współczuć. NIGDY. One tym właśnie się żywią. Będą chciały Ci pokazać, jak bardzo cierpią przez Ciebie - byś robił to, co one chcą. Grasz w ich grę, jeśli tylko im współczujesz. Zamiast współczuć - współodczuwaj. Rozum to, co czują, ale nie pomagaj, nie lituj się, bo zrobisz z nich jeszcze większą ofiarę. Ofiary muszą cierpieć tak długo i tak bardzo, aż do nich dotrze, że na NIKOGO to nie działa, że wszyscy mają to w dupie. To jedyna szansa, żeby ktoś wyszedł z roli ofiary i zaczął normalnie funkcjonować. Kompletne olanie z góry na dół jest największym prezentem, jaki możesz zrobić ofierze losu.

Testy wykrywające ofiarę


Gdy zaczynasz się z kimś spotykać, musisz być uważny i sprawdzić, czy przypadkiem nie wpadasz w sidła wiecznie skrzywdzonej ofiary, która najpierw zrobi z Ciebie kata a potem sama się nim stanie. Potrzebne Ci będą testy - czyli wystawianie tej osoby na sytuacje stresowe i konfliktowe po to, aby sprowadzić, jak sobie z nimi poradzi.

Co może być takim testem?

Możesz na przykład celowo spóźnić się na spotkanie, a potem przyjść i udawać obrażonego. Gdy spyta się, co się stało, zignoruj go, a jeśli spyta się ponownie, prychnij i przerzuć oczami. Sprawdź, kiedy wybuchnie. I jak to zrobi. Ważniejsze jednak będzie, jak zachowa się po tym. Będzie chciał się pogodzić? Czy będzie Ci to wypominał w nieskończoność? Oto odpowiedź na Twoje dylematy. Jeśli da się z nim dogadać po awanturze, to jest okej. Jeśli jednak chowa w sobie poczucie krzywdy - to fatalna cecha, która odwróci się przeciwko Tobie.

Ofiary łatwo rozpoznać szczególnie w sytuacjach trudnych, kryzysowych. Będą oskarżać Cię o swoje niepowodzenia, wypominać błędy i dążyć do Twojego upokorzenia i poniżenia. Brak szacunku jest jedną z najbardziej alarmujących oznak tego, że masz do czynienia z ofiarą i rodzącym się w niej kacie. Szkoda czasu na taką osobę. Olej ją i szukaj dalej. Im prędzej i im boleśniej zerwiesz z nią kontakt, tym lepiej. Ona MUSI zacząć mieć refleksje pt. "może to ze mną jest coś nie tak?". Ale takich refleksji nie będzie miała, jeśli nie potraktujesz jej jak szmaty do podłogi. Żadne tłumaczenia i uświadamiania nie wchodzą w grę. Ofiara ma ważny interes, by nie widzieć swoich wad, lecz wszystkich dookoła.

Podsumowując


Znajduj kogoś, kto przyznaje się do błędów. Kto Cię szanuje. Kogoś, komu na Tobie zależy i kto chce Cię zrozumieć i dogadać się z Tobą w razie nieporozumienia. Upewnij się na różne sposoby, że ta osoba faktycznie taka jest, zanim zwiążesz się z nią na stałe. To może Ci oszczędzić miesiące a może nawet lata przykrości.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

TOP 10 miesiąca