SZYBKIE INFO:

3 MLN WYŚWIETLEŃ - DZIĘKUJĘ!!! :)

Dzień obfity we wpisy - 2 nowe i oba o seksie :)

Na HomoFascynacjach nowe opowiadanie - zapraszam serdecznie :)

wtorek, 29 maja 2012

Wszystkie cierpienia są do przeżycia


Niewątpliwie się go boimy. Nie chcemy go w naszym życiu, ale mimo to pojawia się ono od czasu do czasu. Czasem częściej, czasem rzadziej. Nieproszone. Nagle. I nie wiemy czemu. Nie znajdujemy odpowiedzi na pytanie: "Dlaczego ja?".

Cierpienie.

Ból. Ból fizyczny i psychiczny.

Te rzeczy to nieodłączna część ludzkiej natury. Innymi słowy - nie możemy ich nie przeżywać do momentu, w którym już ich nie przeżywamy.

Gdy cierpienie i ból pojawiają się w naszym życiu - mamy 2 drogi:

Pierwszą drogą jest oddanie tego cierpienia naszemu ego. Ego wtedy, aby załagodzić to cierpienie lub mu zapobiec, uruchomi tzw. mechanizmy obronne. Mechanizmy obronne to strategie umysłowe służące do ucieczki przed cierpieniem. Może być: popadanie w pracoholizm (lub inny -holizm), obwinianie innych za swoje cierpienie, krytykowanie czy atakowanie ich, racjonalizowanie swoich błędnych decyzji, udawanie obojętnego, tłumienie swoich prawdziwych emocji, zmienianie tematu, celowe próby rozproszenia się, ucieczka w świat fantazji, udawanie dziecka (tzw. regresja wiekowa), wiara we wróżki i horoskopy w nadziei, że przyniosą dobre wieści, wypieranie się pewnych wspomnień i próby celowego zapomnienia o czymś, obracanie w żart czegoś, co jest dla nas przykre itd.

Mamy całe, niezwykle bogate spektrum mechanizmów obronnych. Broniąc się, wysyłamy sami sobie sygnał, że jesteśmy zbyt słabi, aby sobie poradzić z cierpieniem, które chce zawitać do naszego życia i ciała. Mówimy sobie: "Nie, ja tego nie przeżyję, muszę tego uniknąć jakoś." I zaczyna się błędne koło. Skoro cierpienie rodzi się w nas - ucieczka przed nim przypomina próbę ucieczki przed własnym cieniem. Im szybciej uciekamy, tym szybciej cień nas goni. Stwarzając sobie tożsamość uciekiniera, tworzymy jednocześnie tożsamość goniącego. I koło się zamyka.

Cierpienie niektórych osób jest tak wielkie i tak bardzo się go boją, że całe ich życie oparte jest o mechanizmy obronne. Udają kogoś, kim nie są. Mają do wszystkich pretensje. Nigdy nie biorą odpowiedzialności za swoje decyzje. I tak dalej, i tak dalej. Z takimi ludźmi ciężko żyć, dlatego przeżywają oni często dramat odrzucenia. Co jeszcze bardziej potęguje ich cierpienie i pogłębia ich mechanizmy obronne.

To wszystko dzieje się na poziomie podświadomym.

Mechanizmy obronne są metodą bardzo skuteczną jeśli chodzi o unikanie cierpienia. O udawanie, że go nie ma. Problem w tym, że na bardzo krótką metę. To tak, jakby ciągle coś nas bolało, a my bierzemy tabletkę przeciwbólową, aby ten ból stłamsić. Potem już przewidujemy, kiedy ból może się pojawić i bierzemy tabletki już na zapas - zanim cokolwiek się dzieje. Z czasem cierpiące ego tworzy wokół swojego cierpienia całą życiową filozofię. Oddala się od prawdziwego źródła cierpienia, od prawdziwej rany, dobudowując kolejne mechanizmy obronne - ponieważ poprzednie okazały się średnio skuteczne. Albo w ogóle nie działały. Po jakimś czasie człowiek żyje w bunkrze. Bunkrze własnej osobowości, która de facto jest toksyczna - dla samej osoby i jej otoczenia.

Jak z tego wybrnąć?

Tutaj dochodzimy do drugiego sposobu. Tego, który jest skuteczny. Polega on na tym, aby... przeżyć swoje cierpienie.

Tak po prostu. Usiąść i przeżyć. Bez uciekania w mechanizmy, które miałyby go załagodzić. W myśl zasady, że wszystko jest do przeżycia, i że co nas nie zabije, to nas wzmocni. Przeżyj to. Skup się na tym. Wyłącz pierdolenie. I daj się ponieść cierpieniu.

- O tak, DreamWalkerze, łatwo się mówi. "Przeżyj cierpienie". Ale czasem cierpienie jest tak ogromne, że po prostu się nie da!

Oczywiście. Jakiś czas temu facet, którego kochałem nad życie, odrzucił mnie. A przynajmniej tak zinterpretowałem jego zachowanie. Pojawiło się niewyobrażalne cierpienie. Cierpienie, którego nie dało się opisać żadnymi słowami. Które dusiło mnie po nocach, które katowało zza dnia. Które wypełniało moje myśli i ciało po brzegi do tego stopnia, że w panice szukałem sposobów, aby choć odrobinę je załagodzić. W mojej głowie pojawiały się myśli o samobójstwie. Ale moje ego wybrało inne rozwiązania. Błaganie o litość i przepraszanie, brnięcie w jakiekolwiek związki z kimkolwiek, byleby tylko tego nie czuć; pracoholizm (po 14 godzin na dobę), seksoholizm, obżeranie się, bieganie po parku po 2 godziny dziennie (jogging, przecież to samo zdrowie!) itd. Byleby tylko nie czuć. Nie czuć. Nie czuć.

Po jakimś czasie zrozumiałem, że uciekam przed własnym cieniem. Że gdy zwalniam, mój cień też zwalnia. Gdy nie mogłem tego znieść, znów ego przyspieszało. Nie było na tamten czas lepszych strategii radzenia sobie ze swoim bólem. Więc znów popadałem z mechanizmy obronne. Potem znów zwalniałem. Wystarczył jeden krótki rzut ona na swój cień, bo cierpienie pojawiało się znów. Wracało w nocnych koszmarach, w zadręczającym mnie poczuciu winy, w poczuciu odrzucenia, samotności. Więc znów biegłem, ale nie tak szybko, jak wcześniej. Potem mogłem już patrzeć na cień nieco dłużej. Wytrzymywałem z nim kilka sekund dłużej. Nie analizowałem go, nie chciałem zmienić. Po prostu go obserwowałem - gdziekolwiek za mną szedł. Po jakimś czasie okazało się, że fragmenty cienia zaczęły się rozpuszczać. Że światło świadomości rozproszyło mrok. Zajrzałem w samo dno hadesu, w otchłań, która pożerała moją duszę. I obserwowałem bez chęci zmiany, ciągle jednocześnie utrzymując świadomość, że jestem tu i teraz (świadomość ciała i oddechu). Z czasem wycieczki mojego umysłu przestały być tak straszne. Zmierzyłem się ze swoim demonem, przeżyłem swoje cierpienie. Pokazałem sobie i swojemu ego, że jestem na tyle silny, aby to przeżyć. Aby dać sobie z tym radę.

Nie od razu. Nie na hurra. Ale w dużej mierze się udało.

Czy to koniec mojego cierpienia?

Nie mam pojęcia. Nie zależy ono ode mnie. Ono przychodzi, kiedy chce. Czasem wciąż odwiedza mnie w snach lub za dnia, gdy np. myję naczynia. Ja wiem jednak, że mam wybór. Że albo powierzę je ego i jego mechanizmom obronnym - co czasem jest dobrą decyzją (wtedy, kiedy nie jest złą). Albo zacznę je powierzać swojej świadomości - konfrontując się z tym bólem.

Tak buduje się prawdziwe zaufanie do samego siebie. Kompetencje i pewność, że można na sobie polegać nawet wtedy, gdy świat się pali i wali.

Kiedyś chciałem obiecać sobie i Tobie, że na tym blogu znajdziesz rozwiązanie swoich problemów, że dzięki nim unikniesz swojego cierpienia. Nie unikniesz. Nie uda się. Przepraszam, ale rzeczywistość tak nie działa. Dlatego proponuję coś innego - oswoić się ze swoim cierpieniem i zaakceptować je. Aby je zaakceptować, trzeba je zrozumieć. A żeby zrozumieć - trzeba je obserwować zamiast usilnie udawać, że go nie ma, że nas nie interesuje, że z nim wygraliśmy. Nigdy z nim nie wygramy, nigdy też nie przegramy - jeśli nie będziemy walczyć. Jeśli nie będziemy go atakować, lecz po prostu pozwolimy sobie współegzystować z nim. 

Co się stanie potem?

Zrozumiane i ugoszczone cierpienie zmienia się w siłę. Lęk zmienia się w odwagę. Obojętność zmienia się w miłość. Złość - w siłę i moc. Rośniesz jako człowiek. Wzmacniasz się. Kolejne cierpienia, które pojawiają się na horyzoncie, nie są już tak straszne. Wydają się błahostkami i czujesz, że dasz sobie z nimi radę bez problemu. Bo wiesz, że również z nich składa się życie.

Zatem nie walcz, nie oskarżaj, nie krytykuj, nie uciekaj. Zatrzymaj się w miejscu, bądź tu i teraz, oddychaj i zastanów się, w których momentach Twojego życia próbujesz uniknąć cierpienia za wszelką cenę i jak to robisz. Czy to działa? Czy rzeczywiście rozwiązuje problem? Czy tylko chwilowo odsuwa Cię od niego?

Aby odpowiedzieć na to pytanie, potrzebujesz być względem siebie szczerym. Odpowiadać z ręką na sercu. Otworzyć się przed samym sobą i powiedzieć, jak jest. To właśnie miał na myśli autor słów "Poznaj prawdę, a prawda Cię wyzwoli". Bez odkrycia tej prawdy, nie ruszysz dalej. Twoje życie będzie tylko mechanizmem obronnym ego. A nie prawdziwym przeżywaniem tego, co jest.

To droga. To nie jednorazowy zabieg, który Cię wybawi. To ścieżka ku jasnemu, świadomemu umysłowi. Ścieżka, która ciągle się zaczyna na nowo i być może kiedyś się skończy - w momencie uzyskania ostatecznego wglądu w siebie. Problem w tym, że nigdy nie wiesz, który wgląd jest ostateczny. Czasem po dniach spokoju pojawia się kolejne cierpienie i już wiesz, że czeka Cię znów przygoda.

Przeżyj swoje cierpienie. Bo każde jest do przeżycia.

7 komentarzy:

  1. Masz racje...bardzo ciężko PRZEŻYĆ własne cierpienie...

    BAś

    OdpowiedzUsuń
  2. Tak, to prawda każde cierpienie jest do przeżycia, ale jakże trudno z nim żyć! W moim przypadku cierpienie (powracające cierpienie) spowodowanie jest jednym (z dwóch) mich kompleksów. No i przybliżę na czym jeden z nich polega. Otóż jest to kompleks dotyczący mojego wyglądu – choć pewnie jak bym powiedział to moim znajomym, nikt by mi w to nie uwierzył; bo brzydki to raczej nie jestem i zawsze podobałem się dziewczynom (i chłopakom :) ) Tylko jest problem w tym, że na brzuchu i klacie mam blizny po oparzeniu wodą w dzieciństwie – czego nie widać, gdy jestem w koszuli,
    T-shirt`cie.

    I stąd biorą się po części moje cierpienia… i obwinianie innych – w tym przypadku rodziców. I o ile mi to fizyczne nie przeszkadza, to psychicznie bardzo, bo nie mogę swobodnie wyjść bez koszuli na zewnątrz, „nie mogę” opalać się na plaży, chodzić na basen, siłownię bez wytykania palcami i zwracania na siebie uwagi. Wiąże się to z tym, że unikam takich miejsc by oszczędzić sobie cierpień i nie wzbudzać w innych niekontrolowanych emocji strasząc ich swoim wyglądem. Jednak przez to wycofuję się od społeczeństwa i zamykam się w sobie unikając kontaktu z innymi, bo przecież nie mogę np. pójść zwyczajnie z kolegami na plażę i zagrać w siatkówkę. Bojąc się zranienia, odrzucam innych zanim mnie zranią.

    Efekt psychiczny nasila się szczególnie latem, gdy widzę innych mężczyzn jak swobodnie chodzą sobie po ulicy, podrywają dziewczyny, czy kąpią się w morzu. Przykro mi jest, że mnie to ogranicza, gdyż ja takich rzeczy robić nie mogę!

    Ktoś może powie co to za problem… że pewnie to wyolbrzymiam, że nie powinienem się tym przejmować, bo niektórzy ludzi są gorzej oszpeceni (np. na twarzy). Ale wciąż dręczy mnie pytanie Dlaczego? Dlaczego ja? Dlaczego ludzie którzy nie szanują swojego życie, zdrowia, np. alkoholicy, narkomani – nie mają takich problemów, mają normalne ciało. Może nie powinienem tak mówić, ale ciągle powraca do mnie ta myśl; przecież ja nikomu nic złego nie zrobiłem, więc za co los/Bóg mnie tak karze; dlaczego mnie tak doświadcza?

    I zawsze ciągłe ukrywanie i udawanie, że jestem szczęśliwy, przywdziewanie różnych masek i uśmiechanie się… w obawie przed zranieniem. Jednak jakiś czas temu doszedłem do wniosku, że ukrywanie czegokolwiek, nie jest chyba lepsze od „publicznej” prezentacji.

    Niejednokrotnie z tego powodu miałem myśli samobójcze, mało tego miałem ochotę zabić swoich rodziców – pojawiła się myśl, natomiast nie było „woli” i zamiaru. No ale tego nie zrobiłem i na razie wszyscy żyją. Na ogół kończyło się na tym, że nocami wyłem po cichu do poduszki – bo tylko wtedy mogłem sobie pozwolić na płacz.

    Nawet to, że jestem gejem nigdy nie było dla mnie problemem. Niektórzy mówią, że nie mogą tego zaakceptować, że nie mogą się pogodzić ze swoim homoseksualizmem; a ja nie mogę tego zrozumieć, bo dla mnie mój homoseksualizm nigdy nie był dla mnie problemem – może przez to, że co inne było dla mnie problemem – moje 2 inne kompleksy. Może w pewnym stopniu, to moje oparzenie miało jakiś wpływ na kształtowanie się mojej orientacji, bo nie wiedziałem jak to jest mieć normalną klatę, normalną skórę i zawsze chciałem dotknąć, przytulić się do innego faceta, do jego klaty. Jednak odkąd pamiętam to zawsze miałem pewną słabość do mężczyzn i chciałem się do nich przytulać. Dziś mając już trochę lat (pod koniec czerwca będzie już 28) coraz bardziej zaczyna mi doskwierać samotność i mam potrzebę mieć kogoś do kogo mógłbym się przytulić, czuć jego bliskość, ciepło… Bo teraz uprawiając nawet z jakimś kolesiem seks, to nie chodzi mi tyle o ten seks, tylko o pieszczoty w seksie (które bardzo lubię); by móc się do kogoś przytulić... Być może spowodowane jest to też, tym że moi rodzice zawsze byli powściągliwi w okazywaniu uczuć – zarówno do siebie, jak i do dzieci; nie okazywali sobie publicznie i dzieciom czułości. A tego zawsze mi brakowało – bo mój ojciec chyba nigdy mnie nie przytulił. A ja z moim przyszłym partnerem (jeśli się znajdzie) tak nie chcę! Ja nie chcę hamować emocji; ja chcę okazywać uczucia także na zewnątrz.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To co piszesz świadczy o tym że masz obniżone poczucie własnej wartości . Pragniesz się przytulać , czuć się kochanym . Jesteś człowiekiem emocjonalnym i wrażliwym . Żeby poczuć się dobrze musisz zaakceptować swoje ciało , poczuć się w nim dobrze . Nie musisz manifestować swojej skóry na klatce piersiowej , zawsze możesz zakryć odpowiednio dobraną odzieżą . Ja też wiem coś o tym , przez jakś czas też moim problemem bły nieznaczne rany na brzuchu , psychicznie to przeszkadza . Jeśli jednak nie możesz się pogodzić z własnym wyglądem możesz zasięgnąć konsultacji lekarskiej dotyczącej przeszczepu skóry . Ja też przeszedłem operacjie plastyczą w Polanicy ..teraz czuję się dobrze .
      Pozdrawiam

      Usuń
    2. Masz obniżone poczucie wartości może dlatego że nie byłeś kochany , przytulany w dzieciństwie . Teraz szukasz akceptacji u innych ,pragniesz tego przytulania nadal .Dodatkowo problem ze skórą . Powiem bez ogródek każdy radzi zaakceptuj siebie , pokochaj siebie pomimo defektu . Wiem coś o tym czasami to są barjery nie do pokonania .Poprostu idz na konsultacje lekarską dotyczącą przeszczepu skóry . Fakt że to nie jest łatwe ale zobaczysz świat będzie wygladał inaczej . Ja kiedyś tak zrobiłem i wcale nie żałuje . Pozdrawiam

      Usuń
  3. No, własne cierpienie jest dużo trudniejsze. Jeśli ktoś inny cierpi, to "pół biedy". Można mu pomóc, czy pokazać, że tak źle nie jest, bo przecież ktoś go wspiera i coś takiego. Chce się pokazać, że nie warto tonąć w cierpieniu. Albo odwrotnie, przytulić tego kogoś, żeby się wypłakał i zalał mieszkanie, jednak by w końcu mu ulżyło. Choć w każdym przypadku ta wspierająca osoba nie jest w tej chwili tak przytłoczona negatywnymi emocjami, więc może myśleć o innych. Jednak jak sama coś takiego przeżywa, to nie ma przebacz.
    Osobiście byłem do niedawna w cierpieniu(ciekawy synonim lol). Kochałem się w facecie, który oświadczył mi, że jest bi i też coś do mnie czuje, jednak ostatecznie chce być z kobietą, bo coś tam. Jednak ja uparcie chciałem, żeby być z nim, bo mi się podobał pod względem charakteru i ciała. Miał niedoskonałości, które mogłem mu wskazać, by spróbował coś z tym zrobić, jeśli zauważy i uzna, że to coś zmieni. No, ale przyszło to, że zakochał się w jakiejś kobiecie, a ja to okropnie przeżywałem. Podobno Skorpiony są bardziej zazdrosne, toteż miałem do tego power-up. Próbowałem to negować, że to nie koniec świata, skoro wybrał ją, to niech spindziala, znajdę kogoś innego, lub pokażę jaki to ja jestem zaradny bez niego itp. A jak przeczytałem przykład wykorzystania tego "The Work", to nagle mnie po prostu olśniło i w jednej chwili nie czułem kompletnie już tej negatywnej emocji. Wydawało się to absurdalne. Poczułem się taki wolny od tego cierpienia, jakby wydawał się on tylko złym snem. W sumie ten blog wiele mnie nauczył. Czy jakby to powiedział autor, "Wykorzystałem informacje znajdujące się na tym blogu, by umieć sobie radzić lepiej ze sobą" Może to takie trochę wychwalanie Ciebie, DM, ale jakoś tak... :D

    A tak w ogóle, to też jakoś bycie gejem nie jest dla mnie problemem. Miałem wątpliwości, czy aby na pewno to jest dobre(przez całe życie do obecnego wieku nie kategoryzowałem swojego zachowania jako coś "gejowskiego" i to były piękne czasy, sam przyznam. Teraz tylko staram się do tego wrócić), ale to trwało zaledwie 2 dni o ile pamiętam, choć zrobiłem sobie etykietę "Hejo, jestem gejem". Takie malutkie wyolbrzymianie, które ciągle mam. Nadal nie jestem pewien co do publicznego mówienia o tym(oczywiście, gdy zostaną poruszone odpowiednie tematy) i takiego podrywania faceta(po prostu nie wiem co z tym fantem zrobić :D), ale wystarczy chyba wystawić się na próbę i próbować się otworzyć.

    OdpowiedzUsuń
  4. Witam, po raz pierwszy piszę tutaj komentarz mimo iż od dłuższego czasu zaglądam na ten blog i czytam go z ogromną przyjemnością. Ten wpis dotyczący cierpienia podbudował nieco moje samopoczucie. Dlaczego? Odpowiedź jest prosta: Cierpię i przechodzę dokładnie wszystkie fazy z tym związane. Mam 29 lat. Byłem związany z mężczyzną 9 lat, razem mieszkaliśmy, uczyliśmy się życia, żyliśmy razem, byliśmy idealną parą w oczach każdego. Rodziny nas akceptowały, były wspólne przyjęcia, wigilie itd. Jednym słowem sielanka. Pewnego dnia mój partner przyszedł do domu i powiedział, że nie chce być już w związku i uważa, że powinniśmy się rozstać... Tak po prostu, dzień wcześniej śmialiśmy się razem a dzień później nastąpił koniec. To co czułem i nadal czuję nie potrafię opisać słowami. Minęły dopiero 4 miesiące od rozstania co przy 9 letnim związku jest niczym. Na szczęście z każdym dniem czuję się lepiej, już potrafię "oddychać", funkcjonować normalnie a moje myśli nie są już tak straszne jak na początku. Wiem, że będzie lepiej...MUSI BYĆ, głęboko w to wierzę!
    Ps. Chce Ci podziękować za wiele słów, które przeczytałem na twoim blogu bo dzięki nim moje życie jest troszeczkę lepsze i nieco bardziej zrozumiałe dla mnie samego. Bardzo serdecznie pozdrawiam Marcin :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, dla umysłu, który budował nawyki przez 9 lat związku, takie nagłe rozstanie musi być szokiem. To diametralna różnica, poczucie straty i powtarzanie pewnych zachowań, które już nie przynoszą nagrody (a wcześniej przynosiły). Jednak zachęcam Cię to kilku rzeczy. Przede wszystkim do wyciągnięcia dobrego dla siebie wniosku z tej całej historii. On odszedł z dnia na dzień, ale wcześniej już musiało się coś dziać, czego nie zauważyłeś. Przyjrzyj się, kiedy pojawiły się u niego pierwsze symptomy, że coś jest nie tak. Nie jest to możliwe, aby podjął taką decyzję z dnia na dzień - musiał do niej dojrzewać jakiś czas. Tego nie rozpoznałeś i w związku z tym nie zareagowałeś na to. Nie robię Ci tutaj zarzutów (bo jaki miałbym w tym cel?), po prostu odpowiednia czujność w przyszłości mogłaby pomóc Ci w zapobieżeniu powtórce takiej sytuacji. Kolejną sprawą - znajdź odpowiedź na pytanie: Dlaczego teraz jest mi lepiej samemu niż wtedy z nim? Muszą to być szczere powody, autentyczne, które dają Ci radość tu i teraz. Szukaj ich tak długo, aż znajdziesz. To zadanie na wiele dni, może miesięcy. Jak w końcu uda się znaleźć, zrównoważysz to cierpienie związane z tęsknotą i bólem tzw. "straty".

      3maj się!

      Usuń

Umieszczanie komentarza oznacza akceptację Regulaminu (w menu na górze). Musisz liczyć się z tym, że - jeśli Twój komentarz nie spełni jego warunków - nie pojawi się na tej stronie.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

TOP 10 miesiąca