Męski Anal - jak przygotować się do seksu analnego w roli pasywnej

Skondensowany i praktyczny mini przewodnik dla początkujących, którzy chcą dawać dupy bezpiecznie, zdrowo i przyjemnie.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą styl życia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą styl życia. Pokaż wszystkie posty

piątek, 17 czerwca 2011

Nie trzeba odwagi, by żyć życiem, jakiego pragniesz.

Prawdopodobnie wcześniej czy później spotyka to każdego. Pewnego dnia budzimy się i boleśnie uświadamiamy sobie, że nie żyjemy życiem, jakie pragniemy. Że nie pracujemy tak, jakbyśmy chcieli. Że nie jesteśmy z osobą, z którą chcemy być. Że nie mówimy ludziom tego, co byśmy chcieli.

To moment, w którym Twoje przeznaczenie rzuca Ci rękawice.

I pyta: Podejmiesz wyzwanie? Czy dalej śnisz?

99,99% ludzi wybiera sen. Bo żona, bo dzieci, bo stała praca, bo obowiązki, kariera. Bo Matrix ich więzi. Jakakolwiek próba bycia sobą jest tępiona. Zauważysz to, gdy tylko spróbujesz. Ludzie nie chcą Ciebie prawdziwego, bo sami tacy nie są. Ludzie chcą, byś był taki, jaki oni chcą Cię widzieć. Chcą byś był uczynny, zaradny, samodzielny itd. Żebyś był JAKIŚ. Chcą byś żył pod ich dyktando. Każdy jeden. Im bliższa Ci osoba, tym bardziej tego chce. Myślisz, że oni tak prawdę chcą Twojego dobra? Oni tak myślą, ale w rzeczywistości skąd mogą wiedzieć, co jest dla Ciebie dobre? Skąd mogą to wiedzieć, skoro sami nie wiedzą, co jest dla nich dobre?

Tego dnia, gdy przeznaczenie rzuciło mi rękawice, spojrzałem w lustro. Zobaczyłem gościa, który 26 lat żył nie swoimi przekonaniami. Nie swoimi wartościami. Który karmił się obawami, które kazały mu się poniżać. Które kazały mu tkwić w złotej klatce. Złapałem się za głowę. Rzuciłem zawód, do którego uczyłem się X lat i który - jak mi się wydawało - był moją pasją. Copywriting. Gówno a nie copywriting. Nie chcę więcej nigdy już napisać żadnego tekstu reklamowego ani hasła, choć potrafiłem zarobić na jednym zdaniu kilka tysięcy złotych. Mam dość, mam tego po dziurki w dupie.

Co teraz?

Nie wiem, ale rzeczywistość mi to pokazuje w każdej chwili. W każdej sekundzie. Żeby to dostrzec, musisz wyciszyć umysł, przestać babrać się w jego opowieściach. Inaczej przesłonią Ci one oczywistą oczywistość, którą całe życie masz przed oczami.

Podniosłem rękawice. I nie wiem, jaki będzie wynik tego starcia.

Wiem, że po drodze do życia, jakim pragniesz żyć, jest tylko jedna przeszkoda. Tzw. złote klatki. Wygodne, luksusowe, usypiające więzienia. Więzienia zbudowane z naszych przekonań, nawyków, przyzwyczajeń. Jakie to klatki na przykład?

1. Masz tzw. "cudowny" związek od wielu lat. Niby go kochasz, on niby Ciebie. Niby wszystko jest okej. Tylko czemu myślisz o kimś innym? To nieważne, prawda? Ważne, że jest spokój, jest poczucie bezpieczeństwa. Wyjdź z tej klatki a zmierzysz się z demonami pt. samotność, porzucenie, rozpacz. One tam są, czekają na Ciebie. Póki wierzysz, że to Cię pokona, musisz siedzieć w złotej klatce i robić dobrą minę do złej gry. Ale gdy tylko partner nie widzi... O tak, wtedy - na delegacjach, w senatoriach itd. - TAM SIĘ DZIEJE DOPIERO. Pierdolą się po krzakach z byle kim, zaspokajając swoje seksualne ega. To jest dopiero konsekwencja gruchania w dupę swojego prawdziwego Ja.

2. Masz tzw. "stałą pracę". Poczucie bezpieczeństwa to piękna halna, bo ona zakłada, że gdzieś tam, poza złotą klatką, jest jakieś niebezpieczeństwo. Bliżej niezidentyfikowane. Szef sra Ci na łeb, robisz rzeczy, które nic nie znaczą tylko po to, by dostać jakąś kasę i móc przeżyć kolejny miesiąc. Ludzie dopiero na emeryturze robią to, na co mają ochotę. Jeśli jeszcze mają zdrowie!

3. Ktoś Cię utrzymuje - rodzice, partner, ktokolwiek. Uzależnia Cię od siebie, bo ma kasę i myśli, że sam nie da rady. Podciera sobie Tobą swoją dupę, bo boi się zmierzyć ze swoimi demonami (np. samotnością). Będzie jęczeć w nieskończoność, że płaci za Ciebie rachunki, że kładzie na Twoje utrzymanie, ale kurwa ZAPŁACI. Po co? Żebyś został. Żebyś go nie opuścił. Gdy nie ma już żadnych argumentów, trzeba użyć kasy. Jeśli ktoś nie ma czym kogoś skusić - osobowością, miłością etc. - zostaje mu już tylko mentalne kurwienie się.

Jest przepis, by sobie zjebać życie.

Nie bądź sobą. Bój się wyrażać prawdziwego siebie. Sprawdziłem to - działa zajebiście! 26 lat wchodziłem ludziom w dupy. Podlizywałem się, pozowałem, pokazywałem, jaki to ja niby jestem. Hipokryzja pełną gębą. A summa summarum okazało się, że mało tego, że jedno wielkie rzadkie gówno z tego było, to jeszcze moja samoocena leżała i kwiczała.

Nie musisz być odważny, by żyć życiem, jakiego pragniesz.

Tu chodzi bowiem nie o odwagę, ale o wyzbycie się lęków. A konkretnie - historii, wierząc w które, generujesz w sobie lęk. Historii o śmieci, chorobach, biedzie, odrzuceniu i samotności, utracie reputacji. Przekonałem się, że gdy się boję tych rzeczy, to choruję, umieram, jestem biedny, odrzucam samego siebie i tracę resztki szacunku do siebie. Kierując się tymi lękami, staczam się i zamykam w złotych klatkach. One kastrują mnie z możliwości, jakie daje Wszechświat.

Gdy wychodziłem z mojego pierwszego szkolenia w Warszawie, byłem zdumiony. Kiedyś tak bardzo bym się tym stresował. A teraz... po prosty płynąłem. Bez myślenia, bez zastanawiania się. I czułem, że jestem sobą. Że oto w tym świecie realizuję się zgodnie ze swoimi intencjami. Jestem w pełni sobą, w każdym calu. Tak bardzo oparty na samym sobie, że wiedziałem, że mogę na sobie polegać.

Życzę tego uczucia Tobie.

Życie na pół gwizdka nie jest warte przeżycia. Nie ważne którą stronę swoje wewnętrznego konfliktu wybierzesz - jeśli to, co robisz, nie jest robione CAŁYM Tobą, to nie ma sensu. Spytaj największych myślicieli, filozofów, mentalistów. Spytaj siebie. Tam w środku jest odpowiedź. Chciałbym Ci powiedzieć wytarty frazes, że "tylko Ty ją znasz", ale to nieprawda. Nie znasz odpowiedzi na pytanie, kim naprawdę jesteś i co chcesz robić. Nie znasz siebie, gówno o sobie wiesz. Niech to będzie Twoje założenie operacyjne podczas poszukiwań. Ludzie myślą naiwnie, że wiedzą, kim są, podczas gdy są to tylko wyuczone pozy, wystudiowane role.

Nie mam ochoty na poznawanie Twoich masek, wizerunków, pozorów. Nie mam też ochoty na poznawanie Twojego wnętrza i prawdziwego Ja, bo wiem, jakie jest. Skąd? Stąd, że wszyscy w środku jesteśmy tacy sami. Jeśli odkrywam Siebie, odkrywam również Ciebie. To tak intymne, tak prawdziwe, tak głębokie, że cały ten plastikowy matrix wydaje się przy tym walentynkową, hollywoodzką sztampą, tandetną szmirą i nieciekawym przedstawieniem.

W trakcie dochodzenia do prawdziwego Siebie, zacząłem rozumieć, że to, co dzieje się z innymi ludźmi, to nie moja sprawa. Nie rusza mnie to. Ale UWAGA! To nie znaczy, że nie utrzymuję kontaktów z ludźmi. Ba! Wręcz przeciwnie - dopiero teraz zaczynam mieć prawdziwe relacje - z prawdziwym środkiem ludzi a nie ich maskami, powłokami. Widzę, jak inspiruję otoczenie i to inspiruje mnie. To, że umiem oddzielać swoje myśli od innych, nie sprawia też, że popadam w ignorancję, że mówię innym, że mam ich w dupie. Po prostu zauważam, za co jestem odpowiedzialny i na co mam wpływ. To daje moc.

Niech ta moc będzie z Tobą :-)

środa, 15 czerwca 2011

Jak sprawić, by facet Cię zdradzał?

Potrzebne są 2 kluczowe elementy. Ich synergia prawie zawsze sprawi, że facet, z którym jesteś, będzie Cię zdradzał i pewnie nawet okłamywał. Albo nawet odejdzie dla innego.

Element pierwszy - nudne życie.

Och tak, chodzenie do nudnej pracy dzień w dzień. I opowiadanie, jak to pani Marysia z działu finansowego wylała na siebie kawę. Albo że w Excelu pojebały Ci się kolumny, hahahahaha. Bardzo zabawne. To brzmi jak życie Indiana Jonesa. Nudzisz się w swoim życiu? Masz styl życia bibliotekarki z 2 kotami? A Twoje zainteresowania dla innych wydają się być dziwactwem i patrzą na Ciebie z niezrozumieniem, gdy opowiadasz o kolumbijskich jedwabnikach? Albo w ogóle nie masz zainteresowań prócz jakże wyszukanych dziedzin, jak muzyka, film itd...

A może sam jesteś nudziarzem? Całymi dnami oglądasz tv i w kółko pierdolisz o tym samym? Może jesteś wiecznie cichy, nieśmiały, boisz się cokolwiek ze sobą zrobić?

Natalia Kukulska śpiewa, że "wierność jest nudna". Bullshit Panowie i Panie.

To nie wierność jest nudna. To partner jest nudny.

Jeśli sam się nudzisz w swoim życiu, nie zmienia się ono od lat - to jakim cudem Twój facet ma się dobrze bawić? Jakim cudem ma przy Tobie nie usnąć na stojąco?

Twój styl życia jest Twoją wizytówką. Jeśli dobrze się bawisz w swoim życiu i zapraszasz ludzi, którzy Ci odpowiadają - mało kto odmówi. Jeśli natomiast chcesz, by facet się Tobą znudził - twórz związek oparty na arcynudnych nawykach. A jeśli chcesz, by on cały czas był Tobą zaabsorbowany - niech wasz związek będzie emocjonalnym rollercoasterem. Ma być jak w filmie - ma być kłótnia, smutek, potem hepi end. A potem znów to samo... ale ostrzej! Poprzednie skale emocjonalne są nudne po iluś razach, za każdym razem potrzebujecie nowych wyzwań i podnoszenia poprzeczki.

Drugi element - on ma być w centrum.

Zapamiętaj: Ty się nie liczysz. On jest najważniejszy. Masz środek ciężkości Twojego życia przesunąć na niego. On będzie Twoim Słoneczkiem, a Ty - planetką, która obraca się wokół niego. Lataj wokół niego, rób mu dobrze, nie patrz na siebie. Będziesz szczęśliwy tylko, jeśli on będzie w Twoim życiu. A Ty musisz zrobić wszystko, by go zatrzymać, uwiązać, zamknąć w złotej klatce.

Czego go wtedy nauczysz?

Nauczysz go, że on jest wszystkim. A Ty...? No własnie. Niczym. A skoro on jest tak cudownym, wartościowym i wspaniałym samcem, a Ty latasz wokół niego na każde zawołanie - zgadnij, jak będzie na Ciebie patrzył? Czy zobaczy Twoją wartość? O tak, jasne. Jak nie widzi, jak Cię nie szanuje - staraj się bardziej. Może kiedyś spadnie okruch z pańskiego stołu.

Co będzie dalej?

Po pierwsze - zanudzisz go na śmierć. Tym, że masz nudne życie, że jesteś nudny, że nie przeżywasz emocji albo chowasz te złe pod dywan, bo przecież nie wolno się złościć ble ble ble. O to właśnie chodzi. Cały czas załatwiaj sprawy dyplomatycznie. To działa, jasne, tylko jest tak piekielnie nudne, że ja pierdolę. Jak życie polityczne Unii Europejskej. Chowaj i tłamś swoje emocje - zajebioza też. Wtedy będziesz siedział jak kukła, która się cały czas uśmiecha. To jest ciekawe bardzo. Oj kurwa, bardzo.

Po drugie - nauczysz go, że nie jesteś nic warty. Zrób to, efekty są świetne. Niech on siedzi jak król, a Ty przy garach całe życie. I pamiętaj, żeby mu kupić piwo, jak będziesz w sklepie. A będziesz, bo ktoś zakupy musi zrobić. Musisz być dobrym mężem, on nie musi, bo sam w sobie jest tak cudowny, że ja pierdolę szczena opada. Może sobie pozwolić na oschłość, oziębłość, obojętność. Ty musisz być natomiast zawsze czułym romantykiem czekającym na ruch z jego strony.

I wtedy każdy z wyższą samooceną niż Ty, który wpadnie Twojemu facetowi w oko, natychmiast będzie w obszarze jego zainteresowań. Może to JEGO wina. A może Ty dałeś dupy. Tym razem tylko w przenośni.

niedziela, 31 października 2010

Przegląd ruchaczy polskich - co się kryje za seksoholizmem

Szukam na seks. Chętnego pasywka. Najlepiej od razu. - takie oto komunikaty bombardują nasze oczy, gdy wchodzimy na gejowskie portale. Sprawdzałem osobiście - największy odzew masz zawsze, gdy dasz swoje nagie zdjęcie i napiszesz, że chcesz się ruchać. Nagle masz dziesiątki fanów!

O co chodzi? Co się za tym kryje?

Moja genetycznie uwarunkowana ciekawość świata nie pozwalała mi przejść obok tego obojętnie. Czyżby chodziło tylko i wyłącznie o hedonistyczne zaspokojenie siebie? O atawistyczne popędy seksualne, które wciąż na nowo eksplodują pomimo wszechobecnej socjalizacji?

Również.

Ale nie tylko. Kryją się za tym najróżniejsze historie.

Przyczyny?

Prawdopodobną przyczyną seksoholizmu jest instalowany społecznie wstyd przed poruszaniem tematu seksu, robienie wokół seksu tematu tabu. Szczególnie wokół seksu gejowskiego. Sprawia to, że wielu gejów swoją seksualność spycha na dalszy plan, próbuje schować w mentalnej piwnicy, związać ją kaftanem bezpieczeństwa. Na co dzień są miłymi, sympatycznymi ludźmi, całkowicie społecznie poprawnymi. I za nic w świecie nie podejrzewałbyś, że ten socjalny wzór ma w sobie ukrytego seksualnego demona, który dojrzewa w ciemności. Niezaspokojone żądze, ciekawość i mnóstwo innych historii narasta w tle i z biegiem czasu daje o sobie znać. I wychodzi przez skórę. Na delegacjach, na sex czatach, na fellow i gayromeo.

Zastanawiające, że tylko ludzie są zdolni do seksoholizmu, że tylko ludzie miewają seksualne zboczenia, fetysze itd. Zwierzęta nie. Dlaczego? Bo z seksu nie robią społecznego tabu, nie okrywają seksu wstydem i nie wypierają się go. Pomyśl, to ma sens.

Jakie funkcje pełni seksoholizm? Czym ekscytują się seksualne ega?

1. Budowanie "szczęścia" - seksoholicy definiują szczęście jako przyjemność. W rzeczywistości szczęście nie jest przyjemnością, bo gdyby tak było, narkomani byliby najszczęśliwszymi ludźmi na świecie. Szczęście jest pojęciem związanym z koherencją serca i czystym umysłem, a nie wiecznym nakręcaniem sobie napięcia (seksualnego też) i szukania sposobów, aby je rozładować.

2. Tworzenie swojej atrakcyjności. Im więcej partnerów przerucham, im więcej kutasów miałem w sobie, im większe były, im częściej i obficiej się spuszczały, tym jestem atrakcyjniejszym facetem - czy to prawda? Na tej historii bazuje cała idea gejowskiej atrakcyjności. Jak w grach RPG - im wyższy "poziom" zdobędziesz, tym większy budzisz respekt. Podważenie tych historii wiąże się z opuszczeniem konceptu atrakcyjności i uniezależnieniem go od ilości przeruchanych facetów.

3. Poszukiwanie czułości. Tak, moi Drodzy, wielu gejów myli seks z czułością - tak, jak ludzie z zaburzeniem odżywiania mylą stres z głodem. Wielu z "ruchaczy" poszukuje przytulenia, czułości, poczucia bliskości, co stanowi poważny problem niemal narkotyczny. Ponieważ uznali, że "zbudowanie czegoś trwałego jest niemożliwe", zaspokajają się na seks randkach. To przykre, bo uzależniające, to nałogowe. No i ryzykowne. To tak, jak zapicie mordy, gdy ma się problem emocjonalny. Działa na chwilę. Po momentu zapalenia papierosa i przewrócenia się na bok. Potem wszystko wraca. Wraca poczucie samotności, poczucie bycia bezwartościowym człowiekiem. To z tym trzeba pracować.

4. Ekscytacja z powodu łamania tabu. Sprawdzanie, kto jest odważniejszy. Gejowski seks jest tak cholernie potępiany społecznie, tak niedopuszczalny, zabroniony, niemile widziany, że uprawianie go budzi u gejów dodatkową ekscytację - że robią coś, co jest zakazane, niedozwolone, niedostępne. W psychologii społecznej zowie się to reaktancją. Lub przekorą.

5. Wiele, wiele innych - jak chociażby cała ideologia dorobiona do "pasywów" czy "aktywów", historie, które za nimi idą (uległość i dominacja), to, co umysł dokleja do konceptów ruchania i bycia ruchanym. Historie na temat SM, upokarzania, poniżania, wąchania białych skarpetek, spijania nasienia itd.

Tego jest mniej więcej tyle, ile kategorii filmów na portalach porno. Gdyby podważyć prawdziwość wszystkich historii, które się za tym kryją, nagle seks byłby niczym więcej, niż wkładaniem chuja w dziurę, czyli tym, czym był pierwotnie - bez dorabiania do tego tożsamości, ideologii, doklejania dodatkowych znaczeń. Byłby sam fakt wzwodu, ejakulacji i chrapania na dobranoc. I nic poza tym.

A wtedy widzielibyśmy w sobie kogoś więcej, niż tylko istoty seksualne, chodzące dupy i penisy, które tylko czekają na to, by coś z nimi zrobić.

środa, 19 maja 2010

3 formy walki o tolerancję LGBT w Polsce

2 formy przyjmuje najczęściej walka o tolerancję homoseksualizmu w Polsce. Albo innym nakazujemy - "macie nas tolerować i basta!" - co z pewnością powoduje ogromny opór heteronormatywnej większości. Albo ich błagamy - "prosimy was, zaakceptujcie nas, bo sami siebie nie znosimy" - co powoduje litość i powoduje postawę agresywną (skoro jest ofiara, to i kat się znajdzie).

A zabawne, bo jest i 3 forma.

Mieć opinię heteronormatywnej większości w dupie i zająć się sobą.

Sami się Koledzy i Koleżanki najpierw tolerujmy, reszta stanie się sama. Na co drugim profilu na portalu na f. jęczenie i narzekanie - że wszyscy geje to kłamliwe, zdradliwe cioty + wielkie wylewy urazów psychicznych, wręcz powódź sloganów pt. "nie znoszę kłamstwa" itd. Gdyby się autor takich słów zorientował, że kłamstwo nie istnieje a są tylko słowa, którym zawierzył, budując sobie oczekiwania niezgodne z rzeczywistością, które są potem wspaniałym fundamentem rozczarowania - może przestałby się oszukiwać, że nie ma żadnego wpływu na swoje życie, i w końcu zacząłby uświadamiać sobie, że je kreuje, zamiast wiecznie "dawać się okłamywać".

Jeśli nie wierzysz, że się da, to weź przykład ze mnie.

Nie wierzę w to, co ludzie mówią o sobie, o mnie i w ogóle w to, co mówią. Nie wierzę nawet do końca w to, co sam mówię i to jest bardzo, bardzo, bardzo praktyczne i korzystne.

Po pierwsze - jestem elastyczny i sam wybieram, w co wierzę w czasie rzeczywistym. Ostatnio gadałem z klientem, który rzucał mi sumami typu 50-100 tysięcy złotych za zlecenie. Czy się podnieciłem? Nie. Czy go skreśliłem? NIE! Po prostu poczekałem na to, co pokaże rzeczywistość.

Po drugie - nie jestem niewolnikiem własnych słów. "DreamWalkerze, mówiłeś, że trzeba to i tamto". I co z tego? To mówił tamten DreamWalker - wtedy. Dziś masz do czynienia z tym DreamWalkerem i jest teraz. Dostosowuję swoje przekonania do tego, co dzieje się tu i teraz, więc nie będę się trzymał przekonań, które kiedyś były dobre a dziś mogą mi przynieść klęskę.

I dlatego nigdy nie będę się zajmował na chwilę obecną (tak, dobrze napisałem) walką o "równouprawnienie", "tolerancję" etc. Z jednego względu - bo uważam, że już jestem równym obywatelem, toleruję siebie - ba! - nawet akceptuję. I nie potrzebuję już o to walczyć. Nie obchodzi mnie, jak traktują mnie inni - ważne, jak traktuję sam siebie.

Nie potrzebuję, by mnie ksiądz wziął na kolanka, pogłaskał po główce i powiedział, że to nie szkodzi, że jestem gejem, że Bóg mnie kocha itd. Ja wiem, że Bóg mnie kocha, a nawet uwielbia mnie całym Sobą - bo widzę to każdego dnia. On chce dla mnie jak najlepiej, ale przede wszystkim daje mi wolną wolę - a więc to ja wybieram, czego chcę.

Ludzie szkodzą samym sobie i swojemu otoczeniu, wierząc w toksyczne przekonania pt. "geje piją krew" (http://www.joemonster.org/phorum/read.php?f=18&t=427091). To ich sprawa, ja się tym nie interesuję, bo im więcej interesuję się nimi - tym mniej interesuję się sobą. A to nigdy nie było dobre.

Nie potrzebuję też łaski polityków, ich przyzwoleń dla Gejów. Niepotrzebna mi ustawa o związkach gejowskich, aby z kimś być. Niepotrzebny mi klimat pt. "wszyscy kochają Gejów", aby czuć się dobrze w swojej skórze i w swoim życiu.

Nie potrzebuję też pozwoleń od rodziny, ich akceptacji lub sprzeciwów, nie potrzebuję ich opinii, by żyć. Chcą - mogą się oburzać, wkurzać, frustrować, próbując zmienić coś, czego zmienić nie potrafią i nie muszą. To ich emocje, ich kortyzol, który niszczy im zdrowie, ich adrenalina, która wykańcza ich serca. Patrzę na to z przykrością, ale wiem, że to ich decyzja.

Najlepsze, co mogę zrobić dla ludzi nietolerujących homoseksualizmu - to w pełni zaakceptować siebie. Tak bezczelnie, wprost, bez dorabiania ideologii, bez tłumaczenia, dlaczego.

Czy myślisz, że ci wszyscy sprzeciwiający się LGBT ludzie pokroju LPR, Młodzieży Wszechpolskiej, mocherów itd. są szczęśliwi?

Pobawię się w czytanie w ich myślach i odgadnę: nie są. Żyją w lęku przed kochającym ich Bogiem. Żyją w lęku, że ich rodziny oraz ich samych zaatakuje zło, które nie istnieje. To jest przykre, ale możemy tym ludziom pomóc! Jak?

Pokochać siebie. Zaakceptować siebie. W pełni.

Wtedy będziemy mogli w pełni pokochać innych. I w pełni zaakceptować konserwatystów - bo póki co - nie tolerujemy ich nawet, a co dopiero mówić o kochaniu ich czy akceptowaniu. Spójrzmy w lustro - jako Geje wybieramy cały czas jebanie innych na swoich profilach, wybieramy krucjaty przeciwko mocherom, Wojciechom C., którzy boso przez świat idą (i niech idą :) itd.

Ich poglądy - ich sprawa - ich zdrowie - ich konsekwencje.

Prawda - ta prawdziwa Prawda a nie umysłowy matrix, w jakim żyje 99,9% społeczeństwa - jest piękna, doskonała i nieskazitelna - Jestem Gejem. Kocham facetów. I czasem z jakimś nawet uprawiam seks, bo mam z tego dużo przyjemności. To cała historia. Każdy fatalny osąd, każda próba negatywnego ocenienia tego - jest klęską dla tego, kto w to uwierzy.

Tacy ludzie muszą udowadniać całemu światu, że homoseksualizm jest zły. Ja nie muszę nikomu nic udowadniać, bo wiem, że Prawda obroni się sama.

To jest właśnie Świadomość - gdy to, w co wierzysz, jest zgodne z tym, co jest tu i teraz, jak również korzystne dla Twojego życia.

I nawet jak usłyszę za sobą "pedał!" - o je je jej, strasznie mnie to zmartwi ;-) Pozdrowię kolegów z ławki, bo trzeba im dużo zdrowia, jeśli hodują w sobie takie przekonanie.

Ci, którzy walczą o tolerancję LGBT - myślisz, że walczą o CZYJĄŚ tolerancję... czy SWOJĄ?


Ci, którzy walczą z LGBT - myślisz, że walczą z CZYJĄŚ orientacją seksualna... czy ze SWOJĄ?

Z tymi pytaniami zostawiam Cię póki co. Baw się i żyj swoim życiem, abyś pewnego dnia nie obudził się na kolorowej platformie, oblepiony cekinami i z tęczową flagą w dupie, walcząc o coś, co możesz dostać tylko od siebie.

poniedziałek, 10 sierpnia 2009

Gdzie są Twoje granice?

To nieuniknione. Będąc z kimś w związku, zaczniecie się nawzajem tresować albo - mówiąc łagodniej - wychowywać. Oczywiście, nikt nie powie tego wprost, bo "nie można ingerować" w kogoś, bo "etyka", bo coś tam. Prawda jednak jest jednak taka: Twój partner będzie sprawdzał, gdzie leżą granice Twojej tolerancji względem niego. Koniec kropka i jeśli nie przekonałeś się o tym na własnej skórze - to wkrótce się przekonasz.

Standardowym przykładem jest sprawdzanie granic swojej wolności. Twój partner będzie chciał przetestować, na jak wiele może sobie przy Tobie pozwolić. Czy pozolisz mu mieć profil na fellow? Czy pozwolisz mu korespondować z jakimiś klientami? Taaa? Okej. W krótce pójdzie kilka kroków dalej. GG, Skype, spotkania live itd.

I teraz pytanie: jak chcesz na to reagować? Gdzie leży granica Twojej tolerancji?

Są 2 typy granic:
  • analogowa - czyli płynna. Na im więcej on sobie pozwala, tym bardziej się denerwujesz. Ale płynnie. Trochę denerwujesz się, gdy on siedzi na GG, bardziej - gdy spotka się z kimś na żywo.
  • cyfrowa - czyli granica typu albo albo. Albo ja, albo goście z neta. Albo nie denerwujesz się w ogóle, albo na maksa.
Kolejną sprawą jest obszar Twojej tolerancji, czyli jak daleko masz postawione swoje granice. Dla jednych sytuacja, w której ich partner gada sobie na czacie z kimś, to nic wielkiego, dla innych - jest to zdrada i powód do rozowdu.

Trzecią ważną sprawą jest czasowy zasięg Twoich granic. Jak długo pozwolisz mu to robić? Jeśli pogada z kimś kilka minut to ok, a co jeśli będzie siedział godzinami i lampił się w monitor?

Podsumujmy - granice mają swoje cechy:
  • typ - analogowa lub cyfrowa,
  • obszar, który obejmują,
  • zakres czasowy,
Ustalając swoje granice - wychowujesz swojego partnera. Pamiętaj, że nie chodzi o stawianie mu wymagań (bo to stworzy efekt "złotej klatki"), lecz o określenie kryteriów, za pomocą których będziesz w stanie określić, które zachowania Ci się podobają, a które nie.

Ubierz w zdania typu: "Jeśli chcesz być ze mną - możesz robić XXX tylko w taki i taki sposób, przez tyle i tyle czasu".

Konkrety. Musisz je znać, bo inaczej on będzie je znał.

Często spotykam ludzi, którzy mają dość luźne granice. Pozwalają, by ich partner robił takie rzeczy, z którymi czują się oni źle. Ich zdenerwowanie i frustracja jest na tyle mała, by wytrzymać w związku, a na tyle duża - by sobie go skutecznie obrzydzić. Potem, gdy się rozstają, mówią sobie, że już nigdy nie bede z nikim, bo związki są fe itd. Nie są fe! Zwiazki są fajne. To oni mieli zjebane granice. Pozwalali wykończyć się sobie psychicznie a potem dziwią się, że mają urazy. Trudno nie mieć.

Znam gościa, który ma bardzo wąskie granice. Tak wąskie, zwarte i ostre, że przecisnęła się przez nie tylko jedna osoba i tylko dlatego, że się o to postarała! Zanim byli razem, gość wyczyniał cuda. Wchodził do knajpy, mierzył gościa, z którym się umówił, po czym stwierdzał: "Sorry, to nie Ty. Na razie." Nie tracił czasu na pierdoły. Pewnego razu spotkał się z delikwentem, który zaczął mu w aucie robić wyliczankę: "Najpierw pojedziemy na zakupy, potem do McDonalda, muszę cość zjeść, i odwiedzimy Marka, poznasz Marka, fajny gość". Tymczasem on odparł: "Słuchaj, coś mi się dzieje z kołem chyba. Możesz wyjść na zewnątrz i zobaczyć." Facet wyszedł a on odjechał z piskiem opon. Spytałem go, czemu to zrobił. Odparł, że nie będzie tracić czasu na ludzi, który będą mu mówić cały czas, co ma robić. I choć rozwiązanie było dość kontrowersyjne, trudno nie przyznać mu racji. Kiedyś powiedział, że będzie tylko jedna osoba, której powie w życiu "Kocham Cię".

Ta strategia jest genialna w swojej prostocie. Póki nie jesteś pewien na 99%, że chcesz z kimś być, nie bądź. Potyczki ze swoimi wątpliwościami to ostatnia rzecz, jaką chcesz robić. Masz być pewien, że to dla Ciebie dobry partner, albo natychmiast daj sobie spokój. I nakłaniaj do tego samego swojego partnera. Jeśli nie jest pewien, czy Ty jesteś dla niego odpowiednim partnerem, nie chcesz uczestniczyć w jego wojnie myśli. Nie chcesz go przekonywać, jaki jesteś fajny i w ogóle. Nie jesteś i tyle. Chuj z tym. Odjedź i daj sobie spokój - to moja opcja, którą Ci ofiarowuję.

Jeśli chcesz być w zwiazku nieszczęśliwy - poszerz granicę tolerancji dla zachowań swojego partnera na maxa i uczyń je analogowymi. Rozszerz je też czasowo. Wtedy pojedzie do klubu, wyrwie parę dup, będzie to robił co weekend przez 2 lata, będzie na Ciebie lał, a Ty będziesz w cichej desperacji to znosić. Dla podkręcenia efektu - zawęż granice dot. swoich zachowań tak bardzi, jak tylko się da. Powiedz sobie, że nie możesz się kłócić, nie możesz robić mu awantur, nie możesz mu zwrócić uwagi, bo będzie mu smutno - słowem: ogranicz się na maxa, zarówno obszarem granic, jak i czasem trwania. Granice powinny być też cyfrowe, byś po każdym wykroczeniu mógł się surowo ukarać.

Jeśli natomiast chcesz być szczęśliwy w związku - zawęż granice tolerancji względem zachowań swojego partnera i rozszerz swoje. To takie proste. Spotka się z kimś bez Twojej wiedzy - mówisz mu nara. Siedzi na czacie dłużej, niż rozmawia z Tobą - nara. Itd. Wtedy dostaje on JASNE i WYRAŹNE sygnały, jakie są Twoje kryteria. To, że je przekracza, nie oznacza, że od razu robisz mu awanturę (chociaż czemu nie?), lecz po prostu, że nie chcesz, by był Twoim facetem dalej. No chyba, że chcesz źle się czuć. Swoje granice natomiast poszerz tak bardzo, jak to tylko możliwe. Bądź dla siebie łagodny. Rób to, na co masz ochotę i sprawdzaj, jak on na to reaguje. Na tym polega autentyczność. Będąc w zwiazku naprawdę nie musisz się niczym krępować. Zrób coś i zobacz konsekwencje swoich czynów - inaczej nigdy się nie nauczysz. Jeśli Cię rzuci - zawsze możecie do siebie wrócić. Wierz mi - to nie jest problem. Jeśli tylko nie zrobiłeś czegoś naprawdę nikczemnego i totalnie urazogennego - dzwonisz do niego i mówisz, że śni Ci się po nocach, że jest Twoim wybranym, jedynym, że nie możesz przestać kochać go nad życie. I jest Twój.

Na pewno w komentarzach pojawią się zaraz głosy, że "to nie fair - ja mogę pozwolić sobie na wszysto, a partner ma być wytresowany". Nie o to chodzi! Powiedz swojemu partnerowi, by przyjął podobną strategię! Po co? Po pierwsze - aby nie czuł się w związku z Tobą jak w owej złotej klatce - skrępowany, zamknięty i odizolowany. Po drugie - byś mógł uzyskać dostęp do informacji, jakie Twoje zachowania mu się podobają, a które nie! Nie ma nic bardziej pojebanego, niż sytuacja, w której on siedzi sfochowany, a Ty pytasz:

- Co się stało?
- Nic.
- Więc o co chodzi?
- O nic.

Taaa taaaa! Tak się kończy sytuacja, w której Twój partner ma płynne granice i nie wie, czy ma Ci przypierdolić za coś, co złego zrobiłeś, czy może olać sprawę. Nie może zrobić ani tego, ani tego, bo jest po środku chujni z grzybnią. Biedak ma wtedy wewnętrzną wojnę i cokolwiek zrobi, będzie gorzej.

To myślenie pozwala też na coś więcej. Na zrozumienie, że "rozstanie" nie jest końcem, że jest czymś normalnym, naturalnym, co można robić nawet codziennie. Czymś, z czego nie trzeba robić życiowej tragedii, na co warto być przygotowanym o każdej porze dnia i nocy. Że, gdy Twój partner odchodzi, to jest to informacja zwrotna dot. Twojego zachowania. I vice versa - gdy odchodzisz, dajesz mu znak, co zrobił nie tak. Że zawsze możecie do siebie wrócić. Oczywiście - nic na siłę. Na wszystko jest sposób.

niedziela, 14 czerwca 2009

Najlej Krycha bo wysycham - czyli o niemożności zabawy bez alkoholu

Mały Gucio wychował się w porządnym domu... poprawczym. Tam jego opiekunowie, by dziecko nie nasiąknęło (zbyt szybko) negatywnymi wzorcami, gdy chlali na umór, zamykali się w pokoju, tłumacząc Guciowi, że to tylko lemoniada.

Gucio jednak bystrym chłopcem był i szybko zakumał, że dorośli mają swoje wywary, szczochy z gumijagód, po których ze smutnych, szarych i przeciętnych osób, zmieniają się w dusze towarzystwa - są dowcipni, inteligentni i wyluzowani. Wszystko po lemoniadzie.

Jako że zakazany owoc smakuje najlepiej, Gucio już w edukacyjnym nowotworze zwanym gimnazjum szybko zainteresował się procentami. Nie chodzi bynajmniej o miłość do matematyki. Marzenia o dużej flaszce zajmowały w głowie Gucia drugie miejsce po marzeniach o dużym chuju (Gucio był oczywiście gejem :)

I tutaj zaczyna się ciekawie. Gucio walił na wszystkie impry, na których można było nieco łyknąć. Początkowo był nieśmiały, zamknięty w sobie, bał odezwać się do ludzi. Ale z pomocą przychodził alkohol. Z dziką łatwością pomagał przełamać pierwsze lody - tudzież nawet pozwalał je robić pod stołem - a Gucio wszystkich umiejętności socjalnych uczył się bedąc pod jego wpływem.

Po jakimś czasie mózg Gucia nauczył się reguły - jestem klawy, pod warunkiem, że jestem wstawiony. Gucio na trzeźwo bowiem nadal jest nieśmiały, zamknięty i odizolowany od innych.

Czy znasz drogi Geju historię gościa, który uczył się jeździć na rowerze po pijaku? Czy wiesz, że facet ten stał się obiektem badań naukowych, bo na trzeźwo nie umiał tego robić? Wyobraź sobie - gość umiał jeździć na rowerze tylko pod wpływem alkoholu. Peszek, bo jak tu wrócić do domu?

I tu oto zdradzam kolejny wielki sekret ludzkiego umysłu: jeśli jesteś w stanie umysłowym X, to masz dostęp tylko do takich umiejętności oraz informacji, jakich nauczyłeś się będąc w stanie X.

Jeśli ktoś był smutny, ucząc się całek, na egzaminie będzie musiał powrócić do stanu smutku, by cokolwiek zaczaić. Jeśli ktoś uczył się prowadzić auto w stanie permanentnego stresu - zgadnij, w jaki stan będzie musiał wejść, by używać tej umiejętności?

Jeśli czyta to minister edukacji, to niech kurwa wie, że jeśli dziecko przykuje się do ławki, zestresuje a potem się je czegoś uczy, to potem, po wyjściu ze szkoły, dzieciak w sposób naturalny będzie chciał unikać nieprzyjemnego stanu stresu, tym samym unikając wiedzy i umiejętności, jakie przyswoiło będąc w tym stanie.

Gucio zrobił to samo, tylko w innym kontekście. Uczył się, jak wchodzić w interakcje z ludźmi po alkoholu. W związku z tym na trzeźwo nie umie tego robić. Nie umie się dobrze bawić, cieszyć, śmiać, jest po prostu - generalizując nikczemnie - smutnym palantem jeśli się nie napije. Co za szkoda, że Gucio nie wie, że mógłby być równie fajnym gościem na trzeźwo. Traci cenną możliwość a swą wątrobę skazuje na okropne fatum.

Nie przez przypadek piszę tego posta w niedzielę rano, gdy okazuje się, że jestem jednym z niewielu, którzy nie najebali się ostatniej nocy i teraz nie rozmawiają z tygrysem, nie haftują ścian wzorkami menelskimi. Na tym tle czuję się jak nienormalny kosmita, dziwak, odmieniec, bo jak odmawiam picia, to mówię tylko, że nie pijam na trzeźwo. Oni tego nie kumają, bo myślą, że ja coś tracę, podczas gdy ja po prostu nauczyłem się upijać nie alkoholem, lecz atmosferą. Nauczyłem swój móżdżek wchodzić w stan upicia bez alkoholu, co się nawet fizjologom nie śniło.

Tu nawet nie chodzi o oszczędność kasy czy szacun dla swojej wątroby. Tu chodzi o to, że ja mogę wejść w ten stan w 5 minut, bez żadnych zabiegów i akrobacji z kieliszkami. Może to niemodne, ale kurwa mam w dłoni argument, którego nikt mi nie odbierze:

Nazywa się on habituacją.

Im więcej piją, tym więcej pić muszą w przyszłości, bo ta sama dawka alkoholu przestaje wystarczać. Kiedyś, żeby się zajebać, trzeba było 3 piwa. Dziś 6. Jutro 11. Itd. Ja stan "zajebania" mam pod ręką i poniekąd pijany DreamWalker jest narzędziem, którego używam, gdy po prostu chcę się pobawić w towarzystwie.

I przyznam bez gwałtu, że mam nie mam twardej głowy, że pewnie, gdybym napił się kropel na żołądek, to bym skończył w pobliskim rowie. A to przecież wstyd, co nie? Norma w naszym kraju nakazuje mieć głowę twardą i umierać, jak prawdziwy Polak - na marskość wątroby. Kiedyś pierdolną tym wszystkim ludziom pomnik Anonimowego Alkoholika - będzie to wielka wątroba przebita bagnetem.

Wybacz moją dziwność, ale stan alkoholowego odlotu nie jest dla mnie celem samym w sobie - tak jak zresztą cała gama innych gówien, które Matrix instaluje nam w głowie, takich jak telefony, auta czy inne zabaweczki. To wszystko to narzędzie do osiągania rezultatów. Kto o tym zapomina, budzi się na drugi dzień z głową w kiblu i widzi w tafli rzygów na dnie swoje marne, blade odbicie z podkrążonymi oczami. Miał się dobrze bawić, a skończyło się jak zawsze. A zważywszy, że umysł klasyfikuje doświadczenia głównie ze względu na to, jak się one zakończyły - kolo ma problem - bo jego życie składa się z rytmu naprzemiennego picia i leczenia kaca.

I smuci mnie ten fakt, że my - ludzie XXI wieku - znamy marne kilka sposobów na zarządzanie swoimi stanami emocjonalnymi: zakupy, alkohol i inne używki. Tośmy kurwa osiągneli bogate spektrum narzędzi. Ale do kogo mam mieć pretensje, skoro o tym, jak wpływać na swoje emocje mądrze i ekologicznie, wie na tym świecie garstka ludzi, którzy co prawda chcą się tą wiedzą dzielić, ale często są wrzucani do worka z podpisem "szarlatani". Przecież lepiej sie napić, niż pierdolić o takich głupotach, jak ludzki umysł i to, jak na niego wpływać, co nie?

Na koniec będzie mały bonusik - zrób eksperyment neurologiczny. Weź kilka głębokich wdechów, odpręż się i wróć myślami do chwili, gdy byłeś totalnie nachlany i naprawdę dobrze się bawiłeś. Zobacz to, co wtedy widziałeś, usłysz to, co docierało do Twoich uszu. Wtedy też poczujesz się tak, jak wtedy. Pozwól sobie zatopić się w tym stanie. Fajnie, co nie?

Złap ten stan, np. chwyć go - dosłownie - w swoje ręce. Ten gest pozwoli Ci potem łatwo powrócić do tego stanu, gdy tylko będziesz chciał.

Teraz idź w inną stronę. Przypomnij sobie sytuacje, w których Ci tego brakowało. Sztywna rozmowa w biurze? Lipny klimat wśród nowopoznanych osób? Wejdź w te doświadczenia raz jeszcze i podobnie jak poprzednio - poczuj to, co wtedy czułeś. Gdy to się uda, weź stan "zajebania" i wsadź go znów w siebie - w czym pomoże Ci owy gest, który wykonałeś przed chwilą. Poczuj się tak, jakbyś był po alkoholu, tylko w kontekstach, w których zazwyczaj po alkoholu nie jesteś i Ci tego - powiedzmy - brakuje.

Ba! Możesz wyobrazić sobie nawet, że urodziłeś się w tym stanie i przeszedłeś całe życie, mając swobodny do niego dostęp. Zauważ, jak inaczej wyglądałoby Twoje życie, gdyby tak było. To się nazywa powtórnym wdrukowaniem i jest bardzo przydatną techniką zmiany osobistej.

Na koniec mój mały apel, który pewnie nic nie da, ale przynajmniej będę miał czyste sumienie, że to napisałem - traktuj alkohol jak narzędzie do osiągania czegoś, nie jak cel sam w sobie, bo to się potem trudno leczy. Naucz się odmawiać, mówić "stop, kurwa, nie chcę już, bo już mam to, co chciałem alkoholem osiągnąć". Tylko ludzie silni potrafią tak powiedzieć w obliczu tłumu znajomych, którzy nakłaniają do picia. A Ty jesteś silny, prawda?

piątek, 1 maja 2009

Gej się nie starzeje, lecz dojrzewa jak wino

Na tym blogu oferuję Ci różne techniki i podejścia, choć to zaledwie wierzchołek góry lodowej. Jest tego naprawdę sporo i dzięki technologiom możesz sobie w głowę wsadzić, co tylko chcesz. Prócz jednej rzeczy, która w życiu naprawdę się przydaje.

Dojrzałości.

Dojrzałość to naturalna konsekwencja posiadania odpowiedniej ilości życiowych doświadczeń. Konsekwencja wzlotów i upadków, przemyśleń nad własnym losem i nabraniu pokory, która pomaga godzić się z życiem.

I nie wiem, jak Ciebie, ale mnie właśnie to najbardziej pociąga w facetach - gdy wiesz, że możesz oprzeć się o ramię dojrzałego gościa. Nie gówniarza, nie księżniczki, 'Dody Elektrody' czy pawia z dyskoteki, ale właśnie faceta, którzy coś w życiu przeszedł. Który kochał, który rzuciał i był rzucany. Który swoje marzenia skonfrontował z rzeczywistością i wiele się nauczył - przede wszystkim o sobie. Który nabrał pokory względem Wszechświata.

I co zastanawiające - dojrzałość wcale nie musi iść w parze wraz z wiekiem metrykalnym. Znam ludzi, którzy pomimo posuniętego wieku nadal oscylują myślami niemal wyłącznie wokół tematyki gadżetów, znam takich, którzy są młodzi metrykalnie, choć ich dusza wydaje się być "po przejściach".

Długo myślałem, o co w tym wszystkim chodzi. I odkryłem.

Chodzi o cierpienie i wyciąganie z niego nauki. To jest miarą dojrzałości.

Są dwa sposoby przeżywania cierpienia.

Pierwszy z nich opiera się o założenie, że "cierpienia być nie powinno" - co jest totalną głupotą, bo wtedy ludzie się nie uczą, niepotrzebnie walczą z losem i idą w świat z misją pt. "Wszechświat i ludzie są popsuci, ja Was kurwa naprawię". Prowadzi to do postawy samarytanina, który nieustannie wszystkim pomaga i reperuje. Nie wie on, że czasem najlepszą pomocą jest zostawić kogoś w spokoju - nawet, jeśli cierpi. Nie wie, że sztuka polega na tym, by zrozumieć, że wszystko jest OK.

Drugi sposób polega na zrozumieniu istoty cierpienia - że ma nas ona uczyć pokory i wnosić do naszego życia pewną naukę. Wtedy wiesz już, że cierpienie jest ważnym momentem w życiu Twoim, jak i innych ludzi. I pozwalasz sobie - oraz innym - z pokorą i akceptacją cierpieć. Bo wiesz, że zbudujesz na tej bazie coś cudownego.

Kochałem i nawet nadal kocham swoich byłych facetów. Jednak zdarzało się, że zaczynali widzeć we mnie źródło swoich cierpień. A więc - chcąc im ulżyć - odchodziłem.

Niektórzy nigdy być może nie pojmą, że odchodziłem z miłości do nich.

Nie potrafili być szczęśliwi ze mną - bo nie potrafili być szczęśliwi nawet sami ze sobą. Dałem im zatem czas i wolność, by się tego uczyli - nawet, jeśli to miało oznaczać, że będą bardzo cierpieć. 

Niektórzy skorzystali z tej lekcji i dziś są naprawdę szczęśliwi - bo ich szczęście przestało być zależne od tego, czy z kimś są, czy nie. Czy mogłem dać im coś lepszego?

Dojrzewasz tylko wtedy, gdy cierpienie przeżywasz w ten drugi sposób. Gdy umiesz godzić się z tym, co przynosi los i bez zwalania winy na wszystko, odebrać swoją naukę. Wyciągnąć wspierające Cię, mądre wnioski, które pomogą Ci żyć lepiej.

Jeśli ktoś nie uczy się z cierpienia - "wali focha" na rzeczywistość, bo nie jest ona taka, jak "być powinna". I walczy. I taki ktoś nie pojmie za nic w świecie, że świat jest właśnie taki, jak być "powinien" - doskonały - tylko my swoimi osądami nieustannie go pierdolimy. A On chce nas tylko czegoś nauczyć, powiedzieć "nie tędy droga do Twojego celu, są lepsze!".

Gdy ktoś tego nie łapie, zaczynają się schody prowadzące do izolacji, zgnuśnienia i duchowej zgnilizny.

Wtedy spotykasz zjebanego dziadka, który "już wszystko przeżył i wie najlepiej" i chuj, nigdy z domu już nie wyjdzie, nigdy się nie uśmiechnie, nie będzie serdeczny. Zjebał sobie model rzeczywistości do tego stopnia, że sądzi, iż "ludzie są gówno warci", "miłość nie istnieje" itd. Jego umysł musiałby umrzeć, żeby gość mógł być choć odrobinę szczęśliwszy.

A czasem spotykasz ludzi, którzy z uśmiechem witają każdy dzień. Są gotwi na wszystko i przygotowani na nic. Bo godzą się ze swoim losem i czerpią z życia. Może nawet nie mają niczego, ale doświadczają wszystkiego. Dla których nic się nigdy nie kończy, a zawsze coś się zaczyna. Każdą chwilę wciągają niczym krechę, bo rzeczywistość jest jak narkotyk. Przebierali się w życiu w różne szmaty - byli lwami na salonach, kucharkami w kuchni i dziwkami w sypialni. Byli grzeczni i ułożeni, byli niegrzeczni i plugawi. Byli wysoko i nisko, daleko i blisko.

Oni wiedzą już, kim prawdopodobnie są. Wiedzą, czego chcą, a czego prawie na pewno nie chcą.

To jest dla mnie dojrzałość.

czwartek, 30 kwietnia 2009

Bycie Gejem a wiek

Póki co jestem młody, w polotach nawet - gdy wina nie brakuje - piękny :) Choć mam świadomość, że zrywając kolejną kartkę z kalendarza, dni mi przybywa. I nie wiedzieć czemu, Branża w jakiś wyjątkowy sposób na szczyt hierarchii wznosi młodość, gładką skórę, szczupłość, atrakcyjność fizyczną i inne matrixowe prezenty.

Wcześniej czy później jednak każdy z nas spojrzy w lustro i zobaczy tam pierwszą zmarszczkę lub pierwszy siwy włos. I co wtedy? Czy wypłacisz wtedy wszystko co masz na koncie i ruszysz do kliniki chirurgii plastycznej, by swą twarz odmłodzić? Czy może już teraz zdecydujesz się przemyśleć kilka spraw dot. wieku...?

Wiek każdego z nas można mierzyć na 3 sposoby:

1. Wiek metrykalny

Tu w grę wchodzi czysta matematyka i kalendarz. Wiek metrykalny jest efektem przypadkowego zastosowania systemu dziesiętnego - niczym więcej.

2. Wiek biologiczny

Ilekroć mówię o wieku biologicznym, przypomina mi się pewna anegdota.

Reporter pyta 3 staruszków, jak udało im się dożyć sędziwego wieku. Pierwszy mówi:
- Zero alkoholu, zero papierosów, zero innych używek, kobiet itd.
- A ile masz lat, dziadku?
- 89!
- Gratuluję.
Podchodzi do drugiego i pyta o to samo:
- Zero używek, mało seksu, zdrowa dieta.
- A ile masz dziadku lat?
- 103.
- OOO, to gratuluję!
Podchodzi do trzeciego i również pyta, jak udało mu się dożyć tak sędziwego wieku:
- Całe życie alkohol, papierosy, dragi, mnóstwo seksu, hazard, tłuste jedzenie...
- Ooo, a to ciekawe. A ile masz lat, dziadku?
- 25 :)

Myślę, że to mówi wszystko o tzw. wieku biologicznym. Są 30-stolatkowie, którzy mają grube bębny i nie moga zrobić przysiadu bez pomocy sąsiadów, są 100-latkowie, którzy robią szpagaty i biegają maratony. To właśnie wiek biologiczny - to, na co pracujesz dietą, stylem życia i ogółem swoich decyzji.

3. Wiek psychiczny

Kiedyś przeprowadzono interesujące badanie. Naukowcy przygotowali dom dla starców - ale niezwyczajny. Umeblowali go w stylu lat 50-tych, na ścianach powieszono kalendarze z tamtych lat, w telewizji emitowano stare programy, na stolikach umieszczono archiwalne wydania gazet. Wszystko po to, by ktoś, kto się tam zjawi, miał wrażenie, że cofnął się w czasie o jakieś 50 lat.

Następnie przyprowadozno tam grupę starszych osób, dla których była to prawdziwa wycieczka do czasów młodości. Zaraz przed tą wycieczką, jak i po niej naukowcy szczegółowo zbadali tę grupę staruszków - ich krew oraz inne wydzieliny, jak również ich skórę, paznokcie itd.

I co się okazało?

Że już po kliku godzinach ich skóra oraz paznokcie zaczęły młodnieć, a parametry ich krwi zaczęły się poprawiać. W sensie biologiczny zaczęli młodnieć.

I oto dochodzimy do kluczowego wniosku: wiek to stan umysłu.

Co ciekawe - nasze umysły składają się z wielu różnych tożsamości i często uważają one, że mają inny wiek. Ktoś może mieć 30 lat a pewne jego tożsamości zatrzymały się na przykład na wieku 17 lat, co objawia się zachowaniami charakterystycznymi dla 17-stolatków. W innych przypadkach ktoś ma 20 lat a myśli i zachowuje się jak 40-stolatek.

Czasem dochodzi o ciekawych paradoksów. Ktoś ubiera się jak nastolatek a myśli o życiu jak 60-ciolatek. Spotykałem takie zjawiska, to był kosmos :)

Myślę, że cała sztuka polega na tym, by sobie uświadomić, że wiek i rosnący wraz z nim poziom powagi to tylko społeczna instalacja, która nie może stanąć Ci na drodze to bycia młodym duchem.

Nie pozwól nigdy zepchnąć się do roli biadolącego dziadka, który "już wszystko widział, już wszystko przeżył". To jest okropne, bo zamyka ludzi w nudnym, schematycznym, powtarzalnym świecie bez żadnych szans na opuszczenie go. On już wiedzą wszystko - albo tak im się wydaje. To smutne.

Metnalnie, pomimo nawet 200 lat na koncie, możesz nadal być zafascynowanym życiem poszukiwaczem przygód.

Masz swoje doświadczenia życiowe - to fakt. Ale możesz wyjść z założenia, że to ciągle za mało. Wyjść z założenia, że niczego jeszcze nie widziałeś, że niczego nie wiesz - by furtkę do nowych doświadczeń mieć cały czas otwartą.

Natomiast żyjąc już nie historiami, nie fantazjami, ale tu i teraz - zauważysz, że wiek to nic innego, jak halucunacja. Jest tylko teraźniejszość.

A teraźniejszośc jest jak ten blog - korzystasz?

piątek, 24 kwietnia 2009

Homo-szczęście

Gdybyś miał ocenić swoje życiowe szczęście w skali od 0 do 10 (gdzie 0 to totalna depresja a 10 to nieustający błogostan) - ile punktów byś sobie przyznał...? Pomyśl o tym teraz i podaj jakiś wynik. 2? 5? 7? 10?

Zanim przejdziemy do tego, co to znaczy, pozwolę sobie przytoczyć pewne badania, które kiedyś przeprowadzali naukowcy. Postanowili oni zbadać poziom szczęścia ludzi na całym świecie i ustalić, od czego jest on zależny - od zdrowia, od bycia w związku, od pieniędzy, wiary..? A może jeszcze czegoś innego...?

Zadawali setki pytań a ludzie wypełniali tysiące ankiet. W badaniach wzięły udział tysiące ludzi z ponad 80 krajów na całym świecie. W końcu zaczął się z nich wyłaniać pewien obraz.

Okazało się, że odpowiedzi na pytanie, od czego jest zależne szczęście... kompletnie nic nie mówiły. W każdym przypadku zależne było ono od czegoś innego. Im szczegółowej naukowcy się w tę tematykę zagłębiali, tym mniej wiedzieli.

Szczęście nie było zależne od niczego, o co pytano.

Zatem od czego?

Wniosek nasuwa się jeden: szczęście zależy do tego, od czego myślisz, że zależy.

A więc - summa summarum - od Ciebie.

Zaskoczony? Więc weź to na logikę.

Czym jest szczęście? Pod względem chemicznym, wstrzykujemy sobie w krwioobieg endorfiny - pochodne opiatów - które odpowiadają za euforię i pozytywny stan emocjonalny. Endorfiny wydzielamy w dwóch przypadkach: gdy się ruszamy (np. podczas biegu lub ćwiczeń) i podczas śmiechu. Jeśli wiesz, od czego zależy poziom endorfin, możesz zacząć świadomie je produkować.

Wróćmy do Twojej oceny życiowego szczęścia.

Na jakiej podstawie ją wystawiłeś? Dlaczego taka, a nie inna ocena?

Spytałem o to kumpla. Dał sobie dwójkę. Odpowiedział, że niedawno rzucił go chłopak, że jest bez pracy i nie ma pomysłu, co zrobić ze swoim życiem. Trzeba było coś na to wymyślić. Spytałem go, za co może być wdzięczny losowi. Wymienił, że za to, że ma dom. Oczywista oczywistość - której zazwyczaj nie doceniamy. Co jeszcze? Ma co jeść. Ma swoje łóżko, telewizor, kota o imienu Brutto. Za to wszystko może być wdzięczny losowi. Za co jeszcze? Za to, że był ze świetnym facetem kilka lat i dzięki temu związkowi wiele się nauczył. Że odbył kiedyś egzotyczną podróż do Afryki. Że w szkole miał dobre oceny. Za co jeszcze? Co jeszcze? Że być może dożyje czasów, gdzie będą lekarstwa na wszelkie choroby lub będziemy latać na Księżyc na wakacje. Że weszliśmy do UE. Że kryzys nas oszczędził.

Na koniec spytałem go, jak teraz ocenia swoje życiowe szczęście. 7 - odparł.

I na koniec jeszcze jedna, ważna dyrgrasja. Największe sukcesy w życiu - jak udowodnili naukowcy - osiągają ludzie, którzy swój poziom szczęścia ocenili na ... 8! Dlaczego?

Jeśli ktoś ocenia swoje szczęście na mniej niż 8 - zdarza się, że "nie widzi sensu" niektórych działań. Skrajnym przypadkiem jest ocena zero, gdzie ludzie w totalnej depresji leżą w łóżku całymi dniami i nic nie robią. Szczęście powyżej 8 z kolei wprawia nas w taki błogostan, że nic nam się już nie chce - bo wydaje nam się, że osiągneliśmy już wszystko.

Pracuj tak nad swoim postrzeganiem rzeczywistości, by Twoja ocena oscylowała wokół ósemki - akceptując jednocześnie, jak bardzo zmienna jest ta ocena i że bywa zależna od tymczasowych nastrojów, które wszyscy miewamy.

Baw się ;-)

P.S. Moja ocena to - średnio - 8. Ihhaaa! :-)

środa, 22 kwietnia 2009

Czym jest ten blog i kim ja jestem?

Od jakiegoś czasu przeżywam małe oblężenie - mnóstwo fajnych Gejów pisze do mnie maile z miłymi słowami, że uczą się z tego bloga.

To super, że się uczysz, że wyciągasz z moich słów strategie i style myślenia, które są efektem lat mojej pracy nad sobą, nad zgłębianiem tajników pewnych egzotycznych dziedzin wiedzy. Czuję na plecach coraz cieplejszy oddech odpowiedzialności, bo wiem już, ile ważą moje słowa w uszach i oczach niektórych zacnych Czytelników.

W mailach niektórych osób widzę jednak pewne sygnały ostrzegawcze, które nasuwają mi na moje usta ważne pytanie - KTO ZA CIEBIE MYŚLI?

Ja? Ten blog? Czy Ty sam?

Ten blog niczym nie różni się od młotka - obie te rzeczy są narzędziami. Tamtym młotkiem wbijasz gwoździe - tym mogę jebnąć Cię w głowę.

Więc zanim skrobiniesz do mnie maila, w którym napiszesz, że uczysz się z tego bloga, jak "powinieneś" postepować, jak "masz" się zachowywać... to apeluję, byś się kurwa opamiętał. Pewnego dnia jebnę być może tutaj posta o robieniu trójkątów, ssaniu z połykiem nieznajomym albo o pozycji na supermana. I co wtedy?

Wtedy też będziesz sądził, że tak "powinieneś"?

Korzystaj z moich wskazówek... albo nie! - Twój wybór, bo to nie ja jestem specjalistą w dziedzinie Twojego życia, ale Ty sam. Ty rządzisz w swoim życiu!

Pamiętaj o tym - jesteś szpecem od swoich celów, problemów, marzeń. Nie ja. Ja zapewne nic o Tobie nie wiem.

I apele do wyznawców oraz sierotek marysiów - traktuj mnie proszę normalnie, jak zwykłego gościa, a nie jak mędrca, mesjasza czy inkarnację Buddy. Jestem zwykłym człowieczkiem - codziennie kupuję bułki w sklepie na dole, mówię sąsiadom "dzień dobry", oglądam się za facetami na ulicy a czasem płaczę w poduszkę albo szlag mnie trafia z powodu PIT-36.

Nie palę kubańskich cygar, nie noszę majtek od Banana Republic i wcale się tym nie martwię, nie zarabiam milionów, nie jeżdżę luksusowymi brykami, nie mam prywatnego basenu, nie podcieram sobie dupy dwusetkami, nie otacza mnie wianuszek umięsnionych pakersów, którzy robią mi loda tudzież dają dupy na pstyknięcie palcem (a szkoda:)

Ale wiesz co?

CZUJĘ SIĘ, JAKBY TAK WŁAŚNIE BYŁO!

Czuję się, jakbym srał pieniędzmi. Idąc ulicą, czuję się zajebiście w swojej dupie a wiem, że inni nie bardzo. Kąpiąc się w mojej wannie, czuję się tak, jakbym moczył dupsko w oceanie. Patrząc w lustro czuję się, jakbym oglądał okładkę Men's Health. Jadąc kurwa autobusem czuję się, jakbym leciał prywatnym odrzutowcem. A jedząc hot doga mam wrażenie, że wpierdalam czarny kawior, małże i popijam Whiskaczem z Colą ;-P

I możesz mi nawet zajebać portfel, a ja mam to w dupie, bo samopoczucia zajebać mi nie możesz.

Oto Bogactwo przez gigantyczne "B"! Bogactwo stanów wewnętrznych. Przeczucie, że cały Wszechświat jest dla mnie - bo jest!!!

A dla Ciebie nie, cipo, bo przecież myślisz tak, jak ja. A ja myślę, że Wszechświat jest DLA MNIE, a nie dla Ciebie :-) I co teraz, gamoniu? :)

piątek, 27 marca 2009

Okres kokainowy w życiu Geja

Wchodzę na czyiś profil. Jakiś 17-stolatek pisze, że chce stworzyć poważny związek na stałe. Marzy mu się Książe, z którym będzie przez lata, najlepiej do śmierci.

To typowy chłopak, który uwierzył w nieco dziki, niepraktyczny model mentalnego dziewictwa.

17-stolatek, który dopiero odpalił swoje geny odpowiedzialne za seksualność, nie ma jeszcze w głowie danych, które pozwoliłyby mu ocenić, kto jest dla niego odpowiednim partnerem. Myśli, że chce być z romantycznym księciem, który będzie mu codziennie przynosił kwiatki i robił śniadanie do łóżka. I nie wie, że po miesiącu z kimś takim rzygałby na samą myśl o kolejny, słodkim do obrzydzenia wieczorze przy świecach.

Taki ktoś zachowuje się jak ktoś, kto przychodzi po raz pierwszy do knajpy Wietnamskiej i od razu wie, że do końca życia chciałby jeść sajgonki - choć nigdy nie próbował niczego, co miałoby cokolwiek wspólnego z Wietnamem.

Chłopak zapomniał, że ma 17 lat i - powiem kolokwialnie - winien się wyszaleć. Powinien zamawiać wszystko po kolei z karty dań i próbować, smakować, testować. Powinien eksperymentować.

Po co?

By doświadczalnie dojść do wniosku, czego tak naprawdę chce w życiu. By odkryć, kim chce być. Z kim chce spędzić swój czas. Nigdy się nie przekona, jeśli kilka raz nie zmoczy dupy. Nigdy nie zbuduje sobie wizerunku odpowiednego życia - a nawet samego siebie - nie przebierając się coraz to w inne szmaty, będąc coraz to w innych okolicznościach, środowiskach etc.

Brakuje mu po prostu okresu kokainowego - okresu prób, eksperymentów, testów, nadziei i rozczarowań.

W swoim krótkim, acz intensywnym życiu, byłem w związku z panem magistrem i z gościem o wykształceniu podstawowym. Byłem z porządnym, który czytał Miłosza, i nieporządnym, który Miłoszem palił w piecu, pociągając z gwinta. Kochałem się w intelekcie, mięśniach, kasie, kochałem się w czyimś uśmiechu, energii, umyśle. Rzucałem i byłem rzucany. I tylko nikogo nie zdradziłem do tej pory, choć zdradzony byłem i wiem już, jak sobie z tym radzić.

Przez chwilę byłem dresem, chodziłem na siłownię. Bawiłem się w poważnego biznesmana i w rozkapryszonego artystę w kolorowych bluzach. Byłem lordem i skejtem. Głupkiem i ekspertem. Prowadziłem gazetkę szkolną. Studiowałem dziwny kierunek. Wydałem książkę, druga w drodze. Pracowałem dla firm, teraz pracuję dla siebie. Szkoliłem się i prowadziłem szkolenia.

Przechwałki? A może zbieranie doświadczeń?

I choć tak wiele przeszedłem - zarówno przepięknych, jak i smutnych chwil - nadal nie wiem na 100%, kim chciałbym do końca być oraz z kim chciałbym dzielić swoje życie. I to jest okej.

Pewność na 100%, z kim chciałbym być, założyłaby mi klapki na oczy. Brak pewności skazałby mnie na wieczną tułaczkę, jaką już przeszedłem. Kluczem jest być pewnym w 80% - byś wiedział i jednocześnie mógł być zaskoczony.

Póki nie wiem i nie mam pojęcia... póki brak mi odpowiedzi na ważne pytania - szukam i znajduje. Nie boję się cierpienia. Nie boję się zakochać i szaleć. Wiem, że jestem bezpieczny, bo bezpieczeństwo jest we mnie, nie na zewnątrz.

Ludzie, którzy nie przeszli okresu kokainowego i od razu weszli w "poważne" zwiazki i stowrzyli sobie "stabilne" życie, mają smutne wrażenie, że coś przegapili. Że czegoś im brakuje. Że się nie wyszaleli.

Nim spotkasz tego, z kim będziesz chciał być po kres swych dni, prawdopodobnie chcesz być już wyszalony i wyruchany na wszystkie strony. No chyba, że wolisz być z Nim i zastanawiać się, czy ktoś inny nie byłby dla Ciebie lepszy...

Okres kokainowy, w którym eksperymentujesz, zmieniasz swoje role, przebierasz się w pozy i maski, skacząc pomiędzy różnymi rzeczywistościami, służy temu, by:
  • zbierać nowe doświadczenia a na ich podstawie odkrywać, kim się chce być naprawdę oraz z kim, na jakich zasadach.
  • wyszaleć się, by przed wejściem w ten właściwy związek, mieć odpowiedni poziom świadomości - bez tej świadomości, będziesz spał i będziesz zdany na przypadek.
Metodami, które oferuję, można sobie zainstalować niemal wszystko - doskonałą zabawę, odwagę, poczucie bezpieczeństwa etc.

Wszystko, z wyjątkiem dojrzałości, mądrości i świadomości, która pojawia się, gdy masz na koncie odpowiednią ilość doświadczeń życiowych. Nic ich nie zastąpi.

Wielu ludzi myśli, że życie to stan posiadania. Mam mnóstwo znajomych, którzy chętnie zajrzeliby mi na konto, bo są ciekawi. Bo chcą się porównać. Zapominają, że życie to doświadczanie. Nie możesz mieć niczego - to tylko iluzja, że coś do Ciebie należy. Ta rzecz - telewizor, komputer czy komórka - o tym nie wie, że do Ciebie należy i jej to wszystko jedno.

Za to doświadczenie jest naprawdę Twoje. I nie możesz go nie robić 24h/ dobę. Dlatego twórz doświadczenia, którymi warto się dzielić z innymi. Twórz! a nie czekaj na księcia, który "uleczy" Twoje życie z nudy.

czwartek, 12 marca 2009

Bądź swoim własnym księciem z bajki

Łatwiej rozmawia się z kimś o podobnych zainteresowaniach. Łatwiej dogadujesz się z kimś, kto jest podobnie ubrany, ma podobne poglądy i wartości.

Podobne przyciąga podobne.

Dlaczego? Bo mózg kocha to, co już zna. Kocha doszukiwać się podobieństw tego, co dopiero spotkał, z tym, czego już doświadczył. Bo ma już wyrobione ścieżki i wie, jak się w takich sytuacjach zachować. Dlatego mamy swoje strefy komfortu - ulubione knajpy, do których chodzimy, ulubione filmy i nawyki.

Idąc tym torem: jeśli jesteś dresem - najpewniej przyciągniesz do swojego życia dresa i dobrze, byś miał tego świadomość.

W poprzednich postach dawałem Ci okazję, byś stworzył umiejętnie wizerunek Twojego przyszłego faceta. Określiłeś mnóstwo jego cech - zarówno wyglądu, jak i zachowania. Teraz, gdy już wiesz, że podobne przyciąga podobne - co zatem najlepszego możesz zrobić?

Stać się swoim własnym wymarzonym facetem.

Jeśli będziesz sportowym chłopaczkiem, być może nigdy nie przyciągniesz do siebie wymarzonego biznesmana w krawacie. Jeśli jesteś biznesmanem - być może nigdy nie przyciągniesz sportowego chłopaczka. To logiczne - na pierwszy rzut oka pochodzicie z innych wszechświatów.

Jeśli zatem chcesz przyciągnąć do siebie wymarzonego faceta, w jakimś stopniu musisz być do niego podobny.

Niekoniecznie chodzi o ten sam kolor włosów, ale np. o podobny sposób bycia, wyrażania siebie na różne sposoby, podobny poziom egzystencji materialnej etc.

Twoje inwestowanie w przyszły zwiazek ze swoim wymarzonym facetem zaczyna się już dziś - od inwestowania w swoje własne życie, standardy i normy. Stając się ucieleśnieniem swoich własnych marzeń, na własnej skórze przekonujesz się, co Ci się podoba a co chciałbyś zmienić - zarówno w sobie, jak i w swoim przyszłym facecie, którego fragment znajdujesz każdego dnia - w sobie.

Być nie popadł w wyścig z samym sobą, musisz wiedzieć, że to nie kwestia konieczności. To kwestia Twojego wyboru i chęci. Chcesz być lepszy jakościowo, by w przyszłości otaczali Cię jakościowi ludzie.

Odpowiedz sobie na następujące pytania:

Czy sam dla siebie jesteś odpowiednym towarzyszem?

Jak się czujesz będąc sam na sam? Robisz dobry nastrój? Wyrażasz miłość w stosunku do samego siebie? Jesteś względem siebie wyrozumiały, uprzejmy, troskliwy? Czy może robisz sobie np. wyrzuty? Straszysz się czymś? A może wyśmiewasz?

Czy Twój własny klon, mający wszystkie Twoje cechy charakteru, mógłby być Twoim facetem?

Czy chciałbyś być z facetem, który zachowuje się tak, jak Ty?

Daj sobie czas na znalezienie naprawdę dobrych odpowiedzi na te pytania. Niech prowadzą Cię one w dobrą dla Ciebie oraz innych stronę.

TOP 10 miesiąca