SZYBKIE INFO:

[24.04.2017] Kochani, miałem przerwę od bloga i od maili, komentarzy. Ech - czas leci jak szalony. Postaram się odpisać na tyle maili, ile zdołam :) Póki co - pozdrawiam!

[12.03.17] Dziś temat przyjemny - o seksie na własną rękę :)

UWAGA: Zaczęła się wielka zbiórka pieniędzy na organizację największej w historii Parady Równości - zachęcam gorąco do dokonywania wpłat: Zobacz szczegóły. Wspólnie powalczmy o lepszą przyszłość dla nas wszystkich.

niedziela, 29 listopada 2009

Żyjemy w najdoskonalszej wersji Wszechświata

Włączam telewizję i widzę manifestację antygejowską. Ludzie ubrani na czarno, niosą transparenty z hasłami "zakaz pedałowania". Są pełni nienawiści, świętego oburzenia. Pojawia się w mojej głowie myśl: "Tak być nie powinno..." I zaraz po tym pojawia się stres. Zaraz, zaraz - myślę sobie. Czy to prawda, że tak być nie powinno? Skąd wiem? I jak się czuję, gdy daję wiarę tej myśli? Czuję stres! Więc odwracam myśl - Tak być powinno... I nagle Wszechświat odkrywa przede mną kolejny swój sekret:

Jestem Gejem, aby uczyć homofobów akceptacji.

Jestem ich lekcją tolerancji. To jest piękne i prawdziwe - chcę ich tego uczyć. Ba, nawet nie muszę chcieć! Nic nie robię a i tak ich uczę - samym faktem, że jestem. Czy to nie zdumiewające?

I nagle ta sama manifestacja nie wygląda już dla mnie tak, jak przed chwilą. Widzę ludzi, którzy cierpią z powodu swoich poglądów. Są zagubieni, ich umysły wierzą w krzywdzące ich samych brednie, walczą z Rzeczywistością, walczą z Wszechświatem, który wie lepiej, kto jakiej ma być orientacji. To musi być bardzo, bardzo stresujące doświadczenie być homofobem. Mieć osobisty emocjonalny problem z czyjąś orientacją...

Ufam Wszechświatu. Już wiem, że On wie lepiej ode mnie, co jest dla mnie dobre. Ja mam ograniczoną percepcję, widzę tylko to, do czego się przyzwyczaiłem. Wszechświat widzi wszystko.

Dlatego też chcę tego, co On. Wszystko, co się dzieje, jest wolą Wszechświata. Gdy kieruję się tym samym pragnieniem, co Wszechświat - żyję w Niebie. Wszystko jest dokładnie takie, jak powinno być. Bez wyjątku. Każda śmierć i choroba, każda wygrana w totolotka, każdy orgazm i każdy ból.

Widzę samochód, który potrącił pieszego pod moim domem. Wiem, że tak być powinno. Nie mogło być inaczej. Że cały Wszechświat zmierzał do tego momentu. Nie wiem dlaczego, bo jestem za głupi. Ale ufam Wszechświatu. On wie. Gdybym wyszedł z błędnego założenia, że wiem lepiej, jak być powinno - skazałbym się na piekło. Sądziłbym, że wiem lepiej od Wszechświata, jak powinien On wyglądać, działać itd. Cóż by to była za ułuda. Cóż za bluźnierstwo! Oczywiście, gdybym mógł temu zapobiec - zapobiegłbym. Ale nie było mi to dane. Teraz mogę tylko zadzwonić po pogotowie.

Walka z Wszechświatem zawsze skazana jest na porażkę. To jedyne piekło, na jakie można się skazać. To jedyne źródło cierpienia - nie zgadzać się z tym, co jest. Jeśli jednak chcę tego, co Wszechświat (Bóg, Rzeczywistość) - czuję przepływ.

Oto nagle z probabilistycznej zupy wyłania się Plan. Mogę doświadczyć wszystkiego, bo na wszystko otwiera się mój umysł. Ale z jakiś niepojętych dla mnie przyczyn, bezimienna inteligencja daje mi to, co mi daje. A jedyne, co mogę zrobić, to przyjąć to. Nie muszę niczego wybierać - to zostało wybrane za mnie. Walka z tym byłaby męczarnią.

Jeśli Wszechświat chce, bym był milionerem - będę nim. Jeśli chce, bym żebrał o złotówkę na ulicy - będę żebrał o złotówkę na ulicy. Jeśli chce, bym był zdrowy - ozdrowi mnie. Jeśli chce, bym miał ciężką, nieuleczalną chorobę - taką chorobę będę miał. Jeśli chce, bym miał przy sobie idealnego faceta - takiego też mi ześle. I będzie on przy mnie bez żadnych starań, bez żadnych zabiegów i podchodów. A jeśli nie - to nie. To będę sam. Bo chcę tego, co chce Wszechświat. On wie lepiej, ja nie.

Jednak nie oznacza to, że jeśli wpierdolę się w szambo, to w nim zostanę. Po prostu zaakceptuję to, że się wpierdoliłem. A potem z niego wyjdę. I zaakceptuję to, że wyszedłem.

Tak naprawdę najdoskonalszy z najdoskonalszych Wszechświat decyduje i wybiera za nas a my, snując opowieści, które uznajemy za prawdziwe o nas i o świecie, wybieramy, co z tym zrobić.

Nie ma doskonalszej wersji Wszechświata niż ta, w której żyjemy. Swoimi myślami powołujemy do istnienia alternatywne Wszechświaty, sądząc, że są lepsze. Bzdura. Nie ma lepszych - to iluzje. Nie ma alternatywy dla Wszechświata, dla Rzeczywistości. Żyjesz tu, gdzie żyjesz. Doświadczasz tego, co doświadczasz. Albo to akceptujesz i żyjesz w nieustającym przepływie i koherencji serca, albo z tym walczysz, skazując się na stres i cierpienie.

Jestem zdumiony, gdy zaczynam dostrzegać precyzję tego, co się dzieje. Widzę rozlaną herbatę. Nie mam już historii pt. "Herbata nie powinna być rozlana." Skoro jest rozlana, to powinna. Skoro zechcę ją pościerać, to ją pościeram - to znaczy że powinna być pościerana. Jeśli jej nie pościeram - to nie powinna. Nie mnie osądzać. Moja wola jest wolą Wszechświata.

Chcę tego, co chce Wszechświat a Wszechświat chce tego, co ja chcę.

Zapamiętaj dobrze to zdanie. Jest synonimem najwyższej harmonii. Gdy je pojmujesz, odkrywasz idealną Jedność ze wszystkim, co jest. Nie ma już z czym walczyć - masz to, czego chciałeś. Jesteś każdym, kimkolwiek kiedykolwiek chciałeś być. Nie ma już nic do osiągnięcia i do zrobienia. Twoja wola została już spełniona - zanim ją sobie uświadomiłeś. Jedyne co pozostaje to doświadczać tego w niekończącym się przepływie.

Ostatnio zachorowałem. Infekcja zaczęła przejmować kawałek po kawałku mojego organizmu. Powoduje ona problemy z trawieniem, zanik popędu seksualnego, problemy z pamięcią. Leki próbowały ją zatamować, ale nie dawały rady. Ja ciągle jednak pracowałem z The Work. I zrozumiałem, że jeśli choruję, to choruję - i tak być powinno. Nie wiem, dlaczego. Jestem za głupi, by odpowiedzieć, dlaczego ja, dlaczego teraz, dlaczego tak a nie inaczej. Ale nie potrzebowałem tych informacji, aby zaakceptować to, co się dzieje.

I nagle zaczęły same pojawiać się rozwiązania. Same zapukały do moich drzwi. W postaci czyjejś rady. W postaci programu w telewizji. W postaci artykułu w internecie.

Odkryłem, że jeśli chcesz się czegoś pozbyć, wystarczy pozwolić temu rozkwitnąć. Pozwól zagrać temu rolę swoim życiu. A potem przestanie to być problemem.

Nie wiem, co będzie dalej. Może będę chorował dalej, może nie? Nie wiem też, jakie ma to znaczenie.

Musiałem całkowicie zrezygnować z cukru w mojej diecie, by nie dać temu się rozwijać. O dziwo - nie sprawiło mi to żadnego problemu. Ludzie obok mnie jedzą słodkie rzeczy, mówią jakie są pyszne, a ja jem te rzeczy ich ustami, doświadczam ich rozkoszy i to mi wystarcza. Nie potrzebuję tego cukru, by być szczęśliwszym.

To było takie proste, osiągalne, logiczne i klarowne. Ludzie mówią mi, że nie daliby rady tak się powstrzymywać, jak ja. Ale ja nie muszę się powstrzymywać! Ja naprawdę nie chcę jeść cukru, bo nie chcę. Gdy upewnię się, że mogę go jeść, bo choroba się cofnęła - sięgnę po niego, bo tak będę chciał. Albo nie będę - tego nie wiem na pewno.

To magia.

Nie wiem, czy dam radę... w przyszłości. Ale wiem, że daję radę - tu i teraz. Żyję. Patrzę. Piszę i oddycham. To dowody. Cokolwiek się dzieję - daję rady. To nie jest tak, że muszę się sprężać z tego powodu, wysilać. To moje dawanie rady po prostu się dzieje. Nic, absolutnie nic nie mogę zrobić, by nie dawać sobie rady. Cokolwiek się dzieje - daję rady. Ty też. Dostrzeżesz to, gdy wywalisz wszystkie historie pt. "nie daję sobie rady". Przykro mi, nie masz innej opcji. Zawsze dajesz sobie rady. Nawet, jeśli siądziesz na krawężniku i się rozpłaczesz, nawet jeśli powtarzasz w kółko "nie dam sobie rady" - to też sposób, w jaki dajesz sobie radę.

Jak można tego nie dostrzegać?

Nie umiałbym w najśmielszych snach wykreować niczego wspanialszego, niż to, co się dzieje we Wszechświecie tu i teraz. W Nim jest miejsce na wszystko, co sobie wymyślimy. On jest wszystkim, co sobie wymyślimy. Tworzymy go a On tworzy nas. To cykl, który dzieje się czy nam się to podoba, czy nie. Czy go dostrzegamy czy też nie.

Jesteś Gejem, bo tak zostało wybrane. Jesteś Gejem, by uczyć ludzi akceptacji rzeczywistości. Jesteś ich lekcją zrozumienia. Nie musisz nic robić, by to robić - samym faktem istnienia uczysz. Uczysz ich, a więc siebie, bo wszystko jest Jednością i nie ma "ich" ani "siebie".

To takie proste, gdy się nie wierzy własnym myślom. Baw się.

środa, 25 listopada 2009

Kim byś był bez swojej historii? - podważ determinizm i bądź wolny

Zapadał gęsty zmrok a niebo zaiskrzyło się tysiącami gwiazd. Położyłem się na chłodnej trawie. Zawszę, gdy patrzę na Drogę Mleczną, czuję się taki mały i jednocześnie absolutnie w ciszy zdumiony ogromem i nieskończonym pięknem gwiazd. Nasza galaktyka ma około 100 miliardów gwiazd...

I pomyśleć, że naukowcy odkryli takich galaktyk setki, tysiące. Układają się one w niepojęcie wielkie gromady i włókna, ciągnące się miliardy lat świetlnych. Z tej perspektywy nie jestem nawet atomem, nawet kwarkiem. Jestem czymś tak niepojęcie małym, a jednocześnie czymś, w czym obudziła się boska świadomość istnienia. W tym świecie nic nie znaczę. Jestem kosmicznym pyłkiem, stworzonym z tych samych cząstek, które tworzą wnętrza gwiazd.

To świat deterministyczny, w którym rządzi prawo przyczyny i skutku. Tu jest grawitacja, tarcie, prędkość i pęd. Cała ta bezduszna mechanika deterministycznego Wszechświata przypomina doskonałą, precyzyjną maszynę, w której zdaję się być tylko małym trybikiem. Trybikiem zdeterminowanym genami, środowiskiem, tym, co zje i wypije. Pewnego dnia przetrę się i moja rola skończy się.

Lecz gdy zamykam oczy, przenoszę się do innego świata. Do świata, w którym determinizm się kończy, a zaczyna się probabilistyka. Tu przestaję być trybikiem, a zaczynam być Bogiem. Moja świadomość łamie w nim przyczyny i skutki. To ona ustala znaczenia i osądza. Tutaj tworzę i zmieniam to, co chcę, a moje ciało podąża. Podążają za tym moje zachowania, a potem całe uniwersum. To wszechświat w którym tylko ja mam władzę. Tak wielką, że mogę się nawet jej pozbyć i udawać, że nigdy nie była moja. By tworzyć swe dzieła i zapominać, kto był ich autorem.

W tym moim wszechświecie biegnę po powierzchni księżyca, delikatnie i elegancko odbijając się w zwolnionym tempie od jego powierzchni, wzburzając kłęby kosmicznego pyłu. Biegnę, a błyszczące łzy, delikatnie drgające na moich rzęsach, odrywają się i odpływają w mroczną nicość. To takie piękne, tak krystalicznie wyraźne... Gdyby ktoś zbadał mój mózg na tomografie, okazałoby się, że pracuje on tak, jakbym ... rzeczywiście tego doświadczał. Choć nigdy nie byłem na księżycu, mój mózg uzna to za doświadczenie realne.

Bo mózg nie odróżnia doświadczenia "prawdziwego" od wyobrażonego. Nie odróżnia percepcji od halucynacji. Naukowcy boją się mówić wprost, że tylko umówiłeś się sam ze sobą, co jest teraz prawdziwe a co nie. Boją się, bo nie rozumieją, że jesteśmy Bogiem, który nieustannie tworzy sam siebie i swój świat tu i teraz. Taka teza byłaby zbyt kontrowersyjna, zbyt obrazoburcza.

Spośród milionów obrazów, które potencjalnie (nie)istniały, wyłowiłeś ten, który masz teraz przed sobą - DreamWalkera i jego bloga, jego słowa, jego zdania. Mogłeś teraz podróżować przez sawannę, mogłeś wspinać się na szczyt lodowca, mogłeś nurkować w rafach... Ale jesteś tutaj, bo tak wybrałeś. Bo takiego mnie tworzysz, wraz z tym blogiem.

Tworzysz swój Wszechświat a on tworzy Ciebie.

I jest w tym jakiś sens, jakiś głębszy powód, dla którego, choć piszę dla dziesiątek, może setek ludzi i może nawet Cię nie znam, moimi słowami trafiasz właśnie tu i teraz bezpośrednio do swojego umysłu i serca.

I bylibyśmy absolutnie nieskrępowani, absolutnie wolni, gdyby nie fakt... że również wewnątrz naszych prywatnych wszechświatów, podróżując przez intymne galaktyki naszych myśli, wierzymy w determinizm, czyli przyczynę i skutek.

Wierzymy, że skoro spotkało nas to i tamto, to musimy w związku z tym zrobić tak a nie inaczej. Kurczowo jeszcze trzymamy się przekonania, że skoro nasza przeszłość wygląda tak, to znaczy, że przyszłość rysuje się w takich a nie innych barwach... Bo uwierzyliśmy w przyczynę i skutek...

Kim byś jednak był bez swojej historii o sobie?

Pomyśl, pozwól swojej intuicji odpowiedzieć na to pytanie. To nie jest pytanie skierowane do Twojej wiedzy o świecie, do logiki - te zasoby nie potrafią odpowiedzieć na to pytanie, bo wykracza ono poza model rzeczywistości.

Na to pytanie może odpowiedzieć tylko Twoja intuicja.

Kim byś był, gdybyś nigdy nie doświadczył żadnej przykrej historii w swoim życiu?

Kim byś był, gdybyś nigdy nie miał żadnego chujowego związku?

Kim byś był, gdybyś nigdy nie zakochał się nieszczęśliwie?

Kim byś był, gdybyś nigdy nie chorował?

Kim byś był, gdybyś nie mógł uwierzyć w żadne negatywne przekonanie dot. siebie i innych ludzi?

Kim byś był, gdybyś nie mógł uwierzyć w to, co ludzie mówią?

...

Powtarzałem te pytania wciąż na nowo w swoim umyśle. Zaczęły się pojawiać dziwne obrazy, dźwięki i uczucia, jakby z innego wymiaru. Byłem tam absolutnie szczęśliwy, miałem całkowicie czysty umysł. Wszystko było takie proste i zrozumiałe. Wszechświat nie miał tam żadnych tajemnic, żadnych kart do odkrycia. Akceptowałem z otwartym sercem wszystko, co przynosił świat - bezwarunkowo i bez żadnego wysiłku uczyłem się dzięki temu.

To był świat, w którym nie było żadnych tragedii i nieszczęść. Nie było też nic do osiągnięcia. Nie było nikogo, kim chciałbym się stać, bo byłem już każdym i nikim. Siedząc w miejscu cały dzień, podróżowałem.

Wszystko jest ciągle nowe. Odkryj, że nic się nigdy nie powtarza, leczy jedynie my dostrzegamy podobieństwa zamiast różnic między doświadczeniami.

Zrozumiałem, że nawet, gdy nie ruszysz palcem, podróżujesz bez ustanku. Cały czas strumieniami płynie nowe. Świeże. Piękne i czyste. Nigdy nie było inaczej.

Bez nazywania rzeczy, świat pokazuje nam, że jest jednością. Zawsze nią był. To my, jak maniacy, dzielimy ją wciąż na żywe i martwe, na ładne i brzydkie, na atomy, neutrony, kwarki. Wciąż przyklejamy etykietki, bo pewne rzeczy stają się wtedy użyteczne. Jednak zubożamy w ten sposób Wszechświat. Drzewo jest drzewem i koniec - sądzimy. A ono jest czymś więcej, czymś bardziej, dalej, niż sądzimy. Ale nasze móżdżki nigdy tego nie dostrzegą, bo wierzą same sobie, że jest tak, jak jest.

Gdy ktoś mówi, że "życie jest skomplikowane, trudne", to już mu nie wierzę. Nie jest, to jego wyobrażenie o życiu jest skomplikowane i trudne. "Żyjesz w trudny sposób a to znaczy, że źle to robisz. Zacznij od nowa teraz. Prościej. Łatwiej." - odpowiadam swojemu odbiciu w lustrze. I uśmiecham się sam do siebie.

Udzielam sobie dobrych rad.

Krzysiek był moją największą miłością. Pamiętam, gdy pierwszy raz u niego spałem. Świecił księżyc a przez okno było widać pobliską wieżę ciśnień. Ta wieża ciśnień stała się moim prywatnym symbolem tego, że czułem, że oto zalewa mnie tak potężna miłość, że jestem względem niej mały, jak względem ogromu Wszechświata. Leżeliśmy w łóżku, on nieśmiało chwycił mnie za rękę. Spytał, czy jutro też z nim będę. Czy nie odejdę. I ścisnął moją dłoń mocniej. Dziś jest tysiące kilometrów ode mnie, ale ja nigdzie nie odszedłem. Wciąż jestem. On wciąż jest. Nigdy mnie nie stracił, ja nigdy go nie straciłem.

Nigdy nic nie ubyło, zawsze dostajemy więcej, niż mieliśmy. Za darmo. Bez wysiłku. Cały czas, z każdą sekundą.

Pytam siebie, gdzie są te wszystkie miłości sprzed lat...? Chciałbym pojechać w świat i ich szukać, chciałbym znów je poczuć. Ale patrzę w swoje serce i widzę, że tam właśnie są. Wszystkie. Nigdy nie oddaliły się nawet o milimetr. Musiałem być skończonym ślepcem, jeśli ich nie widziałem.

Wszechświat zbudowany jest z miłości. Każdy atom, każdy elektron, mgławice i komety. Wszystko. Ty też... DreamWalkerze.

Otwieram oczy i znów patrzę na to megalityczne, rozgwieżdżone niebo, które tak pięknie przecina Droga Mleczna. I widzę, że się do mnie uśmiecha. Jest tak błogo. Wszechświat podąża za nami. Dotrzymuje nam kroku.

czwartek, 19 listopada 2009

Istniejesz tylko Ty - najwyższy poziom świadomości

Wszelcy mistycy - od Wschodu do Zachodu, od zarania dziejów głoszą w swych przesłaniach pewną uniwersalną prawdę. Prawdę, do której nasze deterministycznie myślące umysły nie są w stanie się przyzwyczaić. Aby ją odkryć, najlepiej doświadczyć jej w osobiście.

Byron Katie, twórczyni magicznie rewolucyjnej metody The Work, napisała kiedyś pewne zdanie, które uderzyło mnie swoją szczerością i autentycznością:

"Sądzisz, że oni myślą, że coś jest z tobą nie tak. Sądzisz, że inni ludzie myślą, że coś jest z Tobą nie tak, ponieważ ty tak uważasz."

I tu właśnie odkryła przede mną krainę zwaną projekcją. Czym jest projekcja? To przypisywanie innym swoich cech. Są ludzie, którzy głaszczą kota pogrzebaczem i twierdzą, że "nie są agresywni". A jeśli zobaczą objaw agresji u kogoś ... natychmiast wybuchną agresją, krzycząc "Jesteś agresywny!".

To właśnie projekcja.

Jest sobie Mietek. Mietek jest normalnym, niczym niewyróżniającym się Gejem. Poza tym, że ubiera się na różowo i ma syndrom miękkich nadgarstków :) Nie przejmował się tym jednak. Aż do momentu, w którym jego towarzystwo nie zaczęło się z niego nabijać. Najpierw ukradkiem, potem coraz bardziej otwarcie. W końcu ktoś rzucił "ciotą" i stało się. Mietek zaczął się wycofywać. Nie był świadomy, że niezbędnym warunkiem tego, by przezwisko "ciota" go zabolało, jest fakt, że na którymś poziomie... sam tak o sobie myśli. I ocenia to jako złe!

Te myśli, że coś jest z nim nie tak, Mietek szybko rozwiewał. W głębi duszy jednak obawiał się, że inni będą go pokazywać palcami ze względu na jego odmienność. Ta obawa czasem wypływała na powierzchnię i w sposób niemal niezauważalny dawała się wyczuć. Wtedy też inni z jego otoczenia zbierali się, niczym rekiny, które w wodzie wyczują czyjąś krew. Tak, jak psy, które wyczuwają czyiś strach i atakują.

Obwiniamy ogół społeczeństwa, że jest homofobiczne, że się z nas śmieje lub że zachowuje się wobec nas nietolerancyjnie lub wręcz agresywnie. Teraz, gdy już wiesz, czym jest projekcja, odkryjesz, że przyczyną tego stanu rzeczy jest fakt, że my, Geje, sami o sobie myślimy, że jesteśmy "inni" albo nawet "zboczeni". Przez to podświadomie wycofujemy się z życia społecznego - unikamy rodzinnych imprez, żeby ktoś nie spytał nas, czy "masz już dziewczynę?"; izolujemy się od osób nam bliskich (np. rodziców czy hetero kumpli) - bo przecież jesteśmy "inni" - nie pasujemy, oni nas nie zrozumieją. A Wszechświat, w całej swej nieskończonej mądrości, mówi: Twoje życzenie jest dla mnie rozkazem! I dzieje się...

Oni dziwnie na nas patrzą...

...nie mogą pojąć, dlaczego się oddalamy. Mają swoje podejrzenia, ale nie chcą być zbyt pochopni w osądach. W końcu odkrywają nasz mały sekret i mają w głowie już gotowy schemat: wycofywali się, bo pewnie są zboczeni, nienormalni. I tu trzeba im przyznać rację - gdybyśmy myśleli o sobie, jak o normalnych ludziach, wszystkim dookoła moglibyśmy swobodnie powiedzieć: hej, jestem gejem, a co u Ciebie?

Ale tak nie robimy!

Uznaliśmy siebie za odmieńców i sami na własne życzenie się izolujemy. Kilka lat temu robiono badania w Polsce na temat homoseksualizmu. Okazało się, że zaledwie 11% Polaków zna kogoś o odmiennej orientacji (tzn. wie, że zna). Niedawno badania ponowiono - wynik był identyczny. Przez kilka lat nadal jako Geje tkwimy w punkcie. Nie przyznajemy się, kim jesteśmy.

Pomyśl teraz...

Jak to wygląda z drugiej strony:

Masz dobrego kumpla Geja. Nagle on - nie wiedzieć czemu - zaczyna Cię unikać. Robi się coraz bardziej skryty, szuka kolejnych wymówek. Widzisz go na ulicy, jak idzie z jakąś dziewczyną za rękę. Gdy Cię dostrzega, udaje, że nic się nie stało... Masz podejrzenia, ale nie wiesz, co zrobić. W końcu go dopadasz i przyciskasz. Okazuje się, że w rzeczywistości jest hetero... Szok! Zachowywał się tak, jakby bycie hetero było złe!

Tak robimy my, drodzy Przyjaciele.

Rzeczywistość jest prostsza, niż nam się wydaje. Istnieje bowiem tylko jedna relacja w życiu - Ciebie z Tobą. Gdy mówisz, że heterycy są nietolerancyjni, sam jesteś nietolerancyjny: nie pozwalasz ludziom być nietolerancyjnym! Nie można wyrazić innej opinii, niż o sobie samym, bo wszystko jest projekcją. Nie mamy dostępu do prawdziwej rzeczywistości, póki żyjemy na poziomie umysłu. Bo wtedy mamy dostęp tylko do naszych halucynacji na temat rzeczywistości, czyli do naszego wyobrażenia na temat świata. Inne osoby będą dla Ciebie tylko i wyłącznie tym, co sądzisz na ich temat. I niczym więcej.

A skąd wiesz, co sądzić na ich temat?

To proste - masz niewyczerpalne źródło wiedzy: siebie. To właśnie Ty sam jesteś inspiracją dla samego siebie do nazywania ludzi "idiotami" albo "mędrcami". Pomyśl - czy mędrzec nazwie kogoś idiotą? Czy idiota potrafi nazwać kogoś mędrcem?

Nie sądzę.

Gdy ktoś opowiada mi teksty w stylu "ludzie mają już dość XXX" (to klasyczne czytanie w myślach) - to ja wiem, że tu nie chodzi o ludzi, ale o gościa, który to mówi. On przypisuje swoje myśli wszystkim ludziom! A następnie - będąc całkowicie pewnym, że ma rację - doszukuje się dowodów na potwierdzenie, że inni myślą tak samo. I oczywiście znajduje, bo etykietkę "dowód" można przykleić do czego tylko chcesz, jednocześnie łatwo przeoczając to, co przeczy postawionej tezie.

Teraz już wiesz, co zrobić, gdy spotkasz osobę, która opowiada, że "geje to parszywe dziwki, są fałszywi, wszyscy się zdradzają, kurwią na krechę, kłamią, oszukują" etc... i sam jest Gejem! UCIEKAJ! Ten człowiek projektuje własne myśli na innych - wcześniej czy później jego wywód posłuży mu jako usprawiedliwienie jego własnych niecnych uczynków.

Wszechświat to lustro.

Wszystko jest lustrem, w którym się przeglądasz. Patrzysz na swoją lampkę nocną. Twoja świadomość wchodzi w tzw. splątanie kwantowe z tym przedmiotem, dzięki czemu określasz się względem swojej lampki nocnej... Nie! Nie względem swojej lampki nocnej! Określasz się względem tego, co myślisz o swojej lampce nocnej! Jeśli przypiszesz jej atrybut "brzydka" - skrzywisz swą twarz w odruchu obrzydzenia. Jeśli uznasz ją za "ładną" - uśmiechniesz się.

Wiesz jednak dobrze, że są bardziej emocjonujące związki, niż ze swoją lampką nocną.

Co myślisz o swoich rodzicach? Jacy oni "są"? Będziesz reagował nie na nich, lecz na swoje wyobrażenie o nich. Tak więc są oni niczym innym, jak zwierciadłem, w którym oglądasz swoje własne myśli. Szybko dostosują się do roli np. "zrzędliwych staruchów", którą Twoja podświadomość im wyznaczy. Tak samo, jak dostosują się do roli "cudownych rodziców". Oni są każdym i nikim zarazem. Pytanie, co chcesz wyłowić z nieskończonej kombinacji zdarzeń zmysłowych, jaką jest Wszechświat.

Istniejesz tylko i wyłącznie Ty i Twoje myśli.

Tworzysz swoje myśli a one Tworzą Ciebie i Twój prywatny Wszechświat. To Twój jedyny związek, który tworzysz. To nieustanna wymiana informacji pomiędzy rzeczywistością probabilistyczną, w której wszystko jest możliwe (jesteś w tej rzeczywistości, gdy zamkniesz oczy i zaczynasz myśleć o swoich myślach), a rzeczywistością deterministyczną (widzisz ją, gdy otworzysz oczy i rozejrzysz się dookoła).

Te dwie rzeczywistości nieustannie wymieniają się informacjami. Tylko w tej pierwszej - czyli w świecie swojej wyobraźni - możesz coś zmieniać. Ba! Tam możesz zmieniać wszystko! A wtedy ta druga rzeczywistość podąży.

Pomyśl o swoich exach... Pomyśl o swojej rodzinie... Pomyśl, co o nich myślisz... To Twoje myśli i nic więcej. Czy są prawdziwe? Czy możesz być pewien, że prawdą jest to, co uważasz?

Summa summarum za swoje myśli odpowiadasz tylko Ty i Ty poznasz ich konsekwencje. Ty bowiem nimi żyjesz, Ty doświadczasz ekstaz, które przynoszą, jak również stresów i depresji, które powodują. Możesz się upierać, że "inni ludzie to chuje" - ale to Ty będziesz żył w świecie pełnym chujów, nie ja.

Każda rada, jaką kiedykolwiek komuś dałeś, była w rzeczywistości dla Ciebie.

Ta myśl wywróciła moje myślenie do góry nogami. Odkryłem, że piszę tego bloga nie dla kogoś, lecz dla siebie. Gdy czytam, jakie daję w nim rady, to wiem, że są one dla mnie! I rozumiem już, jak to działa - to wszystko też dla mnie jest lustrem, w którym się przeglądam. Prócz tego, że jest to bardzo użyteczne, jest to też cudowne i bardzo, bardzo mistyczne.

Zrozumiałem, że moje posty tutaj, pomimo, że trafiają pod strzechy dziesiątek a może setek ludzi w całym kraju, są tak naprawdę bardzo intymną rozmową mnie ze mną. Że to DreamWalker komunikuje się z DreamWalkerem - by podnieść jakoś swojego myślenia. By odkryć w sobie coś nowego. By odkryć to, że jest Wszechświatem, który tworzy. Snem, który śni. I który nazywa "jawą".

Najprawdziwsza prawda to fakt, że wszystko jest nieprawdą. Największą nieprawdą jest to, że prawda istnieje.

DreamWalker to rozumie. On wie, to on to pisze, nie ja. Gdy siada do posta, nie ma nawet planu, lecz jedynie mgliste pojęcie, o czym chce napisać. Wraz z każdym słowem, robi się coraz jaśniej i coraz lepiej wie, co chce przekazać.

To czysty flow.

DreamWalker nie planował tego, co tutaj napisze. To efekt impulsu. Nie wie, czemu pisze o sobie w trzeciej osobie. Ale rozumie tych wszystkich artystów schizofreników, którzy w manii tworzyli swoje obrazy, wiersze czy muzykę. COŚ ich przejęło, COŚ kazało im to robić. Przepływ, pełna koherencja, na falach której Wszechświat mówi, co robić. Poziom, na którym nie żyjesz, lecz jesteś żyty.

Nie podejmujesz decyzji - to one podejmują Ciebie.

Poziom, na którym Wszechświat prowadzi Cię i wiesz, że wszystko jest okej. Że możesz mu zaufać, bo nie musisz się niczego już obawiać. On wie, co robi. On lepiej wie, co dla Ciebie najlepsze. Bo on jest czymś więcej niż tym, co o nim sądzisz. Znacznie więcej, niż kiedykolwiek ktokolwiek z nas mógłby przypuszczać.

DreamWalker mówi: do napisania!

niedziela, 15 listopada 2009

HIV vs. potęga naszych układów immunologicznych

Lekarz zauważył w Tęgomirze jakieś zmiany. Coś zmieniło się w jego zachowaniu, ale nie umiał powiedzieć co. To było coś bardzo subtelnego. Pobrał mu krew i oddał do badania. Wkrótce wiedział już, co jest grane. Tęgomir był zainfekowany wirusem HIV. Nie był tego świadomy a wirus nie zdążył jeszcze rozwinąć skrzydeł.

Wirus dostał się do krwiobiegu Tęgomira i zaczął panoszyć się po całym jego organizmie. Bezszelestnie i niezauważalnie wnikał a tkanki, w tym również w układ nerwowy, zmieniając jego działanie. A co za tym idzie - również zachowanie Tęgomira.

Tęgomir sam zauważył, że od kilku miesięcy inaczej patrzył na rzeczywistość. Nie wiedział, że zmiana jego perspektywy ma związek z odbywającą się inwazją wirusa. Tak, jak nie wiedział, że nauka zajmująca się powiązaniami między psychiką, układem nerwowym i odpornościowym zwie się psychoneuroimmunolgią. I to ta nauka właśnie będzie starała się odpowiedzieć na pytania, jak infekcja wirusem może zmieniać ludzką psychikę,

Z punktu widzenia psychoneuroimmunologii, wirus HIV jest niczym innym, jak negatywną sugestią, którą ktoś przyjął do swojego umysłu i pozwolił jej żyć. Wszyscy wiemy, jaką moc nadają ludzie słowom - gdy ktoś potrafi zabić się, bo usłyszał to, co usłyszał. Albo rozchorować się, bo przyjął pewną wersję rzeczywistości za prawdziwszą, niż inną.

Powstaje więc szereg interesujących pytań: Jaką sugestią jest wirus HIV? Jakie przekonania instaluje on w głowie? I co najważniejsze - jakie konsekwencje miałoby wyrzucenie tego przekonania lub zestawu przekonań ze swojej głowy?

Nasze myśli i emocje, które za nimi podążają, to nic innego jak reakcje fizjologiczne organizmu - w tym również układu odpornościowego. Nie bez powodu wystarczy nam 5 minut stresu, by z wszelkich błon śluzowych naszego ciała zaczęły znikać limfocyty (komórki odpornościowe), otwierając nam drogę do rożnych zakażeń.

A skoro tak, to każda zmiana chemii (czym również jest infekcja) powoduje zmiany psychiczne u pacjenta. A psychika przecież jest jak plastelina - możemy ją dowolnie odkształcać i formować, mając oczywiście odpowiednie narzędzia. A ona z kolei wpłynie na procesy chemiczne dziejące się w ciele. Mamy tu więc do czynienia z pętlą sprzężenia zwrotnego.

Kiedyś przeprowadzono kontrowersyjny eksperyment. Części ludziom leżącym na oddziale onkologii powiedziano, że będą poddawani chemioterapii. Będzie się to wiązać z utratą włosów, wymiotami i fatalnym samopoczuciem. I faktycznie - znaczna część pacjentów natychmiast zaczęła tracić włosy, wszyscy czuli się bardzo źle i wymiotowali... do momentu, w którym okazało się, że podawano im substancje całkowicie obojętne dla organizmu - wstrzykiwano wodę destylowaną i podawano wapno w tabletkach.

Nazwano to efektem nocebo - a więc przeciwieństwem efektu placebo.

Teraz pomyśl - ich własne oczekiwania sprawiły, że zaczęły wypadać im włosy!!! Niech to da Ci do dowód tego, jak potężny potrafi być nasz organizm i jak potężnie może działać sugestia wyrażona przez autorytet w białym fartuchu.

Wróćmy teraz do naszych dywagacji na temat wirusa HIV - zdajesz sobie sprawę, jak wiele legend krąży o nim w społeczeństwie. Jesteśmy przekonani, że HIV jest wirusem skrajnie niebezpiecznym, nieuleczalnym i powodującym AIDS - zespół nabytego braku odporności. Przekonania te wspierają nas w pewnego rodzaju społecznej panice a ich źródłem są... medyczne autorytety w białych fartuchach!

Teraz rodzi się w mojej głowie pytanie - na ile destruktywne działanie wirusa HIV bierze się z jego faktycznych właściwości biologicznych a na ile z gigantycznego efektu nocebo, który instalują nam media i lekarze?

Przeprowadzono eksperyment, w którym informowano ludzi, że są nosicielami wirusa HIV - pomimo, że w rzeczywistości byli zdrowi, jak ryby! Ogłaszano im wynik oczywiście w specjalny sposób - pan w białym kitlu wyciągał kartkę z wynikami specjalistycznych analiz medycznych i oświadczał - niczym wyrok - diagnozę. Ludzie przeżywali szok. Następnie badano ich krew, by zobaczyć, jak zareagował na to ich układ immunologiczny.

Co się okazało?

To było chyba jasne - ich układ immunologiczny sypał się kompletnie. Ilość limfocytów drastycznie spadła a cały system rozregulowywał się natychmiast. Oczywiście zaraz po tym wyprowadzano ludzi z błędu a ich stan wracał do normy. Pytanie, co by było, gdyby nikt ich z błędu nie wyprowadził? Czy Ty też masz wrażenie, że wcześniej czy później mieliby pełnoobjawowy AIDS - pomimo braku wirusa w organizmie?

97% diagnoz terminalnych (oznaczających dla pacjenta kaplicę) się sprawdza. Na ile zawdzięczamy to zdolnościom przewidywania lekarzy a na ile jest to fatalna w skutkach sugestia posthipnotyczna? Ilu z tych pacjentów by przeżyło, gdyby nie wiedzieli, że mają umrzeć, i zachowali spokój?

Od jakiegoś czasu wiadomo, że każda infekcja - czy to bakteryjna czy wirusowa albo jeszcze inna - ma swoje reperkusje w odbiorze świata przez pacjenta. Najlepiej opisana jest chyba toksoplazmoza. Wiemy, że ludzie nią zarażeni, nie mają żadnych specjalnych objawów ze strony organizmu... lecz powodują statystycznie więcej wypadków samochodowych! Dlaczego? Bo pierwotniak wywołujący toksoplazmozę upośledza zdolność odczuwania lęku! Ludzie nim zarażeni po prostu mniej boją się i tym samym bardziej zdolni są do brawury.

Skoro infekcje powodują zmiany w psychice i jest to pętla sprzężenia zwrotnego, to może zmiany w psychice potrafią wyleczyć pacjenta...? Może więc wszelkie infekcje należy leczyć dokonując zmian w sposobie myślenia...?

Steve Andreas, jeden z najznamienitszych twórców programowania neurolingwistycznego (NLP), opisuje przypadek wyleczenia pacjenta z wirusem HIV. Za pomocą techniki tzw. mapowania submodalności (techniki rozwiniętej przez Richarda Bandlera) zaprogramował umysł mężczyzny tak, by myślał o wirusie HIV dokładnie w taki sam sposób, jak myśli o... wirusie grypy. Jak wiemy - oba te wirusy są podobne strukturalnie do siebie a nawet dają podobne objawy w początkowej fazie. Facet poczuł się znacznie lepiej, wstąpiły w niego życiowe siły a po kilku miesiącach poszedł się zbadać. Okazało się, że wynik był negatywny! Wirus wyparował.

Naukowcy ponownie pobrali mu krew do badania. Odkryli, że facet wytworzył w sobie jakiś nowy typ ciałek odpornościowych. Uznali, że jest to rodzaj mutacji i nie interesowali się tym dalej. Opis tego eksperymentu znajduje się w książce "Serce umysłu" Steve Andreasa (raczej jej nie dostaniesz w księgarni - to bardzo stara książka).

Wynika z tego, że nasz cudowny układ odpornościowy jedyne czego potrzebuje, to wiary w to, że może dać sobie rady z danym drobnoustrojem. Wiary, a więc umysłowego przyzwolenia - tak, walcz, bo Ci się uda.

Robert Dilts w swojej Encyklopedii NLP opisuje więcej sposobów interakcji z wirusem. Ten wybitny badacz ludzkiego umysłu twierdzi, że sama obecność wirusa HIV nie ma aż tak wielkiego znaczenia, jak elastyczność naszych układów odpornościowych. Wiemy, że wirus HIV niszczy limfocyty typu T - odpowiadające za naszą odporność na wiele różnych chorób. Dlaczego jednak organizm nie miałby produkować więcej limfocytów typu T tak, by wystarczało zarówno jemu samemu, jak i wirusowi? (przynajmniej do momentu, w którym nie nauczymy się go zwalczać).

Aby dowiedzieć się więcej na ten temat, przyjrzyjmy się kolejnemu zdumiewającemu eksperymentowi. Grupce przedszkolaków pobrano krew i zmierzono im ilość limfocytów. Następnie dzieci obejrzały specjalne przedstawienie o niezbyt skomplikowanej fabule - policjant, który reprezentował ciałka odpornościowe, łapał złodzieja i wsadzał go za kratki. Złodziej był reprezentantem zarazków. Potem dzieci znów poddano badaniu krwi. Okazało się, że poziom limfocytów wzrósł o kilkadziesiąt procent!

Czy to więc wirus HIV jest tak potężny? Czy może my wątpimy w inteligencję, elastyczność i moc naszych układów odpornościowych?

Ludwik Pasteur na łożu śmierci powiedział ważne i niestety zapomniane słowa - że drobnoustrój nie ma żadnego znaczenia. Znaczenie ma to, czy trafi on na podatny grunt. Bo dopiero wtedy może się mnożyć... lub nie!

Zastanawiam się teraz, jaki układ immunologiczny tworzą ludzie, którzy żyją w wiecznym strachu przed chorobami. Czy ten strach sprawia, że są bardziej odporni? A może właśnie odwrotnie?

Jakie konsekwencje niosą ze sobą przekonania dot. wirusa HIV...? Że jest nieuleczany, niebezpieczny, sprytny etc. Czy wiara w to wszystko wzmacnia pacjenta czy go raczej osłabia?

Kim byliby ludzie zarażeni wirusem HIV, gdyby nie mogli uwierzyć, że muszą przez niego cierpieć? Kim byliby, gdyby nie mieli żadnych fatalnych przekonań na jego temat? Gdyby mieli silne przekonanie, że dają sobie z nim radę i wcześniej czy później go pokonają...?

Moja hipoteza jest następująca: człowiek, który całkowicie wyczyścił się ze wszelkich negatywnych historii (np. za pomocą pytań The Work lub innych technologii zmiany osobistej) i który zainstaluje sobie odpowiednie, budujące i wyzwalające metafory swojego układu odpornościowego, które będą go wzmacniać i uelastyczniać - oprze się każdej chorobie.

Wiemy, że każde stresujące czy traumatyczne przeżycie zostawia ślad w mózgu - a konkretnie w mózgu limbicznym odpowiedzialnym za emocje oraz zarządzanie funkcjami naszego ciała. Ślady te - zwane śladami pamięciowymi - są widoczne na tomografie komputerowym. Zapętlone nagromadzenie takich śladów daje ciekawy efekt - dany obszar mózgu jest cały czas silnie pobudzony elektrycznie.

Dilts nazwał to wirusem umysłu lub impasem. Na poziomie psychicznym objawia się to złym nastrojem, lękiem, złością etc. i mętlikiem w głowie. Zmiany na poziomie fizycznym obejmują cały wachlarz objawów i schorzeń. W zależności od umiejscowienia impasu w mózgu, może on powodować najróżniejsze choroby. Dowiedziono, że właściwie w patogenezie wszelkich chorób czynnikiem powodującym jej rozwój jest w jakimś stopniu stres:
  • osłabia układ immunologiczny - pozwalając wnikać drobnoustrojom i mnożyć się im,
  • powoduje tzw. choroby czynnościowe - np. alergie, złą perystaltykę jelit etc.
  • a nawet choroby organiczne - np. wrzody żołądka czy nowotwory.
Co by było, gdyby ten stres wywalić całkowicie? Dobre pytanie, nie sądzisz?

Każdy stres to historia - a każdą historię można zmienić, pracując nad nią za pomocą odpowiednich narzędzi mentalnych. Podobnie, jak każda choroba - to też historie, które masz wdrukowane nawet nie tylko na poziomie układu nerwowego, ale też na poziomie układu immunologicznego (tzw. pamięć immunologiczna) czy na poziomie całego ciała (gdy doświadczysz danej choroby - masz kinestetyczne doświadczenie, które się z nią wiąże - to wzorzec całkowicie niedostępny dla tych, którzy danej choroby nie mieli).

Co by było, gdyby te historie usunąć?

Myślę, że nie tyle sam wirus HIV jest niebezpieczny, co wszystkie historie, które krążą o nim. Niektórzy nosiciele HIV'a czują się znakomicie i nie mają żadnych objawów przez wiele lat. Jak to możliwe??? Kto wie, jaki procent ludzi zaraża się i dochodzi u nich do tzw. spontanicznej remisji - i nawet o tym nie wie.

Jestem pewien, że nasz układ immunologiczny wcześniej czy później poradzi sobie z każdym, nawet "nieuleczalnym" syfem. Niestety osłabiamy go wierząc w historie, które są źródłem stresu, lęku i napięcia - pozwalając jednocześnie na rozmnażanie się patogenów i rozregulowując swój organizm.

A przecież nie trzeba być specjalistą, żeby wiedzieć, że nasze ciała i umysły są miliardy razy bardziej inteligentne i potężne niż jakiś tam mikrob.

Każdy z nas ma jakieś przekonania na temat swojego zdrowia, każdy z nas ocenia swoje szanse w walce z różnymi dolegliwościami i to - jak się okazuje - właśnie te przekonania grają kluczową rolę w procesie zdrowienia.

Może warto przyjrzeć się im bliżej i sprawdzić, na ile są prawdziwe? Może warto je zweryfikować? Może warto podważysz niektóre z nich?

Na koniec proponuję małe ćwiczenie, które wzmocni Twój układ odpornościowy. Dokończ następujące zdanie:

"Mój układ immunologiczny jest jak... więc..."

Mój układ immunologiczny jest jak armia Stanów Zjednoczonych, więc jest nowoczesny, potężny i ekstremalnie szybki.

Mój układ immunologiczny jest jak najnowszy antywirus, więc chroni mnie dobrze przed każdym typem infekcji.

Mój układ immunologiczny jest jak mój dobry przyjaciel, więc mogę na nim polegać w każdej sytuacji i wiem, że mi pomaga.

Itd.

Szukaj ciekawych, nowatorskich i obrazowych metafor, które odkryją przed Tobą nowe możliwości. Pozwól też poczuć sobie w ciele te porównania, które wymyślisz.

piątek, 13 listopada 2009

Mentalna rewolucja - prawdopodobnie najlepszy sposób na wszelkie cierpienia

Tak, jak obiecałem w poprzednim poście - przedstawiam prawdopodobnie najlepszą metodę na usuwanie stresów, osiąganie celów i wewnętrzne wyzwalanie się od wszelakiej maści cierpień. Metoda ta robi aktualnie ogromną furorę w świecie rozwoju osobistego, po tym, jak jej autorka - Byron Katie - została zaproszona do słynnego The Oprah Winfrey Show. I wierz mi - nie jest to tylko tymczasowa moda. Metoda ta opiera się na głębokich i naprawdę mocnych założeniach, które warto poznać.

Rzeczywistość zawsze jest lepsza niż nasza opinia o niej.

Mówi się, że strach ma wielkie oczy. Przypomnij sobie, ile razy bałeś się czegoś lub martwiłeś się o coś, co się nie wydarzyło. Badania pokazują, że 75% naszych zmartwień nigdy się nie sprawdza. A te, które się sprawdzają, zazwyczaj okazały się wyogromlone, gdyż stosunkowo łatwo poradziliśmy sobie z problemem. Zaledwie 1-2% wydarzeń okazuje się tak tragicznych, jak się spodziewaliśmy w najgorszych koszmarach (ale i tak potem dajemy radę). Oznacza to, że 98-99% zmartwień jest niemal kompletnie niepotrzebnych.

Problem zawsze polega na tym, że wierzymy w jakąś stresującą, nieprawdziwą myśl.

Nasz wielki i zapomniany nieco rodak - Alfred Korzybski - twórca semantyki ogólnej, zauważył kiedyś, że "mapa nie jest terenem". Ta metafora sugeruje nam, użytkownikom własnych umysłów, że to, co myślimy o świecie nie jest samym światem. Problemem psychologicznym zawsze jest więc dawanie wiary w stresującą myśl, która tylko i wyłącznie jest ubogą reprezentacją świata zewnętrznego. Wygląda to tak, że patrzysz na mapę i widzisz tam ogromną, porywistą i szeroką rzekę i myślisz sobie: nie dam rady jej przekroczyć. I nawet nie zaczynasz podróży. Gdybyś zaczął, okazałoby się, że w rzeczywistości rzeka jest mniejsza i od 3 lat istnieje tam solidny most, po którym można suchą stopą przejść na drugą stronę - most, którego Twoja mapa nie uwzględniała, bo zaktualizowałeś ją ostatni raz 10 lat temu albo - co gorsza - ktoś Ci ją zaktualizował, kto nawet tam nie był, lecz tylko słyszał... Masz opinię o Amerykanach, Szkotach, Niemcach, Francuzach... i być może nie byłeś nawet w ich krajach...!

Myśli nie są rzeczywistością.

Po raz kolejny - mylimy nasze myśli na temat rzeczywistości z samą rzeczywistością, ślepo im wierząc. Myśli nie mogą być prawdziwe i koniec kropka. Są mocno przefiltrowaną informacją na jego temat. Myśli zawsze usuwają coś, generalizują i zniekształcają. A świat ma to w dupie i po prostu jest w pełnej okazałości, której być może nigdy nie ogarniemy. Widzimy tylko to, w to umiemy uwierzyć. Pamiętasz z lekcji historii, jak hiszpańscy konkwistadorzy przybyli do Ameryki? Wyobraź sobie, że wielu Indian w ogóle nie widziało ich statków, dopóki na samym brzegu nie wysiedli z nich Hiszpanie - a lampili się na horyzont oceanu całe życie. Dlaczego ich nie dostrzegli? Proste - ich mózgi (a więc i oczy) nie przewidywały czegoś takiego, jak nadpływające statki.

Okej, bierzmy się do roboty. Twoja głęboka i fascynująca zmiana osobista nie może już dłużej czekać. W trakcie sesji możesz zmienić wszystko to, czego tak bardzo pragniesz. Możesz rozwiązać swoje najgłębsze konflikty, utorować sobie drogę do realizacji największych marzeń i uczynić z siebie wersję jeszcze lepszą, niż najlepsza, jaką w tej chwili jesteś. Traktuj to na luzie, baw się tym i pamiętaj - bez względu na to, w jakie krzywdzące brednie wierzył Twój mózg - wszystko jest wyuczone i wszystkiego możesz się oduczyć. To Twój układ nerwowy - czyli najbardziej złożony i fascynujący system, jaki kiedykolwiek odkryliśmy w kosmosie. Absolutnie elastyczny i cudownie przebogaty. W swoim DNA masz zapisane całe dziedzictwo wszelkich organizmów, które żyły przed nami - ich doświadczenia i mądrość. A Twój umysł, jako niesamowita kwantowa i samoświadoma cybernetyczna maszyna, jest w stanie tworzyć galaktyki i niszczyć lipne wszechświaty - bo jesteś kimś więcej, niż kiedykolwiek Ci się wydawało w najśmielszych snach.

Baw się i do dzieła!

***

ETAP 1: Wydobywanie historii.

Zaopatrz się w kartkę i długopis. Usiądź wygodnie i odpręż się. Weź kilka głębokich wdechów i przejdź w stan koherencji serca. Jeśli jeszcze nie opanowałeś tej sztuki - masz teraz ogromną okazję, by to uczynić. Koherencja to synonim szczęścia, przepływu i wewnętrznego bogactwa, więc gra jest warta świeczki.

Będąc w stanie koherencji, spytaj swojego serca, czego naprawdę pragnie. Poproś je, by stworzyło Ci w głowie bogate, złożone i wielopoziomowe obrazy Twojego najcudowniejszego, szczęśliwego życia. Zobacz siebie, jak żyjesz pełnią życia, w różnych kontekstach - w pracy, w domu, rodzinie, wśród bliskich Ci osób. Na razie - to ważne! - nie pozwól wtrącać się swojemu umysłowi - może on zgłaszać obiekcie, stwierdzić "nie, to niemożliwe, byś to miał", "nie nadaję się" etc. Japa w kosz! Teraz jest czas dla serca. To ono ma Ci podpowiedzieć, jakie są Twoje najbardziej skrywane pragnienia - te tłamszone latami, spychane. Wyzwól je. Są w Tobie od zawsze.

Spytaj serca, jak cudownie możesz żyć.

Spytaj je, jaki zawód jest dla Ciebie. Spytaj, jakimi ludźmi chce, byś był otoczony. Pozwól swojemu sercu przemówić. Poczuj jego ciepło i pozwól mu działać. Niech nakreśli Ci panoramiczną, głęboką wizję Twojego cudownego, bogatego, szczęśliwego życia. Życia, jakie zawsze pragnąłeś... w głębi serca.

Daj sobie tyle czasu, ile będziesz potrzebował. To nie wyścigi. Puść w tle muzykę, która doda Ci wiary i podniesie na duchu. Czy to nie cudowne? Czujesz to już w pełni? Czujesz, jak każda komórka Twojego ciała krzyczy: Tak, to jest to, co chcę robić! To jest to, czym chcę żyć!

Masz to? Super.

Naciesz się tą wizją.

A teraz... Zadaj sobie ważne pytanie:

"Co mnie jeszcze powstrzymuje przed osiągnięciem tego wszystkiego?"

Zwróć uwagę na wszystko, co przeszkadza Ci być w stanie koherencji serca!

Po pierwsze - emocje. Jakie emocje powstrzymują Cię przed osiągnięciem tego cudownego życia? Każda emocja to jakaś historia, która żyje w Twoim umyśle i ciele. Jeśli się boisz - spytaj siebie: czego się boję? Podobnie, jeśli się czegoś wstydzisz, masz poczucie winy, złość etc. Spisz wszelkie historie, które uda Ci się zwerbalizować. Jeśli czujesz coś, co Cię powstrzymuje, ale nie umiesz tego nazwać ani nic o tym powiedzieć - opisz samo doznanie - gdzie jest w ciele? Co może oznaczać? Na ile jest intensywne? Itd.

Po drugie - jakie obiekcje przedstawia Twój umysł? Jakie dialogi wewnętrzne masz, gdy widzisz tę wspaniałą wizję, którą wykreowało Twoje serce? Czy są wspierające? Jeśli tak - to ok. Zostaw je. Jeśli jednak są demobilizujące - spisuj je. To one wyrzucają Cię ze stanu koherencji. Każda wątpliwość z umysłu to kolejna historia, którą warto przerobić i wyrzucić, by nie przeszkadzała Ci kierować się w Twoim życiu sercem.

Po trzecie - obrazy. Czy masz jakieś obrazy lub filmy, które zagrażają wykreowanej przez Twoje serce wizji? Może do tej wizji wkradło się coś, czego tam nie chcesz? Coś, co sprawia, że nie jesteś w pełni koherentny, widząc to tam. Spytaj swojego umysłu, co to znaczy i skąd się to wzięło. Jeśli w Twojej cudownej wizji pojawiło się cokolwiek, co Ci się nie podoba (jakby mimowolnie) - to kolejna historia do przerobienia. Pozwól swojemu umysłowi powiedzieć, dlaczego ją tam dodał i co mu kazało to zrobić. Otrzymaną odpowiedź spisz - będziemy nad nią pracować.

Po tym etapie powinieneś mieć konkretną listą zawierającą wszystkie Twoje historie umysłowe, które powstrzymują Cię przed osiągnięciem wizji wykreowanej przez Twoje serce czy też życiem tą wizją. Będziemy je rozbrajać za pomocą wnikliwych pytań.

ETAP 2: Podważanie historii.

Każdej historii, która powstrzymuje Cię przed życiem, jakiego pragniesz, będziesz zadawał pytania i spisywał odpowiedzi. Nie walczysz z żadną historią! Historia sama odejdzie, kiedy będzie jej pora. Póki co - po prostu zbierasz odpowiednie informacje i tyle. Gdy zadasz historii odpowiednie pytanie, poczujesz, jak sama znika i Twoje życie robi się piękniejsze. Nic nie musisz robić, nie musisz się o nic starać. Po prostu zadajesz pytania i odpowiadasz na nie.

Wersja podstawowa obejmuje 4 pytania:

1. Czy to prawda?
2. Czy mogę być pewien, że to prawda?
3. Czy ta myśl/ historia jest korzystna dla mojego życia?
4. Kim bym był, gdybym nie mógł uwierzyć w tę myśl/ historię?

Często wystarczą te 4 pytania, aby dana historia poddała się i odeszła. Sprawdź sam, jakie to proste! 70% moich lipnych historyjek wyłożyło się na 2 pierwszych pytaniach (wydają się podobne, ale niech Cię to nie zmyli!). Po prostu okazało się, że zwyczajnie nie mogę być pewien tego, w co wierzyłem. I zachciało mi się śmiać, że kiedykolwiek byłem pewien, że te shity to prawda.

W trakcie zadawania pytań, mogą wychodzić kolejne historie! Ba! Nawet będą, bo wszystkie historie są ze sobą połączone - Tobą! Możesz trafić na całą galaktykę myśli, konstelacje lipnych opowieści, które możesz chcieć wyrzucić, bo wszystkie wzajemnie się wspierają. Np.

"Ryszard mnie skrzywdził" - ta historia zawiera generalnie założenie, że "ludzie mogą mnie skrzywdzić", że "krzywda istnieje" etc. - gdybyś w to nie wierzył, nie mógłbyś dopuścić myśli, że Ryszard Cię skrzywdził.

Wersja extended pytań jest dla historii, które nie chcą odejść od razu, powracają lub takich, które wydają Ci się naprawdę ważne, wielkie i krzywdzące - warto je przerobić, by wiedzieć, na czym dokładnie stoisz i móc im się dobrać do dupy na nowe sposoby. Nie wszystkie pytania będą pasować do wszystkich historii, dlatego zadawaj i opowiadaj na te, które uznasz, że mają sens.

1. Czy to prawda?
  • Jak jest naprawdę?
  • Czy dana sytuacja naprawdę ma miejsce?
2. Czy możesz być pewien, że to prawda?
  • POWINNOŚĆ: Jak być powinno wg Ciebie?
  • ZAKRES WIEDZY: Czy wiesz więcej od tej osoby/ od Boga/ od Wszechświata? Czy naprawdę wiesz, co jest dla Ciebie/ dla tej osoby najlepsze?
  • POLE DZIAŁANIA: Czyją sprawą się zajmujesz? Swoją czy czyjąś?
  • Czy jesteś pewien, że byłbyś szczęśliwszy, gdybyś dostał to, czego chcesz?
  • Co najgorszego mogłoby się wydarzyć - zgodnie z tą myślą?
3. Czy ta myśli jest korzystna dla Twojego życia?

KONSEKWENCJE:
  • Jaki dialog wewnętrzny wywołuje dana myśl? (zamknij oczy, wypowiedz myśl i przysłuchaj się, jak nawijasz w głowie... co mówisz...?)
  • Jakie obrazy wywołuje ta myśl w Twojej głowie? (ponownie - tym razem skup się na obrazach)
  • Jakie emocje produkuje ta myśl? Wnosi w Twoje życie stres czy spokój? Jakie to emocje, gdzie są w Twoim ciele i jak intensywne są w skali od 1 do 10?
  • Jakie zachowania powoduje wiara w tę myśl? Co musisz robić, gdy dajesz jej wiarę? (nawyki, nałogi etc.)
LINIA CZASU:
  • Czy ta myśl buduje jakąś Twoją przeszłość? Jeśli tak, to jaką? Opisz swoje halucynacje.
  • Czy ta myśl tworzy jakąś przyszłość? Jeśli tak, to jaką? Opisz swoje iluzje.
ILUZJE:
  • Jakie zniekształcenia powoduje ta myśl?
  • Jak odbierasz świat poprzez tę myśl?
  • Na jakich uogólnieniach opiera się ta myśl? (jakie ukryte "zawsze", "nigdy" etc. zawiera ta myśl?)
  • Co ta myśl usuwa, by mogła być prawdziwą? Podaj co najmniej 3 wiarygodne kontrprzykłady.
ŹRÓDŁO:
  • Skąd masz tę historię?
  • Czy masz ją ze swojego doświadczenia czy ktoś Ci ją opowiedział?
  • Kiedy nauczyłeś się tej historii?
RELACJE:
  • Jakie relacje z sobą tworzysz, gdy wierzysz w tę myśl?
  • Jak traktujesz innych, gdy w nią wierzysz?
  • Jak postrzegasz siebie poprzez tę myśl?
  • Jak postrzegasz innych, gdy w nią wierzysz?
ODPOWIEDZIALNOŚĆ:
  • Gdzie w tej historii jest odpowiedzialność? U Ciebie czy na zewnątrz?
  • Kto ma kontrolę w tej historii?
  • Jakie są tego konsekwencje?
POWODY:
  • Czy mógłbyś mieć jakiś powód, by utrzymać tę myśl?
  • Czy ta historia ma filary, a więc inne historie, które ją podtrzymują?
  • Po co Twój umysł dawał wiarę tej historii?
  • Jakie masz minimum 3 dobre powody, by porzucić tę historię? (nie porzucaj jej, sama odejdzie, podaj tylko powody i zostaw)
4. Kim byś był, gdybyś nie miał tej myśli/ historii?
  • Jak wyglądałoby Twoje życie, gdybyś nie mógł uwierzyć w tę myśl/ w tę historię?
  • Jak traktowałbyś siebie?
  • Jak traktowałbyś innych ludzi?
Wszystkie odpowiedzi spisz na kartce lub na komputerze. Pisząc je, zdysocjujesz się względem nich i będzie Ci prościej. Jeżeli w trakcie wyjdą kolejne historie - powtórz cały proces, pracując z kolejnymi historiami.

ETAP 3: Odwracanie myśli

Weź pierwotną myśl/ historię i odwróć ją na minimum 3 różne sposoby:
  • zaprzecz jej logiczne, stawiając "nie",
  • odwróć relację, która występuje w historii,
  • przesuń odpowiedzialność - weź ją na siebie lub przesuń na czynniki zewnętrzne.
Do każdego odwrócenia zadaj sobie pytanie: Czy to może być prawda? Jeśli tak, to dlaczego?

Przykłady odwróceń:

"Ryszard mnie skrzywdził"

- Ryszard mnie nie skrzywdził
- To ja skrzywdziłem Ryszarda
- To ja skrzywdziłem siebie

"Zarażę się chorobą i będę cierpiał."

- Nie zarażę się chorobą i będę cierpiał.
- Zarażę się chorobą i nie będę cierpiał.
- Nie zarażę się chorobą i nie będę cierpiał.
- To ja zarażę chorobę i ona będzie cierpieć.
- To choroba zarazi mnie.

"Jestem nieszczęśliwy"

- Nie zawsze jestem nieszczęśliwy. -> Bywam szczęśliwy.
- Nie jestem nieszczęśliwy -> Jestem szczęśliwy.
- Inni są ze mną nieszczęśliwi.

KONIEC.

Wiem, że widząc ogrom tych pytań, wydaje Ci się, że ta praca nie będzie miała końca. Jednak pozory mylą. Oczywiście, na pewno znajdą się historie, które będą wracać - nawet tygodniami czy miesiącami (pamiętaj, że uczyłeś się ich wiele lat!!!) a Ty będziesz pracował nad nimi w kółko wciąż od nowa, ale wierz mi - jeśli historia wraca, to znaczy, że nie wyciągnąłeś z niej wszystkiego i coś jeszcze chce Ci ona przekazać. Znajdź to, znajdź swoją naukę i uwolnij się. Stawką jest Twoje życie, szczęście i pomyślność - a więc gra jest warta świeczki, prawda?

Pamiętaj:
  • Każdy Twój związek (aktualny i ex) to jakaś historia,
  • Każda choroba to jakaś historia,
  • Każda praca, sposób w jaki zarabiasz pieniądze, to historia
  • Twoja nauka i wyniki w szkole - kolejna historia
  • Twoja rodzina, stosunek do rodziców i innych - kolejne historie
  • etc.
Niektóre rzeczy będą okej i je zostaw. Pracuj nad tym, co przeszkadza Ci być w stanie koherencji. Na koniec wróć do swojej cudownej wizji przyszłości i sprawdź, na ile koherentny czujesz się w związku z nią. Czy jest jeszcze coś, co przeszkadza Ci w pełnej koherencji? A może czujesz już całym sobą, że... to jest to!

Zmiany, które zachodzą podczas korzystania z niniejszej technologii są magiczne. Jestem w głębokim szoku, gdy pomyślę, jak bardzo zmieniłem się w przeciągu ostatnich tygodni. Ile niepotrzebnych obaw i stresów wyrzuciłem... O ile lepiej czuję się we własnym ciele, we własnym życiu, z ludźmi, którzy mnie otaczają...

Technologia ta jest uniwersalna. Można nią uzdrawiać związki (zaczynając od siebie), leczyć, wzmacniać zdrowie, pozwalać sobie zarabiać więcej kasy, zdobywać przyjaciół - cokolwiek wymyślisz. Ostatecznie pamiętaj też - to nie metoda działa, leczy Ty. I to Ty jesteś odpowiedzialny za efekty, jakie uzyskujesz. Samo nie zadziała. Dlatego zrób sobie 2 godziny dla siebie, zaopatrz się w kartki, długopisy lub laptopa i eksploruj swoje myśli, badaj swój umysł i zmieniaj go tak, jak tego pragniesz - aż uzyskasz efekty, o jakich marzyłeś.

Baw się swoim nieskończenie bogatym układem nerwowym, myślami i ciałem i twórz coraz lepszy, coraz wspanialszy świat.

Zmiana zaczyna się w Tobie a trwa w całym Wszechświecie.

Do napisania!

P.S. Prócz oczywiście Byron Katie, dziękuję również Mateuszowi G. - za to, że poprawił pytania, podnosząc ich już i tak ogromną skuteczność i wynosząc tę metodę daleko ponad przeciętność. I wszystkim ludziom, którzy zapewnili mi lipne historie - dzięki wam nauczyłem się, jak z nimi pracować!

czwartek, 12 listopada 2009

Niewolnicy własnych historii, łączcie się!

- Nie lubię, gdy ktoś mnie wypytuje, z kim chodzę do kina. To koniec naszej znajomości - powiedział Zenek przez telefon. Odłożył słuchawkę i uśmiechnął się. Chwilowa ulga. Własnie odesłał fantoma, myśli, że pozbył się problemu. On mnie będzie kontrolował! - oburzał się w myślach na faceta, z którym właśnie zakończył kontakty. Zenek nie może sobie pozwolić na to, co spotkało go w poprzednim związku, w którym jego partner cały czas go szpiegował, śledził niczym maniak, wypytywał o tysiące szczegółów. Teraz Zenek chce być wolny. Zenek nie ma zielonego pojęcia, że im bardziej chce, tym mniej jest wolny...

- Idąc z Tobą do łóżka, nawet nie zakładałem, że kiedykolwiek mielibyśmy być razem. Myślałem o Tobie jak o kumplu - oznajmił Klemens chłopakowi, który siedział przed nim i płakał. Przed chwilą, nim poleciały pierwsze łzy, zdołał wykrztusić z siebie 2 magiczne słowa. Klemens jednak się ich... wystraszył. Boi się, że ktoś go wciągnie w swoje ramiona wbrew jego woli. Kiedyś był z facetem, który chciał go zamknąć z złotej klatce. Dziś nie może sobie pozwolić, by znów go to spotkało. Dziś musi bronić się przed "Kocham Cię". Bronić przed miłością.

- Chcę być sam, tylko sam, rozumiesz! - w ataku gniewu i przez łzy wykrzyczał Alfred. - Chcę być sam do końca życia! - warczał. Alfred kiedyś był kochanym, pełnym życzliwości i serdeczności człowiekiem. Jednak każdy kolejny związek sprawiał, że było z nim coraz gorzej. W końcu coś w nim umarło. Zwątpił. Poszedł do darkroomu. Uprawiał z kimś seks, nie wie nawet z kim dokładnie. Potem wciągnęło go to niczym lotne piaski...

Raz na jakiś czas spotykałem ludzi, których pojąć nie mogłem. Utrzymywali oni, że nie chcą związków na stałe, że im wystarczy przelotny seks z kimkolwiek, że chcą być wolni etc. Seksoholicy, nieraz delikatni, ale zawsze dzicy w środku. Niepojęci.

Skąd się tacy biorą?

Jako dzieci naturalnie przecież i bez lęku brniemy w związki emocjonalne i pragniemy je instynktownie podtrzymywać. Taka jest natura człowieka jako istoty społecznej. Naukowcy z Instytutu Matematyki Serca udowodnili, że pole elektromagnetyczne generowane przez serce jest 5000 razy silniejsze, niż pole generowane przez mózg. A serce odpowiada za tworzenie związków z ludźmi. Niech Ci to da do myślenia.

Co więc dzieje się z ludźmi, którzy - jak twierdzą - nie chcą związków na stałe? Których interesuje tylko seks - jak sądzą...?

Od jakiegoś czasu przyglądałem się im z bliska i z oddali i szukałem wspólnego mianownika dla wszystkich tych osób. I wszelkie znaki na niebie i na ziemi wskazują, że chyba znalazłem.

Wszystkie osoby, które spotkałem i które charakteryzowały się awersją do związków erotyczno-romantycznych, miały naprawdę megalipną historię związaną z... poprzednimi związkami.

Przypadek 1: Wielka miłość trwająca wiele lat. Zdrada. Ból. Rozstanie. W zdradzonym partnerze rosną 2 osobowości - ta, która nadal kocha i ta, która nienawidzi. Wewnętrzny konflikt jest miażdżący - bo jak można do kogoś mieć pociąg i jednocześnie odrazę...? By stłumić stres związany z tym dysonansem, zaczyna się... seks, alkohol, niekończące się imprezy. Zaliczanie kolejnych kolesi. I nieustanne myśli o exie. Trzeba sobie udowodnić raz jeszcze swoją atrakcyjność. Trzeba kusić, wyjebać w dupę i porzucić - niech inni też wiedzą, jak to jest.

Przypadek 2: Zauroczenie zmienia się w koszmar. Kłócą się o byle co. Niezgodność charakterów? Hm... cokolwiek to jest. Podbijają sobie oczy, łamią na sobie kije od miotły, zamykają sobie drzwi do domu. Patologia pełną gębą - powiedziałby niezależny obserwator. Oboje mają kogoś na boku. Zrobili sobie z życia koszmar, za który rachunek będą płacić jeszcze długo po rozstaniu. Ich neurony przyzwyczajając się, mieszkają skutecznie uczucie zauroczenia ze stresem i lękiem, co tworzy stałe połączenia nerwowe na przyszłość. Jak myślisz, jak będą się czuli, gdy poznają w przyszłości kogoś innego, kto wpadnie im w oko...?

Przypadek 3: Jego apetyt seksualny był większy, niż jego partnera. Wydawał mu się flegmatyczny, uśpiony. A on potrzebował - jak sądził - dzikiego, ostrego seksu. Jego frustracja rosła, a im bardziej naciskał - tym jego ukochany bardziej się zamykał. Seks stał się przyczyną stresu do ich obojga. Coś, co może być tak piękne, zostało zniszczone przez postawy roszczeniowe i stawiane sobie warunków. W końcu padło: albo będziesz robił w łóżku to, co chcę, albo odejdę. I musiał odejść, bo nikt nie może sprostać takim sutenerskim żądaniom. Poszukał sobie kogoś na seks. Potem kolejnego. Ale serce wciąż tęskniło za jego eksem. Chciał wrócić, ale było już za późno - on nie chciał o tym słyszeć. W swoich własnych oczach stał się ostatnią kurwą. Stracił do siebie szacunek tak bardzo, że nie mógł spojrzeć w lustro. Znienawidził swojego exa - bo to przecież była jego wina. Mógł się bardziej starać w łóżku, prawda?

Przypadek 4: Poznał go przez internet i zakochał się. Jego fascynacja była tak wielka, że praktycznie uzależnił się od swojego wybranka po kilku spotkaniach. Szczęśliwie jego facet też wyznał mu miłość. I zaczęła się frajda - wspólne kolacje, spacery, kina. Było jedno "ale - on nie chciał seksu. Mówił, że musi poczekać. Że nie jest jeszcze gotowy. Okej - każdy ma swoją dynamikę - myślał. On nie był jeszcze gotowy, gdy minął miesiąc. I drugi. I trzeci. Pół roku... Wciąż nie był gotowy. Wciąż odwlekał. Będziemy się kochać już niedługo, obiecuję - mówił. Półtora roku później był już wrakiem psychicznym. Wciąż czekał. I czeka do dziś...

To wszystko prawdziwe historie. Historie bardzo trudne, ciężkie. Psychologiczne katastrofy w Czernobylu. Ci, którzy brali w nich udział, mają ciężki bagaż doświadczeń w głowie - który zabiera im radość życia, który każdego dnia - zupełnie podświadomie - dobija ich zdrowie, samopoczucie i dziecięcą niewinność.

Ludzie Ci na słowo "związek" reagują stresem. Nie wystraszysz ich obrzucając ich inwektywami, nie wystraszysz ich grożąc im, bijąc ich - oni to dobrze znają, oswoili się z takim traktowaniem.

Wystraszysz ich słowami "Kocham Cię."

Nie wiem, który to już raz stykam się z podobną personą - niby chojrak, seksu się nie boi, niby niezależny, niby wolny emocjonalnie. Ale niech wspomni o swoim ex... I zmienia się w zahukanego, wystraszonego dzieciaczka. Zaczyna bać się wszystkiego, nie chce o tym rozmawiać a gdy naciskasz - wybucha złością i opierdala Cię - nawet nie wiesz, za co dokładnie. Albo płacze godzinami, opowiadając o tym, co było...

Oni nie reagują na to, co dzieje się tu i teraz. Oni reagują na swoją przeszłość, na swoje wspomnienia.

I smutno mi się robi, bo wiem, że oni cierpią katusze.

Widzę Pana X, który wiem, że coś chciałby ze mną coś więcej na którymś poziomie, ale nie może. Nie może się zakochać, nie umie wykrzesać z siebie nawet odrobiny czułości. Ucieka. Broni się przed własnymi halucynacjami, choć ja właściwie nic specjalnego nie zrobiłem.

Widzę Pana Y, który tkwi w toksycznym związku i nie może się z niego wydostać. Dzień w dzień cierpi, dobijając się swoimi - jakże prawdziwymi dla niego - zupełnie fałszywymi myślami. I wiem, że buduje teraz historię, którą będzie musiał potem wywalić ze swojej głowy, jeśli kiedykolwiek jeszcze będzie chciał być szczęśliwy.

Każdy z nas ma takie historie w swoich wspomnieniach. Każdy z nas zakochiwał się i cierpiał. Każdy z nas jakoś sobie z tym poradził. Jedni umieli spojrzeć na to z innej strony, bo wiedzieli, że najgorsze doświadczenie to zarazem największa lekcja życia. Inni nie umieli na to spojrzeć z tej perspektywy i teraz żyją w wiecznym konflikcie wewnętrznym - myślą, że chcą seksu, tak naprawdę chcą czułości i tak naprawdę boją się jej. Boją się zobowiązań.

Na myśl o poprzednich związkach popadają w impas - mętlik w głowie dobija ich a jedynym sposobem wytłumienia go są używki. Znasz na pewno dziesiątki erotomanów gawędziarzy. Znasz wiecznych masturbatorów. Znasz gości, którzy nie potrafią rozstać się z piwem. Albo takich, dla których każda okazja, by się totalnie zachlać, jest dobra. Znasz gości, którzy kompulsywnie trzymają się swoich nałogów - fajek, komputera, słodyczy, imprez. Kurwa, myślisz, że skąd się to bierze? To ich mechanizmy kompensacyjne, mające na celu wyjebanie stresu.

Stresu, który jest spowodowany historiami, w które wierzą.

Czy to, co przytoczyłem, jest już dla Ciebie wystarczającym powodem, aby zacząć pracować nad sobą i swoimi osobistymi historiami? Czy może potrzebujesz więcej chujowych przykładów?

Ludzie obarczeni chujowymi historiami nigdy nie stworzą dobrego związku. NIGDY! Pojmij to. Osobą, od której zaczniesz, jesteś Ty sam. Nie ma innej drogi. W przeciwnym wypadku wpadniesz w pułapkę obsesyjnych prób zmieniania swojego partnera.

Pomyśl - jeśli chcesz zmienić swojego partnera, to nie chcesz być z nim! Chcesz być z kimś innym! To logiczne i wiem, że to rozumiesz.

Miałeś w życiu jakieś związki, możne nawet masz nadal. To, w co wierzysz, to jakie masz opinie na ich temat - będzie Twoim przeznaczeniem.

Unikam facetów, którzy bluzgają na swoich exów. Wiem, że będę kolejnym, jeśli tylko odważę się spróbować czegoś więcej w ich kierunku. Nieraz startowałem o rękę takich gości i nieraz zostałem "kolejnym skurwysynem" - zupełnie bez wysiłku!

To ja zjebałem sprawę? Czy historia, w którą wierzą, jest ich smutnym przeznaczeniem...?

Kiedyś miałem historię, że nikt mnie nie kocha. Nawet, jeśli ktoś mówił, że mnie kocha, nie wierzyłem! Ciągle domagałem się dowodów. Kto mógł to znieść? Kto??? Nikt! Zostałem sam! I faktycznie - nikt mnie nie kochał. Potwierdziłem swoją wersję rzeczywistości - zrobiłem wiele, żeby mnie nikt nie kochał. Dopiero, gdy zakwestionowałem to przekonanie, pojawiły się osoby z sercem na ręce. Osoby, które wiem, że mnie kochają i które kocham i ja.

W kolejnym poście przedstawię Ci skuteczny i prosty sposób rozwalana swoich lipnych historii - w wersji ulepszonej. Stawką w tej grze jest Twoje szczęście, a więc... możesz to olać, prawda? Kto by się Tobą przejmował, w końcu to tylko Twoje życie... No chyba, że jednak Ci zależy na szczęściu. Wtedy bierz do ręki ołówek i kartkę i jedziesz.

Zanim jednak rzucisz się w wir osobistych zmian, wyjdź z boxa pt. "nie mam lipnych historii, nic mi nie trzeba, jest mi dobrze tak, jak jest..." Czy to prawda? Czy Twoje życie jest dokładnie takie, o jakim marzysz? Czy możesz być pewien, że w zakamarkach Twojego umysłu nie kryje się żadna myśl, która jebie Twoje szczęście?

Wcześniej mnie wielbłąd zgwałci, wcześniej poliżę własny łokieć, niż Ci uwierzę.

Znam kogoś, kto utrzymuje, że jest bardzo, bardzo szczęśliwy i niczego nie musi już w sobie zmieniać. Fajna historia, ale nie jest prawdziwa. Nieraz rozmawialiśmy i w trakcie wychodziły jego lipne historyjki, którymi psuł sobie nastrój. On ich jednak nie dostrzegał! Myślał, że to nie jego historie, lecz czyjeś. Lol.

Włącz filtr pt. "Jakie zjebane historie pierdolą moje szczęście?" i znajduj je a następnie wywalaj za pomocą pytań z The Work, które niebawem wlepię tutaj wraz z obszernym komentarzem. Pytania te - genialne w swojej prostocie - odkryją przed Tobą nowe, fascynujące krainy możliwości, dając Ci dostęp do strumienia cudownych zasobów psychicznych. Tam, gdzie kiedyś było cierpienie, w przeciągu 15 minut może zaświecić słońce - jeśli tylko rozwiejesz ciemne chmury.

W następnym poście będziesz miał prawdziwą ucztę - poznasz totalnie prostą i arcyskuteczną metodę wyzwalania się z psychologicznego cierpienia. Nie ma znaczenia, co to za cierpienie, skąd się bierze i jak silne jest - ta metoda to prawdziwa energetyka nuklearna zmian osobistych.

Do napisania!

piątek, 6 listopada 2009

Sekret, jak się odkochać i znów być ze sobą

Nowe doświadczenia wystawiły mój móżdżek na wielką próbę. Próbę, którą prawdopodobnie zdałem na 5 z plusem i dlatego dziś chcę się z Tobą podzielić moimi osiągnięciami.

Odkochiwanie się zazwyczaj powierzamy czasowi. Mówimy "czas leczy rany" i czekamy, aż nam przejdzie. Ponieważ moje romantyczne psychosomatyczne uzależnienie od pewnej osoby nie mogło trwać dłużej, bo przeszkadzało mi w normalnym funkcjonowaniu i czułem się z tym jak ćpun na głodzie, postanowiłem coś z tym zrobić.

Wyposażony w arsenał technik wyruszyłem w głąb swojego umysłu i postanowiłem rozkminić model zakochania na czynniki pierwsze. I cóż powiedzieć - najpewniej się to udało :)

Nadal podtrzymuję swoje zdanie na temat zakochania - to może wydarzyć się spontanicznie, poza świadomą uwagą i w którymś momencie człowiek po prostu uświadamia sobie, że jest emocjonalnie uzależniony od drugiej osoby. Zapobieganie może tutaj nic nie dać, natomiast jeśli to się już wydarzy - wcale nie jesteśmy skazani na schizy. Jest sposób Panownie i dlatego pozwól wprowadzić się w ten model, odkryj jego niuanse i naucz się z niego wychodzić.

Składniki mikstury zakochania

1. System propulsji

To podstawa całego zakochania, oś, na której wszystko się kręci. Delikwent poznaje swojego wybranka i przebywanie w jego przepięknym towarzystwie sprawia mu przyjemność. Odpala sobie chłop w mózgu system nagrody napędzany dopaminą i adrenaliną - stąd czuje ową niesłychaną ekscytację. Im dłuższe i bliższe są te spotkania, tym intensywniejsza jest nagroda w postaci koktajlu hormonów i neuropeptydów.

Jest też druga strona medalu. Delikwent pozbawiony źródła swojej przyjemności, wariuje. Odpala sobie stany lękowe, popada w zdenerwowanie, rozdrażnienie i frustrację.

I to właśnie system propulsji - z jednej strony koleś motywowany jest marchewką - a więc dzikimi stanami uniesienia, gdy spotyka się z ukochaną osobą - z drugiej kijem - a więc ciężką nerwicą odczuwaną w samotności. Taki system ma każdy, kto systematycznie jest do czegoś zmotywowany. Spytaj tych, co chodzą na siłownię. Gdy ćwiczą, mają przed oczami obraz swojej idealnej sylwetki. Gdy leżą i nic nie robią, zaczynają się martwić tym, że będą grubi jak świnie. Napędzani są zarówno kijem, jak i marchewką.

Naukowcy Andreas Bartels i Semir Zeki porównali obrazy mózgów ludzi zakochanych i ludzi pod wpływem kokainy lub pochodnych opium - obrazy okazały się identyczne! Tak więc pod względem chemicznym zakochanie to nic innego, jak uzależnienie od ciężkich narkotyków.

2. Reakcja na sytuację stresową - maski ofiary i agresora

Niewątpliwie takie uzależnienie powoduje stres - w końcu pewne czynniki są poza kontrolą osoby zakochanej. W momencie odrzucenia zalotów, zaczynają się poważne problemy z funkcjonowaniem - niemożliwość koncentracji, rozproszenie, stany nerwicowe, lękowe itd. Słowem - objawy psychotyczne.

Ludzie radzą sobie z tym stanem na 2 sposoby - albo wchodzą w rolę ofiary, albo agresora.

W pierwszym przypadku mamy do czynienia z "cierpieniami młodego Wertera". Delikwent chce się uszkodzić, pokazać, jak bardzo cierpi, wyraża skłonności samobójcze - wszystko po to, by obiekt jego westchnień hmmm... zlitował się nad nim, przygarnął i przytulił. Wiem, to smutne i można nawet powiedzieć żałosne. Stan uzależnienia jest tak silny, że koleś jest w stanie utracić godność, aby tylko dostać dawkę romantycznej miłości. Nie zrozumie tego nikt, kto nie był w tej sytuacji. Płacz, czekanie na telefon, mętlik myśli w głowie, lęk i przerażenie.

W drugim przypadku delikwent wchodzi w rolę agresora. Wyzywa i pogardza obiektem swoich westchnień, gra niezdobywalnego, ma na twarzy minę pt. "nie chciałeś mnie, to wypierdalaj". Gra niezależnego, twardego i męskiego, który daje sobie z tym znakomicie rady. Idzie w świat, imprezuje, bawi się z innymi, ale nie sprawia mu to żadnej radości. Bo wciąż patrzy na komórkę, aby TEN jeden się odezwał. Ilekroć jednak poczuje napływający smutek, idzie wypić, zaszaleć - by zapomnieć.

Obie role to tylko maski - często zakładane naprzemiennie tylko po to, by wywrzeć jakiś wpływ na osobie, względem której wyrażane jest uczucie. W środku jest zamknięty biedny, cierpiący człowiek - uzależniony od rozkosznej chemii zakochania, która aktywuje się tylko na widok ukochanego.

***

W samym jądrze modelu zakochania leży poważny error - przekonanie "Potrzebuję go, aby znów TO poczuć", gdzie TO jest dzikim stanem ekscytacji i podniecenia miłosnego. Kryje się tutaj daleko idące przesunięcie odpowiedzialności za swój stan emocjonalny na kogoś. To od tego gościa zależy, czy czujesz się dobrze, czy źle. Tak być nie może :)

Cała sztuka polega na rozjebaniu historii, że "Potrzebuję go, aby znów poczuć to cudowne uczucie." Pierwsza sprawa - pomaga zrozumienie procesu. Ten cudowny stan produkujesz sam - w swoim mózgu wydzielając odpowiednie substancje. To Twoje substancje, Twój mózg i jedyne co zrobiłeś, to nauczyłeś go wydzielać owe substancje na widok jednego faceta. To wszystko.

Więc pierwsze pytanie brzmi - a wiedz, że idzie ono z The Work - czy to prawda, że potrzebujesz go, aby znów poczuć to cudowne uczucie? Zadawaj sobie to pytanie wciąż i wciąż na nowo. W którymś momencie zakumasz, że nie! Nie jest Ci on potrzebny, aby ten stan poczuć, by wiesz, że jest on tylko kwestią wyuczenia wzorców reagowania - zupełnie, jakbyśmy byli pieskami Pawłowa.

Drugie pytanie - podobne do pierwszego, ale jednak inne - czy możesz być pewien, że potrzebujesz jego, aby znów poczuć to uczucie? Też możesz dojść do wniosku, że nie, bo przecież jest tylu innych facetów i tyle innych sytuacji, w których możesz nauczyć się odczuwać TO uczucie. W tym momencie wyszedłem na poziom generalizacji - mogę kochać kogoś więcej, niż jego. To moment, który tradycyjnie osiąga się dopiero po 4 miesiącach od zakochania (wg badań). A to już nieźle, co nie?

Idźmy dalej.

Kolejne pytanie: Jak reaguję, gdy myślę, że on mi jest potrzebny, aby znów poczuć ten wyjątkowy stan uniesienia? To w kurwę stresujące. Jego traktuję jak bóstwo, siebie - jak ćpuna bez godności, który zrobi wszystko, by dostać kolejną działkę. Taki też obraz miałem w umyśle, gdy zadałem sobie to pytanie. Po kiego chuja trzymałem się tej historii, skoro wiedziałem, że ingeruje ona w model rzeczywistości drugiej osoby - nad którą przecież władzy nie mam i mieć nie będę? To proste - była obietnicą cudownej przyszłości w jego ramionach. Jakże kuszącą jak na moje wczorajsze standardy. Powód by ją porzucić był banalny - po kiego chuja mam się uzależniać emocjonalnie od osoby, która może np. nie mieć ochoty się ze mną spotykać? Pomyśl - to powód, dla którego ludzie cierpią w związkach i poza nimi.

I pytanie nr 4 - Kim bym był, gdybym nie mógł uwierzyć, że potrzebuję jego, aby znów poczuć ten magiczny stan zakochania? Wow, to otworzyło w mojej wyobraźni furtkę do stanu ogromnej wolności i swobody. Powtarzając to pytanie w głowie, robiłem coraz to doskonalsze obrazy swojej emocjonalnej wolności - oto biegłem przez zielone łąki, uśmiechnięty, radosny, bez nikogo, nie potrzebując niczyjej łaski, niczyjej uwagi. To było cudowne.

Odwróciłem więc pierwotną myśl.

"Nie potrzebuję jego, aby znów poczuć ten cudowny stan zakochania. Potrzebuję tylko siebie."

I to nagle stało się dla mnie prawdziwsze, niż myśl, z której wyszedłem. Przecież to logiczne - sam sobie wstrzykuję chemię w żyły. Popatrz nawet na zdanie "zakochałem się" przez pryzmat lingwistyki. Jest tam podmiot ukryty "(ja) zakochałem się" - a więc dwa tzw. predykaty tożsamościowe - "ja" oraz "się". Innymi słowy jedna moja tożsamości zakochała drugą. Znaczy to więc - logicznie rzecz ujmując - sam sobie to zrobiłem. On nie ma z tym nic wspólnego.

Faktycznie go nie potrzebuję. Wystarczy mi to, że mam swój mózg.

Dojście do tego wniosku było wielką ulgą. Poczułem, że wracam do normy, że zaczynam znów przytomnie uczestniczyć w rzeczywistości. Że sam siebie zapętliłem na pozytywne tory przerzucając swój mózg znów do świata żywych, zdejmując jednocześnie maski ofiary i agresora, wyzwalając się spod póz i prób wpływania na kogokolwiek poza mną samym.

Cudownie! :)

Czy ta historia opuściła mnie już w 100%? Tego nie wiem na pewno i nigdy nie będę miał pewności, że nie wróci. Wiem jednak, że czuję się teraz o wiele bardziej spokojny i zrównoważony. Dynamika świata i umysłu oczywiście znów może mnie wrzucić w jakiś neurochemiczny koktajl, ale cóż - mam narzędzia, którymi można wiele zmienić. I to w czasie krótszym, niż ustawa przewiduje. Dlatego wiem, że stawię czoła wyzwaniom.

Czy on zadzwoni? Czy się jeszcze spotkamy? Nie wiem. Póki nie dzwoni i nie przybywa, nie interesuje mnie to. Jestem tu i teraz. To cudowny stan spokoju i akceptacji, który pojawia się po tym, jak opuszcza nas lipna historia. Cieszę się, że tego doświadczyłem, bo skorzystałem z tego w 100%.

Jestem bardziej sobą niż przedtem.

środa, 4 listopada 2009

Prawda o zakochaniu - również Ciebie może to spotkać i nic z tym nie zrobisz

Jeden z najwybitniejszych trenerów rozwoju osobistego na świecie (a na pewno w Polsce), psycholog, twórca genialnych metod NLP i mój znajomy, zdradził kiedyś jeden ze swoich mrocznych sekretów. Miał żonę, w drodze dziecko, gdy nagle pewnego dnia zakochał się po uszy w obcej kobiecie.

Cóż się wtedy stało?

Wielu ludzi odwróciło się od niego. Powiedzieli: "Uczysz nas, jak robić wspaniałe, trwałe związki, jesteś wirtuozem swojego umysłu, serca i ciała. I nagle zakochujesz się w jakiejś Meksykance...?"

Zostali przy nim tylko Ci, którzy kiedyś przeżyli coś podobnego. Oni go rozumieli . Nie logicznie, bo zakochanie z logiką ma tyle wspólnego, co Radio Maryja z uczciwością. Zrozumieli go emocjonalnie i uczuciowo.

Czym właściwie jest zakochanie? Dlaczego nawet najwybitniejsi ludzie, dla których umysł nie ma większych tajemnic, potrafią nagle, spontanicznie się zakochać?

Kiedyś na łamach tego bloga opisałem pewien dualizm: samotność i zakochanie. Że zakochują się ludzie, którzy czują się samotni. I że samotność można poczuć po tym, gdy się w kimś nieszczęśliwie zakochamy.

Dziś już nie jestem pewien, czy ten mechanizm tak działa.

Cofnijmy się 3 tygodnie wstecz. Moje życie było poukładane i bardzo, bardzo spokojne oraz szczęśliwe. Planowałem szkolenie w Warszawie, spokojnie przeglądając internet i czytając książki z radością odkrywałem nowe światy. Spotkania ze znajomymi i przyjaciółmi, knajpy, robienie zakupów. Właściwie niczego mi nie brakowało. Nie odczuwałem praktycznie żadnego niedosytu, żadnej samotności.

A nagle zjawił się on.

Pierwsze spotkanie nic nie zapowiadało. Zobaczyłem go w aucie. Pierwsza myśl była taka, że jest zdecydowanie ładniejszy niż na zdjęciach. Jak my to mówimy - "Oho, nowa dziesiątka", a więc gość, który swoją urodą deklasuje wszystkich pozostałych o poziom niżej.

Spotykałem różnych facetów i praktycznie w urodzie każdego mógłbym znaleźć jakiś mankament, coś, co mógłbym poprawić, gdybym miał takiego Photoshopa w wersji real. W przypadku owego dżentelmana nie zmieniałbym dosłownie nic. Pod względem aparycji - absolutny ideał.

Było z nim jak z twardym narkotykiem. Pierwsza dawka jeszcze nie wszystkich uzależnia. Druga uzależnia już prawie na 100%. I tak się stało. Drugie spotkanie. Tamten sobotni wieczór był po prostu kompletnym odlotem. Nie pamiętam, kiedy wcześniej przeżyłem coś równie ekscytującego, choć przecież obiektywnie nic się nie działo. Oglądaliśmy filmy, było kilka buziaków, przytulanie i parę innych, bardziej intymnych rzeczy.

Zakochanie to narkotyk.

Kiedyś w USA emitowano spoty kampanii przestrzegającej przed zażywaniem metamfetaminy. Był tam dzieciak, który postanowił jej spróbować. Zażył i poczuł haj. A potem dodał, że chciał tylko raz. Na to jego uzależnieni koledzy zaczęli się śmiać. Hasło kampanii brzmiało (podam w oryginale, bo wtedy robi lepsze wrażenie): "Meth. Not even once." ("ani nawet raz" - wolne tłumaczenie).

Ja byłem tym dzieciakiem. Narkotykiem było zakochanie, a on był dilerem.

Bo z narkotykami nie ma polemiki, tak, jak z zakochaniem. Chemia wsiąka w mózg niczym w gąbkę, głęboko modyfikując jego funkcjonowanie. A to z kolei odbija się na zachowaniach, nastrojach, emocjach.

Siedząc wczoraj na ławce zaszytej w mrokach miejskiego parku i przyglądając się szklistymi oczami pierwszym płatkom spadającego śniegu, wiedziałem już, że nic z tego nie wyniknie. On ma swój świat, swoich znajomych, swoje plany. I właściwie cały ten haj, prócz tego, że wstrzyknął mi w krwiobieg wspaniałe hormony, niczego w praktyce nie zmienił.

I zacząłem się zastanawiać nad tym, jak ewoluował mój stosunek do zakochania przez lata.

Kiedyś zakochanie było świętem. Czymś, na co w głębi duszy czekałem. Pragnąłem się zakochać po uszy, zapomnieć o całym świecie. I tak też bywało - z różnymi skutkami.

Potem, gdy oberwałem po uszach i to bardzo mocno, spędzając wiele długich miesięcy z ludźmi, którzy nie byli dla mnie odpowiedni, zakochanie stało się dla mnie niczym zła klątwa. Było jednoznaczne z cierpieniem. Nie chciałem się już zakochiwać w nikim. Chciałem po prostu świętego spokoju.

Następnie wszystko ucichło. Potraktowałem zakochanie jako relikt mrocznej przeszłości. Byłem już niemal absolutnie pewien, że coś takiego nie może mi się już przytrafić. Owszem, mogę się z kimś związać - przebywać z nim, poznawać go i jednocześnie robić z nim coraz więcej neuroasocjacji, które będą mnie przy nim trzymać. Ale nie było w tym odrobiny nawet tamtego szaleństwa, które kiedyś potrafiło mnie ogarnąć.

Pomyślałem, że oto doszedłem ze swoim umysłem do takiego porozumienia, w którym nic mnie już nie zaskoczy. Że spokój ducha będzie można utrzymać w nieskończoność.

Zabawne, prawda?

Szczególnie teraz, gdy wystarczy, że o nim pomyślę, natychmiast moje gruczoły wstrzykują dawkę przyjemnej chemii w moje żyły. Gdy serce z jakiś nieokreślonych powodów zaczyna być szybciej, gdy przez myśl przejdzie mi jego imię.

Teraz widzę, że mogłem mieć do zakochania dowolny stosunek - mogłem go nie znosić albo je uwielbiać. Ale to niczego nie zmieniło. Jak zakochałem się kiedyś, tak i dziś. Zakochania się nie robi - ono przychodzi samo. Możesz z nim walczyć bądź go pożądać - to nie ma znaczenia. Jak ma przyjść, to przyjdzie. A jak nie, to nie.

Kiedyś ktoś na tym blogu, gdy przeżywałem pewne rozterki i je tu opisałem, zwyzywał mnie od miękkich, naiwnych pizd. Człowiek ten miał mnie za cyborga, który kontroluje wszystko, co dzieje się w nim oraz otoczeniu. I przemycał ukradkiem swoją definicję zakochania - że jest ono objawem słabości, uległości. Że człowiek silny nie zakochuje się, umie się oprzeć temu uczuciu.

Jednak czy to prawda?

A może jest zupełnie na odwrót? Może nieustanne bronienie się przed zakochaniem i budowanie wokół siebie emocjonalnej, chłodnej twierdzy jest właśnie objawem strachu i słabości? Coś w tym jest, prawda? Gość gra kozaka, mówi, że jest twardy, ale to tylko maska, bo w środku jest wrażliwy i kochający - jak każdy z nas, gdy nie mamy historii. Aby się zakochać w kimś, trzeba mieć ogromną odwagę. Odwagę, by spojrzeć cierpieniu w oczy i powiedzieć sobie: dam radę.

Z zakochaniem, jak ze sraczką, nie ma polemiki. To jest jak reakcja fizjologiczna.

Nie zapobiegniesz temu, choćbyś uciekł na kraniec świata. Nie zrobisz uniku, nie pomoże Ci znajomość żadnej cudownej techniki. Kiedyś myślałem, że mogę to okiełznać. Ale to tak, jakbyś chciał okiełznać ocean. Po prostu trzeba płynąć na fali. Nawet, gdy trwa sztorm. A może szczególnie wtedy.

Lew Tołstoj mówił, że prawdziwie kochamy, gdy nie wiemy dlaczego. Coś w tym jest, bo nigdy chyba nie dojdę prawdy, dlaczego akurat on. Dlaczego akurat teraz. Dlaczego to się tak kończy. Serce ma swoje racje, których rozum nie zna - jak pisał Pascal.

Mój znajomy napisał mi wczoraj bardzo mądre słowa. "Kochaj, cierp, płacz... ale żyj." Gdzieś w głębi w magiczny sposób podniosło mnie to na duchu. Życie chcielibyśmy malować tylko tęczowymi, ciepłymi barwami, ale akurat teraz dostałem tylko mroczne farby. Rozwodniłem je swoimi łzami i teraz - tak sobie obiecałem - namaluję nimi coś pięknego.

Przecież nawet smutnymi brązami i chłodnymi szarościami można namalować głęboki, wspaniały i zachwycający obraz, prawda?

Walka nie ma sensu.

Nie ma sensu walczyć o niego, bo do zakochania nie da się nikogo przekonać. Nie ma sensu walczyć z sobą i swoimi myślami. Niech przejdą. Habituacja, a więc przyzwyczajanie się - cichy morderca związków - tutaj okazuje się błogosławieństwem.

Poczekam, mam czas. Fakt, że ten stan minie za jakiś czas, jest zarazem szczęśliwy i smutny. Szczęśliwy, bo wrócę do normy. Smutny, bo... wrócę do normy...

Mój umysł upojony chemią szepcze mi do ucha szaleństwa, że nigdy już nikogo takiego nie spotkam. Że on jest mi potrzebny, bym był szczęśliwy. Ta racjonalna część mnie podważa te myśli - oczywiście, że to bzdury. On nie jest mi potrzebny, żyłem bez niego tyle lat. I pewnie wcześnie czy później spotkam znów kogoś, na widok kogo moja reakcja będzie podobna. Tylko świadomość niedorzeczności tych podszeptów niczego nie zmienia. Ja to czuję całym sobą. Każda komórka mojego ciała jest zakochana i myśli o nim.

I co teraz?

Mam płakać nad sobą i swoim smutnym losem? Czy to coś zmieni? Czy mam sobie opowiadać smutne bajeczki, jaki to jestem naiwny i co ja sobie w ogóle wyobrażałem...? I robić z siebie ofiarę losu...?

A może mam ubrać maskę pseudosiły, jaki to ja jestem mocny i jaki to ze mnie Terminator, że mam go w dupie i niech spada na drzewo, skoro mnie nie chce...? Nie mam go w dupie i nie chcę, żeby gdziekolwiek spadał.

Takie maski nic już nie zmienią i byłaby to tylko manifestacja ego, które żyje swoimi historiami.

Gdy dziś o poranku obudziłem się, moje tożsamości wciąż spały. I nie było dialogów, była w głowie cisza. I to cudowne uczucie, które mnie wypełniało, było takie doskonałe...

Zrozumiałem, że zakochanie samo w sobie jest cudowne. To historie, którymi je oplatamy, zazwyczaj są smutne i stresujące.

Historie, że "jestem beznadziejny, naiwny", że "nikt mnie nie chce", "nie jestem wart miłości" i takie tam. Albo to udawane, sztuczne i nieprawdziwe "mam go w dupie". Hehe, jasssne. Sam rozumiesz, bo pewnie nieraz to przeżywałeś.

Zakochanie nie jest objawem słabości, samotności czy desperacji. Wiem czym na pewno nie jest. Ale czym kurwa jest? Nie mam pojęcia.

To wciąż wielka tajemnica Wszechświata.

Tak czy inaczej, jestem wdzięczny, że to się stało. Ileż pokory nabrałem, ileż czystego piękna mogłem się naoglądać - brak słów, by to opisać. Dziękuję.

"Kto już nie kocha i nie błądzi, to niech się da pogrzebać."
- Anonimowy

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

TOP 10 miesiąca