Męski Anal - jak przygotować się do seksu analnego w roli pasywnej

Skondensowany i praktyczny mini przewodnik dla początkujących, którzy chcą dawać dupy bezpiecznie, zdrowo i przyjemnie.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wybaczanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wybaczanie. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 14 maja 2012

Wpuść cierpienie do swojego życia

Powódź dobrych rad. Kopalnie życiowych poradników. To moda, która przyszła do nas z Zachodu, niemniej potrzeba sięgania po takie publikacje wynika z nas samych, z prostego faktu, że cierpimy i nie godzimy się na to. Setki technik, dziesiątki "prostych sposobów" na usunięcie żalu, smutku, bólu, cierpienia, wstydu, poczucia winy, strachu. "Rozwalacze depresji", "Destruktory lęku" itd.

A cierpienie i tak powraca.

I będzie powracać. Jak boomerang - im silniej, im dalej chcesz go wyrzucić, tym z większym impetem powróci. Oczekuj go.

W którymś momencie ten boomerang tak mocno uderzył mnie w głowę, że wiedziałem już, że nie wygram. Wszedłem na mroczną ścieżkę samooszukwiania się, skrywanej przed światem depresji, rozrywającej piersi rozpaczy, którą dobrze przypudrowałem przed innymi ludźmi.

W końcu nie było innego wyjścia, niż zatopić się w tym. Poddać się temu. Wpuścić do serca wszystkie trucizny, wszystkie zjadliwe toksyny krążące w krwiobiegu. Sam siebie podziwiam za tę odwagę.

Gdy schodzisz na dno piekieł, gdy cały świat wydaje się płonąć, zatapiać w czarnej, gęstej smole, z której nie można się wydostać, gdy cierpienie jest tak wielkie, że aż nie można oddychać - serce wciąż niestrudzenie bije. Zapada nieprzenikniona cisza. Przez moment to bicie serca jest jedyną oznaką życia, bo wszystko dookoła umiera.

I wtedy, w chwili największego cierpienia, gdy Twój umysł po prostu je zaakceptuje, gdy powie mu "tak", gdy zdobędzie się na odwagę, by uznać jego istnienie, uznać fakt, że się cierpi, że się leży na dnie hadesu przykrytym metrami mułu - wtedy to cierpienie łagodnieje, zaczyna płynąć, zmieniając się w pewnego rodzaju subtelną ulgę. Coś rusza, coś odżywa, coś otwiera oczy i patrzy na świat świeżym spojrzeniem.

To nowy Ty.

Ty zbudowany na bazie trudnych doświadczeń. Ty uczący się jak być lepszym człowiekiem. Ty rozumiejący bardziej to, czym jest życie, kim jest człowiek.

Zgnuśnienie to brak akceptacji. Zgnuśnienie jest czymś przeciwnym do akceptacji. Otwórz swoje serce na największe cierpienia i pozwól mu przepompować je dalej, zmienić w coś budującego. Wyjdziesz ze spirali, która ściągała Cię na dno.

Zrób w swoim życiu miejsce na cierpienie.

Ugość je, zaproś do swojego życia, do swojego serca. Zaparz mu kawę, podaj ciastko i porozmawiajcie. Niech wyjdzie z cienia. Niech ten ból, który nosimy pod skórą, te wszystkie lęki, smutki, wstyd, rozpacz czy wina - niech to wszystko wyjdzie na jaw. Niech zostanie oświetlone światłem świadomości. Nie walcz, nie oceniaj, bo stracisz energię. Chyba że chcesz - by przekonać się, że to nie ma sensu. Nie jesteśmy komputerami, nie da się wyłączyć pewnych rzeczy jednym pstryknięciem. Na zrozumienie pewnych rzeczy trzeba lat obserwacji. Trzeba cierpliwie powracać do pewnych kwestii, do pewnych tematów - z otwartym, spokojnym, szczerym sercem. Sercem, które gotowe jest na przyjęcie bólu. Na zmierzenie się z najczarniejszą, najokrutniejszą prawdą.

Miej odwagę! Stać Cię na to!

Nie chcesz spędzić całego życia na udawaniu, że wszystko jest okej - jeśli nie jest.

Sam mam rany, które liżę od lat. Których ból budzi mnie w nocy, które tak bolą, że czasem jedyne, czego chcę, to zasnąć i zapomnieć. Ale nie. To tak nie działa. Jak już nie wiadomo, co z cierpieniem zrobić, połóż rękę na sercu, weź kilka głębokich oddechów i pozwól swojemu sercu się tym zająć. Pozwól sobie PRZEŻYĆ cierpienie, zamiast ciągle nim żyć. Pozwól sobie na doświadczenie pełni traumy, zamiast ciągle z nią walczyć. Twoim zadaniem jest tylko i wyłącznie utrzymywanie świadomości, że jesteś tu i teraz. Regularnie oddychanie, trzymanie ręki gdzieś na stabilnym gruncie teraźniejszości.

A serce niech przetwarza.

Tylko ono wie, jak z wyjść z pętli cierpienia. Tylko serce podpowie Ci, co zrobić. Tylko w jego głębokiej mądrości odkryjesz spokój i ciszę, gdzieś tam w środku, w oku cyklonu, panuje cisza i harmonia. I wtedy wszystko dookoła może się walić, ale na Twojej twarzy znów rysuje się uśmiech.

A wtedy każdy kolejny krok w Twoim życiu wydaje się już lżejszy. Bardziej świadomy.

Pogódźmy się z faktem, że cierpienie jest naturalną częścią naszego życia. Że musimy je przeżywać do momentu, w którym już go nie przeżywamy. Paradoksalnie tylko nasza zgoda na wpuszczenie cierpienia do życia jest sposobem, by je zrozumieć, zaakceptować a następnie sobie z nim poradzić.

Z pozdrowieniami,
Dream

środa, 9 marca 2011

Strategie niewolniczego przywiązywania Go do siebie

Jeb, udało się, cudo. Oto i On. Leży obok Ciebie, czeka na Twoje pocałunki - piękny, ciepły, kochany, niewinnie chłopięco męski. Pół życia zżerał Cię strach, czy znajdziesz Tego Jedynego. A gdy Go masz - zaczyna Cię zżerać inny strach...

... że On mógłby odejść.

Że przecież nie wyobrażasz sobie życia bez niego, że Twoja linia czasu spleciona jest z jego słowami, zamiarami, planami, że rozdzielenie tych reprezentacji byłoby dla Ciebie koszmarem, przedarciem serca na pół. Więc zaczyna się cicha batalia o jego względy. W końcu trzeba coś zrobić, aby on nie odszedł. Szukasz recept, szukasz sposobów, aby uwarunkować jego umysł, aby go przywiązać do siebie. I odkrywasz, że są. Że nasze mózgi, choć rozwinięte najbardziej ze wszystkich, wciąż podlegają pewnym prawidłowościom.

Jak stworzyć tak silny związek, aby nie rozpadł się nawet w obliczy zdrad, kłamstw, oszustw i wszelkich możliwych nikczemności?

Oto przepisy proste i arcy-skuteczne. Ich odkrycie zajęło mi sporo czasu i wysiłku. A dziś podzielę się nimi z Tobą.

1. Stwórz dobrą matrycę otwarcia dla związku. Matryca otwarcia jest jak tytuł książki - przez jej pryzmat będziesz, chcąc, nie chcąc, filtrował treść całej publikacji. To tytuł zdeterminuje to, czego oczekujesz od książki, jakie informacje będziesz filtrował, jakie weźmiesz a jakie odrzucisz. Podobnie jest ze związkiem. Super-silne związki mają super-silne matryce otwarcia. Jakie? Oto pojawiają się historie o przeznaczeniu, które połączyło ich w odpowiednim momencie. Oto los, Bóg, wszechświat i wszelkie siły przyrody dążyły do tego, aby ONI się ze sobą spotkali. Ta magia otwiera cały rozdział. Bez niej związek nie byłby niczym specjalnym. Musisz wierzyć, że to Przeznaczenie.

2. Twórz silne asocjacje w okresie kokainowym. Och, te pierwsze miesiące są takie oszałamiające. On jest piękny, cudowny, kochany. Razem przeżywacie tyle wspaniałych chwil, uniesień, razem się śmiejecie i razem płaczecie. Twoim zadaniem jest tworzyć jak najwięcej pamiątek. Z głupiego wyjścia na zakupy masz robić przygodę życia, podczas której kupujesz porcelanowego aniołka z Chin za 4 złote, który ląduje na półce nad łóżkiem, aby po latach przypomnieć Wam o tym, jak to kiedyś było i ileż w tym neurochemicznej, uzależniającej magii się ćpało. Rób laurki, rób zdjęcia, kręć filmy, słuchaj piosenek. I PRZECHOWUJ to jak relikwie - w specjalnych szkatułach, w szafkach na specjalnych półkach.

3. Miej odpowiednią metaforę związku. Bez tego, ani rusz. Jeśli związek jest dla Ciebie jak wyjście na dyskotekę, jak przebłysk słońca w pochmurny dzień, jak niestrawność - to potrwa to chwilę i powiecie sobie na razie. Jeśli jednak każdy dzień jest jak cegła, której wspólnie używacie do budowania swojego związku-pałacu - to po X dniach, X miesiącach i X latach musisz zburzyć to jeśli chciałbyś nawet odejść - musisz zburzyć to wszystko, co wspólnie zbudowałeś. I będzie żal. X lat przepadnie, prawda? Czy to prawda? Na pewno? Niekoniecznie. Ale to nieważne. Ważna jest uzależniająca metafora, która połączy Wasze umysły. Dlatego też bierz kalendarz i licz, ile razem dni już jesteście. I podkreślaj, że każdy kolejny dzień Waszego związku to kolejna cegła - jakbyście dodawali coś nowego do tego, co już jest. Jak odejdziesz - wszystko, co budowałeś, rozsypie się, jak domek z kart. Bez tej metafory On mógłby potraktować Cię, jak epizod, jak nowe doświadczenie... i odejść!

4. Twórz otoczenie socjalne. To jest mocna rzecz! Miejcie razem jak najwięcej znajomych. Powiedz rodzinie. Integruj się. Spotykajcie się razem, wychodźcie razem, wyjeżdżajcie razem, jednocześnie ciągle deklarując publicznie, jak bardzo się kochacie i że będziecie ze sobą na wieki. Wymagaj od niego tych deklaracji przy innych - koniecznie! Niech zobowiązuje się jak diabli. A umysł, jako że jest tworem społecznym, ma gratis zainstalowaną chęć bycia konsekwentnym. A wszyscy dookoła przecież wiedzą, że lepiej, jeśli będziecie razem, to będzie lepiej, niż jeśli się rozejdziecie. I w razie przypału będą nalegać, będą miedzy Wami negocjować, będą Was nakłaniać, byście się pogodzili. Ekstra!

5. Zamieszkajcie razem. Uzależnijcie się od siebie nawzajem np. prowadząc wspólne finanse, opłacając rachunki. Musicie mieć świadomość, że jeden bez drugiego nie da sobie rady. Jeden musi wbijać gwoździe, drugi gotować. Jedne będzie naprawiał auto, drugi - pomagał pisać CV. Musicie się uzupełniać kompetencjami, abyście budowali wzajemnie przeświadczenie, że sami nie dacie sobie rady w życiu, że potrzebujecie drugiej osoby. Oczywiście łatwiej to wykonać, jeśli razem zamieszkacie. Stąd ta rada.

6. Wystawiajcie się śmiało na próby. Kasować profil na fellow? Co za głupota! Chodzi o to, by wystawiać się na próby, kryzysy, na ciągłe porażki. Najpierw małe, by się upewnić, że to tylko chwilowa niedogodność. Wystarczy kilka małych kryzysów, by otworzyć sobie ścieżkę do tych poważniejszych. Każdy jeden kryzys, który wspólnie przetrwacie, wzmocni Wasz związek. Oto On Cię okłamał, ale Ty mu wybaczasz. Więc teraz sam go okłamiesz i sprawdzisz, czy On też jest taki wspaniałomyślny i wybaczy Tobie. Potem trzeba przejść powoli do hardcoru. Jeśli będziecie się zdradzać, okłamywać, ruchać na boku, wyzywać, grozić sobie a potem znów do siebie wracać - TO JEST TO! Już nic Was nie rozłączy. Choćby jeden z Was chlał na umór, ćpał, dawał dupy za bułkę z masłem - PRAWDZIWA MIŁOŚĆ PRZETRWA WSZYSTKO. Prawda?

7. Twórzcie wspólną linię czasu wybiegającą mocno w przyszłość. Wspólne plany, wspólne marzenia, wspólne przyszłe eteryczne wizje będą w kurwę boleć, jeśli któreś z Was będzie chciało odejść. Odejście będzie się wiązało z posypaniem się wspólnych cudownych planów i marzeń, przekreśli je boleśnie. Pojawi się ogromny ŻAL, że "odszedłem, jestem sam, a będąc z nim mógłbym nadal realizować swoje marzenia". I bam! Macie się nawzajem.

***

A na końcu, gdy już całkowicie zniewolicie wzajemnie swoje umysły, odkryjecie, że serce - jeśli w ogóle w tym całym uzależnieniu ma ono jeszcze cokolwiek do powiedzenia - jest bezwarunkowe. Umysły da się oszukać, umysły da się zwieść, umysły da się zniewolić, zatruć myślami. Ale nie serce. Ono tam wciąż jest i bije - wolne od trylionów asocjacji wciąż tęskni na tym, co kocha najbardziej - za wolnością.

Słuchając serca podjąłem decyzję, z którą mój uzależniony setkami historii umysł nigdy by się nie zgodził. I jeśli mam być szczery - to boli i sprawia, że cierpię. Że nie śpię po nocach, płaczę i tęsknię. Ale to tylko mój uzależniony umysł... Wiara w chore historie. A serce jest pełne radości.

wtorek, 12 października 2010

Anihilacja myśli - kolejna genialna technologia zmiany

Drodzy Panowie, Drogie Panie. W dzisiejszym poście chciałbym Wam przedstawić kolejną, jakże genialną i skuteczną technologię zmiany i poszerzania świadomości. Technologię, która wyrosła na gruncie Pracy i która pozwala drążyć naszą nieświadomość jeszcze głębiej i jeszcze dokładniej ją badać.

Technologia zwana anihilacją myśli.

Anihilacja w fizyce to proces, w którym cząstka i antycząstka spotykają się, wzajemnie znoszą i zmieniają w energię promienistą. Podobnie jest z myślami. Gdy teza konfrontuje się z antytezą i znajdujesz dowody na potwierdzenie obu - wzajemnie się znoszą a dana kategoria logiczna, którą tworzą, znika. Anihiluje się. I zmienia w światło. Stąd umysł staje się jaśniejszy.

Procedura jest prosta i logiczna, będziesz zachwycony prostotą tej metody i efektami, jakie przynosi.

1. Weź na tapetę jakąś osobę, najlepiej swojego największego wroga - kogoś, kto Cię nie znosi, nienawidzi, życzy Ci wszystkiego najgorszego. Jeśli nie masz kogoś takiego, znajdź kogoś, kto Cię po prostu nie lubi z jakiegoś powodu, jest na Ciebie obrażony, sfoszony, nie odzywa się. Albo się Tobą brzydzi, unika Cię, uważa Cię za idiotę itd. Cokolwiek.

2. Wejdź w wyobraźni w jego pozycję, jego rolę, jego punkt patrzenia. Spójrz na siebie. Kogo widzisz? Oceń samego siebie. Jaki jesteś? Bądź bezpośredni, szczery i nie próbuj tego cenzurować. Spisz wszystko, co przyjdzie Ci do głowy. Szczególnie te rzeczy, które będą budzić w Tobie największe emocje.

3. Masz już piękną listę "obelg" pod swoim adresem. Teraz czas zacząć je anihilować. Napisz pierwszą z nich, niech to będzie np. "[X] jest nieudacznikiem" (gdzie X to Ty). Znajdź teraz minimum 3 przekonujące Cię dowody, że tak jest. To mają być dowody, które pochodzą z Twojego doświadczenia i które Cię przekonują o tym, że faktycznie tak jest. Po zakończeniu tego dochodzenia masz być serio przekonany, że prawdą jest, że jesteś np. nieudacznikiem lub inną "etykietką".

4. Teraz odwróć myśl o 180 stopni. "X jest nieudacznikiem" -> "X jest człowiekiem sukcesu" albo coś takiego. I znajdź teraz min. 3 dowody, że to odwrócenie faktycznie jest prawdziwe. Gdy zakończysz ten etap, masz być niemal pewien na 100%, że odwrócenie, jakie utworzyłeś, jest dla Ciebie prawdziwe.

5. Anihilacja. Kim jesteś? Czy jesteś nieudacznikiem? Czy człowiekiem sukcesu? Jednym i drugim, bo udowodniłeś sobie obie tezy. Połącz je w jedno. Połóż swój obraz nieudacznika na jednej ręce, na drugiej - obraz człowieka sukcesu. Sprasuj je. Scal w jedność.

Oto prawdziwszy Ty!

Pogratuluj sobie i działaj z kolejną myślą. Aż anihilujesz wszystkie kategorie i zyskasz najbardziej realistyczny obraz siebie, jaki możesz mieć na daną chwilę.

poniedziałek, 26 października 2009

Nie ma wybaczania, bo nie ma zranienia

Dziś uczynimy wspólnie kolejny krok w wychodzeniu poza modele neurologiczne. Mówiliśmy już o tym, że ludzie nie są sobie wierni i jednocześnie się nie zdradzają, gdyż oba te pojęcia to tylko kategorie umysłowe. Dziś odkrywamy kolejną mentalną przegródkę - zranienie i wybaczanie.

Jak wspomniałem wcześniej, prawo dualizmu mówi, że ilekroć powołujemy w swojej jaźni jakieś pojęcie, natychmiast tworzymy anty-pojęcie. Umysł jest logiczny a to prawo jest jak najbardziej logiczne. Pomyśl - abyś wiedział, czym jest dobro, musiałeś zaznać zła. Bez zła dobro nie istnieje i pewnie zaraz znajdzie się dziesięciu mądrych, którzy powiedzą "a nieprawda!". A kurwa prawda, bo to jest jak yin i yang - dwie energie, które definiują się wzajemnie.

Idźmy dalej.

Ludzie powołali instytucję "wybaczania", aby oczyszczać się z syfu, jaki mają w głowie. W sumie nikt tak naprawdę nie wie, co to kurwa jest to wybaczanie, na czym dokładnie polega i co więcej - nikt specjalnie nie ma ochoty, aby wybaczać innym swoje krzywdy. A przecież wszyscy powtarzają jak katarynki, że "trzeba wybaczać".

Nie trzeba! Ba, powiem więcej, to niemożliwe!

Dlaczego?

Powód jest prosty - w rzeczywistości nie ma czegoś takiego, jak zranienie. Nie wierzysz?

Przyjrzyj się np. Mietkowi. Mietek spotkał Adama i zakochał się w nim. Natychmiast postanowił usidlić Adama, obiecując sobie samemu, że Adam nigdy go nie zostawi (lol - pamiętaj, że możemy obiecywać tylko samemu sobie, nigdy komuś - to niemożliwe!). Adam - mówiąc delikatnie - nie odwzajemnił uczucia i zwiał prędzej, niż Mietek zdążył cokolwiek zrobić.

I czuł się zraniony.

Łapiesz strukturę owego "zranienia"?

Czy zatem zranienie istnieje? Nie! Jest tylko to, co ludzie robią w swoich głowach i jak się potem z tym czują, gdy rzeczywistość - jako że jest położona poziom logiczny wyżej, niż nasz umysł - odkrywa swoje karty i musimy się z tym godzić.

I teraz zabawny epizod: Mietek chciałby wybaczyć Adamowi, ale nie umie, bo czuje się zraniony. Prawda jest taka, że nikt nigdy Mietka nie zranił, więc Mietek nie ma komu wybaczać. To, co Mietek nazywa "zranieniem", jest informacją zwrotną z jego umysłu, która mówi mu, że uwierzył w coś, co nie ma nic wspólnego z rzeczywistością, mianowicie, że "Adam z nim będzie".

Kierując się sercem w relacjach międzyludzkich i nieustannie wywalając z głowy lipne historie, które sprzedaje nam umysł (za pomocą 4 pytań, które przedstawiałem w poprzednich postach dot. pracy z historiami) - nie możesz być zraniony w żaden sposób i nie musisz nikomu nic wybaczać.

Kiedyś sam obijałem się jak gówno od brzegu pomiędzy tymi ideami. Ciągle ktoś mnie ranił, rozczarowywał, zdradzał - a teraz, gdy zrozumiałem, że oni nigdy nic mi nie zrobili, lecz to ja sam zastawiłem na siebie mentalną pułapkę bezpodstawnych oczekiwań - nie musiałem im nawet wybaczać. Płaczem oczyściłem się mentalnie, podważyłem swoje myśli i okazało się, że zostałem z ogromną miłością, wyrozumiałością i akceptacją, która pozwoliła mi spojrzeć na wszystko z zupełnie innej strony.

Kocham ludzi, których spotkałem w swoim życiu. Dziękuję im za to, że byli tacy, jacy byli dokładnie wtedy, kiedy ich spotkałem.

Jestem wdzięczny mojemu byłemu facetowi, że mnie zostawił, gdy tak bardzo go potrzebowałem i tak bardzo go kochałem - gdyż tylko wydawało mi się, że go potrzebuję i nigdy nie odkryłbym tej iluzji, gdyby mnie nie zostawił w tamtej chwili.

Dziękuję mojemu kolejnemu facetowi, który pił, nie miał do mnie szacunku i olewał mnie totalnie - dzięki niemu nauczyłem się szacunku do samego siebie i odkryłem, co to znaczy kochać prawdziwego człowieka, który kryje się pod etykietami "pijak", "cham" itd.

Dziękuję mojemu następnemu facetowi za to, że podejrzewał mnie - zupełnie bezpodstawnie - że go zdradzam. Nauczyłem się, że prawda obroni się sama i nie muszę nikomu nic udowadniać. Dziękuję, że mnie "zdradził" 2 razy - nauczyłem się, że drugi człowiek, bez względu na to, co obiecał, nadal ma wolną wolę i może zmienić zdanie w każdej chwili. I nigdy nie będzie moją własnością.

Dziękuję kolejnym, których spotkałem na swojej drodze. Nauczyli mnie, że ich fochy i pretensje są wołaniem o pomoc, poszukiwaniem miłości i akceptacji. Bo uwierzyli w historie, że nie posiadają tych zasobów.

Tyle się nauczyłem, że aż rozpiera mnie energia, gdy pomyślę, ile jeszcze się nauczę!

Nie muszę nikomu nic wybaczać, bo nikt nigdy mnie tak naprawdę nie zranił. To ja zraniłem siebie - mając ogromne i kompletnie bezpodstawne oczekiwania, oszukując się, że mam potrzeby w związku, że nie ma wystarczająco dużo miłości w moim życiu. To bajdy. Teraz już wiem. Otworzyłem oczy.

"Zranienie" polega tylko na tym, że uwierzyliśmy w myśl, która jest niezgodna z rzeczywistością. Jeśli zweryfikujemy swoje myśli, podważymy je, zwątpimy w nie - nagle okaże się, że wszystko jest w porządku. I już nie ma wrogów, nie ma komu wybaczać. Ani też czego.

I wtedy otwieramy serce, zalewając innych ciepłem, empatią, akceptacją i miłością. I to jest piękne!

TOP 10 miesiąca