SZYBKIE INFO:

HOT NEWS!

Obczajcie HomoFascynacje - nowe, gorące opowiadanie zawitało na ich łamy :)

środa, 12 sierpnia 2009

Najczęstszy i największy konflikt w związkach gejowskich

Związki gejowskie uchodzą - w opinii samych Gejów zresztą - za nietrwałe. Mówi się, że 1 rok związku gejowskiego to 7 lat "po heteryckiemu". Statystyki mówią, że ok. połowa z nas żyje w stałym związku. W porównaniu z heterycką większością to dość mało, nie sądzisz?

Co jest przyczyną tego stanu rzeczy?

Aby odpowiedzieć na to pytanie, będę musiał zgłębić się w temat dość kontrowesrysjny (po raz kolejny), ale - jak już pewnie to zauważyłeś - dla mnie nie jest to problemem :) Na wstępie zaznaczę od razu, że możesz się ze mną nie zgodzić w pewnych kwestiach - niemniej zatrzymaj je w głowie i poczyń własne obserwacje. Wtedy też być może pod stwierdzeniami, z którymi się początkowo nie zgadzałeś, zauważysz drugie dno i kilka rzeczy, które naprawdę warto zrobić.

Powróćmy do pytania: co jest przyczyną tego, że związki gejowskie wydają się takie nietrwałe?

Odpowiedź jest następująca: jest to konsewkencja przejęcia heteryckiego modelu związku i próby zaadaptowania go w kontekście relacji gej-gej.

Związek hetero jest subtelnym, nieraz niełatwym balansem między energią żeńską i męską, które się uzupełniają. W przypadku Gejów jest podobnie (my, Geje, równiez mamy różne wewnętrzne balanse energii męskiej i żeńskiej), jest jednak spora różnica biologiczna między ludźmi hetero i homo. Jaka?

Ich podniecają antomiczne różnice, nas - podobieństwa.

Facet hetero, patrząc w lustro, widzi po prostu faceta. Gej, widząc swe odbicie, widzi kogoś, kto potencjalnie jest dla niego samego atrakcyjny pod względem seksualnym. Następuje seksualne sprzężenie zwrotne. Oto ja, Gej, mogę podniecić sie swoim własnym ciałem. To uczucie, które niedostępne jest heterykom.

To różnica, która czyni różnicę.

Będąc tak odmiennymi pod tym względem od heteryckiej większości, staje się jasne i oczywiste, że próby zaadoptowania modelu związku ze świata heteryckiego mogą po prostu nie wypalić.

Rozgryźmy to na drobne kawałki.

Wielu Gejów ma w sobie dwie, pozostające często w niełatwym przymierzu części.

Pierwsza to część biologiczna. Kieruje się instynktami i hormonalnymi impulsami. To ona odpowiada za wzwód, orgazm, wytrysk, całą przyjemność z tym związaną. To ona każe Ci poczuć coś niezwykłego, gdy widzisz nagiego, pięknie zbudowanego faceta, który patrzy na Ciebie pożądliwym wzrokiem. Ta część jest wzrokowo-kinestetyczna. Oznacza to, że obiera informacje drogą wzroku (widzisz atrakcyjnego faceta) i reaguje kinestetycznie (czujesz podniecienie). Jej celem jest danie Ci przyjemności fizycznej. Ta część uważa, że po to właśnie żyjesz - by sprawiać sobie przyjemność zmysłową! (nazywa się to hedonizmem).

Druga to część społeczna. Wdrukowali nam ją głównie nasi hetero-rodzice, jak również TV, filmy i wszelkie objawy kultury masowej. Część ta mówi Ci: "Masz być wierny, uprawiać seks tylko z jedną osobą, jej masz się oddać całkowicie, nie wolno Ci myśleć o innych facetach etc." Ta część jest głównie słuchowa, co w praktyce oznacza, że produkuje Ci dialog wewnętrzny. Czy przyjemny czy też nieprzyjemny - zależy od tego, KTO Ci go wdrukował. Jeśli miałeś matkę, która robiła awantury Twojemu tacie, że ogląda się za innymi, to właśnie jej głosem będzie przemawiała Twoja część społeczna. To, czy jesteś zgodny z tym głosem, czy spolaryzowany względem niego, to inna bajka. Część społeczna zawstydza, ochładza, tamuje. Ma w tym cel i wierz mi - nie głupi - chce Cię uchoronić przed 1) opinią kurwy, 2) chorobami wenerycznymi, 3) dać Ci życiową stabilność, poczucie pewności i bezpieczeństwa - co daje stały związek z kimś.

I tu, Drodzy Panowie, zaczyna się jazda między tymi dwoma sprzecznościami. Przejrzałem swoje związki, bacznie obserwowałem cudze. I wiem jedno - zawsze, gdy zaspokoisz jedną część, druga zacznie dawać o sobie znak.

Zauważ - są Geje, którzy bardziej utożsamiają się z częścią biologiczną (zapraszam na czaterię), są też tacy, którzy utożsamiają się bardziej z częścią społeczną. Który wybór jest lepszy? ŻADEN. Póki te dwie części nie potrafią się dogadać ze sobą - każdy jeden wybór będzie porażką. Bo gdy go dokonasz, strona przeciwna da Ci popalić.

Gdy ruchasz się na potęgę, może Ci brakować bliskości, poczucia stabilności życiowej, bezpieczeństwa.

Gdy jesteś w kimś w stałym związku - może Ci brakować przygód, zdobywania, energii seksu w najczystszej postaci.

Uważam, że to zbyt ważna sprawa, by ją ignorować. Tak, jak nie chcesz na łożu śmierci mieć uczucia, że całe życie ruchałeś i nigdy nie kochałeś, tak samo możesz nie chcieć mieć uczucia, że całe życie kochałeś, ale nigdy nie ruchałeś.

Oczywiście, że w Twojej obecnej perspektywy taki konflikt może wydawać Ci się nieprawodpodobny. Jeśli jesteś ruchaczem sportowcem i siedzisz na necie, by "łowić dupy", poczekaj, aż się do kogoś emocjonalnie przywiążesz, a ta osoba odejdzie. A gdy jesteś bardziej połączony z częścią społeczną - zakochaj się w kimś, kto nie będzie chciał się z Tobą ruchać za żadne skarby.

Efekt murowany.

Jakie masz wyjścia?

Są 3 wyjścia z tego konfliktu. Sam zadecydujesz, z którym na chwilę obecną wyborem będziesz czuł się najlepiej.

1. Utożsamić się z częścią biologiczną, a część społeczną wywalić.

Korzystasz ze swojej cielesności i seksualności w 100%. Zero zobowiązań, liczy się proces potęgowania przyjemności seksualnej. To potrafi być nieprawodopodobnie przyjemne, gdy widzisz przed sobą pięknie wyrzeźbione ciało i słyszysz jego jęki, czując, jak coraz większa przyjemność kumuluje się w Twojej czakrze seksu, by wybuchnąć, tak błogo kurcząc się i rozkurczając. Ludzie, dlaczego nie? Tak działamy, tak jesteśmy skonstruowani. Wyjebując część społeczną, pozbawiasz się poczucia wstydu i winy. Po chuj Ci one? Potrafisz się rozebrać przed kimś, kogo znasz 10 minut, i robić z nim takie rzeczy, jakie widziałeś na najlepszych pornolach - bez żadnego skrępowania, czysto hedonistycznie, narkotycznie, w transie. Masz wtedy dziką satysfakcję, że oto Ty, megaatrakcyjny samiec, zdobyłeś świeże ciacho i go obracasz - bez oporu, bez wstydu. Jest w tym tyle męskiej energii, że aż brak słów. Zdobywasz trofeum. Masz w głowie film, w którym potrafisz przekonać atrakcyjnego faceta do seksu podczas picia kawy. Wiesz, jak to buduje koncepcję Twojej atrakcyjności? Wiesz, jak to dmucha Twoje ego? Ile wypływa z tego gęstej, samczej dumy? Masz przygody, masz dreszcz adrenaliny, masz niebezpieczeństwo, które sprawia, że czujesz, że żyjesz.

Czyżby więc ta pierwsza opcja była aż taka atrakcyjna i pozbawiona wad? Niekoniecznie! Sam dobrze wiesz - nawet, jeśli nie z autopsji - że tego typu przygody kończą się w momencie wytrysku. Że na koniec pozostaje wam tylko dopicie kawy i chłodne pożegnanie, by wrócić potem do pustego mieszkania. Że idąc tą drogą będziesz musiał się zmierzyć z perfidną myślą, że tak naprawdę dla nikogo nic specjalnego nie znaczyłeś i nie znaczysz.

2. Utożsamić się z częścią społeczną, a wywalić część seksualną.

Scenariusz rodem z romantycznej komedii. Oto on cnotliwie czeka na księcia z bajki. Nigdy nic z nikim, no może jako nastolatek pod prysznicem z kolegą, ale tak generalnie to oszczędza się dla kogoś wyjątkowego. Potem działa efekt oczekiwania - zjawia się ktoś, z kogo robi on kogoś wyjątkowego. Są zakochani, pieprzą się, jak dwa króliki, świata poza sobą nie widzą. Love story, które każdy zna choćby z telewizji. Tworzą się fantastyczne uczucia i emocje - przywiązanie, oddanie, troska, wdzięczność, radość, spokój, pewność. Dwa gołąbki siedzące w swoim małym, przytulnym gniazdku, które nawzajem się iskają. Jedno dba o drugiego, robi mu masaże pleców, razem się kąpią, śpią, gotują, robią zakupy. Wspierają się nazwajem, będąc sobie wdzięczni za to, że są (epickie "Dziękuję, że jesteś"). I jest tu sporo miejsca na kizianie, mazianie, buziaczki, pierdzenie pod wspólną kołdrą, opiekuńczość i wiele, wiele więcej.

Czy zatem ten sceariusz nie jest w ogóle pozbawiony wad? Niestety - życie to nie bajka i nie da się tutaj postawić jakże eleganckiego "I żyli długo i szczęśliwie" na koniec. Dlaczego? Bo bajka się kończy, a życie trwa dalej. Pewnego dnia płomień seksu się wypala. Jesteście do siebie przywiązani, oczywiście, choć do waszych głów wkradają się niepostrzeżenie myśli o innych facetach. I ich chujach, o ich mięśniach. I o tych wszystkich podbojach seksualnych, do których nigdy nie dojdzie - bo przecież jesteście już razem aż do śmierci, prawda? On się Tobą już tak nie interesuje, jak kiedyś. Nie mówi Ci już z zachwytem: "Boże, on jest taki duży. Jak on się we mnie zmieści?". Energia seksualna opada. Seks, kiedyś tak pożądany, teraz jest banałem. Swojego partnera masz na wyciągięcie chuja - no chyba, że akurat boli go dziś głowa... Chociaż... czy to ostatnio nie dzieje się zbyt często? - zadajesz sobie pytanie... I pada w końcu mistrzowskie: "A może to ze mną jest coś nie tak?". I zaczyna się wyścig zbrojeń. Siłownie, kosmetyki, prężenie muskułów - aby desperacko dostać potwierdzenie od partnera: "Tak, nadal jesteś atrakcyjny - pomimo upływu czasu..." Mała reanimacja za pomocą pornola - tak, oni tam się nieźle bawią. Widzisz te wszystkie majestatyczne wytryski w zwilnionym tępie. Słyszysz te głębokie westchnięcia. Widzsz tych nagich facetów, którzy naprawdę czują, że są atrakcyjni... A wy? ... A Ty? Czy nadal jesteś atakcyjny? Jakie masz na to dowody...? On dziś znów obejrzał się za innym na ulicy. A Ty czujesz, że Twoje akcje spadają. Z zazdrością patrzysz na nowego współlokatora. Tak cudownie wyciska hantle. On też na Ciebie patrzy. Twój partner - na was obu. I wszyscy myślą o tym samym... ale nic z tego. Musicie być sobie wierni aż do śmierci, więc wszelkie brudne myśli należy wyrzucić z siebie. To jest przecież złoooooooo... Może coś byś chciał, ale jesteś związany...

Zanim przejdziemy do jakże kontrowersyjnej i nie mieszczącej się jeszcze w głowie koncepcji nr 3 - porównajmy oba pomysły, które dotychczas omówiliśmy. Każdy z nich zawiera coś, czego nie ma ten drugi.

Opcja nr 1 - seksualna

Zalety:
- wolność, swoboda,
- mnóstwo przyjemności,
- poczcie, że jest się bardzo atrakcyjnym,
- dreszczyk adrenaliny, przygody, zdobywanie,

Wady:
- samotność,
- poczucie, że dla nikogo nic się nie znaczy,
- pustka życiowa,
- niepewność,

Opcja nr 2 - społeczna (romantyczna)

Zalety:
- zakochanie,
- poczucie bycia kimś wyjątkowym dla kogoś,
- bezpieczeństwo, stabilizacja życiowa,
- opieka, troska ze strony partnera,

Wady:
- nuda,
- wypalenie,
- poczucie, że jest się nieatrakcyjnym,
- uczucie bycia, zamkniętym w klatce, związanym... cóż za wymowna dwuznaczność!

Jakież więc operacje można wykonać na swoich energiach, aby spotęgować korzyści i wyeliminować wady...?

3. Naucz się oddzielać seks od miłości.

Czy uprawianie z kimś seksu oznacza, że się tego kogoś kocha? Czy kochanie kogoś oznacza, że od razu uprawia się z nim seks? Nie, ponieważ energia seksualna i energia serca (czyli miłości również) to dwie różne sprawy.

Energia seksualna chce zdobywać, przeżywać przygody, potwierdzać swoją atrakcyjność. Jest egoistyczna, zmienna i krótkotrwała. Może się nagle pojawić i nagle - wiadomo w jakim momencie - przemija. Potrafi być burzliwa i intensywna. Odpowiada nie tylko za seks, ale też za np. zdobywanie nowych gażetów, bawienie się nimi, jak zabawakami, a następnie porzucaniem ich (po tym poznasz osobę seksualną - ciągle poluje na nowe komórki, auta, ciuchy etc. - musi zdobywać trofea)

Energia serca jest stała i niezmienna. Trwa cały czas. Nie można nie kochać - moża to tylko robić na wiele różnych sposobów. Energia serca przywiązuje do kogoś, pozwala Ci być wdzięcznym drugiej osobie za to, że jest. Jest bardzo altruistyczna, choć to tylko pogląd umysłu na tę sprawę (nie ma altruizumu ani egoizmu dla serca, bo wszystko jest Jednością - dawanie i branie to to samo, bo zawsze dajesz i dostajesz jednocześnie). Mówi się, że niektórzy są bardzo serdeczni - to oznacza, że mają otwartą czakrę serca.

Do stworzenia cudownego związku pełnego najlepszych uczuć, nie potrzebuejsz w ogóle energii seksualnej - wystarczy energia serca. Tak się tworzą przyjaźnie, tak się ludzie do siebie przywiązują i tęsknią za sobą. A energia seksualna - w przypadku mężczyzn - idzie z jąder, nie z serca. Stąd też możemy się z kimś ruchać i nie czuć do tej osoby żadnych specjalnych uczuć.

Dwa świat. Ruchać bez serca. Kochać bez jaj.

Jednak w trakcie swojego życia nieźle namotaliśmy. Jedna energia pomieszała nam sie z drugą - na wiele róznych sposobów, w różnych proporcjach. Mówimy, że nie umiemy się pieprzyć z kimś, do kogo nic nie czujemy. A co, jeśli czujesz do kogoś pociąg fizyczny? Też nie umiesz? To przecież COŚ, jakieś uczucie, co nie?

Aby zobrazować Ci opcję nr 3 i zrobić to w naprawdę bezpieczny sposób, posłużę się hisotorią Adama i Krzyśka. Poznali się jak wszyscy - przez internet. Scenariusz potoczył się tak, jak to opisałem w opcji nr 2. Zakochanie, przywiązanie, opad energii seksualnej, frustracja, pustka. Wtedy, w krytycznym momencie, wprowadził się do ich mieszkania przystojny współlokator - Michał. Oboje patrzyli na niego z błyskiem w oku. Miał fantastyczną klatę, na którą obaj zerkali - niby przypadkiem - gdy wpadał bez koszulki do kuchni nalać sobie mleka.

To zrodziło w Adamie i Krzyśku ogromną frsutrację i zazdrość. Zdali sobie sprawę bowiem, że mimo, iż nadal się kochają, to nie czują już względem siebie takie pożądania, jakie czuli w tamtej chwili do Michała.

Pewnej nocy Adam nie wytrzymał i przyznał się Krzyśkowi, jak wygląda sprawa. Że widział przez przypadek Michała, jak wychodził spod prysznica, i że obraz jego wielgachnego penisa wyrył mu się na siatkówce. Że nic z tym nie poradzi, rozkłada ręce. Zapewniał: "Nadal kocham Cię całym sercem... (sercem!), choć na myśl o Michale krew odpływa mi od mózgu". Tłumaczył Krzyśkowi, że to wcale nie oznacza, że jest on dla niego nieatrakcyjny... że nadal w jakiś sposób go pociąga...

99,99% osób, które usłyszałoby coś takiego od swoich życiowych partnerów, załamałoby się.

Co zrobił Krzysiek?

Uśmiechnął się tylko. Powiedział: "Zrób to". Te dwa słowa były prosto z serca. Szczere i prawdziwe. Wtedy zrozumiałem w pełni, że tylko osoba, która naprawdę kocha, mogłaby pozowlić swojemu partnerowi przelecieć kogoś innego. Że jak? Że tak - że prymitywny, plemienny koncept "mój partner to moja własność" przeszedł w ich związku do lamusa. Że oto jesteś wolnym człowiekiem. Że nie muszę Cię trzymać na siłę, bo i tak jesteśmy nierozweralnie związani ze sobą - na wieki wieków - sercem. Że szczęście partnera jest moim szczęściem - nawet, jeśli to oznacza, że przeleci kogoś innego.

Adam nie mógł uwierzyć. Spodziewał się, że dostanie ochrzan, że Krzysiek odejdzie, trzaśnie drzwiami i był na to gotowy. A tu... po prostu "Zrób to".

- Co?
- Prześpij się z nim...
- Nie będziesz zazdrosny...?
- Będę. I będę też z Ciebie dumny... - odparł Krzysiek.

Zapadła cisza. Prawie godzinę Adam siedział w osłupieniu. Panował spokój. W końcu Adam powiedział:

- Nie zrobię tego...

A po chwili dodał:

- Zrobimy to razem!

I ta, jakże społecznie niedopuszczalna myśl, stała się dla nich wybawieniem. Zrozumieli, że seks to nie miłość, że miłość to nie seks. Że bez względu na to, w kim jest teraz Twój chuj, o wiele ważniejsze jest to, przy kim jest teraz Twoje serce.

Zalała ich nieprawdopdobna satysfakcja, że te poplątane energie udało się tak elegancko rozgraniczyć.

Zanim to zrobili, najpierw uzgodnili szczegóły - co dokładnie zamierzają zrobić z Michałem, gdy go dorwą w swoje ręce. Wiedzieli już, że cokolwiek, co na oboje się zgodzą, jest ok. Planowali to tak, jak z miłością zakochani planują wspólne mieszkanie czy wakacje. I wiesz, co było najciekawsze? Zgodzili się, że mogą zrobić Michałowi loda, że on może zrobić loda im, że mogą pozwolić sobie na anal, pociąg itd. Oczywiście wszystko bezpiecznie, w gumie. Ale nie jedno - nie chcieli się z nim całować. "To było by najgorsze, jak największa zdrada" - stwierdzili. Chcieli się całować tylko ze sobą.

Zrobili to.

Nie wiem, jak dokładnie przekonali Michała do tego, ale za to spytałem, co działo się w ich głowach, gdy to robili. Krzysiek, tak, jak mówił, z dumą podziwiał, jak Adam rżnął przystojnego Michała. Nie sądził, że jego chłopak jest w stanie zdobyć takie ciacho. Czerpał z jego radości, wiedział, że ma bardzo atrakcyjnego chłopaka. Dopingował im! Czuł się tak, jakby wiedział, że wszyscy jesteśmy Jednością na którymś poziome i czyiś orgazm jest moim, a mój orgazm jest orgazmem każdego Geja na świecie. Z kolei Adam, po miesiącach wątpliwości, poczuł ponownie, że jest atrakcyjny. Bez względu na to, w jakich konfiguracjach to robili, kto w kogo wchodził i jak - to, co było problemem, stało się roziązaniem. Adam z Krzyśkiem pocałowali się po tym seksie tak namiętnie, jak podobno nie czynili już od miesięcy. A co z Michałem? Po jakimś czasie znudzili się nim - bo taka jest nautra energii seksualnej. Przychodzi i znika po wyładowaniu. A miłość, która płynie z serca, trwa na zawsze. Dlatego ich związek przetrwał.

***

Społeczeństwo dyktuje nam normy. W którymś momencie uznajemy je za własne. Gdy je łamiemy, czujemy wstyd i mamy poczucie winy. Niektórzy z nas mówią tak, jakby te normy były prawdziwe. A nie są. To zbiorowe halucynacje. Są tylko niepisaną umową. Umową, która w pewnych sytuacjach zapewnia nam bezpieczeństwo, a w innych - ogranicza nas. Umową, która niekoniecznie musi mieć mądre warunki. Kto powiedział, że całe społeczeństwa się nie mylą? Mylą! 99% Niemców popierało Hitlera. Być może również popieranie np. absolutnej monogamii jest równie ślepą uliczą w ewolucji?

Są kultury, gdzie faceci mają haremy pełne żon. To u nich normalne. Facet na którymś poziomie swojego biologicznego istnienia (na poziomie jaj) czuje potrzebę potwierdzania swojej atrakcyjności seksualnej - ciągle zdobywając kogoś nowego. Na poziomie serca czuje jednak chęć stworzenia bliskiej relacji.

Jak to wszystko pogodzić ze sobą, jeśli społeczeństwo dyktuje nam sztywne normy? ... że możemy uprawiać seks tylko z osobą, którą kochamy? A co, jeśli obie nasze, jakże ważne, energie - seksualna i serca - zaczną dyktować swoje warunki?

Przeraża mnie perspektywa bycia zaliczaczem. Ruchania bez serca obcych ludzi, by zostać tylko narzędziem do masturbacji w ich rękach. By miarą mojego życia byli tylko faceci, których przeleciałem. Czułbym się jak w sklepie mięsnym.

Przeraża mnie też celibat do końca życia, będąc zamkniętym w złotej klatce zwanej "szczęśliwym związkiem". Partner, który obsesyjnie żąda ode mnie bycia wiernym, bo jego umysł - przepełniony lękami - stawia mi ograniczenia i przeszkadza poczuć swojemu sercu zaufanie. Partner, który nic z siebie nie daje, bo myśli, że nie ma konkurencji. Przeraża mnie, że będąc z kimś, kto mnie kocha, poczuję pociąg do kogoś innego i to wszyscy zniszczy - bo takie warunki stawiamy naszym relacjom.

Prawdziwa miłość nie stawia warunków.

Serce tego nie potrafi. Serce ufa, akceptuje wszystko, co jest - bezwarunkowo.

Tylko umysł, który się boi, stawia warunki. Bo myśli, że seks z kimś innym może rozjebać coś, co jest absolutnie niezniszczalne - związek dwóch serc.

Ja już nie mam wątpliwości. Mogą się rozstać tylko umysły, które stawiają sobie wzajemnie warunki. Serca nie mogą się rozstać nigdy.

Umysł (i społeczeństwo, które go zaprogramowało) nie wie wszystkiego. Prócz niego mamy też serca i jaja. I każda z tych cześci domaga sie swojego. Każda z nich wie coś, czego nie wie pozostała. Jesteśmy naprawdę złożoną kolonią komórek, konglomeratem nieraz sprzecznych pragnień - dlatego wymagamy nieraz nietypowych rozwiązań. Stawianie sobie ograniczeń, które wynika tylko z obaw podsycachych głupimi filmami tworzonymi w głowie, nie jest dla mnie sposbem na odnalezienie spełnienia. Za to dawanie Wolności - sobie i innym - tak.

Wierzę, że właśnie tak można rozpoznać prawdziwą miłość. Że każdy robi to, na co ma ochotę, a i tak wszystko jest ok.

Wierzę też w to, że możemy osiągnąć pełną satysfakcję na każdym poziomie. Że możemy mieć absolutnie cudowny seks, kochać się a umysł może tam podpowiadać, jak to wszystko zorganizować, osiągać i podtrzymywać. Cokolwiek to znaczy.

Gejowskie związki są nietrwałe, bo stawiamy sobie warunki, zamiast akceptować przepływ naszych energii. Walcząc z energiami, tamujemy je. Z rwącej, czystej rzeki, zmieniamy się w zgniły, zapadły staw porośnięty rabarbarem. Pozwól przepłynąć temu, co niesie życie, zamiast usilnie próbować to zatrzymać to, co najlepsze, lub tamować nadpływające kłopoty - bo z nimi zostaniesz.

To się nazywa flow. Korzystaj.

31 komentarzy:

  1. Twoje artykuly sa coraz ciekawsze!! a dzis dales mi naprawde do myslenia , od jakiegos czasu wlasnie ta sprawa o ktorej pisales siedziala mi w glowie czekajac na jakies logiczne rozwiazanie. artykul rzucil nowe swiatło na 'ruchanie bez serca i kochanie bez jaj' pozdrawiam sunset

    OdpowiedzUsuń
  2. przerażasz mnie...

    OdpowiedzUsuń
  3. Przerażasz się sam - swoimi instalacjami społecznymi, które mówią, że "pewnych rzeczy nie powinno się/ nie wolno robić".

    Pamiętaj, że opisane tu przypadki nie muszą być reprezentatywne. Każdy związek jest innym organizmem kierującym się odmiennymi logikami. Niemniej opcję, którą dałeś sobie tym postem, warto zachować w pamięci - bo w przyszłości może uratować Twój związek.

    OdpowiedzUsuń
  4. W tym przyrównaniu do haremu rzeczywiście coś jest. Ponoć jedna z żon (ta najważniejsza) jest tą "miłością życia", a reszta to tylko za przeproszeniem "panie do kopulacji" :P
    Lolek

    OdpowiedzUsuń
  5. Odkąd przeczytałem ten artykuł, nie mogę przestać o nim myśleć.
    I nie dlatego, że się z nim nie zgadzam,
    a dla tego, że chyba chciałbym się z nim nie zgodzić, ale nie mogę.
    Nie mam prawie żadnego doświadczenia, jeśli chodzi o związki gejowskie, ale sporo się nauczyłem obserwując heteryków.
    Do tej pory wyznawałem zasadę "Nic nie odświeża miłości tak, jak tęsknota", a oziębłość w związku chciałem leczyć małą separacją. Teraz widzę, że w związkach hetero pewnie terapia odniosła by sukces, jednak związki homo żyjące w swoistej szarej strefie, nie skrępowane religijnymi rytuałami, przysięgami i olewające "co ludzie powiedzą" pewnie by się na tej separacji zakończyły.
    Problem w tym, że wizja seksualnie samowystarczalnego związku jest tak idealna w swojej prostocie, że ciężko powiedzieć sobie że to utopia i przylepić swojemu ogierowi "ogólnie dostępny" na plecach.
    Zadając sobie pytanie "jak bym się zachował, gdyby mój facet powiedział mi, że marzy o innym?" pierwsze co mi przyszło do głowy to "chyba wolałbym żeby to przede mną ukrywał". Co by to dało? Wizja związku opartego na zaufaniu legła by w gruzach, podczas seksu parter wyobrażał by sobie pieprzonego pana X na moim miejscu, a ogólnie pewnie czuł by się jak w złotej klatce z której najchętniej by się wyrwał na 5 minut, popieścił pana X i wrócił.
    Zadając sobie pytanie "Czego ja bym oczekiwał od partnera, gdybym mu powiedział, że marzę o seksie z innym facetem?" Pierwsze co mi przyszło do głowy, to że partner zmienia wygląd i upodabnia się do faceta z moich marzeń :D W sumie mało realne.
    Później przyszło mi do głowy, że daje mi wolną rękę i pozwala mi zabawić się z panem X. Mimo to przykro byłoby zostawiać swojego faceta za plecami i iść flirtować z panem X.
    Wspólne polowanie na pana X wydaje się być dobrym rozwiązaniem. Ale czy najlepszym? Będę jeszcze musiał nad tym pomyśleć.
    Opcja 3 z artykułu wydaje się być czymś w rodzaju filozoficznego złotego środka, ale czy na pewno nim jest?
    Zanim stwierdzę, że to najlepsza droga, czeka mnie trochę kontemplacji.
    Tak czy inaczej, dzięki za otwarcie oczu na problem.

    OdpowiedzUsuń
  6. Piotrze. Wiesz o co kaman? O to, że się boisz. Wyzbądź się lęków i wszystko stanie się prostsze. Znajdź post o koherencji i ćwicz.

    OdpowiedzUsuń
  7. Czego konkretnie według ciebie się boję?
    Chodzi o strach przed tym, że mój facet posmakuje pana X i mnie dla niego zostawi?
    Wiem, że się tego boję, ale to naturalna reakcja w sytuacji kiedy dobrowolnie oddaję go w cudze łapy.
    Rozumiem, że według Ciebie nie należy się przejmować tym co było, albo może być, bo liczy się czas teraźniejszy.
    Strach przed tym co może się zdarzyć, ma za zadanie przygotować mnie na najgorsze, i w sumie bywa przydatny.
    Koherencję rozumiem jako wejście w stan dziecięcej beztroski, i chyba nie mam z tym problemu. Nie poddaję się jej w 100% bo mogłoby to spowodować zbytnie olewanie ważnych spraw.

    OdpowiedzUsuń
  8. Cały trik polega na tym, że nie musisz się bać, bo Twój facet, jeśli chce, to i tak pójdzie z innym do łóżka. A jeśli nie chce - to nie pójdzie - nawet jak mu na to pozwolisz!

    OdpowiedzUsuń
  9. Artykuł i wnioski z niego płynące wydają się być dosyć spójne i logiczne. Ale... Przywołałeś historię, w której opcja "trójkąt" wypaliła. Z kolei moje obserwacje i doświadczenia przedstawiają mniej optymistyczne. Moja filozofia trójkątów jest taka: trójkąty OK, ale tylko jako gwiazda gość. Będąc singlem... singlem pod wpływem alkoholu, zdarzyło mi się pójść do łóżka z parą. Następnego dnia przeraziło mnie to, że nie miałem żadnych wyrzutów sumienia. Wprost przeciwnie, poczułem się nieschematyczny. Nie każdy może się pochwalić "trójkątem". Moje ego też zostało napompowane. Napalonych było na mnie równocześnie dwóch samców. I z tej perspektywy jest wszystko OK. Ja jestem zadowolony, miało to miejsce rok temu. Było fajnie, ale nie powtórzyłem tego i nie mam zamiaru. To było na zasadzie - spróbowania czegoś nowego, ale nie zatracenia się w tym.
    Jednakże związek tej pary od tego czasu rozpada się. Mój kolega z kolei był w siedmioletnim związku. Pod koniec tego związku razem z partnerem postanowili dopuścić do łóżka osobę trzecią. Kilka razy zdało to egzamin, ale nie na dłuższą metę. Rozstali się i oboje zarzekli się, że nigdy więcej trójkątów.
    Z kolei mam przyjaciół, którzy są ze sobą 12 lat, a każdy kto na nich spogląda i widzi jakie czułości wobec siebie stosują, myśli, że są ze sobą od niedawna.
    Także wydaje mi się, że ciężko z poczynionych obserwacji wyciągać jakieś daleko idące wnioski. Można dostrzec pewne tendencje, jednakże nie można uogólniać.

    OdpowiedzUsuń
  10. He Anonimowy,

    Mój post miał za zadanie przetrzeć szlaki neuronowe, z których albo skorzystasz albo nie.

    Związki nie rozpadają się z powodu trójkątów - a jeśli ktoś tak twierdzi, to przesuwa odpowiedzialność poza siebie. Związki rozpadają się z powodu lipnych historii, które mają w głowach partnerzy (np. historii pt. "z powodu trójkąta mój związek się rozpadnie"). Nigdy nie było inaczej i nigdy nie będzie.

    OdpowiedzUsuń
  11. W takim razie, na przekór, kładę tezę, że moment, w którym związki decydują się na trójkąt, jest zwiastunem ich kresu.
    Seks w związku jest bardzo ważny, pozwala rozładować napięcie i konflikty związane z partnerem. Jeśli kogoś kochamy, ale nasze pożądanie seksualne względem drugiej osoby się wypaliło, to w jaki sposób mam rozładować te konflikty? Konflikt, rodzi kolejny konflikt, a jego eskalacja doprowadza w końcu do rozpadu związku.

    Podoba mi się, że podążasz w poprzek odgórnie narzuconego nam systemu aksjonormatywnego, ale wydaje mi się, że Twoje niektóre teorie są niedopracowane.

    Pozdrawiam serdecznie, BlackSwan

    OdpowiedzUsuń
  12. "moment, w którym związki decydują się na trójkąt, jest zwiastunem ich kresu."

    Czy to prawda? Czy możemy być tego pewni?

    To związki o czymś decydują, czy ludzie, którzy się ze sobą wiążą?

    Czy trójkąt musi być objawem degeneracji w związku? Czy może być potraktowany jak forma rozrywki albo urozmaicenia życia seksualnego?

    RAMY to klucz! Czyli to, jak "oprawimy" mentalnie obrazek w głowie przedstawiający mnie i mojego partnera nago w łóżku z innym facetem. Jak zatytułować ten obraz? Kurwienie się? A może rozładowanie napięcia? A może zaspokojenie ciekawości?

    Każda z tych mentalnych etykiet tworzy różne emocje i różne stosunki do zjawiska. Pomyśl o tym.

    Konflikt rodzi konflikt? Popracuj nad swoimi historiami, bo to musi być bardzo stresujące wierzyć w takie cuś.

    I jeśli filtrujesz moje - jak to nazwałeś - teorie pod względem niedopracowań, to poszukaj lepszych filtrów. Np. bierz to, co uznasz za dobre w Twoim świecie. To praktyczne.

    OdpowiedzUsuń
  13. Piszesz, że normy kulturowe narzucają nam sposób myślenia, który może być wbrew naszej naturze i działać na naszą szkodę. A Twoje myślenie miałoby być alternatywą? Skoro prezentujesz apodyktyczną postawę? Sama idea podążania drogą w poprzek konwenansów jest pociągająca pod warunkiem, że nie wpadniemy w schemat i nie stracimy dystansu do nas samych... a nade wszystko nie będziemy zamknięci na krytykę.

    OdpowiedzUsuń
  14. Słonko Ty moje :) To, co było apodyktyczne, to - uwaga - ton głosu wewnętrznego w Twojej głowie, którym przeczytałeś sobie mój komentarz. To idzie z serca i jeśli chcesz zrozumieć tak serio serio - przeczytaj to, co napisałem, serdecznym tonem. To ważne, bo póki co odbijasz się w lustrze i nawet nie wiesz, że to, co powyżej napisałeś, jest radą od Ciebie dla samego Ciebie.

    Baw się.

    OdpowiedzUsuń
  15. Myślę, że źle mnie czytasz ;) Gdybyś mnie czytał od samego początku ze zrozumieniem i dystansem do siebie, zrozumiałbyś, że podoba mi się to, co piszesz, a moje zastrzeżenia miały być punktem wyjścia do konstruktywnej wymiany zdań. Jakby głębiej przeanalizować nasze wypowiedzi, są one dwoma monologami ;)

    OdpowiedzUsuń
  16. Nie pisałem, że trójkąty o czymkolwiek decydują, tylko coś zwiastują... ;)

    OdpowiedzUsuń
  17. Ach, więc DreamWalker czytał od początku bez zrozumienia i bez dystansu do siebie :) hehe

    Projekcja to zjawisko, które każdy odwala w głowie i nikt nie jest tego świadomy. <- to zdanie zresztą też jest projekcją, jednak prawdziwą :) Pamiętaj zatem, że ja i moje wypowiedzi są dla Ciebie niczym więcej niż tym, czym myślisz, że są. A są wszystkim i niczym - to trudne do pojęcia, jeśli za wszelką cenę chce się być logicznym:)

    Każda moja wypowiedź jest okazją dla Ciebie do poznania innej perspektywy. I vice versa. Po prostu korzystajmy.

    Ja nie chcę mieć racji, to racja chce mieć mnie:) Jeśli uważasz, że trójkąty cokolwiek zwiastują - masz rację. Co zwiastują? Ja tego nie wiem na pewno. Myślę jednak, że opieranie się na własnych obserwacjach jest ograniczające - bo obserwacje mogą pokazać to, co jest. A nie mogą tego, czego nie ma. Więc nie pokażą nam, co jeszcze możemy zrobić. Nie pokażą nam nowych perspektyw a jedynie potwierdzą to, co uważamy za prawdę.

    Nawet jeśli okazałoby się, że 100% związków zawaliło się po zrobieniu trójkąta, to oznacza tylko i wyłącznie to, że 100% związków zawaliło się po zrobieniu trójkąta. To jednak nie mówi nam, czy tak samo będzie w przyszłości.

    Wierzę w ludzką adaptację. Wierzę w naszą wyobraźnię i moc tworzenia bardziej, niż w nasze lipne historie.

    OdpowiedzUsuń
  18. Jeśli chodzi o projekcję... W Twojej głowie wyświetlił się obraz czytelników jako tych, od których jesteś bardziej "kumaty". Których chcesz wprowadzić w tajniki psychologii, psychologii społecznej, socjologii... Szkoda, że wchodząc w rolę mentora nie wziąłeś pod uwagę, tudzież Twój projektor nie wziął pod uwagę, że na tego bloga mogą zajrzeć osoby, które też się tymi dyscyplinami parają ;)

    Myślę, że lepiej się czyta Twoje artykuły, aniżeli wchodzi w konwersację ;) Toteż będę tu zaglądał, ale bez zaznaczania swojej obecności ;)

    Życzę wielu ciekawych tematów "artykułów" i wytrwałości ;)

    I nie myśl, że jestem wrogo nastawiony, lubię projekcję Ciebie ;)

    OdpowiedzUsuń
  19. Gdyby się parały psychologią, to by wiedziały, że ten blog z psychologią (w sensie akademicką) ma niewiele wspólnego. Choć oczywiście dotyczy ludzkiej psychiki.

    Moje posty są raczej do wzięcia niż do polemiki.

    Wiem, że mnie lubisz :) I vice versa :)

    OdpowiedzUsuń
  20. wrrr... nie chodziło mi o posty, chociaż może źle to ubrałem w słowa... kontekst zahaczał o to jak w komentarzu tłumaczyłeś mi, czym jest projekcja i usiłowałeś uzmysłowić mi, że wiesz lepiej, co myślę ;> ale nieważne, pora wstać z łóżka wziąć prysznic i poczytać teksty bardziej naukowe, ale dzisiaj niestety mniej interesujace ;) miłej reszty dnia ;)

    OdpowiedzUsuń
  21. Przeczytałem wiele artykułów na tym blogu. Z większością rzeczy w nich zawartych nie sposób się nie zgodzić. Wiele informacji tu podanych wydaje się być naprawdę przydatne, ale po lekturze niektórych z nich a w szczególności komentarzy autora w odpowiedzi na opinie innych czytelników, doradzałbym autorowi bloga więcej samokrytyki i skromności. Znaczna część odpowiedzi autora na komentarze czytelników sprowadza się do usilnego przekonania i udowodnienia czytelnikom, że autor tez przedstawionych w artykułach ma ZAWSZE rację. Blog odkryłem niedawno. Zanim postanowiłem cokolwiek skomentować, postanowiłem przeczytać znaczną część artykułów. Potem jednak stwierdziłem, że jakakolwiek polemika nie ma sensu. Autor ma Z GÓRY wyrobione opinie na poszczególne kwestie i pomimo zapewnień, że przedstawione w tym blogu informacje mają poszerzyć horyzonty i otworzyć innym oczy na pewne sprawy, wydaje się, że najlepiej było patrzeć na wszystko oczami autora. Nie wspominam już o sprzecznościach prezentowanych w różnych artykułach. Raz dana postawa wobec partnera jest krytykowana, innym razem podawana jest jako złoty środek na idealny związek. Co do zgody na trójkąt. Daj dziecku palec... Ciesz się tym co masz i doceń to. Dużo można by jeszcze pisać, ale myślę, że na razie nie ma to sensu. Może po dokończeniu lektury pozostałych postów.

    OdpowiedzUsuń
  22. First of all - dziękuję za komentarz.

    Po drugie - nikt nie ma racji. Czy nie dostrzegasz, że tzw. "racja" to halucynacja a nie fizycznie istniejący obiekt?

    Polemika ma sens pod jednym warunkiem - że ZADAJESZ PYTANIA. Wiesz, że nie doczytałem się ani jednego w Twojej wypowiedzi?

    Zgadza się - mam z góry wyrobione opinie na poszczególne kwestie. Jak każdy. Ty masz wyrobione zdanie z góry, że ja mam wyrobione z góry. Myślisz, że zawsze? I co z tym fantem zrobisz?

    Sprzeczności, które dostrzegasz, to efekt tego, że zmieniam zdanie. Na tym polega rozwój, ewolucja.

    Czy nie lepiej byłoby, gdybyś - czytają mojego bloga - znajdował spójność i to, co może Ci się przydać, niż szukał tego, co wg Ciebie jest zjebane? Czy nie myślisz, że więcej byś skorzystał?

    Czy zauważyłeś, że burzysz sobie krew w żyłach nie treścią bloga, ale jego formą...?

    OdpowiedzUsuń
  23. Hehe... Zgoda buduje :)
    Albo, bardziej filozficznie: szklanka raczej do polowy pelna, niz pusta ;)

    A wiec jestes na Fellow...?

    OdpowiedzUsuń
  24. Interesujący punkt widzenia. Jednak wciąż nie wyczerpany, ponieważ nie uwzględniłeś łączenia pragnień samych w sobie. Np. Mój facet pragnie pieprzyć się z kimś innym - chcę jego szczęścia(energia serca), a jednocześnie ja mam ochotę się z nim pieprzyć. Dochodzi do wewnętrznego konfliktu samych pragnień i szczęścia. On pragnie pieprzyć się teraz z kimś innym, a ja pragnę go teraz(sam na sam), bo nie mam ochoty robić to z 3 osobą(akurat teraz).

    Poza tym uważam, że podczas uprawiania seksu z partnerem ("sercowym") łączą się pragnienia - zerżnięcia go/bycia przerżniętym - i samego serca, które wzmacnia emocjonalność całej sytuacji. (Zaznaczam słowo wzmacnia). Naturalnie jego pragnienie bywa silniejsze i zgodzimy się, aby poszedł z kimś innym. Jednak pozostajemy w podwójnej pustce - seksualnej i sercowej. Czy zatem to nie on powinien się poświęcić i odrzucić JEDNO pragnienie dla dwóch naszych? Takie konflikty są bardzo trudne do rozwiązania, często się komplikują i tworzą się tzw. "łańcuchy" emocjonalne, czyli potęgowanie się naszych pragnień i potrzeb. Innymi słowy, 3 wyjście jest ciekawym wyjściem, jednak wciąż nie pozostaje bez wad.

    Świetny artykuł.

    OdpowiedzUsuń
  25. Super, fajnie, że napisałeś.

    Po pierwsze - musimy sobie uświadomić, że wiele tzw. "potrzeb" albo "pragnień" jest czysto iluzorycznych i nieprawdziwych w związkach. Moje doświadczenie mówi mi, że to nie jest prawda, że do szczęścia potrzebny jest nam wierny partner. Nie jest prawdą, że w ogóle potrzebny jest nam partner. Nie jest też prawdą, że do szczęścia potrzebne jest nam pieprzenie kogoś innego, niż nasz partner.

    Dlatego proponuję kwestionować swoje tzw. potrzeby albo pragnienia. Zastanowić się, czemu mają one służyć i sprawdzić, czy faktycznie potrzebujemy tego, co nam się wydaje, że potrzebujemy. Każda bowiem potrzeba lub pragnienie tworzy na którymś poziomie stres i napięcie, które będą rozładowane dopiero w momencie realizacji owej potrzeby lub pragnienia. Szczęście nie polega na zaspokajaniu swoich potrzeb, ale na ich kwestionowaniu tak, by z czasem odchodziły w niepamięć. Wtedy nie ma miejsca na konflikty, bo wszystko zajmuje miłość. Nie możesz odczuć żadnej pustki, jeśli zakwestionujesz swoje pragnienia i się ich wyzbędziesz. Serio - 99% rzeczy nie jest nam w ogóle potrzebnych. Tak mi mówi moje doświadczenie. Po prostu nauczyliśmy się mieć takie potrzeby. I możemy się tego oduczyć.

    Ten artykuł pisałem już dawno i wiele się zmieniło w moim podejściu do tych spraw.

    OdpowiedzUsuń
  26. Trafiłem na Twój blog przez przypadek jakiś czas temu. Czytając ten artykuł(który to mnie zaintrygował do tego stopnia, ze zostawiam komentarz) jeszcze nie dotarłszy do nr 3 całkowicie się zgadzając przyszpiliłem sobie łatkę z nr 2. Gdy "nadgryzłem" opcję nr 3 rzeczywiście przyjąłem sceptyczną postawę, jednakże w miarę dalszego poznawania artykułu zaczynałem coraz intensywniej rozmyślać i doszedłem do wniosku, iż rzeczywiście coś w tym tkwi. Niestety jeszcze nie jestem w stanie jednoznacznie określić mojego stanowiska w stosunku do pogodzenia tych dwu, niejako sprzecznych popędów(serca i seksualnego), aczkolwiek otworzyłeś mi umysł na tę problematykę za co serdecznie Ci dziękuję. Na pewno nie omieszkam szczerze porozmawiać na ten temat z partnerem i rozważyć opcj 3. którą mi zaproponował już jakiś czas temu, jednak odmówiłem, choć teraz patrzę na to z nieco innej perspektywy :)

    OdpowiedzUsuń
  27. Jeśli wydaje się wam że wyżej opisane zachowania i potrzeby dotyczą tylko związków gejowskich to jesteście w mega błędzie.
    Ja znam obie formy związków. Żyłam szczęśliwie w związku homo i żyję szczęśliwie w związku hetero ( chociaż nie do końca tak bym go nazwała )
    I myślę sobie że to cholerne pójście na łatwiznę " kocham cię ale rucham sobie na boku bez zobowiązań "
    Każdy kto choć trochę zna się na psychologii wie że seksualność człowieka niezależnie od płci jest ściśle powiązana z jego psychiką czyli emocjonalnością. I wybaczcie ale w rozwiązaniu trzecim to po prostu męskie lenistwo bierze górę nad czynieniem wysiłków by związek nie spowszedniał i by w imię czegoś ważniejszego po prostu nie odmówić sobie ruchanka na boku.
    Co wy sobie myślicie ? Że my kobiety po 10 latach małżeństwa nie czujemy jak nam się robi mokro bo o to własnie kolega męża zdjął koszulkę przenosząc regał ?
    Tym gorzej jeśli jest się bi jak ja. Bo nie ma takiej opcji na świecie że facet choć by się go nie wiem jak kochało wypełnił potrzebę odczuć fizycznych związanych z kobietą.
    To jest po prostu wybór. I za każdym razem kiedy oblizuję się smakiem oglądając za 20 letnią dupeczką w letniej sukieneczce która więcej odkrywa niż zakrywa mówię po prostu " wybieram ciebie "
    Więc przestańcie usprawiedliwiać swoje lenistwo wymyślnymi teoriami a zacznijcie tak pracować w tandemie żeby wasza piekarnia dawała wam takie pieczywo jakiego wam trzeba a nie napieprzacie po mieście za byle bagietką.
    Iza

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rzadko się tu wypowiada kobieta, ale jak już się wypowie, to konkretnie :) Pomijam tonalność komentarza, starając się skoncentrować na jego treści - i dziękuję za poradę. Zdaje się, że możemy z niej wszyscy skorzystać. A posądzenia o lenistwo... cóż, pominę, bo nie ogarniam :)

      Usuń
  28. Wolnością od lęku jest zdolność do połączenia energii seksualnej z miłością, jest to trudniejsze, ale i cenniejsze niż redukcjonizm człowieka do składowych jego natury. Myślę, że chwila przyjemności z tym trzecim jest iluzją głaszczącą niezaspokojone ego i prostą formą ucieczki, jak pisał Fromm: ucieczką od wolności. Pozdrawiam DreamWalkera'a i dzięki za bardzo fajny blog:)

    OdpowiedzUsuń

Umieszczanie komentarza oznacza akceptację Regulaminu (w menu na górze). Musisz liczyć się z tym, że - jeśli Twój komentarz nie spełni jego warunków - nie pojawi się na tej stronie.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

TOP 10 miesiąca