SZYBKIE INFO:

HOT NEWS!

Obczajcie HomoFascynacje - nowe, gorące opowiadanie zawitało na ich łamy :)

niedziela, 18 sierpnia 2013

My, dzieci sieci - o bytach mnożących się w internetach

Urodziłem się w połowie lat 80-tych. Dostałem wszystko na tacy: książki, zeszyty, konsolę do gier, potem komputer, komórkę itd. Dlatego nie wiem, co to ciężka praca i nie wiem, że trzeba się namęczyć, żeby coś osiągnąć. Zrobiłem byle jakie studia, teraz powinienem spijać śmietankę, brać kasę i gówno robić do końca życia. Nie zależy mi na najnowszych gadżetach, na dotykowych telefonach, tabletach - bo to wszystko już mam. Teraz chcę się wyróżnić. Chcę być inny. Mieć dupę w innym kształcie. A! - i jestem leniwy. Żyję "na garnuszku rodziców", nie cenę autorytetów, a dogmat, że wszyscy są równi, realizuję poprzez fakt, że do wszystkich walę "per Ty". Taki obraz socjologów rysuje się z ich najnowszych raportów. Czy to prawda? Czy taki jestem?



Ziarno zepsucia nieco we mnie wykwitło. Podlewane najnowszymi gadżetami, dobrobytem, luksusem komputerów, wyrosłem być może na pasożyta, który uważa, że wszystko mu się należy..? Może stało się tak przez moją nieuleczalną chorobę, która niemal codziennie daje o osobie znak i może być tłamszona tylko tabletkami, po których mam sucho w ryju. A może moja choroba jest tylko usprawiedliwieniem dla mojego lenistwa? Chęci ucieczki od świata, odizolowania się grubym kożuchem obojętności od tego ciemnego motłochu tam na zewnątrz? Może kocham zatapiać się w cyfrowy sen niekończących się seriali, dennych amerykańskich filmów, lejących się potokami bezsensownych rozmów na facebooku, z których nigdy nic nie wyniknie? Może to mój narkotyk, dzięki któremu uciekam od brutalnej, nieprzewidywalnej rzeczywistości, niestabilnej, zhierarchizowanej, pełnej chóru pokrzykiwań, ponagleń, rozkazów?

Tak sobie myślę, że moje ziarno zepsucia było we mnie już w podstawówce, gdzie już wtedy jako tryb nie pasowałem do tej całej maszynerii dziwactwa, nachylających się nade mną pseudoautorytetów, które dyktowały mi do zeszytu, co mam lubić, czego nie lubić, co jest dobre a co złe.

A dziś mam przed sobą setki poplątanych dróg, miliardy możliwości a ogrom wyborów paraliżuje. Ktoś mi kiedyś mówił, że moje życie ma być idealne - a jak nie będzie, to będzie piekłem. Żyjąc z tym toksycznym przekonaniem, zakładałem kolejne maski doskonałości. Hiperprofesjonalisty, który na wszystko zna odpowiedź, na wszystko ma radę, ale w środku jakby sypie się od wstrząsów własnych dylematów, obserwując osuwanie się własnej wiary w siebie i patrząc, jak okruchy skrupulatnie budowanej, idealnej osobowości sypią się w mrok. To wszystko było tylko zmutowaniem wyrosłym na gruncie nieprawdziwych przekonań. A dziś patrzę w lustro i widzę gościa, który człapie dzień po dniu donikąd i po drodze, razem z drobnymi, nieznaczącymi szpargałami, zgubił też sens swoich starań.

Jestem tylko leniem, rozpuszczonym bachorem, który powinien się cieszyć, z tego, co ma, a tymczasem zapada się sam w sobie. A w raporcie socjologicznym ujrzałem swoje zgnuśniałe odbicie, swój cień, który szedł za mną całe moje życie. Do czego to zmierza? Nikt, kto ma olej w głowie, nie śmie nawet próbować formułować odpowiedzi. Tylko głupkom wydaje się, że wiedzą, dokąd zmierzają, dokąd zaprowadzi ich niewidzialna ręka ich własnej neurologii połączona z kaprysami przeznaczenia. Oto ideologia internetu, gdzie ludzie są tylko awatarkami, węzłami przepływu informacji, pęcznieje od swojego ciężaru gigabajtów i wychodzi na ulice, atakuje urzędy, korporacje, firmy. Wszystko zamazuje się, mętnieje, a potem pieni się burzliwie, jak gówno w zatkanym sedesie. Pokolenia trą się jak niepasujące do siebie tryby, ale maszyna została skonstruowana na starych zasadach. Albo mnie zgniecie, albo to mój pierdolec rozwali ją od środka. Tak czy inaczej - będzie rewolucja. Śruby wypadną, mechanizmy zmielą się same w sobie a ich własna energia je zniszczy.

Chcę świata bardziej równego i widzę, że tylko sieć daje namiastkę tej równości. Tutaj mogę nasrać zarówno na sąsiada, jak i na papieża - bo wszyscy, bez względu na stan konta i "status", są dla mnie tylko ikonką, zdjęciem, wpisem na wall'u. Chcę zatopić się w morzu ludzi o podobnym myśleniu, chcę być tylko informacją, symbolem, na który ludzie reagują w wyuczoną pożądliwością. Chcę mieć tysiąc cyfrowych twarzy - ażeby każda z moich osobowości mogła się zrealizować. Ta konserwatywna, co chce pić wino przy kominku w zimowy wieczór. Oraz ta wyuzdana, która chce zagrać w gejowskim pornolu. W sieci każde moje zboczenie może mieć osobny profil. Osobną historię, własne słownictwo i wszechświat, który kreuje bez żadnego skrępowania, odseparowany od ocen, od wpływów innych ludzi, którzy nie rozumieją - gromadząc wokół siebie cyfrowe byty o podobnych schematach. To daje mi siłę i poczucie, że "jest nas wielu" - że oto mam rację, skoro stoi za mną, za moim zdaniem, z którym się uosabiam i które poczytuję jako swoje życiowe motto, tysiące, jeśli nie miliony "lajków", "sherów" i kurwa całego tego cyfrowego, wyimaginowanego badziewia. A potem mam paranoiczne myśli, czy ten zlepek cyfrowych strzępków światopoglądu nie został spreparowany na moje własne podobieństwo w jakimś centralnym, bliżej nieokreślonym miejscu na Ziemi - ażebym klikał i klikał wciąż na nowo, bo za tym stoją reklamy, kasa i firmy, które nie chcą niczego innego, niż tego, bym ślęczał przed kompem i czytał ich reklamy, rozpoznawał ich logotypy i rozumiał ich dwojące się i trojące przekazy. Może nie mamy tego samego internetu, tylko swój własny, prywatny internet, którzy przytakuje nam, potwierdza nasze dziwactwa i wynaturzenia, tworząc bąbel iluzji, że oto ktoś jest z nami, ktoś sądzi tak, jak my. I sieć niby nas łączy, a jednak separuje od siebie, bo każdy z nas chce żyć we własnym wygodnym kosmosie obrazów, dźwięków i tekstów.

A w tym wszystkim zatapiamy się w morzu własnego lenistwa. Oblepia nas ono jak pajęczyna utkana z nici naszych małych grzechów i zaniedbań. Wydaje nam się, że jednym kliknięciem uratujemy psa, drugim nakarmimy głodne dziecko. Trzecim zakochamy się, a czwartym zakończymy związek. Związek? Taki jak te sto poprzednich, mnożących się, płytkich, krótkich, pospiesznie zawiązanych, przypadkowych, łapczywych, skoncentrowanych na sobie, obsługiwanych przez serwery poczty przychodzącej i wychodzącej, przez satelity i anteny, aplikacje, ikony i interfejsy. Zero zapachu, zero smaku, tylko klikanie, przesyłanie i mnożenie gigabajtów bzdur, fotek z imprez, filmików z akcji - które mają świadczyć o tym, jakie to nasze życie jest bogate, wyrafinowane, pełne wielodniowych przygód, które przeżywamy najpierw w wyobraźni,  a potem na wall'u, na instagramie, fejsbuku, fellow czy innym cyfrowym śmietniku. A potem za jakiś czas na Słońcu coś wybuchnie i fala magnetyczna zmyje wszystko - nasze wspomnienia, plany, harmonogramy, przemyślenia, kontakty z ludźmi. Zmyje nasze tożsamości, wypłucze nas jak woda kostkę toaletową. A my z przyzwyczajenia będziemy dalej wlepiać wzrok z puste ekrany, modląc się, żeby znów "wrócił internet", irytując się na routery, serwery DNS i niepoprawne procesy autoryzacji. Nie będziemy wiedzieć, że już nie istniejemy.

Oto czym się staliśmy - pęczkami kwitnących informacji, generatorami własnych wrażeń, które nieszczęśliwie uwięzione w cielesnej powłoce, wciąż zirytowane są własną kapryśną fizjologią, ciągłym tym sraniem i jedzeniem, seksami i wzdęciami. Ekosystem stworzony przez poprzednie pokolenie starych dziadów jest dla nas złowrogi, pełny fizycznych aktów poświęceń, nabożności, z jaką podchodzi się do władzy, do szefa, do wszystkiego. Widzimy żałosność tego świata i dlatego chcemy matrixa, w którym wszystko będzie zaprogramowane według naszych potrzeb i kaprysów. Chcemy świata nieprawdziwego, ale za to w pełni plastycznego, gotowego do kształtowania się zgodnie z naszymi ciągle zmieniającymi się maskami, poglądami, ocenami.

Czy dla tego świata jest jakaś przyszłość?

2 komentarze:

  1. Łał... najzwyczajniej w świecie przekopywałem sobie Internet w celu znalezienia w całym tym bagnie czegoś interesującego... i o to proszę co znalazłem. W pierwszej chwili pomyślałem sobie, że to musi być cholerne przeznaczenie, ale teraz myślę, że "kto to tam wie". Może w "moim internecie" mi Cię wykreowano i podrzucono, abym nie czuł się taki osamotniony :D

    Zadziwiająco dużo prawdy w tym co napisałeś. Fajne jest to, że jesteś tego wszystkiego tak świadomy. Samego mnie zadziwia moja żałosna naiwność, ale myślę, że ten świat ma przed sobą dobrą przyszłość. Mimo, że na razie na to się nie zanosi :P
    Coś mi się wydaję, że zacznę tu zaglądać.
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  2. nie no to już jest mocno przesadzone, okej jest internet i cały ten syf, ale sa tez te promienie słońca, wpracy jak fajnie idzie, jak jest wspólne śniadanie z facetem po nocnych seksach... bez przesady z tym syfem. I tak w sumie jak świat światem to za wiele się chyba nie zmieniło w tej kwestii od zarania dziejów, jest tylko inna forma.

    OdpowiedzUsuń

Umieszczanie komentarza oznacza akceptację Regulaminu (w menu na górze). Musisz liczyć się z tym, że - jeśli Twój komentarz nie spełni jego warunków - nie pojawi się na tej stronie.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

TOP 10 miesiąca