SZYBKIE INFO:

[24.04.2017] Kochani, miałem przerwę od bloga i od maili, komentarzy. Ech - czas leci jak szalony. Postaram się odpisać na tyle maili, ile zdołam :) Póki co - pozdrawiam!

[12.03.17] Dziś temat przyjemny - o seksie na własną rękę :)

UWAGA: Zaczęła się wielka zbiórka pieniędzy na organizację największej w historii Parady Równości - zachęcam gorąco do dokonywania wpłat: Zobacz szczegóły. Wspólnie powalczmy o lepszą przyszłość dla nas wszystkich.

piątek, 28 października 2016

DreamWalker Story [11]: Ból życia


Doba piąta. Z treści wymiocin wywróżyłem, że wchłonęła się mniej więcej połowa opiatów przeciwbólowych. Z trudem łapiąc ostrość wzroku, spojrzałem na zegarek - była 4:40 rano. Miałem jakieś 1,5-2 godziny, żeby się ogarnąć.

Spokojnie ubrałem się, spakowałem, uporządkowałem rzeczy i położyłem do łóżka. Wyciągnąłem komórkę:

- Pogotowie? To za moment wróci. Ktoś musi mnie stąd zabrać.
- Znów? - zapytał znajomy głos ratownika.
- Znów.


Zaczęło się w piątek o 5:00 rano.

Obudziłem się ze sztyletem z brzuchu. Z wyjątkiem tego, że nie było sztyletu ani rany. Coś w środku bolało tak, że nie mogłem się ruszyć. I odchodziłem od zmysłów.

Gdy przyjechało pogotowie - pamiętam tylko smak wymiocin w ustach, sufit w przedpokoju i rozmazane, pochylające się nade mną pomarańczowe sylwetki ratowników i lekarza. I ten ból - przekraczający intensywnością wszystko to, co znałem do tej pory.

Nie wiem, co mi wstrzyknęli - ale zaczęło działać. Poczułem, że mija.

- Kamica nerkowa - oświadczył lekarz na pogotowiu. - Musi pan pić więcej wody, tutaj dam panu leki przeciwbólowe, ale proszę uważać. Jedna tabletka na 6 godzin, rozumie pan. To bardzo silny lek, opiaty.

***

Wróciło ok. 15:00.

Tabletka pomogła. Oprócz ulgi w bólu - poczułem się błogość, lekkość. Opiaty.

Kolejną tabletkę musiałem połknąć koło 21:00.


W sobotę zaczęło się piekło.

O ile w piątek to były ataki - w sobotę ból trwał już ciągle. To był jeden, długi atak. Jedyne, co mogłem, to łykać kolejne tabletki przeciwbólowe i rozkurczowe.

W niedzielę czułem już, że moja wątroba nie daje rady. Pojawiły się nudności. Rzygałem. Apetyt zniknął. Trawienie ustało.

W poniedziałek dopełzłem do mojej lekarki - skierowanie do szpitala. I kolejna dawka leków. Pomyślałem - dam sobie jeszcze jedną dobę. Może to wyjdzie. Kiedyś musi. Tak powiedzieli.

Kamol schodzi moczowodem. W którymś momencie go wysikam i wszystko minie jak zły sen.

I tak dotrwałem do wtorku. Gdy zaczęła się piąta doba bólu - poddałem się. W kałuży własnych wymiocin, upodlony własną fizjologią, skręcony, drżący i przeszyty cierpieniem do szpiku kości - wmusiłem w siebie kolejną dawkę leków.

40 minut walczyłem z wymiotami - połykając je znów, żeby tabletka zdołała się rozpuścić i pójść dalej.


Nie wytrzymałem w końcu.

Ale część się wchłonęła, co dało mi jakieś 1,5-2 godziny na spakowanie się, ubranie i zawiadomienie pogotowia.

Przyjęcie na oddział trwa kilka godzin. Kolejki babć, dziadków i mozolna administracja szpitalna spowalniały przyjmowanie kolejnych pacjentów aż do niemożliwości.

Ja nie miałem tyle czasu.

Gdy odzyskali moją przytomność na pogotowiu - pokazałem im skierowanie do szpitala.

Od razu zaproponowano operację nerki - trzeba to wyjąć. Termin - środa rano.

Podłączony do kabli i rurek - dochodziłem do siebie. Byłem już pogodzony z tym, że mnie potną. Że spędzę tutaj jeszcze minimum parę dni - albo dłużej. Gdyby wystąpiły komplikacje, nawet 2 miesiące - oznajmiało pismo, które musiałem podpisać przed operacją.


I nagle w nocy z wtorku na środę stał się cud.

Bóle ustąpiły. Kuło mnie w pęcherzu. Będę to wysikiwał - dotarło do mnie.

O 6:15 rano wysikałem czarny pył - malutkie fragmenty jakby granulowanego kakao - wielkości może ziarenek maku.

Wbrew najgorszym scenariuszom - bezboleśnie i lekko.

Wszelkie objawy minęły.

Zabieg odwołano. Przetrzymali mnie jeszcze dobę na obserwacji (choć tak naprawdę chcieli dostać kasę z NFZ-u za hospitalizację).

***

Wczoraj wróciłem do domu.

Wiem, że powinienem czuć szczęście. I cieszę się, to fakt. Każde rozcięcie ciała to ryzyko. Mnie udało się tego uniknąć o włos.

Ale ten ból. Te opiaty. Te leki... Coś we mnie zmieniły.

Popłakałem się. Dotarło do mnie, jacy jesteśmy krusi. Jacy śmieszni i nietrwali w obliczu losu. Że dziś możesz myśleć o kutasach, jutro - leżeć i zwijać się z bólu. Wszystko może przeminąć w okamgnieniu.

Jedyne, czego pragnąłem, to przytulić się do mojego faceta.

Dziś już wiem, że to także skutek uboczny tych leków. Przygnębienie, brak siły do pracy, brak poczucia motywacji, sensu. Mam nadzieję, że szybko minie.

A to poczucie, że w każdej chwili możemy odejść i skonać - zamiast być złym fatum, będzie mi przypominać, że trzeba się cieszyć każdą chwilą życia, gdy nic nie boli.

Tak po prostu - chłonąć zmysłami to, co daje nam Wszechświat.

Dzięki za uwagę.

4 komentarze:

  1. W końcu od dłuższego czasu napisales coś fajnego!
    Ze wazna jest osoba która będzie w zdrowiu i chorobie, a nie kutasy na chwile :)
    ~Dominik

    OdpowiedzUsuń
  2. Miewamy różne pragnienia, normalną rzeczą jest , że nas do tego ciągnie. Czasem jednak nie ma to żadnego znaczenia. Zwłaszcza gdy ktoś odchodzi albo sami mamy gorszy moment, kiedy jesteśmy indywidualistami i ciężko nam znieść to, że bedziemy na kogoś zdani. Jednak chcielibyśmy mieć przy sobie ukochanego albo chociaż usłyszeć jego głos. Dzieli nas odległość ja w szpitalu sam on na drugim końcu Polski w pracy. Nie przyznalem się w domu co do orientacji , nie było sensu. Nagle zdaje sobie sprawę , że w razie operacji , zabiegu nawet nie będzie mógł się nic dowiedzieć, zapytać , zobaczyć mnie. Udało się jednak że w ypisali, łóżek brakowało, dolegliwości ustały. Ryzykownie jadę trzy godziny pociągiem do mojego rodzinnego miasteczka. Tam operacja , wycieli kamienie z woreczka żółciowego i dwa tygodnie w szpitalu . Mój kochany mógł wpaść do mnie tylko raz . Dało mi to wtedy dużo siły. No ale dobijala mnie myśl, że Mama się mną musiała zajmować, robiła wszystko żeby mi było dobrze, choć sama miała liczne problemy. Kasy jej brakowało, ojciec alkoholik, trójka rodzeństwa na utrzymaniu. Potem czekały mnie jeszcze dwa miesiące rozłąki z moim skarbem. Ale przebrnelismy przez to a ja cieszę że mogę go teraz mieć przy sobie częściej. Tak , zgoda na utratę jest wpisana w nasze życie. Choć jesteśmy młodzi i sprawni, to jutro, pojutrze, za parę godzin to może się zmienić. Świadomość jak szybko to wszystko może sie rozsypać wpływa na moje życie, wiem kto jest dla mnie najważniejszy. I o kim myślę kiedy zasypiam , gdy jesteśmy rozloczeni na cały tydzień przez to , że pracujemy w innych miejscach. Dziękuję za ten artykuł

    OdpowiedzUsuń
  3. Cieszę się, że u Ciebie wszystko dobrze! Tym bardziej z uśmiechem czytam kolejne wpisy na blogu.
    Niestety często zdajemy sobie sprawy z tego, jak jesteśmy kruchymi i słabymi stworzeniami, w momencie kiedy dopada nas choroba.
    Ja sam byłem raz postraszony białaczką przez lekarzy... Od zawsze problem z odpornością, często blada cera - mimo że jestem brunetem co opala się na brąz. Do dzisiaj wiem, że zdrowe odżywianie, ruch i dbanie o siebie (kto to zrobi lepiej jak nie my sami) to najlepsza recepta na zdrowie. Jest jednak w głowie takie małe poczucie tego, że nie jesteśmy pewni jutra... Dlatego też staram się żyć tak...jakby jutra nie było. Nie jest to łatwe ale trzeba się starać.
    Dbajmy o każdy dzień naszego życia!

    'Inny Bloger'

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Święte słowa! Łączę pozdrowienia!

      Usuń

Umieszczanie komentarza oznacza akceptację Regulaminu (w menu na górze). Musisz liczyć się z tym, że - jeśli Twój komentarz nie spełni jego warunków - nie pojawi się na tej stronie.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

TOP 10 miesiąca