SZYBKIE INFO:

3 MLN WYŚWIETLEŃ - DZIĘKUJĘ!!! :)

Dzień obfity we wpisy - 2 nowe i oba o seksie :)

Na HomoFascynacjach nowe opowiadanie - zapraszam serdecznie :)

środa, 16 stycznia 2013

Zdrady a sprawa gejowska - czy naprawdę każdy gej zdradza?


On i on, pierwsze spotkanie, buziak, kolacja przy świecach. Tak! Ma dużego! Co za ulga, więc chodźmy dalej. Imprezy, oglądanie filmów, długie wieczorne spacery. I jest "my" zamiast "ja" oraz "ja". Potem jednak, po paru miesiącach, magiczna woalka opada i nagle okazuje się, że on wraca z pracy, opiera skarpetki o ścianę, beka podczas degustacji sushi i tak naprawdę nie lubi Star Treka, ale oglądał go z nim, by nie sprawić mu przykrości.

On - lubi jazdę konno (ach, zboki, wiem co tam myślicie! :), woli wieczorny spacer i czerwone wino do kolacji.

On z kolei lubi...


... imprezy mocno oblane wódką, techno-rozwałkę a kolację ostatni raz w domu jadł 2 lata temu.

Czar pryska, ale przecież nie można wyskoczyć ze zgnuśniałością. Dywan jest duży, więc można pod niego wiele upchnąć. A to małe czatowanko na boku, a to uśmieszek z tym brunetem z fellow. Ale kochają się nadal, pomimo, że wieje pustką.

Znamy ten gorzki scenariusz, prawda?

Łączy ich miłość, prawdziwa miłość. Problem w tym, że niewiele więcej.

I gdybyśmy tylko byli szczerzy, to może obeszło by się bez tego trzeciego, czwartego i kto by ich tam jeszcze liczył. Są przecież wakacje, impreza, delegacje sracje. Tak, jak słoń swą trąbą wyjmuje sobie pchły z dupy, tak samo ręka hipokryzji wyłuskuje kolejne małe grzeszki i wypieprza je w pizdu. Obraz "idealnego partnera" przecież musi być idealny - posypany brokatem czułości i wyszyty cekinami perfekcji. Tak doskonały, że aż trudno w niego uwierzyć. Cóż za dysonansem i niesmakiem byłaby sytuacja, w której coś nagle wychodzi niedobrego - jak zgniłe nadzienie z przeterminowanego, ale wciąż jakże pięknie polukrowanego ciasteczka.

Czy jest na to rada?

Trzymając się nadziei na znalezienie przykładnego gejowskiego związku, udało mi się trafić na nich. Szukałem ich długo, upewniałem się, że nie ma w ich świecie jakiegoś fałszu, jak w doskonałej orkiestrze z pijanym dyrygentem. I nie ma. Oni rzeczywiście są sobie wierni. I to zabawne. Nie ma w tym żadnego przymusu, nie ma zrzekania się czegoś na koszt czegoś. Tu jest piękny zachwyt i chęć ofiarowania się drugiej osobie. Niemożliwe?

Cóż. Oni się różnią od tych rzesz różowych ciotek w okularkach od Ray-Banana, które w sobotni wieczór przeżywają koszmar, gdy z jakiś powodów nie mogą realizować mitu "krejzolskiej dyskotekowej divy". Nie są uzależnieni od wiecznego podziwu staruch erotomanów z portali gejowskich. Oni są nudni nawet w pewnym sensie, jak stare dziadki. Ale jest w tym coś magicznego. Pozwoliłem sobie wyciągnąć moją psychologiczną lupę i zbadać ich tak dokładnie, jak tylko mogłem - starając się nie ulec pokusie idealizacji, zaprzeczeń, wyparć, które tak bardzo pragną być wykorzystane w celu udowodnienia sobie, że ma się rację.

I cóż ujrzałem?

Brak. Brak fetyszów. Nie traktują seksu jak czegoś "wow". Nie modlą się do dużych kutasów po kolana, nie sikają na siebie, widząc umięśnioną klatę. Z drugiej strony też - nie popadli w walentynkową schizofrenię, która może z jednej strony daje haj jak narkotyk, z drugiej - jakże miło zakrzywia percepcję, zręcznie usuwając lub minimalizując wady partnera. Skrzętnie maskując niedoskonałości, jak faszystowski kronikarz lub przebiegły twórca propagandy.

A co za to znalazłem?

Były dwa, wyraźne komponenty - tak dobitne, że aż mogłem odłożyć swoją lupę na bok.

1) Poznanie siebie. Każdy z nich się wyszalał, dał dupy i ruchał, wchodził w związki, rzucał i był rzucany. Obaj się wytańczyli, wypatrzyli, wydotykali, wymacali, wymasowali - z tymi, co chcieli, jak chcieli. Mieli za sobą trójkąty, seks grupowy i granie w pornolach. Żartuję :) Ale sporo przeszli a to dało im niewiarygodną szansę wglądu z siebie i swoje potrzeby. Z niejednego pieca chleb jedli i potrafili doskonale powiedzieć, jaki typ mąki im odpowiada i czy wolą posypkę z czułości czy może męskiej pseudo-obojętności.

2). Poznali partnera. Nie dali się nabrać na "walentynkowy haj", lecz rzetelnie obserwowali, nim obiecali sobie dozgonne bycie ze sobą, czy ich partner rzeczywiście ma cechy, których poszukują. To tak, jakbyś kupował już 50-te auto. Wiesz dobrze, że nie trzeba Ci dolby surround, ale za to musisz mieć twarde siedzenie, bo kręgosłup. Lub klimatyzację, bo lubisz wycieczki latem. Jedni cieszą się maluchem, inni będą wybrzydzać, że ich Porshe nie ma opcji masowania stóp.

Poznali siebie. Siebie samych i siebie wzajemnie. To nie była loteria. Sprawdzili się na różnych frontach. Wiedzieli, że nie lubią krewetek smażonych na głębokim oleju. Nie zaskoczyło ich albo nie miało znaczenia, że partner sika na siedząco albo ma trzecie jądro.

Po prostu. Bez pośpiechu. Bez nacisku. Poznali samych siebie. I siebie wzajemnie.

Poznali. Poznali. Poznali.

Wiesz co to daje? To niesie ze sobą więcej korzyści, niż najlepsza promocja w Biedronce. Poznanie siebie i kogoś - świadome, szczere, bez tych małych, toksycznych kłamstewek i pseudo-negocjacji - i wiedzą, co kto lubi, co woli, co zrobi a czego nie. To daje przewidywalność. Wiesz czego oczekiwać. Nie modlisz się w sklepie do jogurtu malinowego, aby zmienił się w pompkę do roweru. Tak samo nie prosisz kolesia, by stał się czuły i opiekuńczy (bo taką masz potrzebę), podczas gdy jego najwyższym wyrazem czułości jest to, że zrobi Ci popcorn w mikroweli. Bo wiesz, że się nie uda. Że nawet jeśli, to będzie to robił wbrew sobie. Nie jesteś rozczarowany, gdy wiesz to na początku. Gdy nie liczysz, że ktoś z miłości do Ciebie się zmieni - ani że Ty zmienisz się dla kogoś. Pomyśl o tym, jak o puzzlach. Po prostu - albo coś ze sobą pasuje, albo kurwa nie. I taki puzzel jeden lub drugi może udawać, co chce i kogo chce, ale i tak wyjdzie chuj w majtek i skończą się codzienne walentynki.

To wzajemnie nieoczarowywanie się, to pozwalanie sobie i komuś na bycie nie-kimś-innym, to uczciwe posunięcie. Sprawdzasz, czy pasujesz do kogoś i ktoś do Ciebie. Jak pasujecie, to utrzyma Was to ze sobą dłużej, niż największe nawet zakochania po sufit i wzajemnie zalewanie się lukrem. Takie coś jest najlepszym sposobem, by zapobiec zdradzie. Bo zdrada zaczyna się od małych oszustw. Względem samego siebie.

Do przemyślenia!

5 komentarzy:

  1. Myślę że wraz z procesem akceptacji gejów przez społeczeństwo rośnie też liczba szczęśliwych i długich związków, nawet wśród ludzi bardzo młodych. Kiedy otoczenie Cię akceptuje, zdecydowanie bardziej korzystna jest stabilizacja niż dramatyczne przeżywanie swojego losu poprzez szlajanie się po darkroomach :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Zdecydowanie zgadzam się z tym co tutaj napisałeś :) Mam przykład w moim życiu, że faktem jest to, że Ci którzy sie wyszaleli (w każdym tego słowa znaczeniu) wreszcie przychodzi na nich czas, kiedy siadają na tyłku i nie muszą już tego uskuteczniać. Jest to wynikiem właśnie tego jak to ująłeś 'Po prostu. Bez pośpiechu. Bez nacisku. Poznali samych siebie. I siebie wzajemnie.'. Fakt, większość tego potrzebuje, ale czy wszyscy? Nie wiem..
    Pozdrawiam, Julek.

    OdpowiedzUsuń
  3. Jest sporo racji w tym co napisałeś, choć nie do końca. My obaj (z moim mężem) od początku wiedzieliśmy czego chcemy i co jest dla nas najważniejsze. Nie mieliśmy potrzeby wyszalenia się pod każdym względem (tzn. żaden z nas nigdy się nie puszczał i nie skakał z kwiatka na kwiatek). Od zawsze każdy z nas szukał tego jedynego, więc mieliśmy za sobą kilka nieudanych prób budowania związków z innymi partnerami, lecz niemal w każdym przypadku pojawiał się problem z wiernością (między innymi) u innych facetów. Aż w końcu z podobnym bagażem doświadczeń zawiedzionych miłości trafiliśmy na siebie i w tym roku minęło nam 12 lat wspólnego życia. Fajerwerki bywają (staramy się podtrzymywać żar uczucia rozpalonego przed laty), lecz nie jest to idealizm. Cały czas uczymy się siebie samych i siebie nawzajem, bo z czasem ciągle człowiek dojrzewa. Wypracowaliśmy metody rozładowywania granatów zanim wybuchną i nas poranią (co nie oznacza, że zawsze udaje się uniknąć małżeńskich kłótni, bo nie o to też chodzi w związku). Wierność, szczerość i zaufanie to podstawa, reszta to kwestia drugorzędna (szanujemy swoje odmienne upodobania, gdy nie mają wpływu na podstawowe wartości wcześniej wymienione). Ja jestem z natury bardziej romantykiem i humanistą, on pragmatykiem o ścisłym umyśle. Znamy swoje potrzeby, więc staramy się je wzajemnie na zmianę zaspokajać (również w sprawach łóżkowych raz seks jest w takiej formie jaką on najbardziej lubi, następnym razem to co ja, a za trzecim to co obu nas kręci itd). Nie chodzi o "poświęcanie się", lecz o zrozumienie i sprawianie sobie i partnerowi przyjemności. Z czasem te różnice się zacierają, bo życie to nie ciągły romans i wzdychanie w blasku księżyca (na to jest ograniczony czas), lecz wspólne rozwiązywanie bieżących przyziemnych problemów, których nigdy nie brakuje i chyba paradoksalnie właśnie to najbardziej zbliża i harmonizuje dwoje kochających się ludzi. Najważniejsze by różnice (np. charakteru) się nie odpychały, lecz uzupełniały, a system naszych wartości by się pokrywał :) Mimo że brzmi to trochę patetycznie, ale w życiu to się sprawdza (przynajmniej u nas)...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję w imieniu Czytelników bloga za podzielenie się swoimi wnioskami i doświadczeniami. Moi Mili - korzystajcie :)

      Usuń
  4. nie każdy gej zdradza ,monogamie ma się w genach .To zależy od polimorfizmu genów kodujących receptory dla wazopresyny i dopaminy.Np. Człekokształtne Gibbony są monogamiczne.To w przyrodzie możliwe:)

    OdpowiedzUsuń

Umieszczanie komentarza oznacza akceptację Regulaminu (w menu na górze). Musisz liczyć się z tym, że - jeśli Twój komentarz nie spełni jego warunków - nie pojawi się na tej stronie.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

TOP 10 miesiąca