SZYBKIE INFO:

Jeśli jeszcze nie przekonałeś się o wyższości seksu gejowskiego nad heteryckim - to dziś masz okazję ;)

niedziela, 27 września 2015

DreamWalker Story [05]: Historia długa i kręta jak... jelito


Wiele lat dojrzewałem do tego, żeby przyznać się w tym wpisie do tego, do czego przyznać się zamierzam. Będzie to historia długa, wstydliwa i bolesna, pokazująca moją słabość i chorobę, z którą żyję od 8 roku życia.

Wtedy też zacząłem niespodziewanie źle się czuć...

Początek jelito-dramatu

Nikt za bardzo nie wiedział, co mi jest - a ja byłem po prostu blady, słaby i ciągle bolał mnie brzuch. Latanie po lekarzach niewiele dawało - być może także z tego powodu, że medycyna wtedy była wtedy dość jeszcze siermiężna a dostęp do specjalistycznej wiedzy i diagnostyki dość skomplikowany.

Sytuacja trwała... 2 lata.

W tym czasie wokół moich objawów narosła pewna paranoja - głównie ze strony matki, która to wpadała w istną panikę, a potem szały. Zjadłem kiełbasę i nagle padała seria dramatycznych pytań: z czyjego psa ta kiełbasa i jakim gównem się (za przeproszeniem) teraz zesram.

Jako dziecko nie bardzo wiedziałem co się ze mną dzieje - byłem przerażony objawami, tym, że wracają i że to może być moja wina. Że to ja coś źle robię. Matka roztaczała całe czarne panoramy przed moimi oczami - wizje zasranego życia, pełnego bólu i przerażenia.

Cóż... niewiele się pomyliła. Ale do tego wrócimy.

W końcu diagnoza

W końcu jeden z lekarzy wpadł na pomysł, by wysłać mnie na pewne specyficzne testy. Okazało się, że w moim woreczku żółciowym zamieszkały pasożyty o uroczej nazwie lamblia.

Natychmiast zastosowano leczenie - przez 2 tygodnie łykałem wielkie jak jabłko piguły, które truły i robale, i mnie. Po tym czasie zrobiło mi się nieco lepiej, ale po miesiącu okazało się, że lamblie znów zaatakowały. Trzeba było powtórzyć całe leczenie.

Summa summarum udało się - pod mikroskopem ani śladu lamblii, a ja byłem zdrowy. Teoretycznie.

Teoretycznie - bo po jakimś czasie bóle brzucha wróciły...

Fizjologiczny horror

Nękały mnie regularnie - po przebudzeniu, za dnia, wieczorami.

Były nagłe, bardzo silne, niespodziewane, nie wykazywały żadnej regularności. Psychoza mojej matki na punkcie mojego brzucha przelała się na mnie. Gdy brzuch mnie bolał, w uszach słyszałem jej groźby, prośby, oskarżenia i czarnowidztwo.

Nawet w jej niemych spojrzeniach wyczuwałem to oskarżenie - o łakomstwo, o niestosowanie się do jej zaleceń.

A jej zalecenie było jasne: ma mnie nie boleć.

Kolejne diety, tabletki i inne wymysły pomagały tylko przez pewien czas. Bóle uporczywie wracały i wracały. Bywały tak silne, że robiło mi się ciemno przed oczami.

Trwało to miesiącami, po czym te miesiące zmieniły się... w lata. A ja żyłem w cieniu tych paraliżujących bólów, które - żeby było śmieszniej - najczęściej kazały mi szybko szukać najbliższego kibla.

Tak, niestety, dobrze czytasz.

Na ile mnie to upośledzało społecznie? Trudno powiedzieć, jak bardzo.

Nie sposób obliczyć, ile stresu mnie to kosztowało. Permanentnego, silnego i nieustępliwego. Towarzyszył mi on jak cień w słoneczną pogodę - kroczył za mną wszędzie. W każdej sekundzie mojego życia - podczas rozmowy przez telefon, jazdy autobusem, w środku tłumu na koncercie - wszędzie dosłownie mógł mnie złapać ten upokarzający, nagły terrorysta w postaci bólu 10/10.

W efekcie tego wszystkiego zaczęła się rodzić we mnie społeczna fobia. Bałem się wyjść nawet do sklepu, bo wyobrażałem sobie, że bóle złapią mnie w kolejce. Bałem się iść do znajomych - zresztą ich kible znałem podejrzewam lepiej niż oni sami.

Bóle jelit stały się stałą częścią mnie.

Każdy wiedział, że mam z tym problem, a ja się go wstydziłem. Tym bardziej, że wciąż uważałem, że to moja wina, że je mam. Że "sam je sobie robię" - chuj wi, jak i po co, ale robię. Stresem. Tak twierdzili wszyscy.

Ta myśl była okropna, nie do zniesienia.

Z bólami dojrzewałem, z bólami zmieniałem szkoły, znajomych, z bólami dorastałem. Ból jelit wyrył się w moim mózgu, ale prawdziwe apogeum miało nastąpić dopiero po moich studiach.

Wtedy też człowiek konfrontuje się z prawdziwym życiem. Kończy się opieka mamusi, tatusia, i trzeba samemu wejść w wielki, straszny, zimny świat dorosłych.

I tu zaplątałem się we własne jelita.

Upadłem i zwinąłem w kłębek, nie rozumiejąc, co się dzieje.

To nie było tak, że choroba się nasiliła. Dopiero wtedy uświadomiłem sobie, jak bardzo jestem jej niewolnikiem. Jak zatruła moje życie, jak zamknęła mnie w domu, w pętlach nawyków i odizolowała od normalności.

Dopadła mnie depresja - czarniejsza niż najgłębsze głębiny oceanów. Każda kolejna próba znalezienia leku kończyła się fiaskiem. Masowo testowałem wszystko, co tylko dawało cień nadziei, że mi się poprawi. Wszystko w końcu zawiodło.

Dyskoteka niedoszłego samobójcy

Pewnego wieczoru nałykałem się leków tyle, ile tylko mogłem, po czym wybrałem się na imprezę do klubu. W pewnym momencie - w trakcie tańca - złapały mnie bóle brzucha. I okropne myśli. Myśli brudne, złowieszcze i samobójcze.

Poszedłem do ubikacji i zamknąłem się od środka. Chciałem ze sobą skończyć.

Nigdy tak bardzo nie chciałem zakończyć swojego żywota tak jak wtedy. Jedyna myśl, jaka przynosiła mi ulgę, to myśl, że wciąż pozostaje mi choć jedno wyjście z tego fizjologicznego koszmaru - zabicie swoich jelit... i siebie.

To było apogeum nienawiści do siebie. To był zenit załamania.

Po powrocie do domu napisałem list pożegnalny i ustanowiłem datę swojego samobójstwa. To było jedyne, co przynosiło mi jakąkolwiek ulgę. Mogłem zasnąć w spokoju.

Czas wielkiej dekadencji

Nastały dziwne czasy. Nie miałem już nic do stracenia, więc upijałem się na umór, bawiąc się i rozpowiadając wszystkim dookoła, że jestem gejem i że nic mi nie zrobią. 

Mieszałem leki z alkoholem, mając nadzieję, że albo uda się mnie wyleczyć z bólu. Albo przynajmniej dobrze się zabawię lub zdechnę. Każde rozwiązanie przyjąłbym z taką samą ulgą.

Tak się bawi człowiek, który nie ma nic do stracenia.

Brzydziłem się swojego wadliwego ciała. Mój mózg chciał się oderwać od niego i iść w swoją stronę, porzucić ten chory balast, który nie reagował na żadną chemię, terapię. Sam w swoich oczach byłem tylko workiem gówna, które może się rozlać w każdej chwili. W snach śniłem o tym, jak wbijam sobie nóż w brzuch i z radością patrzę, jak wypruwam swoje chore jelita.

Upojony wszystkim, czym tylko mogłem, obserwowałem, jak rzeczywistość oddalała się ode mnie.

Napraw siebie!

Pamiętam, jak ta szalona rzeczywistość dotarła do mnie na nowo, gdy siedziałem już w Warszawie na kanapie w domu pewnego (teraz już bardzo znanego) trenera rozwoju osobistego.

Pamiętam, że zapłaciłem mu 3000 zł za konsultację.

Miałem dużo hajsu, mój biznes przynosił świetne dochody, ale gówno mnie one interesowały. Oddałbym wszystko za choć jeden dzień bez bólu.

Do dziś wspominam jego bystre spojrzenie i to dziwne wrażenie, które na mnie wywarł. Zna się na rzeczy, tego nie da się ukryć. Kazał mi wykonać pewne ćwiczenie, które ukazało mi pewien konflikt, który we mnie tkwił. To rzekomo on miał być przyczyną moich problemów z brzuchem.

To, co się stało potem, było zadziwiające.

2 lata spędziłem na wnikliwej analizie swoich myśli, konfliktów wewnętrznych, dylematów - wszystko po to, by odnaleźć przyczynę.

W mojej głowie panował absolutny burdel. Czułem podświadomie, że ma on związek z moją matką i tym, jak zaszczuła tamtego małego DreamWalkera, gdy zaczynała się choroba.

Jej krzyki, jej groźby i spojrzenia wciąż tkwiły w mojej głowie, odtwarzały się, jak szalony film, zapętlony i dziwny. Przerażały mnie jej słowa i życie - z którym będę musiał się zmierzyć, dźwigając wielki ciężar tej niekończącej się traumy.

Bezsilność - to słowo, które określa idealnie stan, w którym byłem. Stres i bezsilność w połączeniu pogłębiają traumę - nie pozwalają wyjść z zaklętego kręgu szalonych myśli, które mnożą się w głowie - chorej głowie - jak w dzikim ulu.

Co dalej począć? Jak z tym żyć?

Pierwszy przełom

Naprawianie siebie nic nie daje.

To wciąż wyszukiwanie nowego problemu, którzy trzeba rozwiązać.

Rozwiązywałem go, brzuch bolał dalej, więc szukałem głębiej i głębiej. Ponieważ nic już nie było do rozwiązania, tworzyłem kolejne absurdalne teorie na temat tego, skąd bierze się moja choroba.

Kres temu szaleństwu przyniosło odkrycie.

W pewnym hospicjum - gdzie ludzie strasznie cierpieli - wpuszczono koty. Koty miały umilić czas pacjentom, którzy już żegnali się z życiem. Co się okazało - średnia odczuwanego bólu na oddziale mocno spadła.

Psychologowie wytłumaczyli to w taki sposób, że ludzie ci po prostu przestali skupiać się na własnym cierpieniu i zaczęli na czymś innym. Koty absorbowały ich uwagę.

Od tego momentu postanowiłem całkowicie ignorować swoje bóle. Skoro nie mogłem ich zmienić, to musiałem zacząć przestać o nich  myśleć.

Musiałem wyjść do kibla? OK, wychodziłem i wracałem. Nara.

Czy to cokolwiek zmieniło w samych bólach? Absolutnie nic. Natomiast przestały mnie dewastować psychicznie. Przestałem się o nie obwiniać. Przestałem się dołować, rozmyślać o nich. Każdą myśl ucinałem i zapomniałem.

To wyprowadziło mnie na pewną prostą. Przynajmniej psychicznie.

Przełom drugi

Zdecydowałem się w końcu na całkowitą diagnostykę. Na bolesną kolonoskopię, gastroskopię, na wszelkie inne badania w różnych kierunkach. Lekarze potwierdzili w końcu to, co już od dawana przeczuwałem.

Postinfekcyjny zespół jelita drażliwego typu D o bardzo silnym natężeniu.

Moje jelita przypominają pogryzioną słomkę. Są kurczliwe i bardzo bolesne, nadwrażliwe na każdy dotyk. Stały się takie, ponieważ latami nosiłem w sobie intruza, który mnie truł i niszczył. Moje jelita po prostu się do tego przystosowały, próbując usunąć wszystkie toksyny - nawet, jak ich już nie było.

Jelita są silnie połączone z mózgiem limbicznym - odpowiedzialnym ze emocje. Każde zaburzenie jelit powoduje zaburzenie pracy mózgu emocjonalnego (czasem też odwrotnie). Dowiedziono połączenia między jelitami, bakteriami probiotycznymi a stanem emocjonalnym.

To nie Twoja wina, że wariujesz, gdy boli Cię brzuch.

Ta choroba czyni człowieka bardzo wrażliwym, tkliwym, drażliwym. Podobno dotyka częściej ludzi ambitnych, perfekcjonistów. Ale to nieprawda. Ja nie jestem już tak ambitny jak kiedyś i oduczyłem się perfekcjonizmu, a choroba trwała nadal.

Przekopałem cały Internet, by odkryć, co może mi zaoferować medycyna. Przetestowałem tony leków, TONY. Na co tylko się dało.

Dziś jestem chodzącą encyklopedią na temat tej choroby - wiem chyba wszystko. Wiem, że jest związana z nieprawidłowym wydzielaniem serotoniny w jelitach. Wiem, że od dawna podejrzewano, że mogą na to pomóc leki przeciwdepresyjne.

Zdecydowałem się przetestować jeden - choć żaden z lekarzy nie miał pojęcia, dlaczego miałby mi przepisywać lek przeciwdepresyjny na jelita. Niektórzy pukali się w czoło, mówili, że to "urojenia".

W końcu przekonałem jedną lekarkę, która powiedziała, że "jeśli byśmy nie eksperymentowali, nigdy byśmy z drzew nie zeszli".

Lek nazywa się amitryptylina.

To starej daty lek przeciwdepresyjny, którego używa się w dawce minimum 100 mg na dobę. Ja potrzebowałem tylko 40 mg na dobę. Ta dawka nie wpływa na mózg - choć początkowo byłem bardzo śpiący - to jednak dziś, mimo że lek zażywam - nie wpływa on źle na moje zdolności do np. prowadzeni auta.

Bóle odpuściły w 80%.

To było jak błogosławieństwo. Jak dar niebios.

Dziś - gdy dobrałem jeszcze parę innych substancji pomocniczych (witaminę B6, loperamid z symeticonem, rhodiolę) - bóle ograniczyły się o 80-90% w stosunku do stanu początkowego.

Co prawda nadal mnie czasem łapie. Co prawda nadal czasem częściej. Co prawda nadal mam kilkudniowe "fazy". ALE KURWA TO JEST INNE ŻYCIE.

Morał z tej historii jest taki:

Nie naprawiaj się, bo nie jesteś zepsuty. Nawet, jeśli ciężko chorujesz - po prostu modyfikuj się, a nie "naprawiaj", bo naprawianie sugeruje, że jest z Tobą coś nie tak (nawet, jak nie jest). To, że nie działasz tak, jak sobie to wyobrażasz, nie oznacza, że działasz źle.

Nie obwiniaj się za swoją chorobę. Nikt celowo sobie nie robi źle.

Odkryj, że jest wielka różnica między "boli mnie" a "odczuwam ból". Że w pierwszej wersji ból uderza w Ciebie, a drugiej - jest po prostu informacją.

Szukaj rozwiązania, aż znajdziesz. Jeśli nie ma lekarza, który by Ci pomógł - sam nim zostań, bo nie masz wyjścia. Szukaj, czytaj, sprawdzaj, pytaj.

***

Dziś, po  22 latach choroby, wiem jedno - nigdy nie warto się poddawać. Sięgaj dalej, walcz dzielnie, szukaj i analizuj. Aż uda Ci się odnieść choć częściowe zwycięstwo - tak, jak mnie.

Póki chorujesz, to znaczy, że żyjesz. A jeśli żyjesz - wciąż nie powiedziałeś ostatniego słowa.

Co prawda ta nikczemna choroba nadal na mnie wpływa - ale już nie tak, jak kiedyś. Dziś żyje mi się o wiele łatwiej i przyjemniej i zdarza mi się zapomnieć o swoich jelitach nawet na tygodnie.

Bez tej choroby nie byłoby mnie - w takiej formie, w jakiej dziś egzystuję. Nie byłoby DreamWalkera, nie byłoby tego bloga, nie byłoby fascynacji rozwojem, psychologią i duchowością.

Moja psychika przeżywa wciąż jeszcze odwilż - wciąż odzwyczajam się jeszcze od myślenia o sobie jako o kimś wadliwym i chorym. Wciąż jeszcze łapię się na szukaniu wzrokiem każdej ubikacji, którą mijam.

Ale to już nie obsesja. To już nie jest podszyte tą rozpaczą jak kiedyś.

Po 22 latach chorowania, ciężko odnaleźć normalność. Normalność jest jakimś bardzo zamazanym wspomnieniem z dzieciństwa - nim ta choroba mnie dopadła. Teraz szukam sposobu, by zdefiniować "normalność" na nowo.

Tendencja do stanów depresyjnych - gdy choroba ma swój nawrót - pozostanie prawdopodobnie ze mną do końca życia, bo jest to kwestia czysto fizjologiczna. Bóle też będą raz na jakiś czas. Słabsze, rzadsze, ale będą. Ale ponieważ wiem, jak się obchodzić z tą chorobą, nie jest już takim zagrożeniem.

Oby tak dalej.

PS Podziękowania i podziękowania dla Shino - za to że był inspiracją dla mnie do podzielenia się z Wami tą historią, do wyjścia z cienia wstydu i uświadomienia mi, że ta historia ma pewien morał, który warty jest opublikowania.

19 komentarzy:

  1. No aż się wzruszyłem :')
    Czasami trzeba dojść do ściany żeby przekonać się, że ona nie istnieje. To tylko dowód na ułomność naszego myślenia.
    Brawo Dream! :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Brawa dla tego dzielnego faceta, za to, że się nie poddał i walczył. Jesteś wielki, mówię to zarówno jako twój kumpel jak i czytelnik. Pamiętajcie, że wszyscy jesteśmy przede wszystkim ludźmi, mamy swoje zalety i wady, mamy zajebistosci, ale też troski i kłopoty. Nie poddawajcie się nigdy. Walczcie o siebie dla siebie i dla tych ludzi, których w przyszłości spotkacie. Życie jest tego warte.

    OdpowiedzUsuń
  3. Czytam Twojego bloga już jakiś czas jednak będzie to mój pierwszy komentarz :P
    Mam 21 lat (listopad wiec w sumie jeszcze nie xD), czy jestem gejem? hmm bardziej ze mnie bi niz homo ale to nie istotne :)

    Porownywał swojej choroby nie bede, jestem chory na astme w dodatku w stopniu zaawansowanym. Choroba ukladu oddechowego, ktora potrafi namieszac takze w zyciu. Na lekach moze i jest w jakis 50/60% lepiej ale nawet z nimi wyjscie do sklepu, na spacer czy kurcze seks moze sie okazac dosc mordercze a nie przyjemne ;/
    Koledzy? Kolezanki? Zawsze ich mialem malo 2-3. BO przeciez kazdy w dziecinstwie gral w pilke, biegal, ganial, chowal sie. A ja? A ja przygladalem sie ze lzami w oczach na nich wszystkich, zatracalem sie w myslalach ze jestem jakis uposledzony, po co zyc skoro i tak jest to trudne, po co jesli Twoje marzenia (chcialem zostac pilotem, najlepiej wojskowym) legna w gruzach z dnia na dzien. Pewnego dnia wybralem na padania jak zawsze, meczace strasznie (Zreszta jedno znich mozecie sprobowac, nabierzcie powietrza nosem ile sie da i w ciagu 1 sekundy ustani wypuscie calosc i dmuchajcie jeszcze 5-10 sekund bedzie troche podobie, jakby nie patrza moje pluca sa mniej wydajne). Dowiedzialem sie, ze potrzebuje wiekszej ilosci badan, a znich, ze wcale mi sie nie poprawia a moje leki tylko powstrzymuja dusznosci, zeby bylo ciekawiej doszla jeszccze jedna choroba ukladu oddechowego mniej wazna nawet nie pamietam jak sie zwala ;/

    Jednak w tych 20 latach nauczelem sie, ze nie warto starac sie to wyleczyc calkowicie, zamartwiac sie tym, zalamywac, zabijac z powodu tego,ze tacy jestesmy CHORZY na swoj wlasny sposob.
    Trzeba nauczyc sie z tym zyc. Isc przed siebie, zdobywac swiat.
    Moze ciezkie przezycia to poprostu jakis test zycia :)?
    Gratuluje przyznania sie do swojej chorby, nie powinnismy sie ich wstydzic :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Morał taki, że trzeba szukać leku, ale też umieć zaakceptować stan, w jakim się człowiek znajduje i oswoić się z nim.

      Dziękuję za podzielenie się swoją historią!

      Usuń
    2. Hej Dream!
      Pływam wśród neurolingwistyki, którą poleciłeś mi w niedawnym wpisie, dzięki za to.

      Co do tego wpisu... Żeby nie robić z komentarzy "kroniki cierpienia" , krótko powiem, że podobnie jak Ty miałem problemy z jelitami, śmiertelne problemy z jelitami. Walkę wygrałem a jelita grubego nie posiadam. Lekarze wycieli mi je, wyłaniając na 10 miesięcy ileostomie. Jednak teraz czuje się świetnie, bez leków, bez bólu i z wielką 30 cm blizną przez cały brzuch - taki ze mnie poharatany tygrysek :-)

      Pozdrawiam

      Usuń
    3. O kurczę... Aż nie wiem, co powiedzieć. Przykra sprawa. Ale cieszę się, że z tego wyszedłeś. I że zachowałeś humor!

      Usuń
  4. Miarą pewnej dojrzałości i wewnętrznej siły jest chyba przyznanie się przed samym sobą i innymi do swoich słabości. Wymaga sporo odwagi przyznanie się do bycia niedoskonałym w świecie, w którym my jako społeczeństwo narzucamy sobie byśmy byli piękni,zdrowi i ogólnie super.

    Mam nadzieję,że notka zrzuciła z twojego serca wielki kamień, który z pewnością tam gdzieś się ukrywał. Pozostaje życzyć wszystkiego dobrego.

    Pozdrawiam ciepło.

    Papillon

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Podobno tylko silny przyzna się do swojej słabości - bo buduje swoją siłę dzięki konfrontacji ze słabościami właśnie.

      Tak, po wielu latach dojrzałem do tego, by opowiedzieć o tej mojej chorobie i wszystkim, co się z nią łączyło.

      Trochę miałem obawy - małe, bo małe, ale wciąż. Ale cieszę się, że to napisałem. Jak widać także inni przyznali się do swoich chorób - także trudnych i bolesnych. Być może im też jest teraz łatwiej.

      Dziękuję za miłe słowo!

      Usuń
  5. Jakby ktoś na to z boku spojrzał (ogólnie mam na myśli Twoją historię a szczególnie jej najgorszy - a może najlepszy? - moment), to by się popukał w głowię i powiedział "debil, wymyślił sobie".
    Nie rozumiem tylko, czego tu się wstydzić? Wszyscy kiedyś popełnialiśmy głupoty, a szczególnie jeśli taka owa "głupota" ciągnie się od dzieciństwa to już w ogóle ciężko jest z tym zerwać. Twoje bóle to nie powód do wstydu tylko raczej do podziwiania, bo z nimi dawałeś radę :)
    Ten wpis nie jest z pozoru ważny i pouczający. Ale to tylko przykrywka. Nie chodzi tylko o to, żeby się nie poddawać i pokonywać kolejne stopnie schodów do szczęścia. Chodzi o to, żeby pokochać siebie. Nie tylko zalety, ale też i wady.

    Zastanawia mnie jedno, może mi kiedyś to wytłuaczysz: czy potrzebujemy w życiu krzywdy i jakiegoś nieszczęścia, żeby dosięgnąć dna i już więcej tam nie wracać? Jak to jest? Bo mam wrażenie, że drogi są dwie, gdy już dna dosięgniesz. Albo pójdziesz dalej, albo odpadniesz. Ty nie odpadłeś, ja też nie, a pewnie wielu innych czytelników nie odpadło. Dlaczego tak się dzieje?

    Tak czy siak, fajnie poznać kolejną cząstkę Ciebie :) W mojej głowie Twoja osoba przyjmuje postać takiego mądrego, silnego, szczęśliwego faceta, tak więc w sumie nie spodziewałbym się po Tobie, że się poddasz ostatecznie :)

    Pozdrawiam,
    inny25

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pokochać siebie - to początek romansu na całe życie - mawiał podobno Oscar Wilde.

      "czy potrzebujemy w życiu krzywdy i jakiegoś nieszczęścia, żeby dosięgnąć dna i już więcej tam nie wracać?"

      Myślę, że potrzebujemy nieszczęścia, by pełniej zdefiniować i docenić szczęście.

      "Ty nie odpadłeś, ja też nie, a pewnie wielu innych czytelników nie odpadło. Dlaczego tak się dzieje?"

      Ja myślę, że opadłem. Tylko po prostu będąc na dnie, nie da się już opaść bardziej. Masz do wyboru tkwić w tym lub szukać drogi na powierzchnię. Ja szukałem. Znalazłem. Ale nigdzie nie jest powiedziane, że znajdzie się na czas jakaś droga, jakieś wyjście. Dlatego rozumiem samobójców. Serio.

      Dziękuję za miłe słowa :) Masz we mnie większą wiarę, niż ja miałem w siebie wtedy.

      Usuń
  6. Mnie ciekawi inna sprawa, a mianowicie Twoja fobia społeczna. Dokładniej mówiąc, jak się z niej wyleczyłeś. Sam ją posiadam, więc wiem, że jest to praktycznie niemożliwe. Tylko w moim przypadku wzięła się ona z podstawówki, kiedy to byłem wyśmiewany (tylko przez chłopaków) ze względu na mój wygląd, przez co do dzisiaj moja samoocena równa jest zeru i dalej zmagam się z fobią (mam 18 lat). Uważam, że była to główna przyczyna tego, że jestem gejem, co wydaje się być dziwne, w końcu to przez męską część nabawiłem się fobii, depresji, myśli samobójczych itd., może jest to coś w rodzaju syndromu sztokholmskiego? Pewnie w psychologii jakoś jest to nazwane. W każdym razie, moim drugim pytaniem jest to, czy uważasz, że Twoja choroba mogła w jakiś sposób doprowadzić do tego, że jesteś gejem?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Sam ją posiadam, więc wiem, że jest to praktycznie niemożliwe."

      To, że posiadasz fobię, nie oznacza, że jej pozbycie się jest niemożliwe. Fobii się nauczyłeś i fobii możesz się oduczyć. To tylko sposób, w jaki reagujesz na ludzi. Nic więcej.

      "byłem wyśmiewany (tylko przez chłopaków) ze względu na mój wygląd, przez co do dzisiaj moja samoocena równa jest zeru"

      Rozumiem, współczuję, natomiast to jest kwestia to przerobienia. SAMOocena - to sposób, w jaki SAM siebie oceniasz. A robisz to przez pryzmat czyjegoś kryterium (wyglądu i tego, jaki niby powinien być).

      "Uważam, że była to główna przyczyna tego, że jestem gejem"

      Nie. Gejem się rodzisz i nie masz na to wpływu. Twoja fobia społeczna nie ma nic do Twojej orientacji. Ludzie hetero też mają fobie społeczne, a homoseksualni w większości jej nie mają. Co ma jedno do drugiego?

      "czy uważasz, że Twoja choroba mogła w jakiś sposób doprowadzić do tego, że jesteś gejem?"

      Gejem jestem od urodzenia. Od zapłodnienia komórki jajowej. Pierwsze myśli homo miałem w wieku 4-5 lat. Ale to jest coś, co siedzi w człowieku od urodzenia. Każdy, kto zna temat i w nim siedzi, Ci to powie. Gej ma nawet nieco inną budowę ciała (większe spoidło wielkie między półkulami w mózgu, inne linie papilarne niż hetero, statystycznie większy penis itd.) - jak fobia społeczna miałaby zmieniać fizycznie ciało?

      Raczej jest odwrotnie. Na moją chorobę statystycznie częściej zapadają kobiety. A jako gej mam w sobie część kobiecą, ukryć się nie da.

      Moja porada: skonsultuj się ze specjalistą - najlepiej psychiatrą, który pomoże Ci dobrać odpowiednie leki, które zmniejszą Twoją fobię społeczną. Polecam także rozpocząć pracę nad swoimi przekonaniami - być może będzie Ci do tego potrzebny psychoterapeuta. Mówię serio. Fobia społeczna to wielki ciężar, stres dla człowieka. Nie eksperymentuj, te rzeczy się leczy i to bardzo skutecznie - jeśli się wie, co się robi i jak się to robi. Ja wtedy ignorowałem fobię społeczną, potem doprowadziło mnie to do ciężkiej depresji. A to jest jeszcze gorsze. Więc pozwól sobie pomóc i zrób krok - umów się na wizytę z lekarzem specjalistą.

      Usuń
    2. Fobia społeczna jest całkowicie do wyleczenia. Polecam terapię kognitywno-behawioralną. Nie jest to bardzo łatwe, ale przy mininum chęci da się jej pozbyć praktycznie całkowicie. Polecam zapoznanie się.

      Usuń
    3. Oczywiście, że tak. Podjąłem stosowne leczenie zawczasu. Jednak w przypadku ZJD u hipersensytywnego introwertyka - fobia społeczna - bez załagodzenia objawów ze strony jelita - będzie nawracać jak najgorsza zaraza. To samonapędzający się mechanizm.

      Usuń
  7. Nie spodziewałem się tutaj takiego wpisu, ale wiedz, że (choć w ogóle mnie nie znasz) bardzo urosłeś w moich oczach. Przyznanie się do swoich słabości jest cechą wielkich, odważnych ludzi. Gratuluję i życzę powodzenia w życiu DW ;)

    OdpowiedzUsuń
  8. Fobia spoleczna jest NIEULECZALNA. Powstaje we wczesnym dzieciństwie i staje się integralnym elementem konstytucji psychicznej czlowieka. To samo dotyczy zaburzeń pokrewnych, np. zespołu Aspergera.
    Depresja w zasadzie także nie poddaje się terapii. "Wyleczyć" można się ze smutku, melancholii, chwilowej dysforii itp. Kto mówi, że pokonał depresję czy fobie społeczną, ten nie wie, czym są te zaburzenia. Wyleczenie się z nich jest tak samo prawdopodobne, jak "wyleczenie się" z konstytucjonalnego homoseksualizmu.

    Blog bardzo interesujący, choć nie zgadzam się z większością tego, co piszesz o seksie i związkach.

    Pozdrawiam
    narcyzpierwszy, wydawca i tłumacz "Jima w lustrze"

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, rzadko odpisuję komuś z taką dosadnością, z jaką zrobię to teraz, ale... pieprzysz kolego. Z całym do Ciebie szacunkiem - nie wiesz, co mówisz.

      Dawno już sprawdzono i udowodniono, że człowiek rodzi się tylko z dwoma lękami - przed upadkiem i przed głośnym dźwiękiem. To dostosowanie ewolucyjne.

      Każdy inny lęk jest nabyty, wyuczony. Powstaje w wyniku przykrych doświadczeń i często życie osób, które są dotknięte poważnymi zaburzeniami lękowymi, kręci się wokół nich właśnie.

      "Depresja nie poddaje się terapii".

      To zdanie stawia Cię totalnie w kręgu amatorów. Po pierwsze - jaka depresja? Endogenna czy egzogenna? Jakiego nasilenia depresja?

      Właśnie taki bullshit kolego, jaki siejesz, może komuś odebrać nie tylko nadzieje na wyleczenie, ale przede wszystkim CHĘCI.

      Według skali depresji Becka - miałem ponad 28 punktów, co oznacza ciężką depresję. Dziś nie mam żadnych objawów depresji.

      Zaburzenia lękowe miałem takie, że nie mogłem wyjść do sklepu po marchewkę. Dziś mój lęk jest pod kontrolą i prowadzę normalne życie.

      Ale nie liczyłem, że lekarze sami wpadną na pomysł, jak mi pomóc. Czytałem, uczyłem się, ostrożne i rozważnie eksperymentowałem z różnymi metodami - od leków, przez naturalne metody, aż do medytacji, The Work i innych.

      Oczywiście każdy przypadek jest inny - u jednych sprawy będą szły szybciej u innych wolniej - ale pierdzielenie, że nie da się wyleczyć fobii czy depresji jest tak kuriozalne, że mi się w głowie nie mieści.

      Pewnie, że niektórzy ludzie mają taką osobowość, że łatwiej się smucą, są refleksyjni (introwertycy) i łatwiej ich zranić (zjawisko hipersensytywności, o którym też tu pisałem).

      Natomiast jak podaje Susan Cain w swojej książce na temat introwersji - te cechy są zdeterminowane genetycznie tylko w 40-50%.

      Ktoś, kto ma taką osobowość - hipersensytywnego introwertyka - CZYLI JA - musi się nauczyć, jak mądrze z niej korzystać. Każda cecha ludzka ma swoje wady i zalety.

      "Blog bardzo interesujący, choć nie zgadzam się"

      Nie musisz.

      Usuń

Umieszczanie komentarza oznacza akceptację Regulaminu (w menu na górze). Musisz liczyć się z tym, że - jeśli Twój komentarz nie spełni jego warunków - nie pojawi się na tej stronie.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

TOP 10 miesiąca