SZYBKIE INFO:

HOT NEWS!

Obczajcie HomoFascynacje - nowe, gorące opowiadanie zawitało na ich łamy :)

poniedziałek, 21 września 2015

Syndrom Ofiary - czyli jak ślicznie zniszczyć swój związek i życie


Wielu z nas miało niełatwe dzieciństwo i dorastanie. Mamy toksyczne, nadopiekuńcze matki, zimnych i niedostępnych ojców, a w klasach mieliśmy kolegów, którzy się z nas śmiali itd.

Wiele z tych wspomnień dostaje etykietkę "zrobili mi krzywdę". A od tego już tylko mały krok do Syndromu Ofiary - który zniszczy każdy związek bez wyjątku.

Jak rozpoznać ten syndrom i jak z niego wyjść?

"Ludzie (większość) są fałszywi, źli, niebezpieczni. Manipulują podle, potrafią skrzywdzić bez ostrzeżenia. Tylko ja jestem dobry. Spotkało mnie w życiu sporo złego i nie zasłużyłem sobie na to."

Tak właśnie myśli osoba z Syndromem Ofiary.

Czuje się popychadłem, niepotrzebnym, odepchniętym, wyśmianym, wzgardzonym. Ktoś taki non stop potrzebuje psychoanalityka, wsparcia, poparcia i oparcia. Łatwo przychodzi jej dzielenie świata na "ja dobry" a "ty zły".

Czego właściwie chce ofiara:


Na początek powiem Ci, czego nie chce - nie chce rozwiązywać swoich problemów.

Ofiary wysłuchasz - a jest czego, bo wylewa z siebie całe potoki żalu do świata; historii, w których jest ona pokrzywdzona.

Potem ofierze zaproponujesz pomoc - dasz radę, wskażesz metodę, pokażesz inny punkt widzenia.

I tutaj dzieje się rzecz zaskakująca.

Nie-ofiara zacznie myśleć, jak sobie pomóc. Zacznie myśleć, jak wdrożyć rozwiązanie lub będzie szukać innych metod.

Jednak osoba z Syndromem Ofiary nie chce rozwiązania.

Natychmiast znajdzie setki wymówek, aby nie rozwiązać swojego problemu. Nie uda się, nie mam czasu, to się u mnie nie sprawdzi, moje problemy są zbyt skomplikowane.

Po jaką więc cholerę ofiara wylewa z siebie potoki żalu?

To proste - ona chce łaski. Chce uniknąć robienia czegoś, chce uniknąć odpowiedzialności (czytaj: winy), obowiązków.

Ofiara chce współczucia.

Ofiara karmi się współczuciem. Wszyscy poklepują ją po ramieniu, mówią - Jezu, ty to masz przesrane w życiu. Ofiara płacze, ale w środku się cieszy. Że ktoś się nią przejmuje. Że ktoś zwrócił na nią uwagę.

Do pewnego stopnia jest to okej.

Do pewnego wieku płacz przykuwa uwagę rodziców.

Do pewnego momentu każdy z nas bywa ofiarą w większym lub mniejszym stopniu

Ale to się łatwo wymyka spod kontroli.

Bywa, że z bycia ofiarą część ludzi robi swoją życiową filozofię.

Ponieważ ofiara nie może istnieć bez kata (ofiara i kat wzajemnie się definiują, jak uczeń - nauczyciel czy rodzic - dziecko), zatem świat w oczach ofiary dzieli się na 2 kategorie:

- inne ofiary losu (które wzajemnie się wspierają, adorują i płaczą nad swym losem)

- katów (którzy są "tymi złymi")

Najlepsza zabawa zaczyna się wtedy, gdy ofiara uczy się, jak manipulować swoim otoczeniem, by pozyskiwać określone zasoby.

Nie zrobisz jej kolacji? No tak, ona biedna, skrzywdzona, po całym dniu pracy wraca, a tam nic - musi głodować. Przez Ciebie.

Odmówisz jej czegoś? No tak, zawsze jej odmawiasz. Nigdy nie chcesz, by było po jej myśli.

Przykłady się mnożą.

Ofiara zawsze widzi kata "na zewnątrz". Nie zdaje sobie sprawy, że dokonuje projekcji na innych swojego wewnętrznego kata. W każdej chwili może więc zmienić się w kata sama - nieświadomie.

"Oni mnie zmusili do ostateczności" - powie potem. "To on mnie zdenerwował, musiałem".

Jak poradzić sobie z Syndromem Ofiary:


1. Nie współczuj, lecz współodczuwaj.

Ofiara żywi się współczuciem. Im więcej go dasz, tym będzie silniejsza. Zauważy bowiem, że robienie z siebie pierdoły działa - dostaje to, co chce. Nie musi zrobić czegoś nieprzyjemnego, za to dostaje Twoją łagodność, wyrozumiałość itd.

Współodczuwaj. Powiedz "Wydaje mi się, że wiem, jak się czujesz. Ale jesteś dorosłą, dojrzałą i zaradną osobą i wiesz, że (wstaw cokolwiek, co ofiarę obudzi)."

2. Bądź miły dla ofiary, gdy na to zasługuje

Jeśli ktoś opowiada Ci, jakie życie jest dla niego złe i podejrzewasz, że może się za tym kryć Syndrom Ofiary - zachowaj dystans. Nie wylewaj swoich emocji, nie deklaruj wsparcia. Wsparcie zadeklaruj, gdy druga osoba chce sobie pomóc na serio. Gdy zacznie być zaradna - wtedy ją nagrodź.

3. Zrozum, że najczęściej... krzywdy nie było

To, że z kogoś koledzy śmiali się na WF-ie, nie znaczy, że ta osoba doznała krzywdy. To znaczy, że śmiali się z niej na WF-ie.

"Krzywda" to sposób, w jaki patrzysz na dane doświadczenie, w którym cierpiałeś.

Jak Cię użądli osa czy boli głowa, to też cierpisz, ale raczej mała szansa, że zrobisz z tego "krzywdę" (Nawet osa mnie skrzywdziła, o ja biedny!). Jeśli jednak do gry wchodzi drugi człowiek i jego postawa - o "krzywdę" o wiele łatwiej.

Ktoś się z Ciebie śmiał? Wyzywał Cię? Okej, przykra sprawa, kumam. Natomiast to, jak na to zareagowałeś, to Twoja działka. Ofiara nigdy nie bierze odpowiedzialności za swoje cierpienia - zawsze to kaci są ich przyczyną. Natomiast jeśli nie interesuje Cię tak żywot - weź pełną odpowiedzialność za to, jak się czujesz.

4. Nie daj sobie wmówić, że cierpi przez Ciebie

Oj szybko możesz stać się katem dla swojej ofiary. Nie wchodź w tę grę pod żadnym pozorem. Ofiara nie cierpi przez Ciebie. Patrz na sytuację z perspektywy obiektywnego obserwatora. Okradasz ją? Poniżasz? Wyśmiewasz? Wyzywasz? Grozisz? Bijesz?

Jak nie, to tylko gra wielkie cierpienia, by pozyskać odpowiednie wsparcie otoczenia, współczucie lub Twoje ustępstwo.

Pamiętam, jak kiedyś byłem świadkiem takiej sceny. Mała dziewczynka biegła po trawie i nagle potknęła się, upadła i zaczęła płakać. Jej ojciec obojętnie przeszedł obok: - Wstawaj, krzywda ci się nie dzieje. I dziewczynka wstała, otrzepała się, otarła i poszła biegać dalej.

Przy części tych upadających dzieci rodzice robią dramat. Zaraz ocierają łzy, głaszczą, wspierają.

Stąd też bierze się Syndrom Ofiary.

Wsparcie dla tych ludzi, którym krzywda dzieje się rzeczywiście i obiektywnie - a nie marnujmy je dla tych, którzy deklarują, jak to rzekomo mocno cierpią i nie chcą żadnej pomocy.

Nie masz także moralnego obowiązku być ciotką pocieszycielką dla każdego cierpiętnika w okolicy. Owszem - czasem należy wysłuchać czyichś żali i utyskiwań. Czasem ludziom pomaga to uporządkować swoje dialogi wewnętrzne, zasoby itd.

Czasem zbyt szybka porada może być także odebrana jako "masz, weź tę radę i spierdalaj, bo nie mam dla Ciebie czasu".

Dlatego trzeba słuchać ludzi i dobrze się w ich słowa wsłuchiwać.

Jednak jeśli ktoś po 100 razy wraca do tej samej historii... Albo - co gorsza - za każdym razem ta historia jest coraz bardziej zniekształcona (jak u pani Basi Kwarc - "myślałam, że mnie opluje", a potem "opluł mnie chuj jebany" :D ) - wiedz, że masz do czynienia z Syndromem Ofiary.

A Ty? Masz ten Syndrom?


Oczywiście nie masz, wiadomo. Cierpienia innych są wyimaginowane, ale te Twoje są prawdziwe i bardzo bolesne, prawda?

No to witam w klubie, Kochany.

Im bardziej Ci się wydaje, że inni mają Syndrom Ofiary, tym bardziej możliwe, że sam go masz, ale wyparłeś go ze świadomości i teraz widzisz projekcje u innych ludzi.

Jeśli wydaje Ci się, że "wszyscy robią z siebie ofiarę" - to masz dużą szansę, że właśnie przejrzałeś się w lustrze.

Napisz na kartce dwa zdania: "Jestem ofiarą" oraz "Jestem zwycięzcą i szczęściarzem".

Znajdź dowody w swoim doświadczeniu życiowym, które będą popierać oba te stanowiska.

Każdy z nas czasem zmienia się w ofiarę, czasem nam to przechodzi a czasem jesteśmy w tym uwikłani na dłużej. Ale tak samo każdy z nas ma doświadczenia, które mogą potwierdzić, że jesteśmy zwycięzcami losu i szczęściarzami. Tylko trzeba umieć je dostrzegać.

Gdy zdobędziesz dowody na to, że jesteś ofiarą i zwycięzcą, katem i szczęściarzem - będziesz miał świadomy wybór, z którego worka doświadczeń chcesz czerpać.

Wtedy też do Syndromy Ofiary będziesz podchodził bez emocji - bez lęku, bez entuzjazmu, jak do czegoś, co się po prostu spotyka w przyrodzie. I wtedy też odkryjesz całkiem racjonalne sposoby radzenia sobie z kimś, kto ma taki syndrom.

Życzę powodzenia w tym temacie :)

21 komentarzy:

  1. Hej Dream!
    Chciałbym złożyć zamówienie na artykuł :-) Oczywiście ten jak i inne są świetne. Moim zdaniem jesteś mistrzem słowa. Homofascynacje to kolejny dowód tej tezy :-) Myślę, że nie tylko ja, ale ja szczególnie chciałbym dowidzieć się właśnie od Ciebie jak piszesz. Jak materializujesz myśli w takie świetne wyważone proste i trafne teksty? Zdradź rąbek tajemnicy, daj wskazówki jak to ćwiczyć. Czy pojawia się konspekt każdego tekstu, punkty, czy jedziesz z głowy "na gorąco". Chciałbym podobnie jak Ty wyrażać to co mam w głowie, odwoływać się do swoich doświadczeń. To, że byłem przeciętny w pisaniu wiem od nauczycieli... Jednak nadal czuje, że mogę to wypracować.
    Dlatego proszę o tekst o tym jak je piszesz, jak się do nich zabierasz, co czujesz przed podczas i po napisaniu. Znacznie ułatwiłoby mi to stawianie kolejnych kroków.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szanowny Łukaszu,

      Moje pisarskie ego ma teraz obfity i mocny orgazm, dziękuję :)

      Pisanie - czy to artykułów, czy opowiadań - to jedna z najtrudniejszych umiejętności, jaką może posiąść ludzki umysł. Angażuje bowiem absolutnie wszystkie ośrodki mózgowe, każe Ci myśleć ciągle, jak przyciągać uwagę, jak bawić siebie i czytelnika, jak w zaskakujący sposób przekazać myśl.

      Trudno więc odpowiedzieć mi w prosty sposób na to pytanie.

      W dużym skrócie wygląda to tak, że najpierw sam czytam, czytam i czytam. Nagle jakiś temat "zapłonie" w mojej głowie jak stos, fascynuje nie do szpiku moich gejowskich kości, i już wiem, że muszę o nim coś napisać.

      Daję sobie wtedy krótki czas na ułożenie w głowie ogólnego schematu tekstu - co najpierw, co potem chcę przekazać, w jakiej kolejności. Najlepiej na takie schematy wpada mi się podczas chodzenia - spacer w samotności jest czymś absolutnie genialnym i sprawdza się zapewne dlatego, że jestem cholernym introwertykiem.

      Potem - gdy już wiem, jaka ma być architektura tekstu - siadam i piszę. To jest czysty flow, który bazuje na moim skillu pisarskim budowanym przez ponad już dekadę pisania. Pisałem już wszystko, co można pisać - artykuły, opowiadania, powieści, książki poradnikowe, fraszki, hasła reklamowe - więc cała ta składnica mikro-umiejętności podpowiada mi, jak konstruować kolejne zdania.

      Na pewno nie byłbym - powiem kurde molek nieskromnie - w tym tak dobry (cholera, jestem w tym dobry, bo ludzie płacą mi ciężką kapuchę za to, co piszę), gdybym nie nauczył się neurolingwistycznego modelowania.

      Dzięki BARDZO wnikliwej analizie tekstów, które mnie jakoś ujęły, wydobywam na powierzchnię całe schematy, na których autor (świadomie lub nie) opierał się, budując zdania.

      Tego jest tak dużo, że można by spasły tom niejeden napisać na ten temat. Babram się w temacie środków stylistycznych, struktur typowo lingwistycznych (do opisu używam metamodelu Grindera), a także znajomości składni zdania, szyku itd.

      Lubię eksperymentować ze słowem, bawi mnie to, sprawia mi to przyjemność, bo - jak już kiedyś wspomniałem na łamach niniejszego bloga - jestem hipersensytywny. A więc super-czuły - na słowa w szczególności.

      Pochłonąłem dziesiątki książek o tym, jak pisać książki - i fabularne, i poradnikowe, i wszelkie inne. To też pomaga, bo daje Ci różne poglądy na różne kwestie - jak pisać dialogi, jak rozwijać fabułę itd.

      Główna porada, jaką mogę Ci dać: pisz, pisz i jeszcze raz pisz.

      Pisz dla siebie - dla swojej satysfakcji - byś miał motywację. Pisz dla ludzi - by podtrzymywać ich uwagę i zaangażowanie.

      Eksperymentuj, baw się, sprawdzaj efekty.

      Napisz coś, co zszokuje, będzie dziwne i wywoła silną reakcję Twoją i odbiorców. Sztuka dobre pisania - to mogę powiedzieć po latach - polega na takim zestawieniu ze sobą pospolitych słów, które "się sobie dziwią" - jak to ujął Parandowski.

      "Pod piórem pisarzy naznaczają sobie spotkanie słowa, które się nigdy nie spotkały, czasowniki zaciągają się w służbę nie znanych im dotąd czynności, rzeczowniki zdobywają nowy zakres władzy. Tymczasem w mowie potocznej, w lichej literaturze, w pospolitej publicystyce słowa nudzą się i dręczą w stałych związkach. Wciąż te same przymiotniki wloką się w cień za swoimi rzeczownikami. Skamieniałe zwroty, spróchniałe metafory. Pleśń, rzęsa, stojąca woda. Ten zakrzepły świat czeka na tchnienie pisarza, jak sadzawka Siloe czekała, by ją anioł poruszył."

      Chodzi mi po głowie, by kiedyś uruchomić Akademię Pisarstwa :) Kto wie, czy to przypadkiem nie byłby wyśmienity pomysł? :)

      Pytaj, jeśli w Twojej głowie urodziło się jakieś pytanie :)

      Usuń
    2. Akademia pisarstwa? Wchodzę w to! :-) Twoja soczysta odpowiedź zostanie wydrukowana i przeanalizowana dogłębnie :-) Zamieściłeś kilka cennych informacji... powertuje, poszukam... jeżeli dorzucisz jakieś pozycje (nie tylko z nowej serii kamasutry), ale literaturę, hasła, tropy, które mogą być dobrym starterem, dobrą podstawą... byłoby super :-)

      Usuń
    3. Mega ciekawą opcją jest (chyba kultowa już) książka "Warsztat pisarza" autorstwa Dwighta V. Swaina. Facet ma bardzo dużo praktycznych porad pisarskich - widać, że zjadł na pisaniu zęby :)

      Baw się dobrze :)

      Usuń
    4. Dream, zbieram materiały, czytam, czytam czytam... podpowiedz mi gdzie szukać lub jakie Ty czytasz opowiadania, powieści, artykuły, które będą dobrym materiałem do analizy, obserwacji i będą wyraziste niczym opowiadania z Homofascynacji :-)

      Już prawie pewny, z góry dziękuję za odpowiedź :-)

      Usuń
    5. Jeśli chodzi o lingwistykę, to polecam Ci "Sklepy Cynamonowe" Bruno Schulza, wszystko, co spłodzi Dorota Masłowska, a także poezję Szymborskiej. Nie wiem, na ile to Cię ujmie, ale jeśli ujmie - to zobaczysz w ich twórczości dużo ciekawych rzeczy, które warto opanować.

      Co do Schulza - na pewno rzuci Ci się w oczy, ile jego jego stylu w Homofascynacjach - nie będę ukrywał, że był i jest dla mnie absolutnym mistrzem słowa, którego ja - marny i biedny - próbuję tylko poznać po wierzchu, jego postać, jego lica, po czym przenieść choć część jego geniuszu na swoje poletko.

      Świetny i zrozumiały opis metamodelu lingwistycznego znajdziesz we "Wprowadzeniu do programowania neurolingwistycznego" autorstwa O'Connora i Seymoura.

      Metamodel pozwoli Ci zauważyć, jak słowa działają na wewnętrzne systemy reprezentacji - jak budują obrazy w głowie, jak operują na pojęciach, systemach myślenia. To się mocno jeszcze ociera o tzw. neurolingiwstykę i neurogramatykę, to jest już głębsza sprawa, choć warta zrozumienia.

      Warto też czytywać sobie poradnikpisania.pl - autorka bardzo fajnie i przystępnie opisuje różne aspekty pisania książki fabularnej i nie tylko.

      Usuń
  2. Normalnie chyba powinienem być z siebie dumny, bo się czuje katalizatorem tego arta :D
    Marcin

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jupi, kolejna korzyść z bycia ofiarą :)

      Usuń
    2. Zdecydowanie jedną z niewielu. Co do wyśmiewanie na wf-ie też się nie zgadzam, bo to jest jedno z bardziej dotkliwych poniżeń, że nie wspomnę o ròżnych sytuacjach w szatni, łącznie z pokazywanie.... Nieważne :)
      Ogòlnie, co już zauważyłeś jestem zwolennikiem poszukiwania zewnętrznych usprawiedliwień, moim zdaniem środowisko, cały proces socjalizacji wtòrnej ma ogromny wpływ na poczucie własnej wartości i to w konsekwencji kim potem jesteśmy. Jeśli ktoś żył pòł życia w środowisku dla siebie wrogim, to trudno sie dziwić, że potem wyznaje syndrom ofiary. Nie ma nic trudniejsze go w życiu, jak samego siebie uczciwie dowartościować. Człowiek jest taki, że zawsze poròwnuje się do innych. A co wtedy, gdy te poròwnaniu wypada na jakimś polu dla mnie np ważnym w sposò oczywisty niekorzystnie, to jak sobie z tym poradzić bez wsparcia środowiska?

      Usuń
    3. "cały proces socjalizacji wtòrnej ma ogromny wpływ na poczucie własnej wartości i to w konsekwencji kim potem jesteśmy"

      Jasne - do momentu wzięcia odpowiedzialności za siebie. SAMOocena - to proces, w którym SAM się oceniasz. Zapytaj siebie o kryteria, na bazie których się oceniasz. Czy to są dobre kryteria?

      "Jeśli ktoś żył pòł życia w środowisku dla siebie wrogim, to trudno sie dziwić, że potem wyznaje syndrom ofiary."

      Jako osoba dorosła masz wpływ na to, w jakim środowisku teraz się obracasz. I na to, jak interpretujesz czyjeś zachowania. Mocno pomaga zrozumienie, że ludzie nie dojebują Tobie, tylko swojemu obrazowi Ciebie w swoich głowach. Gówno o Tobie wiedzą - generalnie.

      "Nie ma nic trudniejsze go w życiu, jak samego siebie uczciwie dowartościować."

      Bo nie to chodzi, by się dowartościowywać - ale pojąć swoją realną, obiektywną wartość. Dowartościowywanie kojarzy mi się z procesem, w którym bierzesz kogoś "bezwartościowego" i próbujesz mu wmówić, że jest coś warty.

      Nie ma osób bezwartościowych - są tylko tacy, którzy nie rozumieją swojej wartości, roli, zalet.

      "Człowiek jest taki, że zawsze poròwnuje się do innych. "

      Jezu... człowiek jest taki. Sraki. Zacznij porównywać się tylko do siebie z przeszłości. Masz być lepszy nie od innych, ale lepszy niż dotychczas. To, jacy są inni ludzie, zostaw innym ludziom.

      "A co wtedy, gdy te poròwnaniu wypada na jakimś polu dla mnie np ważnym w sposò oczywisty niekorzystnie, to jak sobie z tym poradzić bez wsparcia środowiska?"

      Gdy różnica między Tobą a osobą, z którą się porównujesz, jest zbyt wielka, zamiast motywacji do zmiany i konstruktywnej zazdrości, najdzie Cię raczej niechęć, rezygnacja i zawiść.

      Skoro już tak bardzo chcesz się porównywać z innymi - wybieraj mądrze te osoby, w którymi się porównujesz. Wybierz kogoś, kto jest tylko trochę lepszy - aby mu dorównać, wystarczy wykonać mały krok. Potem celujesz wyżej.

      Zazdrość, która może się urodzić w takim procesie, zamień na pozytywną motywację.

      Dla równowagi emocjonalnej - możesz też zacząć się porównywać z tymi, względem których jesteś lepszy. Może to i marne, ale trochę Twoje ego podbuduje.

      Tak czy owak - zacznij tu, gdzie jesteś. Zrób, o możesz. Wykorzystaj to, co masz.

      Usuń
    4. Marcin, sam wiem, że dowartosciowac siebie samego to wielki problem, jeśli otaczają Cię ludzie, którzy dogadają Ci i wysmiewaja się z Ciebie, pamiętaj w takich chwilach o tym, że ludzie zbyt słabi by osiągnąć coś własnoręcznie zrobią wszystko, żeby zniszczyć tych, którzy mają w sobie tą siłę, żeby żyć po swojemu. To będzie ciężkie, wiele razy rzucą ci kłody pod nogi, ale wierz w to, że jest sens. Jesteś wartościowy bo jesteś człowiekiem, masz moje duchowe wsparcie i trzymam za ciebie mocno kciuki. Nie daj się! Adam

      Usuń
  3. Poruszyłeś temat nadopiekuńczych matek. Ja mam wrażenie bycia ofiarom głównie przez moją relację z mamą od której nie umiem się uwolnić. Nie podoba mi się także fakt, że każdy facet z którym się spotykałem mimo wieku nawet 40 paru lat był mocno zależny od matki- z jedynym najprzyjemniejszym wyjątkiem gdzie matka poprostu zmarła ale nadal był zaobsorbowany jej osobą. Możesz rozwinąć temat?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj, to temat rzeka.

      W dużym skrócie - związek z matką, tzw. "pierwszym rodzicem" (to ona się czuje w większości przypadków bardziej odpowiedzialna za dziecko, niż ojciec) jest tym najważniejszym w życiu.

      "Nadopiekuńcza" zakłada, że jest jakaś granica opiekuńczości, którą ona przekroczyła a nie powinna. Warto na wstępie zastanowić się, czy rzeczywiście tak było, czy to tylko nasze wyobrażenie.

      Kolejna sprawa - jeśli jesteś pierwszym dzieckiem swojej matki - to najpewniej przekroczyła tę granicę :) To tzw. syndrom pierwszego dziecka. Nie dość że jest ono przeważnie najbardziej chorowite, to na dodatek rodzice na jego przypadku uczyli się opieki. Za bardzo się obawiali, za bardzo się starali. Przelewali także wszystkie swoje oczekiwania na pierwsze dziecko. Każde kolejne ma już łatwiej - nie jest tak ambitne, ale też nie tak zestresowane.

      Być może skrobnę o tym coś więcej, bo temat jest rzeczywiście chyba ważny :)

      Usuń
  4. Nie byłem w stanie dotrwać do końca artykułu, bo mam w sobie silną złość do samego siebie jak takie cos czytam, zwłaszcza że prawdziwy ja jest silny, chce rządzić i był zawsze kimś takim kto potrafi "strzelić w pysk", ale rzeczywistość weryfikowała to i te cechy były zawsze wypierane przy ludziach, stawałem się przysłowiową cipką i 90% mojego życia to bycie ofiarą i wchodzenie mi na głowę przez innych. Wewnątrz kipiało we mnie, bo przecież "prawdziwy ja jest inny", "ja w domu jestem inny", "ja naturalny", ale blokady brały górę.

    nie wiem czy ten blog pasuje do takich wpisów, ale mam straszny żal i złość do jednego z rodziców za to, że jestem jego kopią. Gdyby nie wszedł na tą pier..loną scenę życia ze swoimi jakże super cechami charakteru, to bym nie wiedział do 18 roku życia co to stres i urazy, nadal bym był taki jak w bardzo wczesnym dzieciństwie czyli umiał się bronić, bo wtedy byłem jeszcze jak drugie- to silniejsze z rodziców. To się chyba modelowanie nazywa, widocznie w pewnym momencie blokady zastapiły siłe, dziś dryfuje między jednym a drugim, miedzy siłą naturalną a słabością. I się wściekam za to że się dawałem innym. Moim zdaniem, bo chociaż tylko pobieżnie przeskoczyłem artykuł, to zapominasz autorze o odpowiedzialności innych. Jaką przyszłość ma dziecko biedaków, którzy przekazali im taką samą mentalność biedaka? Jaką przyszłość ma ofiara która jest ofiarą tylko dlatego, że jej ojciec lub matka była słaba i bez własnego zdania? Dlaczego "ofiara" musi naprawiać to, co wcale zaistnieć nie musiało gdyby tylko rodzice za czasu dostrzegli ze sa w zwiazku fantomowym? sam jestem owocem takiego zwiazku mam wrazenie i naprawdę...to mój ojciec powinien te wszystkie baty przyjać przez te lata, bo to jego zasługa. Ja już się nie podniosę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zacznijmy od tego, że rzeczywiście - Twój wpis obnaża, że nosisz w sobie różne historie i nie da się tutaj rzucić szybkiej i trafnej porady, co zrobić. Masz do zrewidowania nie tylko relacje z rodzicami, ale także tę relację między "prawdziwym Tobą" a tym rzekomo nieprawdziwym.

      Będziesz się z tym zdeczka pieprzył, ale jeśli będziesz wytrwały, cierpliwy - to uda Ci się to wszystko poukładać.

      "Jaką przyszłość ma dziecko biedaków, którzy przekazali im taką samą mentalność biedaka?"

      Moglibyśmy nad tym dyskutować na bladego świtu i skończylibyśmy na dyskusji, która wersja świata jest tą prawdziwą - deterministyczna czy probabilistyczna / kwantowa / oparta na wolnej woli.

      Jedna szkoła będzie się upierać, że człowiek jest produktem: genów, środowiska, kosmosu itd. I że jesteśmy tylko maszynkami, które wmówiły sobie, że mają wolną wolę, podczas, gdy ich mózgi podejmują decyzje o ułamki sekund wcześniej, niż wie o tym "wolna wola" (udowodnione).

      Z drugiej strony będzie inny zestaw przekonań - że człowiek jest twórcą swojego życia, kowalem swojego losu, że może się stworzyć od nowa. Chuj jeden wie, czy to prawda, bo znajdziesz mnóstwo dowodów, które zarówno potwierdzą tę tezę, jak i jej zaprzeczą.

      Jednak jeśli wyjdziemy poza spieranie się o to, czyja prawda jest prawdziwsza, możemy spojrzeć na obie te szkoły pod kątem użyteczności, praktyczności, skuteczności.

      Osoba z pierwszej szkoły - deterministycznej - będzie de facto bierna, pasywna, mało skuteczna, bo przecież i tak wszystko jest kwestią ślepego losu.

      Osoba z drugiej szkoły będzie osobą aktywną, starającą się coś zmienić, ulepszyć siebie. Do póki nie trafi na taką swoją cechę, której rzeczywiście zmienić się nie da i już - nie będzie odczuwać specjalnej frustracji a jej postawa życiowa okaże się całkiem użyteczna i skuteczna w osiąganiu celów.

      I teraz wracamy do tego dziecka biedaków, którzy przekazali mu swoją mentalność biedaka. Czy się wyrwie? Czy nie? Czy zostanie "ofiarą losu"? Czy jego twórcą?

      Gdybyśmy byli parokomórkowymi prymitywami - sprawa byłaby jasna. Jednak ludzie mają w sobie pewien pierwiastek nieprzewidywalności. Im dalej rozwinięty gatunek - tym bardziej każda jednostka różni się od siebie. Ameby są identyczne, koty podobne, a ludzie - zupełnie różni, każdy jest wyjątkowy. Więc to dziecko będzie znakiem zapytania w każdym przypadku.

      "Jaką przyszłość ma ofiara która jest ofiarą tylko dlatego, że jej ojciec lub matka była słaba i bez własnego zdania?"

      Od razu mógłbym zapytać, czy na pewno ta ofiara jest ofiarą TYLKO DLATEGO, że (powód)? Skąd wiadomo, że nie było innych powodów? A co by było, gdyby się okazało, że tkwienie w roli ofiary niesie ze sobą określone korzyści?

      Umysł jest dość sprytną maszyną - miliardy lat ewolucji nauczyły go, by nie trzymać się na siłę zachowań, które - w jego własnej opinii - nie niosłyby jakiegoś pozytywu.

      Dzieci modelują rodziców, ale biorą też to, co im się przydaje, by osiągnąć cel. Dziecko może udawać ofiarę, gdy zauważy, że ma z tego korzyść (np. uwagę rodzica). Więc to modelowanie bycia ofiarą nie jest ślepe - w tym szaleństwie tkwi metoda.

      Te wszystkie pytania, które zadajesz, pokazują, że masz do swoich rodziców ogromne pretensje. Czujesz się skrzywdzony (element ofiary) i zły (element kata).

      Witamy w dualizmie.

      To nie są rzeczy, które przepracujemy tu i teraz za pomocą komentarzy. Przed Tobą proces pojednania każdej ze skłóconych stron. To jest coś, czego się trzeba uczyć - jakbyś negocjował z terrorystami. To może potrwać nawet lata, nim ułożysz sobie w głowie koncepcje siebie, swojego ojca i matki i uda Ci się między nimi wprowadzić harmonię. Ale to, że to potrwa, nie oznacza, że nie warto. Czas płynie i upłynie.

      Będzie post o "stawaniu się sobą" i wewnętrznych negocjacjach.

      Usuń
  5. Autorze, a taki schemat gdy ofiarą np. zabójstwa jest cicha, nieśmiała osóbka? nie znam sie na psychologii, ale podejrzewam, że wielu przestępców z historii mogło właśnie takich osób szukać, naiwnych itp. Teraz weźmy przemoc gdzie maż bije SŁABĄ, NAIWNĄ żone albo dzieci upokarzają kogoś SŁABEGO, cichego i naiwnego, nie wiem jak Ty ale dla mnie czy ktoś kradnie, czy zabija, czy się znęca, czy wyśmiewa jest takim samm mordercą co ktoś kto naprawdę kogoś zabił. Nie rozumiem zupełnie dlaczego pomijasz odpowiedzialność katów, a skupiasz się tylko na odpowiedzialności tego człowieka co skrzywdzenia doświadczył. Przecież ludzie najpierw ......... krzywdzili ofiarę. Jak ofiara nastepnie by coś sobie zrobiła i by potem cierpieli bliscy po jej śmierci samobójczej, to kat byłby już nie katem ofiary, lecz ofiar. To nie jest w porządku, że my mamy brać odpowiedzialność i zaakceptować, że im się upiekło.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szanowny Rozmówco,

      Jeśli ktoś pastwi się nad innymi, kradnie, gwałci i zabija - jest przestępcą i powinien ponieść karę. Osoby, które padły ofiarą takich ludzi, są ofiarami w sensie prawnym. To, czy w sensie psychologicznym - to już nieco inna kwestia.

      Ja właśnie tego sensu dotykam.

      Co więcej - nie mówię, że złe jest CZUCIE się ofiarą, CZUCIE się pokrzywdzonym i domaganie się sprawiedliwości. To jest okej.

      Co innego jednak jest czucie się ofiarą, a TRWANIE w tej postawie, czynienie z bycia ofiarą pewnej filozofii życiowej, która przynosi realne przecież profity - uwaga i współczucie otoczenia, łagodniejsze traktowanie, unikanie obowiązków itd. itd.

      Jest bowiem spora różnica miedzy byciem ofiarą jakieś psychola, a robieniem z siebie ofiary pod byle pretekstem - aby czerpać z tego zyski.

      Jest jeszcze pewien niepokojący mechanizm tkwiący w tym, jak tworzy się syndrom ofiary. Czasem u podstaw rzeczywiście leży jakaś poważna krzywda. W momencie, gdy ta krzywda się dzieje, mózg zalewany jest koktajlem z hormonów, który uplastycznia mózg i pozwala mu się szybko przebudowywać. W takich sytuacjach w mózgu ofiary (ofiary w sensie fizycznym, prawnym) powstają dwa koncepty - ofiary i kata. Te dwa koncepty wzajemnie się uzupełniają, tkwią w niekończącym się nieporozumieniu. Ofiara (w sensie fizycznym/ prawnym) internalizuje oba te koncepty na bazie tego mocnego doświadczenia, jednak identyfikuje się tylko z konceptem ofiary (która błaga, przeprasza itd.). Ofiara fizyczna nie wie jednak, nie uświadamia sobie, że razem z konceptem ofiary wchłonęła także koncept kata. Ten kat to zawsze "ktoś". Jednak umysł ofiary - w określonych sytuacjach - może skorzystać z konceptu kata. Wtedy też uległa i zastraszona ofiara nagle atakuje z furią - oczywiście absolutnie zaprzeczając, jakby miała coś wspólnego z katem.

      Powstaje więc psychologiczne wyparcie. Ja jestem w nim ofiarą (zawsze), a "Ty" jesteś katem (zawsze). Gdy ja Cię atakuję, to jest to "obrona konieczna", gdy Ty mi zwrócisz uwagę - to jest to agresywny atak.

      Póki w umyśle fizycznej ofiary jakiegoś incydentu nie zajdzie zgoda między konceptami ofiary i kata - konflikt będzie tkwił na poziomie mentalnym. Im więcej bezsilności i stresu było w tym doświadczeniu, tym większą zmianę w pracy umysłu doświadczenie wprowadza.

      Ponieważ koncepty ofiary i kata nie komunikują się ze sobą za bardzo - albo robią to w określony, wąski, brutalny i zdawkowy sposób - nie mają możliwości wzajemnie nawiązać sensownej relacji.

      Jedynym wyjściem jest dość długi i skomplikowany proces, w którym oba te koncepty należy "wyrzucić z siebie" (zdysocjować się względem nich), a następnie umożliwić im komunikację na poziomie wzrokowym, słuchowym i kinestetycznym. Jedyną submodalnością (pod-cechą) wszystkich tych systemów sensorycznych jest położenie. To ono (wzrokowo, słuchowo i kinestetycznie) łączy ze sobą wszystkie informacje i "uspójnia" obraz świata. Dlatego też celem obu konceptów jest znalezienie się w jednym miejscu i czasie w zgodzie. Gdy to nastąpi - nastąpi też anihilacja konceptów ofiary i kata, która pozwoli w końcu wyjść poza ten dualizm i osiągnięcie wolności emocjonalnej.

      Trudne? W chuj trudne. Możliwe? Jasne.

      Usuń
    2. a jakbym został skrzywdzony z 15 lat temu (w znaczeniu: okradziony lub zdradzony lub psychicznie gnębiony czy coś w tym stylu), to jakiej sprawiedliwości moge oczekiwać skoro nawet nie potrafiłem powiedzieć stop gdy była okazja... wtakiej sytuacji pozostaje trauma bo co więcej, szukanie sprawiedliwości? nic już nie można i tak naprawdę jak nie dałem rady wtedy to co teraz moge, pewnie nikt nie pamięta nawet o tym. Nie wchodze w dyskusję i odpowiadam jak widać zdawkowo, bo mnie na tym blogu przede wszystkim nie powinno być. Tak jak nie powinienem przeżywać jakichś traum i opisywać tego. Pozdrawiam i żegnam wszystkich

      Usuń
    3. Pierwsza sprawa - jeśli masz traumę, potrzebujesz pomocy specjalisty. Mówię serio, bo nie wiem, o jakiej traumie mówisz i nie wiem, na ile poważna jest sprawa.

      Niebawem na blogu zaproponuję ćwiczenie, które pozwala wyjść z takich sytuacji.

      W skrócie zacznę teraz: wystaw przed siebie swoje dłonie i połóż na nich: na jednej dłoni tego, kto Cię skrzywdził, na drugiej - siebie samego w tamtej chwili.

      Zobaczy wyraźnie obie te postacie. Posłuchaj, co mówią. Poczuj je.

      Okej, wydaje Ci się to dziwne, że masz rozmawiać z "tamtym" człowiekiem, który Cię skrzywdził. Przecież to, że rozmawiasz z "nim" w swojej głowie, niczego nie zmieni, prawda? On nadal gdzieś tam jest itd.

      Ale tu nie chodzi o to, by JEGO zmieniać, ale Ciebie. Poprzez zmianę tego, co o nim myślisz. On jest gdzieś tam (albo nie jest), ale Twoja trauma jest w Twojej głowie i ma jego imię. I Twoje.

      Teraz zdystansuj się i zapytaj: Czy jesteś po którejś ze stron?

      Jeśli tak - nie jesteś jeszcze obiektywnym obserwatorem tego wydarzenia. A musisz być, by dokonywać racjonalnych decyzji. Dlatego wejrzyj w siebie i zobacz, co takiego w Tobie tkwi, że jesteś po jednej ze stron (najpewniej ofiary, bo z nią się identyfikujesz).

      Może się np. okazać, że trzymasz w sobie złość na kata. Wyjmij ją i daj tę złość ofierze. Zobacz, co się stanie. U mnie - ofiara urosła jak na drożdżach.

      Cały zonk polega na tym, żebyś stał się neutralnym obserwatorem sytuacji, który ma dostęp do logicznego, racjonalnego i chłodnego myślenia. Jeśli masz jakikolwiek emocjonalny stosunek do jednej ze stron (lub obu), nie jesteś obiektywny i nie możesz w danej chwili przystąpić do rozwiązywania konfliktu między obiema tymi częściami.

      Gdy "oddasz" emocje katowi lub ofierze (możesz czuć złość na kata, możesz czuć wzgardę dla ofiary - różnie bywa) - sam będziesz już pozbawiony emocji. Walka będzie toczyć się między nimi, a nie między Tobą a nimi.

      To pełna emocjonalna dysocjacja. Gdy ją osiągasz - poczujesz wielką ulgę i jasność umysłu.

      Wtedy też Twoim zadaniem jest zebranie jak najwięcej informacji od obu stron. Ponieważ jesteś już chłody i obiektywny - możesz bez emocji wysłuchać jednej i drugiej strony, bez wcielania się w stronę przeciwną i filtrowania tak, jak ona.

      W przypadku, gdy żywisz emocje do jednej ze stron, nie możesz obiektywnie wysłuchać obu stron, bo emocje będą "filtrować" to, co mówi "przeciwnik".

      Gdy masz emocjonalny dystans, możesz także odkryć, jakie pozytywne intencje kryją się za zachowaniem obu tych stron. Gdybyś jednej ze stron nie lubił, nienawidził - nigdy nie odkryjesz jej pozytywnych intencji, bo będziesz uważał, że nie istnieją.

      To proces, który jest jeszcze dłuższy - ale to jest początek. Zrób chociaż tyle - dla siebie. A potem ja opiszę, co zrobić dalej.

      Usuń
  6. "Napisz na kartce dwa zdania: "Jestem ofiarą" oraz "Jestem zwycięzcą i szczęściarzem".


    Czy afirmacje typu "jestem bogaty" lub " jestem panem umysłu" mają sens? Poza opisaną słabością, mam też umysł biednego a nie bogacza. Przypomniało mi się o różnicach w ich myśleniu i chciałbym spróbować którejś z afirmacji, mam takie dziwne wrażenie że powtarzanie "jestem bogaty" przy okazji sprawi, że zaczne troche inaczej myśleć, inaczej podchodzić do problemów :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pierwsza sprawa - zaproponowane przeze mnie ćwiczenie nie polega na afirmowaniu, lecz na znalezieniu obiektywnych, przekonujących doświadczeń, które będą popierać oba stanowiska - że jesteś ofiarą i jesteś zwycięzcą. Możesz też dodać - dla większej równowagi - odnalezienie dowodów, że jesteś katem i przegranym.

      Tu nie chodzi o zaklinanie rzeczywistości, ale o uświadomienie sobie, że tak naprawdę jesteś tym, co o sobie myślisz w danej chwili. Gdy masz dowody na różne tezy - masz także elastyczność w przechodzeniu między jedną koncepcją Ciebie a drugą. To głębsza zmiana, niż afirmacja.

      A co do Twojego pierwszego pytania - afirmacje mają sens albo nie mają. Zależy.

      Od powtarzania sobie, że się jest bogatym, jeszcze nikt się nie wzbogacił. Opowiadanie sobie historii pt. "jestem panem swojego umysłu" - cóż, to też myślenie dość życzeniowe (choć akurat tutaj pewnie moglibyśmy się pospierać).

      To jednak nie znaczy, że afirmacje w ogóle nie działają.

      Badania wykazały, że mnisi buddyjscy, którzy afirmują pozytywne życzenia całemu światu i każdemu człowiekowi z osobna (to jeden z ichniejszych typów medytacji) rzeczywiście mają lepiej rozwinięty ośrodek odczuwania empatii.

      Zatem afirmacje działają - tylko trzeba umieć je sensownie skonstruować. Afirmacjami można odmienić sposób, w jaki się funkcjonuje i sposób myślenia o określonych konceptach. To ciekawe narzędzie i myślę, że kiedyś je tutaj szerzej opiszę.

      Natomiast Tobie chodzi o jeszcze coś innego - o tzw. mindset - czyli zestaw przekonań, który pomaga w osiąganiu określonego celu. Możesz zaszczepić sobie mindset kogoś bogatego, zdrowego, kogoś, kto tworzy dobre relacje z innymi. W konsekwencji zmienią się Twoje zachowania i efekty, jakie nimi osiągasz.

      Tutaj jednak sama afirmacja nie wystarczy. Musisz wiedzieć, jakie przekonania wyróżniają osoby, które są w czymś dobre. I posprawdzać, które z nich sprawdzą się w Twoim przypadku.

      Milionerzy mają inne podeście do świata. Poznałem w życiu kilku naprawdę mega-bogatych ludzi i pewne mentalne różnice w stosunku do zwykłego szaraczka były wręcz uderzające.

      Bogaci ludzie myślą w większej skali. Myślą proaktywnie. Szybko podejmują decyzję i szybko mogą ją zmienić. Myślą kompletnie w kategoriach celów - każdy problem natychmiast zmieniają w cel. Często są wizjonerami a ich otoczenie - organizatorami i krytykami. Cóż - kolejny temat na świetny artykuł :)

      Dużo by gadać :)

      Usuń

Umieszczanie komentarza oznacza akceptację Regulaminu (w menu na górze). Musisz liczyć się z tym, że - jeśli Twój komentarz nie spełni jego warunków - nie pojawi się na tej stronie.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

TOP 10 miesiąca