Męski Anal - jak przygotować się do seksu analnego w roli pasywnej

Skondensowany i praktyczny mini przewodnik dla początkujących, którzy chcą dawać dupy bezpiecznie, zdrowo i przyjemnie.

czwartek, 28 stycznia 2010

Encyklopedia Zasobów - tęsknota

Tęsknota za kimś lub za czymś jest uczuciem ni to dobrym, ni to złym.

Gdybym miał określić w możliwie najprostszy sposób, czym jest tęsknota, powiedziałbym, że jest ona wiarą w historię umysłową pt. "kiedyś było lepiej, niż teraz".

Pozytywna tęsknota jest wspierana dodatkowo przez nadzieję płynącą z historii pt. "to jeszcze kiedyś może się powtórzyć" (np. On wróci z wyjazdu i znów będziemy spędzać miło czas). Tęsknota negatywna - określana czasem mianem nostalgii - to dodatkowa historia pt. "to już nigdy nie wróci, zostało na zawsze stracone" (np. On odszedł z innym i nie mamy szans nigdy na to, by być znów razem).

Emocja tęsknoty niesie też ze sobą pewną cenną informację - dzięki niej wiemy, co jest dla nas ważne. Jeśli tęsknimy za krajem ojczystym - wiemy, że ojczyzna jest dla nas ważną wartością. Jeśli tęsknimy za przytulaniem się z bliską osobą - możemy spekulować, że przytulanie z nią jest dla nas czymś istotnym.

Informację tę można wykorzystać, by ustanowić cel na przyszłość - np. chcę znów to poczuć, chcę znów go mieć, chcę znów tam wrócić.

Natomiast czasem jest to niemożliwe (np. w przypadku powrotu do dzieciństwa). Wtedy trzeba się do tęsknoty zabrać od drugiej strony - od strony rozbijania historii.

"Kiedyś było lepiej, niż dziś"

1. Czy to prawda?

Stań przed lustrem i spytaj siebie, jak jest naprawdę.

2. Czy możesz być pewien na 100%, że to prawda?

Ja nie byłbym taki pewien :) Zauważ, że tęsknota zależy od tego, jak oceniasz teraźniejszość i pewien fragment swojej przeszłości. Oceń inaczej i zobacz, co się zmieni.

3. Czy ta myśl jest korzystna dla Twojego życia?

Niekoniecznie. Przez nią - zamiast być w jedynym prawdziwym momencie pt. tu i teraz - wracasz myślami do przeszłości, czyli do czegoś, co nie istnieje (bo gdyby istniało, nie byłoby to przeszłością!).

4. Kim byś był bez tej myśli?

Sądzę, że kimś, kto bardziej jest obecny w rzeczywistości, czyż nie?

***

Dla równowagi możesz znaleźć np. 3 wiarygodne przykłady potwierdzające, że jednak dziś jest lepiej, niż wtedy. Dziś np. jesteś mądrzejszy o pewne doświadczenia, czyż nie? Co jeszcze? Może masz więcej możliwości w życiu? Może masz więcej kasy? Może jesteś zdrowszy? Może wtedy miałeś jakieś zmartwienie, którego teraz już nie masz?

Po chwili okaże się, że nie wiadomo do końca, czy tak naprawdę kiedyś było lepiej, niż dziś. Dziś to jedyne, co mamy. Warto więc korzystać z tego momentu, zamiast tęsknić za czymś, co być nigdy nie wróci (doświadczenia nigdy nie wracają, zawsze są nowe - tylko wydają się podobne, bo umysł lubi kategoryzować, usuwając różnice i widząc jedynie podobieństwa - warto się tego oduczyć!).

Do napisania!

środa, 27 stycznia 2010

Pomysł na... odkochanie w 5 minut!

Kto by pomyślał, że metoda, za pomocą której w ekspresowym tempie można pozbyć się fobii, może znaleźć zastosowanie również w kontekście odkochiwania. A jednak. Dziś o tym, jak technika podwójnej dysocjacji może pomóc zakończyć cierpienia.

Post dedykuję Dawidkowi - by mógł sobie nim pomóc szybko i efektywnie w sytuacji, w której się teraz znalazł. Trzymaj się Chłopie, będzie dobrze! :)

Zanim przejdziemy do sedna sprawy - pozwól, że podzielę się z Tobą trzema obserwacjami.

Pierwsza - ile razy jesteś w stanie obejrzeć ten sam film tak, by się nim nie znudzić? Większość ludzi raczej nie bardzo ma ochotę oglądać drugi raz ten sam film - zero zaskoczeń, wiadomo, co się wydarzy. Nudy. To pierwszy z procesów, który wykorzystuje technika podwójnej dysocjacji.

Druga obserwacja - ludzie czasem mówią "chciałbym się z tego wycofać". Tzn. podjęli oni jakąś decyzję, ale teraz chcą zrobić krok wstecz. Oczywiście to przenośnia, ale gdybyśmy przyjrzeli się strukturze ich myśli w tym momencie, zauważylibyśmy, że cofają oni film ze swojego życia wstecz do momentu, zanim podjęli daną decyzję. To drugi z procesów, jaki będziemy dziś wykorzystywać.

Trzeci to spostrzeżenie, że ludzie zapamiętują i klasyfikują daną historię ze względu na to, jak się ona rozpoczęła i jak się zakończyła. Przy czym to drugie jest ważniejsze (umysł jest praktyczny i nastawiony na rezultaty). To ważne, jeśli chcemy pracować z historiami.

Jeśli chcesz wykonać tę technikę na sobie - mała uwaga. Po pierwsze - rób to na trzeźwo. Jak zrobisz to po pijaku, to jak wytrzeźwiejesz, wszystko może wrócić. To by było bez sensu. Druga - to nie technika działa, lecz TY. Weź odpowiedzialność, za efekty, jakie otrzymujesz. To, co za moment tutaj opiszę, jest strukturą pewnej umiejętności. A każdą umiejętność można ćwiczyć i stać się w niej mistrzem.

W miarę ćwiczenia z tą techniką - będziesz zauważał coraz więcej subtelności, których moje słowa nie przekażą. Bądź czujny. I nie sugeruj się tematem posta - masz więcej czasu, niż 5 minut. A konkretnie masz go tyle, ile go będziesz potrzebował.

Technika podwójnej dysocjacji w odkochiwaniu się


1. Poczuj się dobrze. Potrzebny Ci będzie zasobny stan emocjonalny i uczuciowy, by przejść przez tę procedurę. Poćwicz sobie, posłuchaj fajnej muzy, pośmiej się z kabaretów. Weź kilka głębokich wdechów, by dotlenić mózg. Ponieś głowę wysoko, by podbródkiem pokazywać horyzont. Wyprostuj plecy.

2. Wróć myślami do momentu zanim się nieszczęśliwe zakochałeś. Pamiętasz to, prawda? Byłeś taki spokojny, zadowolony z życia. Zobacz to na obrazie w swoim umyśle. Teraz weź ten obraz i umieść go na ekranie w kinie. A siebie na widowni. Teraz widzisz siebie młodszego na ekranie w stopklatce, który jest obserwowany przez Ciebie dzisiejszego siedzącego na widowni. Ty jesteś przypuśćmy kamerą na ścianie, która tylko beznamiętnie rejestruje to, co widzi.

3. Spraw, by stopklatka pokazująca moment przed zakochaniem, która wyświetla się na ekranie, stała się ciemna i czarno-biała. Możesz ten obraz też lekko rozmazać, by nie widzieć szczegółów. Z głośników puść ulubioną muzykę.

4. Puść film na ekranie. Niech pokaże Ci, jak młodszy Ty czuł się wcześniej, przed zakochaniem, a potem - jak się nieszczęśliwie zakochał, jak cierpiał, jak płakał i co tam jeszcze pamiętasz. Niech ten młodszy Ty na ekranie przeżyje to raz jeszcze. Oglądaj film powoli! Pamiętaj - Ty cały czas jesteś tą kamerą, która obserwuje Ciebie na widowni, który obserwuje Ciebie młodszego na ekranie. To ważne, by nabrać dystansu do sytuacji. Oglądaj film aż do momentu, w którym młodszy Ty na ekranie poczuł się stosunkowo dobrze już po epizodzie z zakochaniem. Zatrzymaj wtedy film.

5. Duchem opuść kamerę i wejdź w samego siebie na widowni. Spójrz swoimi oczami na ekran, który masz przed sobą. Następnie wstań, podejdź do ekranu i przekrocz jego powierzchnię tak, by znaleźć się w filmie. Widzisz teraz przed sobą młodszego siebie zatrzymanego w tym momencie już po zakochaniu, gdy czuje się on stosunkowo dobrze. Wszystko teraz nabiera realnych barw, kształtów i rozmiarów - tak, jakbyś był tam w rzeczywistości. Przywitaj się z młodszym sobą i powiedz: "Witaj, przybywam z przyszłości i mam dla Ciebie prezent. Przynoszę Ci zasoby, abyś mógł sobie lepiej poradzić z tym, co Cię spotkało." Następnie wejdź w pozycję tego młodszego Ciebie.

6. Teraz, gdy jesteś już młodszym sobą, zacznij przewijać szybko film wstecz do momentu, w którym film się zaczął - czyli momentu przed zakochaniem, w którym czułeś się jeszcze fajnie. Niech ludzie chodzą do tyłu, mówią bełkotem, jakby ktoś przewijał taśmę wstecz itd. Pierwszy raz możesz przewinąć film wstecz kawałek po kawałku, by oswoić się z tą procedurą. Potem - gdy będziesz powtarzał ten krok - koniecznie rób to coraz szybciej - aż dojdziesz do wprawy i będziesz film przewijał wstecz w ułamek sekundy. Szybkość, z jaką przewijasz film wstecz będąc w swojej pozycji percepcyjnej (patrząc swoimi oczami) jest decydujący o skuteczności tej techniki!

7. Teraz, gdy jesteś w momencie przez zakochaniem, opuść film i zasiądź z powrotem na widowni. A potem ponownie opuść swoje ciało i ponownie wciel się w rolę kamery na ścianie. Powtórz całą procedurę. Raz jeszcze obejrzyj czarno-biały film w podwójnej dysocjacji a potem znów wciel się w rolę głównego bohatera, by przewinąć go szybko wstecz w pełnych barwach i rozmiarach. Pamiętaj o kanapce bezpieczeństwa - by film zaczynał się i kończył w pozytywnych lub chociaż neutralnych emocjonalnie punktach.

Dlaczego ta technika działa?

Po pierwsze - po cztero-, pięciokrotnym obejrzeniu tego samego filmu, będziesz nim totalnie znudzony. O to chodzi! Po drugie - uczysz się szybko i sugestywnie wycofywać z głupich emocjonalnych decyzji - przewijając film szybko wstecz. Po trzecie - ponieważ historię zaczynasz i kończysz w neutralnych lub też pozytywnych momentach - wydaje się ona o wiele mnie straszna.

W jakich sytuacjach korzystać z tej techniki?

  • gdy ktoś się nieszczęśliwie zakochał
  • przeżył atak fobii, lęku, paniki (jako film bierzesz pierwszy epizod lęku, jaki pamiętasz) - by się odczulić (można przetestować technikę np. w przypadku Zespołu Stresu Pourazowego)
  • ktoś zrobił coś, z czym czuje się teraz źle i ma destruktywne poczucie winy (dysfunkcyjne, czyli takie, które nie pozwala naprawić swojego błędu i paraliżuje życie)
Baw się tą techniką i ciesz się zmianami. Na mnie podziałało znakomicie.

P.S. Dyskusje w komentarzach pt. "to nie działa" nie przejdą. Jeśli uważasz, że to nie działa, bo [wstaw cokolwiek] - masz rację i idź jęczeć gdzie indziej. Nie można się przekonać, że ta technika nie działa - możesz jedynie przekonać się, że nie umiesz jej zastosować.

czwartek, 21 stycznia 2010

4 pytania, które zmieniają życie - czyli ponownie o The Work

Wiele razy wracałem do tematu The Work - rewolucyjnej metody pracy z własnymi myślami opracowanej przez Byron Katie (polecam ten post, jeśli jeszcze nie wiesz, o co chodzi).

Dziś dorzucam świeżą garść przemyśleń o The Work - przemyśleń, które pozwolą Ci jeszcze lepiej stosować tę metodę w praktyce.

1. Rzeczywistość jest, myśli są jakieś.

Ta historia jest prosta. Gdyby na świecie nie było w ogóle ludzi - to czy istniałyby jakiekolwiek problemy? Hmm... Oczywiście nie namawiam Cię do eksterminacji ludzkości. Niech jednak odpowiedź na to pytanie da Ci wniosek, że to my, ludzie, odpowiadamy za to, jakie sytuacje postrzegamy jako problematyczne.

Rzeczywistość jest doskonała i zawsze dobra. Sama w sobie nie posiada problemów. To nasze myśli mogę sprawiać nam problemy. A właściwie wiara w lipne myśli.

Spisz na kartce dowolne myśli, które Cię dręczą, np. "Nikt mnie nigdy nie pokocha."

Zastanów się, jak się czujesz, gdy dajesz wiarę tej myśli... Czy ta myśl wnosi w Twoje życie spokój czy stres? Jeśli spokój - to znaczy, że jest prawdziwa, a więc zgodna z rzeczywistością. Jeśli jednak wnosi stres - znaczy to, że nie jest prawdziwa, bo nie zgadza się z rzeczywistością.

Myśli "Nikt mnie nigdy nie pokocha" wnosi stres w życie. Zatem nie jest prawdziwa.

Stres jest efektem myślenia niezgodnego z rzeczywistością. Co innego myślimy, co innego jest w rzeczywistości. Nasze Serca to czują i z tego powodu ogarnia je niepokój - co zaburza koherencję. Tylko jeśli myśli - a więc procesy zachodzące w mózgu - są zgodne z tym, co czuje Serce (które jest jedynym skutecznym narzędziem poznania rzeczywistości) - możemy odczuć koherencję serca w danym kontekście życia.

2. The Work - a więc 4 pytania + odwrócenie myśli - to nie metoda usuwania czy zmiany przekonań - używaj jej wtedy, gdy chcesz poznać prawdę.

Tak jak oprogramowanie Twojego komputera, by chronić Cię np. przed wirusami, musi być aktualne i dostosowane do rzeczywistości "tu i teraz" - tak samo The Work pozwala Ci zaktualizować swoje myśli i odświeżyć swój umysł.

Dzięki 4 pytaniom odkryjesz, co jest prawdą. A prawda - jak mówi pewna książka - Cię wyzwoli.

3. The Work to umiejętność. W miarę jej używania, stajesz się coraz bardziej biegły.

Dla przykładu tego, jak zręcznie można używać The Work, chciałbym przytoczyć rozmowę Byron Katie z pewną grupą seminaryjną odnośnie historii społecznej pt. "Potrzebuję więcej pieniędzy."

Byron Katie: Czy to prawda, że potrzebujesz więcej pieniędzy?
Publiczność: Taaaaak!
B.K.: Czy jest na świecie człowiek, który ma więcej pieniędzy, niż ma...?
P.: [cisza i konsternacja]
B.K.: Jak więc się czujesz, gdy uważasz, że potrzebujesz więcej pieniędzy, niż masz, mając ich tyle, ile masz? Czy ta historia wnosi spokój w Twoje życie, czy raczej stres?
P.: [śmiechy]
B.K.: Kim byś był, gdybyś nie miał myśli "Potrzebuję więcej pieniędzy"...?
P.: [różne głosy] Cieszyłbym się tym, co mam. Byłbym szczęśliwszy...

Otóż to.

4. Jak wydobywać historie i jak z nimi pracować? - efektywna procedura

Gdy z jakiegoś powodu czujesz się źle - spisz swoje myśli na kartce lub na komputerze. Spisz wszystko, co Cię dręczy. Pisz krótkimi zdaniami. Zwięźle.

Następnie odłóż kartkę i zrób coś, by poczuć się lepiej:

  • 15 minut ćwiczeń aerobowych - w efekcie da Ci to przypływ endorfin (hormonów szczęścia) oraz neurotropiny (uelastycznia neurony);
  • oglądnij jakieś kabarety, żeby się pośmiać
  • spotkaj się z fajnymi, wesołymi znajomymi, by zapomnieć o troskach
  • obejrzyj jakiś fajny, pozytywny film (np. bajkę)
  • rozpyl w powietrzy olejki eteryczne - np. lawendowy, melisowy czy grejpfrutowy - udowodniono, że wpływają na układ nerwowy niczym naturalne, kojące hormony, które odprężają
  • rozluźnij ciało, pomasuj napięte mięśnie - szczególnie twarz
  • powspominaj miłe rzeczy - odtwórz najpiękniejsze chwile Twojego życia
  • stwórz wspaniałe, motywujące wizje przyszłości - np. wyobraź sobie siebie bez problemów i kłopotów w różnych kontekstach Twojego życia
Teraz, gdy czujesz się już odprężony i w pełni zrelaksowany - wróć do swoich spisanych czarnych myśli. Odczytaj je na głos. To ważne, bo gdy czytamy na głos, zaczynają pracować inne ośrodki mózgowe, niż gdy tylko czytamy w myślach. Teraz Twoje słowa, które przedtem spisałeś, będą wydawać Ci się dziwne, nieprawdziwe, czasem wręcz nierealne. To doskonały moment, by zadać tym myślom 4 magiczne pytania The Work:

Czy to, co napisałem, jest prawdą?
Czy mogę być pewien na 100%, że to prawda?
Czy ta myśl jest korzystna dla mojego życia?
Kim bym był, gdybym nie mógł uwierzyć w tę myśl?

A następnie poodwracaj myśli, stwórz ich odwrotności, po czym zapytaj siebie, czy mogą być one prawdziwe jeśli nie prawdziwsze, niż myśl pierwotna, np.:

"Nikt mnie nie pokocha" -> "Ktoś mnie pokocha"

Czy to może być prawda, że ktoś Cię pokocha? Oczywiście - jest taka możliwość. Zauważ, ile pozytywnej energii wnosi wiara w tę myśl. Dlatego jest ona zgodna z rzeczywistością. Czy to nie fantastyczne?

Do napisania!

sobota, 9 stycznia 2010

Encyklopedia Zasobów - nadzieja

Naukowcy to jednak czasem sadyści w białych kitlach. Ale jeśli ich sadyzm jest ukierunkowany - działa na korzyść nas wszystkich. Skąd taki wniosek? Czytałem o badaniach, w których naukowcy przeprowadzili dość ciekawy i właśnie dość sadystyczny eksperyment.

Eksperyment z nadzieją

Do wysokich pojemników z wodą wrzucono szczury, które - by się nie utopić - musiały cały czas przebierać energicznie łapkami. Sprawdzano, które z nich toną szybciej, a które później. Fajny pomysł, prawda? Ale nie o topienie szczurów w nim chodziło.

Chodziło o sprawdzenie, czy nadzieja potrafi faktycznie przedłużyć życie.

Cześć pojemników z wodą - nabierała stopniowo więcej wody. Przez co jej lustro podnosiło się powoli acz systematycznie a szczury widziały wyjście z pojemnika coraz bliżej. Gdy porównali długość żywota szczurów w pojemnikach "beznadziejnych" z żywotem szczurów w pojemnikach w podnoszącą się wodą oraz nadzieją na wydostanie - zgadnij co?

Tak, masz rację - okazało się, że te szczury, które widziały możliwość wydostania się z opresji (pomimo, że nie miały de facto żadnej możliwości wpływu na rozwój sytuacji) potrafiły wiosłować dłużej. Znacznie dłużej! Podczas, gdy ich towarzysze w pojemnikach bez wyjścia opadali już swobodnie na dno - one wciąż dawały z siebie wszystko, by ciągle utrzymać się na powierzchni.

Tym przykładem mógłbym właściwie zamknąć swoje dzisiejsze dywagacje na temat nadziei. Ale nie - nie byłbym sobą, gdybym w strukturę nadziei nie wniknął głęboko niczym woda w suchą gąbkę.

Wiara, która trzyma przy życiu

Nadzieja jest wiarą w to, że wszystko skończy się dobrze - nawet, jeśli szansa, że tak będzie, wydaje się mała. Mówi się, że nadzieja umiera ostatnia - i coś w tym jest. Pacjenci, którzy cierpią na straszne, nawet nieuleczalne na chwilę obecną choroby, znacznie lepiej radzą sobie z chorobą niż osoby, które nadziei są pozbawione. Szybciej zdrowieją, łatwiej ulegają efektowi placebo. I czują się lepiej.

Tak naprawdę brak nadziei w sytuacji, w której człowiek cierpi, jest poważnym ciosem. To, że odbiera to siłę do walki i życia, to zwyczajnie naraża ludzi na stres i - co za tym idzie - osłabienie układu odpornościowego.

Neurologia nadziei

Ludzie różnie reprezentują sobie nadzieję w swoim umyśle. Niektórzy widzą ją jako migoczący obraz w przyszłości, który na zmianę pokazuje dobre i złe zakończenie danej historii. Inni widzą rozwidlającą się linię czasu dotyczącą przyszłości i różne możliwe - złe i dobre - zakończenia. Wszystkie jednocześnie. To jedno - dobre - na którym nam zależy - jawi nam się jako jedna z alternatyw.

Pod względem lingwistycznym, nadzieja manifestuje się za pomocą modalnego operatora możliwości "chciałbym". Słowo "chciałbym" wyraża nasze preferencje i jednocześnie uznaje, że są pewne czynniki, które grają w sytuacji istotną rolę a na które nie mamy wpływu. Możemy więc powiedzieć: "Chciałbym żeby kryzys minął" - ale jednocześnie uznajemy tutaj istnienie sił wyższych, od których zależy, czy to się stanie, czy nie.

Nadzieja - podobnie, jak lęk - zawsze dotyczy przyszłości. Jest uczuciem "w tle" - biernym, o wolnym tempie, spokojnym. Jej kluczową cechą jest wielkość - można mieć małą nadzieję lub wielką. Jeśli Twoja jest za mała - powiększ obraz pozytywnego zakończenia Twojej historii do sporych rozmiarów i poczuj różnicę.

Nadzieja jest cudownym i wspierającym zasobem podczas choroby czy egzaminu. Czy jednak nadzieja może obrócić się przeciwko nam?

Źle użyta nadzieja

Pierwszym przykładem - chyba najczęstszym - jest pokładanie nadziei w czymś, na co mamy absolutny wpływ. Ktoś mówi: "Chciałbym umieć dobrze grać na gitarze". Zastanówmy się - od kogo zależy, czy ten człowiek będzie grał dobrze na gitarze? Czy nie przypadkiem od niego samego? W tym kontekście nie chodzi o to, by mieć nadzieję, że kiedyś się nauczę. Tu chodzi o to, by to robić. To wszystko. "Chciałbym zrobić sobie mięśnie", "Chciałbym zrzucić 2 kg" itd. Nie, nie chciałbyś. Ty chcesz. Podejmij decyzję i działaj.

Drugim częstym przykładem nadziei niekonstruktywnej jest trwanie w lipnej sytuacji z własnej woli, trzymając się obsesyjnie nadziei, że jednak to się zmieni. Wiesz o co chodzi? Np. o toksycznie związki. Ludzie potrafią spędzić lata u boku partnera, który ich dręczy i męczy na wszystkie możliwe sposoby, bo nie chcą spojrzeć w oczy sytuacji teraźniejszej, lecz w kółko uciekają w przyszłość, mając nadzieję, że "on się zmieni". Oczywiście - można to robić w nieskończoność. Zbierać cięgi, pozwalać sobie na poniżanie, upokorzenie, na utratę znajomych, wpędzać się w depresję. Ale czy to jest warte tego? Oczywiście - partner może kiedyś się zmieni na lepsze. Pytanie tylko - czy za Twojego życia?

Podobnie wygląda struktura uzależnienia od hazardu - ktoś, pomimo oczywistych oznak, że mu nie idzie, brnie dalej do przodu, wciąż wierząc naiwnie, że "tym razem się uda". Wiara w tę myśl może przynieść fatalne skutki.

Jak więc widzisz - nadziei, podobnie, jak pozostałych zasobów, należy umieć używać w odpowiednich kontekstach.

czwartek, 7 stycznia 2010

Encyklopedia Zasobów - lęk

Tak, tak - dobrze przeczytałeś: lęk. Pytasz pewnie, jakim cudem lęk może być zasobem, a więc czymś, co pomoże Ci osiągnąć Twoje cele i marzenia. Kulturowo przecież wyrzekliśmy się tej emocji - potępiamy tchórzostwo, śmiejemy się z "boidup" a na pomniki wynosimy herosów, którzy popisali się odwagą.

Jednak przekonasz się, że lęk może być przydatny - i to bardzo! W niniejszym wpisie przybliżę Ci naturę lęku - byś mógł go poznać lepiej, przyjrzeć mu się bliżej i - co najważniejsze - nauczył się z niego korzystać.

System wczesnego ostrzegania

Konstruktywnie działający lęk jest swego rodzaju systemem wczesnego ostrzegania przed zbliżającym się niebezpieczeństwem. Jego główną funkcją jest przesłanie komunikatu pt. "przygotuj się, bo zbliża się coś, co może Ci zagrozić!"

Lęk najczęściej wzywa nas do reakcji zastygnięcia w bezruchu (byśmy mogli ukryć się przed niebezpieczeństwem). Te reakcje są obserwowane zarówno u zwierząt, jak i ludzi.

Gdyby nie lęk, ludzie rozpędzaliby się autem do 250km/h na terenie zabudowanym, myli okna wychodząc na parapet na zewnątrz budynku czy bez zahamowań współżyli bez prezerwatyw. Słowem: zachowywaliby się w sposób bardzo nierozsądny.

Jak więc widzisz - lęk jest bardzo potrzebny.

Fizjologia lęku

Pod względem fizjologicznym lęk wywołuje natychmiastowe reakcje ciała. Każdy z nas zna uczucie zimnego potu spływającego po czole czy plecach, drżenie rąk, tężenie mięśni, mrowienie skóry. Serce zaczyna nam walić jak oszalałe ("serce podeszło mi do gardła"), rośnie też - co za tym idzie - ciśnienie krwi. Oddech staje się płytki oraz szybki. Praca jelit przyspiesza, co może skończyć się bólem brzucha oraz biegunką ("srał się ze strachu"). Na linii środkowej ciała generalnie rozgrywają się dramaty - ścisk w gardle, brzuchu, mostku etc.

Aleksytymia to nieumiejętność rozpoznawania własnych emocji. Ktoś, kto tego nie umie, gdy się boi, może w ogóle nie zdawać sobie sprawy z tego, że odczuwa lęk, lecz zwracać uwagę tylko na wyżej wymienione symptomy lęku.

Neurologia lęku

Nie będziemy wnikać w szczegóły pt. lęk pobudza jądra migdałowate w mózgu limbicznym etc. Skoncentrujemy się na tym, jakie cechy ma myślenie lękowe i jak je rozpoznawać.

Lęk praktycznie zawsze ma tę samą strukturę. Ktoś w głowie kręci film, który zaczyna się niewinnie a kończy się źle - czasem nawet tragicznie lub traumatycznie. Np. wyobraża sobie, że idzie na spacer do parku a tam napadają go zbóje i urywają łeb. Cóż - wierząc w tę historię, na pewno trudniej nam wybrać się do parku.

Co więcej - dochodzą do tego dialogi wewnętrzne, które dramatycznym, wręcz spanikowanym głosem pytają: Jak ja sobie poradzę? Kto mnie uratuje? A potem odpowiadają same sobie: Nikt! Umrę tam! Nie dam sobie rady! Będę leżał do końca życia sparaliżowany w łóżku i srał pod siebie!

Oczywiście coś takiego musi wywołać silny lęk. Czasem jest to bardzo przydatne! Jeśli taki film + dialogi ktoś odpala, naciskając mocniej na pedał gazu, mogą go one powstrzymać przed idiotyczną brawurą. Badania potwierdzają, że najskuteczniejsze kampanie mające na celu zmniejszenie śmiertelności na drogach opierały się właśnie na wzbudzeniu silnego lęku. Pokazywały tragiczne konsekwencje chwili nieuwagi. A ludzie dzięki nim zaczynali jeździć wolniej.

Generalnie rodzimy się podobno tylko z dwoma lękami, które są genetycznie zakodowane - lękiem przed upadkiem i zbyt głośnym dźwiękiem (wtedy odruchowo zatykamy uszy). Reszta lęków instalowana jest w drodze socjalizacji.

Choć nie jest to do końca prawdą. Udowodniono też, że istnieją w nas bardzo prymitywne mechanizmy, które powodują reakcje lękowe. Bardzo popularna fobia przed pająkami lub lęk wysokości - mają swoje ewolucyjne uzasadnienie i niektórzy badacze sugerują, że one również mogą mieć podstawy genetyczne. W końcu ci, którzy bali się pająków i dużych wysokości - żyli dłużej, bo byli ostrożniejsi.

Poza tym odkryto, że lęk odruchowo jest spowodowany też widokiem czegoś dużego, co zbliża się bardzo szybko w naszym kierunku (wizualnie powiększa) oraz widokiem wielkich oczu ("Strach ma wielkie oczy"). To dlatego, idąc ciemną ulicą, gdy zobaczysz wielkiego zbira z wybałuszonymi oczami idącego w Twoją stronę szybkim krokiem - zaczynasz się panicznie bać. Szczególnie te wielkie, szeroko otwarte oczy - okrągłe, świecące białkami - sprawiają wrażenie, że masz do czynienia z psychopatą. Zrób test. Stań przed lustrem, podnieś wysoko powieki, patrząc na siebie. Poczujesz, o co chodzi.

Zatem lęk przed upadkiem, głośnym dźwiękiem (bach! za plecami), pająkami, wysokością, wielkimi oczami i zbliżającymi się do nas wielkimi obiektami może być raczej spuścizną biologiczną. Inne lęki to historie, w które wierzymy i którymi straszymy się po nocach. Czasem są to historie zgodne z rzeczywistością, czasem zupełnie niestworzone.

Warto też zaznaczyć, że lęk powoduje efekt widzenia tunelowego. Gdy czegoś zaczynamy się obawiać, koncentrujemy się na tym bardzo mocno, wycinając z naszej subiektywnej rzeczywistości inne elementy informacji. Siedzisz sobie teraz przed komputerem, czytasz to, co napisałem, a tu nagle JEB! w drzwi i krzyk na zewnątrz. Cóż - nieważne, jak ciekawie i wciągająco bym nie pisał - odłożysz lekturę na bok, wstrzykniesz sobie adrenalinę, kortyzol i parę innych chemikaliów w krwiobieg a następnie podejmiesz jakąś decyzję, co z tym zrobić. Lęk silnie skoncentruje Cię na reprezentacji, która budzi Twój niepokój, wycinając cały świat. Co więcej - Twój mózg zintensyfikuje tą reprezentację. Jeśli zobaczysz w oddali coś niepokojącego - powiększysz to w wyobraźni, by lepiej się temu przyjrzeć. Jeśli to głos - pogłośnisz go, by lepiej mu się przysłuchać. To, czego się boimy, jest dla nas większe. Kobieta, która pozbyła się fobii przed psami (która paraliżowała jej życie), była bardzo zdziwiona, że psy są takie małe w rzeczywistości. Jej wydawały się większe.

Dlaczego mózg powiększa obrazy i pogłaśnia dźwięki, których się boimy? Chodzi o to, że Twoja podświadomość chce zebrać jak najwięcej informacji o zagrożeniu, być mógł efektywniej go uniknąć. Dlatego też przerażające chwile zazwyczaj pamiętamy bardzo szczegółowo - sekunda po sekundzie.

Summa summarum - lęk ratuje nam dupsko.

Wzorce myślenia lękowego

Lęk wprowadza nasz umysł w stan gotowości, czujności i ostrożności. Powoduje to zupełna reorientację wzorców myślenia i podejmowania decyzji. Przede wszystkim - o czym już wspomniałem - silnie koncentrujemy się na źródle lęku (które w przypadku chronicznego lęku mylnie identyfikujemy - o czym będzie później). A więc nie myślimy wtedy w kategoriach korzyści i celów, lecz w kategoriach awersji - czyli problemów, których bardzo chcielibyśmy uniknąć. Gdy spierdalamy przed lwem - nie myślimy, dokąd mamy spierdalać. Wiemy tylko, od czego chcemy znaleźć się jak najdalej.

Lęk - gdy jego źródło jest w "tu i teraz" - a więc ktoś np. przystawia nam spluwę do głowy - nazywa się w psychologii strachem. Z kolei lęk, który pojawia się u kogoś przed pójściem spać - to efekt wycieczek w przyszłość. Tak - możemy się bać tylko tego, co może przynieść przyszłość. Tworzymy scenariusze zagłady, porażek, ośmieszenia, kompromitacji i wierząc w nie - boimy się, że staną się prawdą.

Lęk ma też swoje poziomy natężenia i tempo. Stąd mamy wiele określeń na tę samą emocję. Jeśli lęk jest mało intensywny i powolny - nazywamy go niepokojem lub zamartwianiem się. Jeśli jego natężenie oraz tempo są wysokie - wtedy nazywamy go paniką.

Lęk do pewnego stopnia jest emocją bierną. Zmusza nas do zastygnięcia w bezruchu. Myślimy też za pomocą stron biernych: "będę bity", "będę zgwałcony" (wiem, wiem, że niektórzy na to zamiast lękiem reagują nadzieją :), "będę uszkodzony", "będę porzucony", "będę samotny" etc.

Problemy z lękiem

Wszystko jest okej, jeśli lęk działa na naszą korzyść - ostrzega nas przed realnymi zagrożeniami, uruchamiając w nas czujność i ostrożność. Odczuwamy go wtedy tylko od czasu do czasu i w pełni rozumiemy, dlaczego się pojawił, przyjmując go z akceptacją i wyrozumiałością.

To stan idealny.

Zdarza się jednak, że ktoś obawia się czegoś i nie wie czemu. Lęk przeszkadza mu wtedy w spokojnym i szczęśliwym życiu, pojawiając się w sytuacjach, w których nikt by sobie tego nie życzył. Psychologowie nazywają to "zaburzeniami" - sugerując pacjentowi, że coś jest z nim nie tak, że jego mózg jest nieprawidłowy, że nie działa, jak należy. Jak zaraz się przekonamy - nic bardziej mylnego. Działamy bowiem doskonale na bazie swoich życiowych doświadczeń. Jakie kto ma doświadczenia - takie ma zachowania.

Lęk może u niektórych robić spore problemy: fobie (paniczne napady lęku w kontakcie z określonym bodźcem lub rodzajem bodźca), choroby psychosomatyczne (wyuczone wzorce reagowania ciała współdziałające z silnymi emocjami), kompulsje (przymus robienia czegoś - np. powracanie do domu dziesiątki razy celem sprawdzenia, czy zamknęło się drzwi), zespół szoku pourazowego czy lęku uogólnionego (wieczny niepokój).

Wszystkie wspomniane "zaburzenia" moją swoją przyczynę w doświadczeniach danej osoby. We wspomnieniach, którymi wciąż ona żyje. Próg aktywacji lęku jest u tych osób znacznie obniżony - są one o wiele wrażliwsze na kolejne ataki lęków, paniki, na wdrukowywanie sobie negatywnych wspomnień. Często ludzie ci nie są świadomi, jakie konkretnie doświadczenie życiowe wywołuje u nich takie a nie inne reakcje lękowe. Czasem są one konsekwencją długiej serii przykrych doświadczeń (złe traktowanie, tortury, molestowanie).

Z punktu widzenia mózgu to wszystko trzyma się kupy. Mózg przeżył coś szokującego - zatem zmienia swoje funkcjonowanie, aby zrobić wszystko, co w jego mocy, aby uniknąć tego w przyszłości. Nawet, jeśli kosztem tego jest wiecznie nękający niepokój, panika, fobia etc.

Niemniej należy pamiętać, że to my jesteśmy panami swoich mózgów, a nie one naszymi. Na szczęście są one dość plastyczne i da się dzięki temu zneutralizować nawet najgorsze tramy życiowe. Trzeba tylko wiedzieć, jak. A do tego potrzebne nam są technologie zmiany.

Wychodzenie z traum, szoków pourazowych, wywalanie fobii, wyciszanie lęków, niepokojów itd. to temat rzeka. Na pewno do tego wrócimy wcześniej czy później na łamach bloga.

Póki co - przeszedłeś podstawowy kurs rozumienia lęku - jednego z naszych najwspanialszych zasobów. Wolność emocjonalna nie polega na tym, żeby lęku nie odczuwać w ogóle, lecz na tym, aby mądrze z niego korzystać, rozumieć jego intencje, funkcje i skutecznie na niego reagować.

Jeśli masz do mnie pytania odnośnie lęku - pisz śmiało w komentarzach. Z pewnością odpowiem. Póki co - bój się mądrze :) Do napisania!

wtorek, 5 stycznia 2010

Encyklopedia Zasobów - intro

Witaj Podróżniku,

Dziś rozpoczynam nową serię wpisów. Zowie się ona Encyklopedią Zasobów. Będę w niej omawiał wszystkie emocje oraz uczucia, które w jakiś sposób przydadzą Ci się w osiąganiu Twoich celów i otrzymywaniu rezultatów, o których marzysz.

Na początek odpowiedzmy sobie na pytanie: czym jest zasób?

Zasób to wszystko, co w jakiś sposób przyczynia się do osiągnięcia tego, czego pragniesz i o czym marzysz. Zasoby możemy podzielić na zewnętrzne (kasa, samochód, partner etc.) lub wewnętrzne (optymizm, akceptacja, miłość, ale też lęk, złość czy smutek - one też pomagają nam czasem osiągać to, co chcemy!) W Encyklopedii Zasobów będziemy mówić głównie o tych drugich, pamiętając o ważnej zasadzie: jeśli nie masz dostępu do jakiegoś wewnętrznego zasobu - są pewne rezultaty, których nie osiągasz. Jeśli nie potrafisz wyrażać miłości - trudno Ci będzie stworzyć satysfakcjonujący związek. Jeśli nie potrafisz okazać złości - inni nie będą wiedzieć, gdzie są Twoje granice i będą włazić Ci na głowę. Jeśli nie potrafisz się reagować na swój lęk - wpierdolisz się pod pociąg lub w zamieszki gangów :)

Skupimy się na charakterystyce każdej emocji (a więc umysłowo-hormonalnej historii), jak również na uczuciach, które idą z serca. Wiele razy o nich wspominałem. Teraz nadszedł czas, by omówić najważniejsze ich aspekty i nadrobić fundamentalne braki w dziedzinie zwanej Inteligencją Emocjonalną, która -moim skromnym zdaniem - winna być podstawą programu edukacji każdego szczebla.

A niestety nie jest.

Stąd po naszych ulicach chodzą ludzie, którzy znają budowę ameby, Pana Tadeusza na pamięć, potrafią rysować kwadrat w kółku, całkować, spółkować - a nie potrafią obchodzić się ze swoimi emocjami i wydobywać z siebie najpiękniejszych uczuć.

Na wstępie chciałbym rozrysować Ci różnice pomiędzy emocją a uczuciem.

Psychologia uparła się, że emocja to doznanie krótkotrwałe, a uczucia to coś, co trwa dłużej. Może być. Ja proponuję inny podział. Podział, który mówi, że emocje idą z umysłu i służą pewnym konkretnym celom. Natomiast uczucia idą z serca i służą robieniu oraz podtrzymywaniu związków międzyludzkich.

Emocje różnią się od uczuć w pewien fundamentalny sposób, o którym już kiedyś wspominałem.

Emocja jest opowieścią. Ma tzw. kryteria wejścia (czyli kiedy się pojawia) oraz wyjścia (kiedy znika). Każda emocja ma swoje metaprogramy (np. wektor motywacji - propulsja lub retropulsja/ awersja), ma swoje tempo, intensywność, czas trwania. Każda inaczej działa na nasze ciała, koncentruje nas na innym przedziale czasowym i każe filtrować rzeczywistość na odmienne sposoby.

Uczucia z kolei nie mają żadnych programów ani struktury. One przepływają przez serce cały czas. W związku z tym nie można ich przywołać lub wyłączyć żadną historią ani zabiegiem. One płyną cały czas. Gdy przykrywają je emocje - nie jesteśmy ich świadomi. Lecz, gdy przestajemy odczuwać emocje - zaczynamy odczuwać Przepływ (ang. Flow). To moja osobista definicja szczęścia - magiczny oraz intymny moment kontaktu z harmonią Wszechświata, zwaną tudzież koherencją serca (o czym pisałem wielokrotnie na tym blogu). Tylko w koherencji możesz doświadczyć doskonałości Wszechświata.

Moi Drodzy - zaczynamy pasjonującą podróż wgłąb naszych wspaniałych, przebogatych układów nerwowych. Aż czuję dzikie podniecenie, gdy o tym pomyślę. Bo sam również wielu rzeczy pewnie się nauczę.

Do napisania,
DreamWalker

niedziela, 3 stycznia 2010

Nieszczerość z samym sobą - czyli masturbacje ego

"W innych możemy dostrzec tylko to, co mamy w sobie." - Byron Katie.

Co zrobić, aby dostrzec np. chamstwo albo miłość? To proste. Po pierwsze - musisz dysponować jakimś wyobrażeniem, czym jest chamstwo albo miłość (albo jeszcze coś innego). Wyposażając swój układ nerwowy w zestaw obrazów, dźwięków i odczuć względem danego zjawiska (np. chamstwo jest wtedy, gdy ktoś mnie opluje na ulicy, zwyzywa - wtedy się wkurzam i stąd wiem, że jest to złe) - mój mózg uczy się rozpoznawać dany wzorzec w otoczeniu.

Aby lepiej zrozumieć absurdy naszej percepcji, wybierzmy się w do dżungli. Żyje tam plemię, które zna dokładnie 3 kolory - żółto-pomarańczowy, czerwony i zielony. Ponieważ wytworzyli zaledwie 3 etykiety kolorów - ich układy nerwowe dzielą całe spektrum światła białego na 3 działki. Tak, jak to czynią małe dzieci, na rysunku malując twarz mamy na żółto - bo to w uproszczeniu jest kolor skóry.

W trakcie jednak rozwoju, zaczynamy dostrzegać więcej barw. Widzimy ich dokładnie tyle, ile potrafimy nazwać. Innymi słowy - nauczyliśmy swój mózg rozpoznawania pewnych wzorców.

Podobnie jest, gdy kupisz sobie samochód (albo ktoś z Twoich znajomych) i nagle dostrzegasz go na ulicy o wiele częściej, niż dotychczas. Albo ktoś jest ubrany w taki sam ciuch, jaki masz Ty - widzisz to z kilometra.

Niemal identyczna sytuacja jest wtedy, gdy rozpoznajesz ważne dla siebie wartości lub anty-wartości - a więc zjawisk, których pragniesz unikać. Masz pewne wyobrażenie o tym, jak wygląda miłość. Masz pewnie wyobrażenie o tym, jak wygląda chamstwo. Brak kultury. Szczęście. Rozkosz. Związek. Bogactwo. Itd. Każde z tych wyobrażeń to pewien wzorzec. Twój mózg używa go (poza Twoją świadomością) do rozpoznawania tych zjawisk w otoczeniu. Również w Twoim życiu.

Czasem nasze wyobrażenia są zbyt szerokie i zbyt wiele rzeczy pod nie przypada. Np. "brak kultury". Jeśli zdefiniujemy to wyobrażenie zbyt szeroko - ogromna ilość zaobserwowanych przez nas zachowań będzie etykietowanych jako właśnie brak kultury - z czym będziemy czuć się fatalnie.

Czasem nasze wyobrażenia są zbyt wąskie i za mało rzeczy w nie wpada. Ktoś mówi "Ciężko o prawdziwą miłość w dzisiejszych czasach" - oznacza to, że ma bardzo wąskie wyobrażenie o miłości i wpada w ten wzorzec bardzo niewielka ilość zachowań, które ten człowiek obserwuje. Myśli on: "Miłość jest tylko wtedy, gdy ktoś mnie przytula, całuje i głaszcze." - jeśli więc nie obserwuje tych zachowań - myśli, że ma "brak miłości".

W całym tym neurologicznym gąszczu dzieją się czasem rzeczy zdumiewające. Czasem powstaje jakiś rodzaj fundamentalnego zakłamania przed samym sobą. Odkryłem, że wcale nie boję się, że ktoś mnie okłamie, że ktoś będzie ze mną nieszczery. Odkryłem, że boję się, że sam przed sobą będę nieszczery. Że okłamię samego siebie.

Ludzie przybierają pozy, nie mają dostępu do prawdziwych wersji siebie. Postrzegają siebie i świat w sposób na tyle wąski, że pewnie rzeczy do nich nie docierają. Budują swoje ego w sposób nieekologiczny i przykry - dla nich samych i dla otoczenia.

Przeanalizujmy kilka ciekawych przypadków.

1. Pan Wesoły

Pan Wesoły jest wiecznie wesoły. Opowiada wszystkim dookoła, jaki jest szczęśliwy. Uważa, że jego życie jest doskonałe takie, jakie jest. I że nic nie trzeba w nim zmieniać. Gdyby zamknąć oczy i tylko go słuchać - można by ulec wrażeniu, że osiągnął błogostan duszy. Albo nirwanę. Żyje on w nieustannym przepływie najgłębszego szczęścia. Odnalazł bowiem jakąś tajemniczą receptę na emocjonalny sukces.

Wchodząc w interakcję z Panem Wesołym szybko zauważysz, że nie znosi on i nie toleruje żadnego "smucenia". Jeśli będziesz chciał się z nim podzielić swoimi problemami, porozmawiać o nich itd. - przez pewien czas będzie Cię tolerował. Jednak w którymś momencie okaże daleko idące niezadowolenie: "Ty wiecznie jęczysz, narzekasz, wyluzuj." Zaryzykuje zerwanie z Tobą kontaktu, by ocalić swój idealny świat.

Pozornie idealny.

Tak naprawdę Pan Wesoły jest w głębi duszy bardzo smutny. Jego wesołość jest bowiem maską, której zadaniem jest ukrycie jego smutków gdzieś głęboko w sobie. Nie tylko przed otoczeniem. Ale przede wszystkim - przed samym sobą.

Ponieważ Pan Wesoły nie toleruje smucenia i narzekania u kogoś - nie toleruje go również u siebie. W związku z tym prawdopodobnie sam nawet nie wie, że coś w jego modelu świata wymagałoby ulepszenia. Nie skorzysta z szansy, jaką dają mu złe emocje. Szansy, by stać się lepszą wersją siebie.

Pan Wesoły to ego, które powstało w efekcie bardzo smutnych przeżyć. Jest próbą obronienia się przed nimi, pokazania innym: Hej, pomimo chujni w życiu radzę sobie doskonale!

2. Pan Kulturalny

Pan Kulturalny wchodzi do towarzystwa i niezwykle elegancko oraz głośno wita się ze wszystkimi. Od razu widać, że bardzo chce sprawić wrażenie na innych: "Ach, jestem taki kulturalny." Pan Kulturalny uśmiecha się. Nie dlatego, że jest uradowany. Ale dlatego, że tak wypada.

Pan Kulturalny dyskutuje na modne tematy, przepuszcza panie przodem, jest szarmancki do bólu - momentami aż plastikowy.

W efekcie tłumi w sobie każdą złość. Nawet tą najmniejszą, która zdarza się przecież każdemu. Bo przecież "nie wypada się denerwować". Na co się złości? Na to, że inni nie mają kultury. To skandal, bo przecież on jest taki kulturalny - zatem inni też być powinni, prawda?!

Jego złości kumulują się, gromadzą niczym spiętrzona woda za tamą. Tamą, która w końcu pęka i dochodzi do emocjonalnej powodzi. Gdzieś tam w tle, w zaciszu domowym. Rozgrywają się ciche dramaty Pana Kulturalnego.

I wtedy jego kultura pęka niczym bańka mydlana.

Wtedy gęsto sypią się kurwy i chuje. Wtedy Pan Kulturalny widzi sam brak kultury - nie u siebie. U innych. Ma prawdziwą kronikę braku kultury innych ludzi. Widzi brak szacunku, który karze brakiem szacunku. Widzi arogancję, którą karze aroganckim zachowaniem.

Pan Kulturalny to ego, które postało w wyniku poczucia poniżenia spowodowanego przez czyjeś bardzo niekulturalne zachowanie. Jego misją jest obrona przed tego typu urazami i pokazanie światu: Jestem kimś lepszym!

3. Pan Mądrzejszy

Pan Mądrzejszy sprawia wrażenie człowieka inteligentnego - przynajmniej w pierwszym podejściu. Generalnie sili się wszelkie atrybuty kogoś mądrego. I chwała mu za to.

Problem pojawia się po dłuższej interakcji z nim. Wtedy możesz zacząć podejrzewać, że on Cię słyszy - ale Cię nie słucha. Ooo, jak to możliwe? - dziwisz się wtedy. To proste. Po co miałby Cię słuchać, skoro jesteś od niego głupszy. A więc gadasz głupoty. A on przecież wie lepiej, prawda? Zawsze. Zawsze wie lepiej!

W końcu Pan Mądrzejszy robi Ci wykład. Ewentualnie kazanie. Twoją rolą jest siedzieć cichuteńko i słuchać spływającej z niebios mądrości. Pan Mądrzejszy powie Ci dokładnie, co masz robić i dlaczego, a Ty musisz się z tym zgodzić. Jeśli się nie zgodzisz - spotka Cię kara. Pan Mądrzejszy może nawet posunąć się do jawnego wypowiedzenia swojego osądu: "Jesteś idiotą, skoro się za MNĄ nie zgadzasz!". Jeśli masz swoje zdanie a tylko przytakniesz - Pan Mądrzejszy - w całej swojej mądrości - nie będzie nadal wiedział, dlaczego się z nim zgodziłeś a i tak robisz coś innego.

Od Pana Mądrzejszego nie oczekuj zrozumienia. Zrozumienie to konsekwencja korzystania ze swojej mądrości. Pan Mądrzejszy twierdzi, że ją ma. Pewnie ma. Ale czy z niej korzysta? Czy człowiek korzystający z mądrości - ocenia innych jako głupków?

Pan Mądrzejszy to ego, które powstało w wyniku ośmieszenia delikwenta za jego niewiedzę (np. klasa śmiała się, bo czegoś nie wiedział). Teraz ma bronić jego twarzy przed poczuciem wstydu, że czegoś nie wie. Ma pokazać innym: Ja wiem lepiej!

4. Pan Szczery

Oj, to jeden z moich ulubionych :) Pan Szczery oczywiście twierdzi, że jest szczery. Co więcej - domaga się od innych, by również byli szczerzy - wiecznie mówili prawdę i tylko prawdę. Trochę, jak przed sądem.

Wszystko jest okej do momentu, w którym gadacie o pogodzie. Gdy jednak tematy schodzą na sprawy światopoglądowe, od Pana Szczerego dowiesz się, że wszyscy ludzie są zakłamani i oszukują. Gdy spytasz, skąd to wie - on zdziwiony odpowie: Jak to? Nie widzisz?

Nie pomoże tłumaczenie, że Ty żyjesz w świecie, w którym szczerość i prawdomówność jest raczej standardem i że nie trzeba od każdego domagać się tych właśnie wartości. Wersja świata wg Pana Szczerego jest prawdziwsza, niż Twoja. Zresztą... prawdopodobnie go okłamałeś, mówiąc, że u Ciebie szczerość i prawdomówność jest na porządku dziennym. Nawet na pewno!

W końcu okaże się, że ciągle kłamiesz i kręcisz. Możesz nie wiedzieć kompletnie, o co chodzi. Ważne, że Pan Szczery wie. On Ci opowie, w jaki sposób jesteś zakłamaną świnią. Choćbyś przysięgał na życie matki, że mówisz prawdę - on doszuka się "niespójności" w Twoim zachowaniu. Coś z czymś w końcu nie będzie się zgadzać. Np. powiesz, że zrobisz na śniadanie omleta - a zrobisz jajecznicę! AAA!

Zgadnij co zrobi wtedy Pan Szczery? Oczywiście zacznie jeszcze bardziej i dosadniej domagać się od Ciebie szczerości i prawdomówności, sugerując Ci, że kłamiesz, że jesteś może nie do końca, ale jednak obłudną, zakłamaną świnią. A to mała docinka w rozmowie. A to mały foszek pierdolnięty na boku. Po jakimś czasie odkryjesz, że tego pana coś dręczy.

Szybko też wyjdzie na jaw, że on nie mówi Ci wszystkiego, co myśli. W końcu nie powie Ci wprost, że uważa Cię za zakłamaną świnię - pomimo, iż nieskończona szczerość, jaką się kieruje, powinna mu to nakazać. A jeśli powie - to raczej skończy to wasz kontakt. Bo powstaje pytanie - czy chcesz zadawać się z człowiekiem, który widzi w Tobie tylko zakłamanie?

Pan Szczery to ego, które powstało w wyniku negatywnych doświadczeń związanych z okłamaniem. Ktoś delikwenta okłamał, on czuł się jak naiwniak - teraz wszystkich podejrzewa o kłamstwo, by uniknąć powtórki z rozrywki. Ego to ma pokazać: Jestem bystrzejszy, sprytniejszy od Ciebie! Nie oszukasz mnie!

***

Jak postępować z takimi egami, których percepcja ewidentnie oddala się od rzeczywistości? Przetestowałem kilka strategii. Oto - z okazji Nowego Roku - prezent dla Ciebie. Instrukcja obsługi ego żyjących mocno w swoich światach. Baw się:

Pan Wesoły

Najgorsze, co możesz zrobić w jego towarzystwie: udawać, że jesteś 24 h/dobę cudownie wesoły. Oczywiście życzę Ci, byś był wesoły, niemniej gdy - będąc smutnym czy przygnębionym - będziesz przy Panu Wesołym paradował z uśmiechem na ustach (bo on przecież nie strawi Cię przygnębionego) - staniesz się taką samą sztuczną kukiełką, jak on. Masz prawo czuć się źle. On tego nie rozumie, ale to jego problem. Sam będzie się przez to czuł źle - choć będzie szedł w zaparte, że z Twoim smutkiem nie ma żadnego problemu.

Najlepsze wyjście: Z każdym smutkiem uderzać do Pana Wesołego. W końcu albo nauczy się z nim obchodzić i nie tracić swojego humoru w obliczu Twoich problemów czy dylematów. Albo spierdoli za ocean - czego Ci życzę, bo jeśli jest sztuczny, to lepiej, żeby się oddalił.

Pan Kulturalny

Najgorsze, co możesz zrobić w jego towarzystwie: silić się na bycie tak kulturalnym, jak on. Albo lepiej. Wtedy będziecie mieli wyścig, kto jest bardziej szarmancki, lepiej wychowany itd. Dojdzie do takiego absurdu, że ktoś nie wytrzyma. Utrzymywanie takiej sztucznej pozy dłużej niż 5 minut grozi nudnościami. Nikt nie jest w stanie zjeść plastiku. W końcu - by poniżyć swojego rywala, a więc Ciebie - Pan Kulturalny jednak znajdzie w Tobie jakiś mankament. Oczywiście nie opanuje się, by Ci o tym nie powiedzieć (tak robią kulturalni ludzie, prawda?). I wtedy zacznie się boruta. Bynajmniej nic z kulturą wspólnego nie mająca.

Najlepsze wyjście: Wyłożyć nogi na stół, harnąć do popielniczki, beknąć po jedzeniu a na koniec puścić taaaakiego pierda, że tapety pożółkną. Wtedy Pan Kulturalny albo nauczy się tolerować brak kultury. Albo wyjdzie oburzony, budując swojego iluzoryczne ego pt. "Boże, jaki ja jestem bardziej kulturalny od niego! Jest, jest, jest!".

Pan Mądrzejszy

Najgorsze, co możesz zrobić w jego towarzystwie: Zacząć słuchać jego wykładów, przytakując i potwierdzając. Wtedy utwierdzisz go w jego rzekomej bezgranicznej mądrości, a on będzie się czuł, jak pączek w maśle. Ponieważ będziesz jednym z nielicznych, którzy chcą go słuchać - będzie do Ciebie lgnął. A więc gwarantujesz sobie miejsce na jego przyszłych wykładach o życiu i śmierci. A rano zrobisz mu jajecznicę. W rzeczywistości będzie Cię wykorzystywał do mentalnej masturbacji swojego ego. To strata czasu.

Najlepsze wyjście: Przetestować jego cierpliwość i pokorę. Jeśli ktoś jest mądry w rzeczywistości - będzie pokorny. Spotkaj się z Panem Mądrzejszym... i zrób mu wykład. Z całą pewnością w głosie mów to, co naprawdę uważasz. Albo nauczy się rzeczywiście słuchać i brać pod uwagę to, co myślisz. Albo nie i - jak poprzednicy - spierdoli za horyzont. Tam może znajdzie biedne, głupie owieczki, które trzeba będzie nauczać.

Pan Szczery

Najgorsze, co możesz zrobić w jego towarzystwie: Zacząć go zapewniać, że jesteś względem niego szczery i mówisz prawdę. Oj jo joj. Lepiej już od razu odstrzel sobie łeb. Nic dla niego nie zabrzmi bardziej fałszywie, niż właśnie to. Uruchomisz jego podejrzliwość, czujność itd. Te idiotycznie użyte w tym kontekście zasoby otworzą mu drogę do postrzegania tego, czego nie ma: nagle okaże się, że się z niego "nakpiewasz", że "stroisz sobie żarty z niego" itd. Nie będziesz wiedział, o co kaman! Ni w chuj.

Najlepsze wyjście: Powiedzieć mu, że cały czas kłamiesz. Że wszystko, co mówisz, jest totalnym kłamstwem od A do Z. Nawet to, co mówisz teraz - że wszystko, co mówisz, jest kłamstwem. Wszystko. Zawsze. Całe Twoje życie to konfabulacja. W rzeczywistości nawet inaczej masz na imię, niż masz. Albo weźmie to za żart i wyluzuje poślady. Albo serio się wystraszy i spierdoli za horyzont gonić Pana Wesołego, Kulturalnego i Mądrzejszego.

***

Deinstalując lipne ega, dostajesz się do Prawdziwego Siebie. Takiego, który niczego się nie boi - nie boi się, że go ktoś okłamie, że go ośmieszy, że ktoś go skrzywdzi albo poniży. Takiego, który cieszy się życiem i nikomu nie musi nic udowadniać. Tym bardziej sobie.

Korzystaj.

P.S. Jeśli myślisz, że ten artykuł nie dotyczy Ciebie; że tak naprawdę żadna z wymienionych poz nie ma z Tobą nic wspólnego - na pewno masz rację. Oczywiście. Na 100%. Jasssne. Hahaha!

środa, 2 grudnia 2009

Błędy nie istnieją - są tylko rezultaty

Dawno, dawno temu żył sobie ktoś, kto uważał siebie za kogoś mądrzejszego od innych. Postanowił on ustalić, jak pewne rzeczy powinny być robione. Zadecydował, co to znaczy "robić coś właściwie" - powołując w ten sposób - zupełnie nieświadomie - instytucję błędu. No bo skoro można coś robić właściwie, to znaczy, że można też niewłaściwie - a więc błędnie. I wtedy rozpoczęła się epoka poczucia winy.

Czy to prawda, że błąd istnieje? Czy zdarzyło Ci się kiedykolwiek widzieć błąd? Jeśli sądzisz, że tak - pozwól się poinformować, że to nie był błąd - to było czyjeś zachowanie, do którego dokleiłeś etykietkę "błąd", uznając je za niewłaściwie. Innymi słowy - postawiłeś się w roli wszechwiedzącego, który osądza, co być powinno robione, a co nie. Czy wiesz to lepiej od drugiego człowieka? Czy wiesz lepiej od Wszechświata, co być powinno robione?

Gdybyśmy odarli świat z etykiet i nie wiedzieli, co jest błędem a co "prawidłowym zachowaniem" - okazałoby się, że pewne rzeczy są prostsze. Nie byłoby poczucia winy, żalu, nie byłoby świętego oburzenia na kogoś. Byłby za to święty spokój.

Błędy nie istnieją - są tylko rezultaty zachowania, których akurat w danym momencie nie chcesz.

Mówiąc sobie "chcę osiągnąć X" - robisz sobie tzw. wizję tunelową. Przestajesz dostrzegać wszystko, co nie jest X. To oczywiście pozwala Ci z jednej strony skoncentrować się na rezultacie, z drugiej - nie pozwala Ci zaakceptować swoich "błędów" - a więc niepożądanych rezultatów, które będziesz uzyskiwał po drodze do celu, ucząc się. Chciałeś zarabiać 5000 złotych miesięcznie, a zarabiasz 7000. No cóż, trudno. Uda się następnym razem.

Przypuśćmy, że zakładasz firmę, bo chcesz zarobić milion złotych. Robisz od razu interes i zarabiasz milion. Po sprawie. Czy czegoś nowego się nauczyłeś?

Jeśli ustalasz sobie cel i osiągasz go za pierwszym razem - znaczy to, że niczego się nie nauczyłeś. Bo przecież wiedziałeś od razu, jak to osiągnąć. Natomiast robiąc coś i nie osiągając tego, co zamierzałeś - odkrywasz nowe rzeczy. Tak powstawały największe wynalazki.

Cokolwiek robisz - ma to rezultat. Zawsze. Ale ludzie z wizją tunelową niestety tego nie dostrzegają - tak są zaślepieni tym, co chcą osiągnąć, że nie widzę tego, co osiągnęli. Mówią: "Nie mam żadnych osiągnięć", co jest oczywistą i frustrującą bzdurą. Nie można nie mieć osiągnięć - można mieć tylko zamknięte oczy.

"Mam XX lat i nic nie osiągnąłem." Bullshit. Rozejrzyj się. Masz znajomych, jakich masz, robisz to, co robisz. Codziennie masz miliony rezultatów. Zobacz, ile masz doświadczeń. Ile pięknych chwil na koncie. A że to nie jest to, co wydaje Ci się, że byłoby dla Ciebie najlepsze - to zupełnie inna sprawa. Może nadszedł czas, by zaufać Wszechświatu i odkryć, że on wie lepiej, co jest dla Ciebie najlepsze...? Że przeciwstawianie się Jego Woli jest głupotą i skazywaniem się na cierpienie...?

Wszechświat jest hojny i nieskończenie mądry. Zawsze coś daje w zamian. Nawet oddychanie ma swoje rezultaty. Nawet leżenie na łóżku cały dzień. Wszystko. Trzeba tylko mieć na tyle otwarty umysł, by oczy mogły to dostrzec a uszy usłyszeć. Jest akcja, jest też reakcja Wszechświata (absolutnie nie przyczyna i skutek!). Reakcja ta zawsze jest mądrzejsza. Nie musimy mieć mądrości w sobie - największa mądrość to Wszechświat. On lepiej wie, co jest dla Ciebie najlepsze. Jeśli nie daje Ci czegoś - to znaczy, że tego nie potrzebujesz. Skąd to wiem? Bo tego nie masz. A jeśli coś masz, to dlatego, że właśnie tego potrzebujesz. Skąd wiem? Stąd, że to masz!

Jesteśmy mrówkami. Przemierzamy ogromne przestrzenie kosmosu, widząc zaledwie kilka metrów przed sobą. Wydaje nam się, że gdybyśmy zrobili ogromny skok do przodu - np. kilka milionów lat świetlnych - to byłoby dla nas lepiej. Ale nie wiemy tego naprawdę. Nie wiemy, co tam jest - tylko nam się wydaje. Może jest tam dobrze a może jest tam źle. I dlatego czasem Wszechświat nas chroni - nie pozwala nam skoczyć w przepaść, bo wie, że byłoby to dla nas złe. I dlatego idziemy nadal swoimi ścieżkami, swoim tempem. Dostajemy to, na co jesteśmy gotowi. Bo to jest dla nas dobre.

"Od nadmiaru pieniędzy ludzie wariują" - słyszę, siedząc wśród znajomych. I już wiem, że ten, kto to wypowiedział, prawdopodobnie nigdy nie będzie miał nadmiaru pieniędzy. Dlaczego? To proste. Kto chciałby zwariować? Nikt. Dlatego też ten człowiek będzie podświadomie bronił się przed większą gotówką - bo będzie się bał, że zwariuje. Logiczne. Ta myśl nie jest korzystna dla życia. Ale nie walczę z tym - to jego ścieżka. Mogę mu to powiedzieć - może ma na tyle otwarty umysł, by to pojąć? A jeśli nie - po prostu napijemy się herbaty.

Wyjdźmy jednak poza to przekonanie, że "od nadmiaru pieniędzy ludzie wariują". Wszyscy ludzie? Czy można mieć nadmiar pieniędzy? Czy można mieć nadmiar pieniędzy i nie zwariować? Zastanów się nad tym chwilę. Jeśli mam w tej chwili na koncie 5000 złotych - to znaczy, że dokładnie do tej sumy dorosłem, dojrzałem. Że na takie pieniądze zasłużyłem. Nie jest ich ani za mało, ani za dużo - dokładnie tyle, ile powinno być. Idealnie na czas. Cóż za precyzja i wyczucie!

Ja sądzę, że ludzie wariują z braku pieniędzy! Czy to nie jest prawda? Zobacz. Chodzą wystraszeni, że nie będą mieli z czego zapłacić rachunków. Że zachorują i nie będą mieli kasy na leczenie. To jest wariactwo! Dlatego chcę mieć pieniądze - żeby nie zwariować!

Czy mogę źle je wydać? Nie! Wydam je dokładnie na to, na co powinienem wydać - opierając się na swojej najwyższej wiedzy w danej chwili. Na cokolwiek je wydam - coś zyskam, będę miał jakiś rezultat. Czasem przedmiot, czasem ktoś zrobi coś dla mnie. Czasem po prostu "stracę je" (jakby kiedykolwiek należały do mnie, a nie do Wszechświata), by się czegoś nauczyć. Nie można źle wydać pieniędzy. To iluzja, która budzi lęki (zanim to się niby stanie) i poczucie winy (po tym, jak to się niby stało).

Gdyby na świecie nie było ludzi - czy istniałyby jakiekolwiek "błędy"?

Nie ma ludzi - nie ma błędów. Nie ma problemów, nie ma nowotworów, nie ma porażek, bankructw, długów. Nie nakłaniam Cię jednak do zabijania ludzi :) Chodzi mi o zrozumienie, że to my wszystko powołujemy do istnienia - niczym bogowie, którzy są tak potężni, że tworzą wszystko, i jednocześnie nie wierzą w to, że są bogami i że tworzą wszystko.

Poniżamy się, sądząc, że jesteśmy kimś gorszym, niż Bóg.

Na własne życzenie odejmujemy sobie sił, chęci, wiary. To smutne, ale jest to nauka. Póki co uchodząca za bluźnierstwo, ale coraz więcej osób budzi się. I odkrywa swój potencjał. Ty będziesz następny, prawda?

Idź przed siebie. Wiedz, czego pragniesz, i miej świadomość, że Wszechświat da Ci to dokładnie w tym momencie, w którym będziesz tego naprawdę potrzebował (a nie wtedy, kiedy wydaje Ci się, że tego potrzebujesz). Możesz zaufać bezkresnej mądrości Uniwersum - ono łagodnie poprowadzi Cię przez doświadczenia. Gdy pozbędziesz się opowieści - a więc obaw, lęków i zahamowań - to będzie łatwe. Może będziesz miliarderem..? Może będziesz żebrał na ulicy? Może będziesz zdrowy, może chory? Cokolwiek będzie się działo - wiedz, że wszystko gra. Że to Twoja ścieżka. Zaakceptuj to i daj się podróżować dalej. Zobaczysz, co ekscytującego stanie się potem.

Wszystko jest tymczasowe - poza tym stwierdzeniem. Ono jest wieczne.

Coś jest, a potem tego nie ma, bo rozpuszcza się w probabilistycznej zupie. A po chwili coś znów się z niej wyłania. Jedyne, co można przewidzieć, to to, że nic nie da się do końca przewidzieć. Oto sekret, którego nigdy nie było - bo to oczywista oczywistość. Coś, co mieliśmy przed oczami całe życie.

Nas, Gejów, ludzie często nazywają "błędami", "genetycznymi zjebami" etc. Zabawne. Ludzie, którzy tak sądzą, myślą, że przyroda może się mylić. Że Wszechświatu popierdoliło się coś i zrobił nas przez pomyłkę. To musi być dla nich bardzo stresujące, wierzyć w to, że jesteśmy błędami. A my mimo to nie znikamy, nadal jesteśmy Gejami! Dla mnie to tak niedorzeczne, że chce mi się śmiać. Wprost nie mogę uwierzyć, że oni w to wierzą!

Czuję się całkowicie potrzebny Wszechświatu. Czuję całym sobą, że gram jakąś istotną rolę - nawet, gdy w danym momencie oglądam Mango Gdynia, drapię się po dupie czy podziwiam obłoki na niebie. Wszechświat by się bez tego nie obył. Nie mógłby istnieć, gdyby nie ja i moja dupa, po której się drapię. Stworzył dla mnie przepiękne obłoki a ja miałbym ich nie dostrzec..?

Wszechświat stworzył DreamWalkera. I jego bloga. I Ciebie - Czytelnika tego bloga. I tę wyjątkową chwilę, w której się teraz spotykamy. Od początku istnienia wszystko zmierzało do TEJ właśnie chwili. Czy to nie magiczne? Teraźniejszość jest podniosła. Jest cudem.

Ciekawe, co wydarzy się już za moment...?

niedziela, 29 listopada 2009

Żyjemy w najdoskonalszej wersji Wszechświata

Włączam telewizję i widzę manifestację antygejowską. Ludzie ubrani na czarno, niosą transparenty z hasłami "zakaz pedałowania". Są pełni nienawiści, świętego oburzenia. Pojawia się w mojej głowie myśl: "Tak być nie powinno..." I zaraz po tym pojawia się stres. Zaraz, zaraz - myślę sobie. Czy to prawda, że tak być nie powinno? Skąd wiem? I jak się czuję, gdy daję wiarę tej myśli? Czuję stres! Więc odwracam myśl - Tak być powinno... I nagle Wszechświat odkrywa przede mną kolejny swój sekret:

Jestem Gejem, aby uczyć homofobów akceptacji.

Jestem ich lekcją tolerancji. To jest piękne i prawdziwe - chcę ich tego uczyć. Ba, nawet nie muszę chcieć! Nic nie robię a i tak ich uczę - samym faktem, że jestem. Czy to nie zdumiewające?

I nagle ta sama manifestacja nie wygląda już dla mnie tak, jak przed chwilą. Widzę ludzi, którzy cierpią z powodu swoich poglądów. Są zagubieni, ich umysły wierzą w krzywdzące ich samych brednie, walczą z Rzeczywistością, walczą z Wszechświatem, który wie lepiej, kto jakiej ma być orientacji. To musi być bardzo, bardzo stresujące doświadczenie być homofobem. Mieć osobisty emocjonalny problem z czyjąś orientacją...

Ufam Wszechświatu. Już wiem, że On wie lepiej ode mnie, co jest dla mnie dobre. Ja mam ograniczoną percepcję, widzę tylko to, do czego się przyzwyczaiłem. Wszechświat widzi wszystko.

Dlatego też chcę tego, co On. Wszystko, co się dzieje, jest wolą Wszechświata. Gdy kieruję się tym samym pragnieniem, co Wszechświat - żyję w Niebie. Wszystko jest dokładnie takie, jak powinno być. Bez wyjątku. Każda śmierć i choroba, każda wygrana w totolotka, każdy orgazm i każdy ból.

Widzę samochód, który potrącił pieszego pod moim domem. Wiem, że tak być powinno. Nie mogło być inaczej. Że cały Wszechświat zmierzał do tego momentu. Nie wiem dlaczego, bo jestem za głupi. Ale ufam Wszechświatu. On wie. Gdybym wyszedł z błędnego założenia, że wiem lepiej, jak być powinno - skazałbym się na piekło. Sądziłbym, że wiem lepiej od Wszechświata, jak powinien On wyglądać, działać itd. Cóż by to była za ułuda. Cóż za bluźnierstwo! Oczywiście, gdybym mógł temu zapobiec - zapobiegłbym. Ale nie było mi to dane. Teraz mogę tylko zadzwonić po pogotowie.

Walka z Wszechświatem zawsze skazana jest na porażkę. To jedyne piekło, na jakie można się skazać. To jedyne źródło cierpienia - nie zgadzać się z tym, co jest. Jeśli jednak chcę tego, co Wszechświat (Bóg, Rzeczywistość) - czuję przepływ.

Oto nagle z probabilistycznej zupy wyłania się Plan. Mogę doświadczyć wszystkiego, bo na wszystko otwiera się mój umysł. Ale z jakiś niepojętych dla mnie przyczyn, bezimienna inteligencja daje mi to, co mi daje. A jedyne, co mogę zrobić, to przyjąć to. Nie muszę niczego wybierać - to zostało wybrane za mnie. Walka z tym byłaby męczarnią.

Jeśli Wszechświat chce, bym był milionerem - będę nim. Jeśli chce, bym żebrał o złotówkę na ulicy - będę żebrał o złotówkę na ulicy. Jeśli chce, bym był zdrowy - ozdrowi mnie. Jeśli chce, bym miał ciężką, nieuleczalną chorobę - taką chorobę będę miał. Jeśli chce, bym miał przy sobie idealnego faceta - takiego też mi ześle. I będzie on przy mnie bez żadnych starań, bez żadnych zabiegów i podchodów. A jeśli nie - to nie. To będę sam. Bo chcę tego, co chce Wszechświat. On wie lepiej, ja nie.

Jednak nie oznacza to, że jeśli wpierdolę się w szambo, to w nim zostanę. Po prostu zaakceptuję to, że się wpierdoliłem. A potem z niego wyjdę. I zaakceptuję to, że wyszedłem.

Tak naprawdę najdoskonalszy z najdoskonalszych Wszechświat decyduje i wybiera za nas a my, snując opowieści, które uznajemy za prawdziwe o nas i o świecie, wybieramy, co z tym zrobić.

Nie ma doskonalszej wersji Wszechświata niż ta, w której żyjemy. Swoimi myślami powołujemy do istnienia alternatywne Wszechświaty, sądząc, że są lepsze. Bzdura. Nie ma lepszych - to iluzje. Nie ma alternatywy dla Wszechświata, dla Rzeczywistości. Żyjesz tu, gdzie żyjesz. Doświadczasz tego, co doświadczasz. Albo to akceptujesz i żyjesz w nieustającym przepływie i koherencji serca, albo z tym walczysz, skazując się na stres i cierpienie.

Jestem zdumiony, gdy zaczynam dostrzegać precyzję tego, co się dzieje. Widzę rozlaną herbatę. Nie mam już historii pt. "Herbata nie powinna być rozlana." Skoro jest rozlana, to powinna. Skoro zechcę ją pościerać, to ją pościeram - to znaczy że powinna być pościerana. Jeśli jej nie pościeram - to nie powinna. Nie mnie osądzać. Moja wola jest wolą Wszechświata.

Chcę tego, co chce Wszechświat a Wszechświat chce tego, co ja chcę.

Zapamiętaj dobrze to zdanie. Jest synonimem najwyższej harmonii. Gdy je pojmujesz, odkrywasz idealną Jedność ze wszystkim, co jest. Nie ma już z czym walczyć - masz to, czego chciałeś. Jesteś każdym, kimkolwiek kiedykolwiek chciałeś być. Nie ma już nic do osiągnięcia i do zrobienia. Twoja wola została już spełniona - zanim ją sobie uświadomiłeś. Jedyne co pozostaje to doświadczać tego w niekończącym się przepływie.

Ostatnio zachorowałem. Infekcja zaczęła przejmować kawałek po kawałku mojego organizmu. Powoduje ona problemy z trawieniem, zanik popędu seksualnego, problemy z pamięcią. Leki próbowały ją zatamować, ale nie dawały rady. Ja ciągle jednak pracowałem z The Work. I zrozumiałem, że jeśli choruję, to choruję - i tak być powinno. Nie wiem, dlaczego. Jestem za głupi, by odpowiedzieć, dlaczego ja, dlaczego teraz, dlaczego tak a nie inaczej. Ale nie potrzebowałem tych informacji, aby zaakceptować to, co się dzieje.

I nagle zaczęły same pojawiać się rozwiązania. Same zapukały do moich drzwi. W postaci czyjejś rady. W postaci programu w telewizji. W postaci artykułu w internecie.

Odkryłem, że jeśli chcesz się czegoś pozbyć, wystarczy pozwolić temu rozkwitnąć. Pozwól zagrać temu rolę swoim życiu. A potem przestanie to być problemem.

Nie wiem, co będzie dalej. Może będę chorował dalej, może nie? Nie wiem też, jakie ma to znaczenie.

Musiałem całkowicie zrezygnować z cukru w mojej diecie, by nie dać temu się rozwijać. O dziwo - nie sprawiło mi to żadnego problemu. Ludzie obok mnie jedzą słodkie rzeczy, mówią jakie są pyszne, a ja jem te rzeczy ich ustami, doświadczam ich rozkoszy i to mi wystarcza. Nie potrzebuję tego cukru, by być szczęśliwszym.

To było takie proste, osiągalne, logiczne i klarowne. Ludzie mówią mi, że nie daliby rady tak się powstrzymywać, jak ja. Ale ja nie muszę się powstrzymywać! Ja naprawdę nie chcę jeść cukru, bo nie chcę. Gdy upewnię się, że mogę go jeść, bo choroba się cofnęła - sięgnę po niego, bo tak będę chciał. Albo nie będę - tego nie wiem na pewno.

To magia.

Nie wiem, czy dam radę... w przyszłości. Ale wiem, że daję radę - tu i teraz. Żyję. Patrzę. Piszę i oddycham. To dowody. Cokolwiek się dzieję - daję rady. To nie jest tak, że muszę się sprężać z tego powodu, wysilać. To moje dawanie rady po prostu się dzieje. Nic, absolutnie nic nie mogę zrobić, by nie dawać sobie rady. Cokolwiek się dzieje - daję rady. Ty też. Dostrzeżesz to, gdy wywalisz wszystkie historie pt. "nie daję sobie rady". Przykro mi, nie masz innej opcji. Zawsze dajesz sobie rady. Nawet, jeśli siądziesz na krawężniku i się rozpłaczesz, nawet jeśli powtarzasz w kółko "nie dam sobie rady" - to też sposób, w jaki dajesz sobie radę.

Jak można tego nie dostrzegać?

Nie umiałbym w najśmielszych snach wykreować niczego wspanialszego, niż to, co się dzieje we Wszechświecie tu i teraz. W Nim jest miejsce na wszystko, co sobie wymyślimy. On jest wszystkim, co sobie wymyślimy. Tworzymy go a On tworzy nas. To cykl, który dzieje się czy nam się to podoba, czy nie. Czy go dostrzegamy czy też nie.

Jesteś Gejem, bo tak zostało wybrane. Jesteś Gejem, by uczyć ludzi akceptacji rzeczywistości. Jesteś ich lekcją zrozumienia. Nie musisz nic robić, by to robić - samym faktem istnienia uczysz. Uczysz ich, a więc siebie, bo wszystko jest Jednością i nie ma "ich" ani "siebie".

To takie proste, gdy się nie wierzy własnym myślom. Baw się.

środa, 25 listopada 2009

Kim byś był bez swojej historii? - podważ determinizm i bądź wolny

Zapadał gęsty zmrok a niebo zaiskrzyło się tysiącami gwiazd. Położyłem się na chłodnej trawie. Zawszę, gdy patrzę na Drogę Mleczną, czuję się taki mały i jednocześnie absolutnie w ciszy zdumiony ogromem i nieskończonym pięknem gwiazd. Nasza galaktyka ma około 100 miliardów gwiazd...

I pomyśleć, że naukowcy odkryli takich galaktyk setki, tysiące. Układają się one w niepojęcie wielkie gromady i włókna, ciągnące się miliardy lat świetlnych. Z tej perspektywy nie jestem nawet atomem, nawet kwarkiem. Jestem czymś tak niepojęcie małym, a jednocześnie czymś, w czym obudziła się boska świadomość istnienia. W tym świecie nic nie znaczę. Jestem kosmicznym pyłkiem, stworzonym z tych samych cząstek, które tworzą wnętrza gwiazd.

To świat deterministyczny, w którym rządzi prawo przyczyny i skutku. Tu jest grawitacja, tarcie, prędkość i pęd. Cała ta bezduszna mechanika deterministycznego Wszechświata przypomina doskonałą, precyzyjną maszynę, w której zdaję się być tylko małym trybikiem. Trybikiem zdeterminowanym genami, środowiskiem, tym, co zje i wypije. Pewnego dnia przetrę się i moja rola skończy się.

Lecz gdy zamykam oczy, przenoszę się do innego świata. Do świata, w którym determinizm się kończy, a zaczyna się probabilistyka. Tu przestaję być trybikiem, a zaczynam być Bogiem. Moja świadomość łamie w nim przyczyny i skutki. To ona ustala znaczenia i osądza. Tutaj tworzę i zmieniam to, co chcę, a moje ciało podąża. Podążają za tym moje zachowania, a potem całe uniwersum. To wszechświat w którym tylko ja mam władzę. Tak wielką, że mogę się nawet jej pozbyć i udawać, że nigdy nie była moja. By tworzyć swe dzieła i zapominać, kto był ich autorem.

W tym moim wszechświecie biegnę po powierzchni księżyca, delikatnie i elegancko odbijając się w zwolnionym tempie od jego powierzchni, wzburzając kłęby kosmicznego pyłu. Biegnę, a błyszczące łzy, delikatnie drgające na moich rzęsach, odrywają się i odpływają w mroczną nicość. To takie piękne, tak krystalicznie wyraźne... Gdyby ktoś zbadał mój mózg na tomografie, okazałoby się, że pracuje on tak, jakbym ... rzeczywiście tego doświadczał. Choć nigdy nie byłem na księżycu, mój mózg uzna to za doświadczenie realne.

Bo mózg nie odróżnia doświadczenia "prawdziwego" od wyobrażonego. Nie odróżnia percepcji od halucynacji. Naukowcy boją się mówić wprost, że tylko umówiłeś się sam ze sobą, co jest teraz prawdziwe a co nie. Boją się, bo nie rozumieją, że jesteśmy Bogiem, który nieustannie tworzy sam siebie i swój świat tu i teraz. Taka teza byłaby zbyt kontrowersyjna, zbyt obrazoburcza.

Spośród milionów obrazów, które potencjalnie (nie)istniały, wyłowiłeś ten, który masz teraz przed sobą - DreamWalkera i jego bloga, jego słowa, jego zdania. Mogłeś teraz podróżować przez sawannę, mogłeś wspinać się na szczyt lodowca, mogłeś nurkować w rafach... Ale jesteś tutaj, bo tak wybrałeś. Bo takiego mnie tworzysz, wraz z tym blogiem.

Tworzysz swój Wszechświat a on tworzy Ciebie.

I jest w tym jakiś sens, jakiś głębszy powód, dla którego, choć piszę dla dziesiątek, może setek ludzi i może nawet Cię nie znam, moimi słowami trafiasz właśnie tu i teraz bezpośrednio do swojego umysłu i serca.

I bylibyśmy absolutnie nieskrępowani, absolutnie wolni, gdyby nie fakt... że również wewnątrz naszych prywatnych wszechświatów, podróżując przez intymne galaktyki naszych myśli, wierzymy w determinizm, czyli przyczynę i skutek.

Wierzymy, że skoro spotkało nas to i tamto, to musimy w związku z tym zrobić tak a nie inaczej. Kurczowo jeszcze trzymamy się przekonania, że skoro nasza przeszłość wygląda tak, to znaczy, że przyszłość rysuje się w takich a nie innych barwach... Bo uwierzyliśmy w przyczynę i skutek...

Kim byś jednak był bez swojej historii o sobie?

Pomyśl, pozwól swojej intuicji odpowiedzieć na to pytanie. To nie jest pytanie skierowane do Twojej wiedzy o świecie, do logiki - te zasoby nie potrafią odpowiedzieć na to pytanie, bo wykracza ono poza model rzeczywistości.

Na to pytanie może odpowiedzieć tylko Twoja intuicja.

Kim byś był, gdybyś nigdy nie doświadczył żadnej przykrej historii w swoim życiu?

Kim byś był, gdybyś nigdy nie miał żadnego chujowego związku?

Kim byś był, gdybyś nigdy nie zakochał się nieszczęśliwie?

Kim byś był, gdybyś nigdy nie chorował?

Kim byś był, gdybyś nie mógł uwierzyć w żadne negatywne przekonanie dot. siebie i innych ludzi?

Kim byś był, gdybyś nie mógł uwierzyć w to, co ludzie mówią?

...

Powtarzałem te pytania wciąż na nowo w swoim umyśle. Zaczęły się pojawiać dziwne obrazy, dźwięki i uczucia, jakby z innego wymiaru. Byłem tam absolutnie szczęśliwy, miałem całkowicie czysty umysł. Wszystko było takie proste i zrozumiałe. Wszechświat nie miał tam żadnych tajemnic, żadnych kart do odkrycia. Akceptowałem z otwartym sercem wszystko, co przynosił świat - bezwarunkowo i bez żadnego wysiłku uczyłem się dzięki temu.

To był świat, w którym nie było żadnych tragedii i nieszczęść. Nie było też nic do osiągnięcia. Nie było nikogo, kim chciałbym się stać, bo byłem już każdym i nikim. Siedząc w miejscu cały dzień, podróżowałem.

Wszystko jest ciągle nowe. Odkryj, że nic się nigdy nie powtarza, leczy jedynie my dostrzegamy podobieństwa zamiast różnic między doświadczeniami.

Zrozumiałem, że nawet, gdy nie ruszysz palcem, podróżujesz bez ustanku. Cały czas strumieniami płynie nowe. Świeże. Piękne i czyste. Nigdy nie było inaczej.

Bez nazywania rzeczy, świat pokazuje nam, że jest jednością. Zawsze nią był. To my, jak maniacy, dzielimy ją wciąż na żywe i martwe, na ładne i brzydkie, na atomy, neutrony, kwarki. Wciąż przyklejamy etykietki, bo pewne rzeczy stają się wtedy użyteczne. Jednak zubożamy w ten sposób Wszechświat. Drzewo jest drzewem i koniec - sądzimy. A ono jest czymś więcej, czymś bardziej, dalej, niż sądzimy. Ale nasze móżdżki nigdy tego nie dostrzegą, bo wierzą same sobie, że jest tak, jak jest.

Gdy ktoś mówi, że "życie jest skomplikowane, trudne", to już mu nie wierzę. Nie jest, to jego wyobrażenie o życiu jest skomplikowane i trudne. "Żyjesz w trudny sposób a to znaczy, że źle to robisz. Zacznij od nowa teraz. Prościej. Łatwiej." - odpowiadam swojemu odbiciu w lustrze. I uśmiecham się sam do siebie.

Udzielam sobie dobrych rad.

Krzysiek był moją największą miłością. Pamiętam, gdy pierwszy raz u niego spałem. Świecił księżyc a przez okno było widać pobliską wieżę ciśnień. Ta wieża ciśnień stała się moim prywatnym symbolem tego, że czułem, że oto zalewa mnie tak potężna miłość, że jestem względem niej mały, jak względem ogromu Wszechświata. Leżeliśmy w łóżku, on nieśmiało chwycił mnie za rękę. Spytał, czy jutro też z nim będę. Czy nie odejdę. I ścisnął moją dłoń mocniej. Dziś jest tysiące kilometrów ode mnie, ale ja nigdzie nie odszedłem. Wciąż jestem. On wciąż jest. Nigdy mnie nie stracił, ja nigdy go nie straciłem.

Nigdy nic nie ubyło, zawsze dostajemy więcej, niż mieliśmy. Za darmo. Bez wysiłku. Cały czas, z każdą sekundą.

Pytam siebie, gdzie są te wszystkie miłości sprzed lat...? Chciałbym pojechać w świat i ich szukać, chciałbym znów je poczuć. Ale patrzę w swoje serce i widzę, że tam właśnie są. Wszystkie. Nigdy nie oddaliły się nawet o milimetr. Musiałem być skończonym ślepcem, jeśli ich nie widziałem.

Wszechświat zbudowany jest z miłości. Każdy atom, każdy elektron, mgławice i komety. Wszystko. Ty też... DreamWalkerze.

Otwieram oczy i znów patrzę na to megalityczne, rozgwieżdżone niebo, które tak pięknie przecina Droga Mleczna. I widzę, że się do mnie uśmiecha. Jest tak błogo. Wszechświat podąża za nami. Dotrzymuje nam kroku.

czwartek, 19 listopada 2009

Istniejesz tylko Ty - najwyższy poziom świadomości

Wszelcy mistycy - od Wschodu do Zachodu, od zarania dziejów głoszą w swych przesłaniach pewną uniwersalną prawdę. Prawdę, do której nasze deterministycznie myślące umysły nie są w stanie się przyzwyczaić. Aby ją odkryć, najlepiej doświadczyć jej w osobiście.

Byron Katie, twórczyni magicznie rewolucyjnej metody The Work, napisała kiedyś pewne zdanie, które uderzyło mnie swoją szczerością i autentycznością:

"Sądzisz, że oni myślą, że coś jest z tobą nie tak. Sądzisz, że inni ludzie myślą, że coś jest z Tobą nie tak, ponieważ ty tak uważasz."

I tu właśnie odkryła przede mną krainę zwaną projekcją. Czym jest projekcja? To przypisywanie innym swoich cech. Są ludzie, którzy głaszczą kota pogrzebaczem i twierdzą, że "nie są agresywni". A jeśli zobaczą objaw agresji u kogoś ... natychmiast wybuchną agresją, krzycząc "Jesteś agresywny!".

To właśnie projekcja.

Jest sobie Mietek. Mietek jest normalnym, niczym niewyróżniającym się Gejem. Poza tym, że ubiera się na różowo i ma syndrom miękkich nadgarstków :) Nie przejmował się tym jednak. Aż do momentu, w którym jego towarzystwo nie zaczęło się z niego nabijać. Najpierw ukradkiem, potem coraz bardziej otwarcie. W końcu ktoś rzucił "ciotą" i stało się. Mietek zaczął się wycofywać. Nie był świadomy, że niezbędnym warunkiem tego, by przezwisko "ciota" go zabolało, jest fakt, że na którymś poziomie... sam tak o sobie myśli. I ocenia to jako złe!

Te myśli, że coś jest z nim nie tak, Mietek szybko rozwiewał. W głębi duszy jednak obawiał się, że inni będą go pokazywać palcami ze względu na jego odmienność. Ta obawa czasem wypływała na powierzchnię i w sposób niemal niezauważalny dawała się wyczuć. Wtedy też inni z jego otoczenia zbierali się, niczym rekiny, które w wodzie wyczują czyjąś krew. Tak, jak psy, które wyczuwają czyiś strach i atakują.

Obwiniamy ogół społeczeństwa, że jest homofobiczne, że się z nas śmieje lub że zachowuje się wobec nas nietolerancyjnie lub wręcz agresywnie. Teraz, gdy już wiesz, czym jest projekcja, odkryjesz, że przyczyną tego stanu rzeczy jest fakt, że my, Geje, sami o sobie myślimy, że jesteśmy "inni" albo nawet "zboczeni". Przez to podświadomie wycofujemy się z życia społecznego - unikamy rodzinnych imprez, żeby ktoś nie spytał nas, czy "masz już dziewczynę?"; izolujemy się od osób nam bliskich (np. rodziców czy hetero kumpli) - bo przecież jesteśmy "inni" - nie pasujemy, oni nas nie zrozumieją. A Wszechświat, w całej swej nieskończonej mądrości, mówi: Twoje życzenie jest dla mnie rozkazem! I dzieje się...

Oni dziwnie na nas patrzą...

...nie mogą pojąć, dlaczego się oddalamy. Mają swoje podejrzenia, ale nie chcą być zbyt pochopni w osądach. W końcu odkrywają nasz mały sekret i mają w głowie już gotowy schemat: wycofywali się, bo pewnie są zboczeni, nienormalni. I tu trzeba im przyznać rację - gdybyśmy myśleli o sobie, jak o normalnych ludziach, wszystkim dookoła moglibyśmy swobodnie powiedzieć: hej, jestem gejem, a co u Ciebie?

Ale tak nie robimy!

Uznaliśmy siebie za odmieńców i sami na własne życzenie się izolujemy. Kilka lat temu robiono badania w Polsce na temat homoseksualizmu. Okazało się, że zaledwie 11% Polaków zna kogoś o odmiennej orientacji (tzn. wie, że zna). Niedawno badania ponowiono - wynik był identyczny. Przez kilka lat nadal jako Geje tkwimy w punkcie. Nie przyznajemy się, kim jesteśmy.

Pomyśl teraz...

Jak to wygląda z drugiej strony:

Masz dobrego kumpla Geja. Nagle on - nie wiedzieć czemu - zaczyna Cię unikać. Robi się coraz bardziej skryty, szuka kolejnych wymówek. Widzisz go na ulicy, jak idzie z jakąś dziewczyną za rękę. Gdy Cię dostrzega, udaje, że nic się nie stało... Masz podejrzenia, ale nie wiesz, co zrobić. W końcu go dopadasz i przyciskasz. Okazuje się, że w rzeczywistości jest hetero... Szok! Zachowywał się tak, jakby bycie hetero było złe!

Tak robimy my, drodzy Przyjaciele.

Rzeczywistość jest prostsza, niż nam się wydaje. Istnieje bowiem tylko jedna relacja w życiu - Ciebie z Tobą. Gdy mówisz, że heterycy są nietolerancyjni, sam jesteś nietolerancyjny: nie pozwalasz ludziom być nietolerancyjnym! Nie można wyrazić innej opinii, niż o sobie samym, bo wszystko jest projekcją. Nie mamy dostępu do prawdziwej rzeczywistości, póki żyjemy na poziomie umysłu. Bo wtedy mamy dostęp tylko do naszych halucynacji na temat rzeczywistości, czyli do naszego wyobrażenia na temat świata. Inne osoby będą dla Ciebie tylko i wyłącznie tym, co sądzisz na ich temat. I niczym więcej.

A skąd wiesz, co sądzić na ich temat?

To proste - masz niewyczerpalne źródło wiedzy: siebie. To właśnie Ty sam jesteś inspiracją dla samego siebie do nazywania ludzi "idiotami" albo "mędrcami". Pomyśl - czy mędrzec nazwie kogoś idiotą? Czy idiota potrafi nazwać kogoś mędrcem?

Nie sądzę.

Gdy ktoś opowiada mi teksty w stylu "ludzie mają już dość XXX" (to klasyczne czytanie w myślach) - to ja wiem, że tu nie chodzi o ludzi, ale o gościa, który to mówi. On przypisuje swoje myśli wszystkim ludziom! A następnie - będąc całkowicie pewnym, że ma rację - doszukuje się dowodów na potwierdzenie, że inni myślą tak samo. I oczywiście znajduje, bo etykietkę "dowód" można przykleić do czego tylko chcesz, jednocześnie łatwo przeoczając to, co przeczy postawionej tezie.

Teraz już wiesz, co zrobić, gdy spotkasz osobę, która opowiada, że "geje to parszywe dziwki, są fałszywi, wszyscy się zdradzają, kurwią na krechę, kłamią, oszukują" etc... i sam jest Gejem! UCIEKAJ! Ten człowiek projektuje własne myśli na innych - wcześniej czy później jego wywód posłuży mu jako usprawiedliwienie jego własnych niecnych uczynków.

Wszechświat to lustro.

Wszystko jest lustrem, w którym się przeglądasz. Patrzysz na swoją lampkę nocną. Twoja świadomość wchodzi w tzw. splątanie kwantowe z tym przedmiotem, dzięki czemu określasz się względem swojej lampki nocnej... Nie! Nie względem swojej lampki nocnej! Określasz się względem tego, co myślisz o swojej lampce nocnej! Jeśli przypiszesz jej atrybut "brzydka" - skrzywisz swą twarz w odruchu obrzydzenia. Jeśli uznasz ją za "ładną" - uśmiechniesz się.

Wiesz jednak dobrze, że są bardziej emocjonujące związki, niż ze swoją lampką nocną.

Co myślisz o swoich rodzicach? Jacy oni "są"? Będziesz reagował nie na nich, lecz na swoje wyobrażenie o nich. Tak więc są oni niczym innym, jak zwierciadłem, w którym oglądasz swoje własne myśli. Szybko dostosują się do roli np. "zrzędliwych staruchów", którą Twoja podświadomość im wyznaczy. Tak samo, jak dostosują się do roli "cudownych rodziców". Oni są każdym i nikim zarazem. Pytanie, co chcesz wyłowić z nieskończonej kombinacji zdarzeń zmysłowych, jaką jest Wszechświat.

Istniejesz tylko i wyłącznie Ty i Twoje myśli.

Tworzysz swoje myśli a one Tworzą Ciebie i Twój prywatny Wszechświat. To Twój jedyny związek, który tworzysz. To nieustanna wymiana informacji pomiędzy rzeczywistością probabilistyczną, w której wszystko jest możliwe (jesteś w tej rzeczywistości, gdy zamkniesz oczy i zaczynasz myśleć o swoich myślach), a rzeczywistością deterministyczną (widzisz ją, gdy otworzysz oczy i rozejrzysz się dookoła).

Te dwie rzeczywistości nieustannie wymieniają się informacjami. Tylko w tej pierwszej - czyli w świecie swojej wyobraźni - możesz coś zmieniać. Ba! Tam możesz zmieniać wszystko! A wtedy ta druga rzeczywistość podąży.

Pomyśl o swoich exach... Pomyśl o swojej rodzinie... Pomyśl, co o nich myślisz... To Twoje myśli i nic więcej. Czy są prawdziwe? Czy możesz być pewien, że prawdą jest to, co uważasz?

Summa summarum za swoje myśli odpowiadasz tylko Ty i Ty poznasz ich konsekwencje. Ty bowiem nimi żyjesz, Ty doświadczasz ekstaz, które przynoszą, jak również stresów i depresji, które powodują. Możesz się upierać, że "inni ludzie to chuje" - ale to Ty będziesz żył w świecie pełnym chujów, nie ja.

Każda rada, jaką kiedykolwiek komuś dałeś, była w rzeczywistości dla Ciebie.

Ta myśl wywróciła moje myślenie do góry nogami. Odkryłem, że piszę tego bloga nie dla kogoś, lecz dla siebie. Gdy czytam, jakie daję w nim rady, to wiem, że są one dla mnie! I rozumiem już, jak to działa - to wszystko też dla mnie jest lustrem, w którym się przeglądam. Prócz tego, że jest to bardzo użyteczne, jest to też cudowne i bardzo, bardzo mistyczne.

Zrozumiałem, że moje posty tutaj, pomimo, że trafiają pod strzechy dziesiątek a może setek ludzi w całym kraju, są tak naprawdę bardzo intymną rozmową mnie ze mną. Że to DreamWalker komunikuje się z DreamWalkerem - by podnieść jakoś swojego myślenia. By odkryć w sobie coś nowego. By odkryć to, że jest Wszechświatem, który tworzy. Snem, który śni. I który nazywa "jawą".

Najprawdziwsza prawda to fakt, że wszystko jest nieprawdą. Największą nieprawdą jest to, że prawda istnieje.

DreamWalker to rozumie. On wie, to on to pisze, nie ja. Gdy siada do posta, nie ma nawet planu, lecz jedynie mgliste pojęcie, o czym chce napisać. Wraz z każdym słowem, robi się coraz jaśniej i coraz lepiej wie, co chce przekazać.

To czysty flow.

DreamWalker nie planował tego, co tutaj napisze. To efekt impulsu. Nie wie, czemu pisze o sobie w trzeciej osobie. Ale rozumie tych wszystkich artystów schizofreników, którzy w manii tworzyli swoje obrazy, wiersze czy muzykę. COŚ ich przejęło, COŚ kazało im to robić. Przepływ, pełna koherencja, na falach której Wszechświat mówi, co robić. Poziom, na którym nie żyjesz, lecz jesteś żyty.

Nie podejmujesz decyzji - to one podejmują Ciebie.

Poziom, na którym Wszechświat prowadzi Cię i wiesz, że wszystko jest okej. Że możesz mu zaufać, bo nie musisz się niczego już obawiać. On wie, co robi. On lepiej wie, co dla Ciebie najlepsze. Bo on jest czymś więcej niż tym, co o nim sądzisz. Znacznie więcej, niż kiedykolwiek ktokolwiek z nas mógłby przypuszczać.

DreamWalker mówi: do napisania!

niedziela, 15 listopada 2009

HIV vs. potęga naszych układów immunologicznych

Lekarz zauważył w Tęgomirze jakieś zmiany. Coś zmieniło się w jego zachowaniu, ale nie umiał powiedzieć co. To było coś bardzo subtelnego. Pobrał mu krew i oddał do badania. Wkrótce wiedział już, co jest grane. Tęgomir był zainfekowany wirusem HIV. Nie był tego świadomy a wirus nie zdążył jeszcze rozwinąć skrzydeł.

Wirus dostał się do krwiobiegu Tęgomira i zaczął panoszyć się po całym jego organizmie. Bezszelestnie i niezauważalnie wnikał a tkanki, w tym również w układ nerwowy, zmieniając jego działanie. A co za tym idzie - również zachowanie Tęgomira.

Tęgomir sam zauważył, że od kilku miesięcy inaczej patrzył na rzeczywistość. Nie wiedział, że zmiana jego perspektywy ma związek z odbywającą się inwazją wirusa. Tak, jak nie wiedział, że nauka zajmująca się powiązaniami między psychiką, układem nerwowym i odpornościowym zwie się psychoneuroimmunolgią. I to ta nauka właśnie będzie starała się odpowiedzieć na pytania, jak infekcja wirusem może zmieniać ludzką psychikę,

Z punktu widzenia psychoneuroimmunologii, wirus HIV jest niczym innym, jak negatywną sugestią, którą ktoś przyjął do swojego umysłu i pozwolił jej żyć. Wszyscy wiemy, jaką moc nadają ludzie słowom - gdy ktoś potrafi zabić się, bo usłyszał to, co usłyszał. Albo rozchorować się, bo przyjął pewną wersję rzeczywistości za prawdziwszą, niż inną.

Powstaje więc szereg interesujących pytań: Jaką sugestią jest wirus HIV? Jakie przekonania instaluje on w głowie? I co najważniejsze - jakie konsekwencje miałoby wyrzucenie tego przekonania lub zestawu przekonań ze swojej głowy?

Nasze myśli i emocje, które za nimi podążają, to nic innego jak reakcje fizjologiczne organizmu - w tym również układu odpornościowego. Nie bez powodu wystarczy nam 5 minut stresu, by z wszelkich błon śluzowych naszego ciała zaczęły znikać limfocyty (komórki odpornościowe), otwierając nam drogę do rożnych zakażeń.

A skoro tak, to każda zmiana chemii (czym również jest infekcja) powoduje zmiany psychiczne u pacjenta. A psychika przecież jest jak plastelina - możemy ją dowolnie odkształcać i formować, mając oczywiście odpowiednie narzędzia. A ona z kolei wpłynie na procesy chemiczne dziejące się w ciele. Mamy tu więc do czynienia z pętlą sprzężenia zwrotnego.

Kiedyś przeprowadzono kontrowersyjny eksperyment. Części ludziom leżącym na oddziale onkologii powiedziano, że będą poddawani chemioterapii. Będzie się to wiązać z utratą włosów, wymiotami i fatalnym samopoczuciem. I faktycznie - znaczna część pacjentów natychmiast zaczęła tracić włosy, wszyscy czuli się bardzo źle i wymiotowali... do momentu, w którym okazało się, że podawano im substancje całkowicie obojętne dla organizmu - wstrzykiwano wodę destylowaną i podawano wapno w tabletkach.

Nazwano to efektem nocebo - a więc przeciwieństwem efektu placebo.

Teraz pomyśl - ich własne oczekiwania sprawiły, że zaczęły wypadać im włosy!!! Niech to da Ci do dowód tego, jak potężny potrafi być nasz organizm i jak potężnie może działać sugestia wyrażona przez autorytet w białym fartuchu.

Wróćmy teraz do naszych dywagacji na temat wirusa HIV - zdajesz sobie sprawę, jak wiele legend krąży o nim w społeczeństwie. Jesteśmy przekonani, że HIV jest wirusem skrajnie niebezpiecznym, nieuleczalnym i powodującym AIDS - zespół nabytego braku odporności. Przekonania te wspierają nas w pewnego rodzaju społecznej panice a ich źródłem są... medyczne autorytety w białych fartuchach!

Teraz rodzi się w mojej głowie pytanie - na ile destruktywne działanie wirusa HIV bierze się z jego faktycznych właściwości biologicznych a na ile z gigantycznego efektu nocebo, który instalują nam media i lekarze?

Przeprowadzono eksperyment, w którym informowano ludzi, że są nosicielami wirusa HIV - pomimo, że w rzeczywistości byli zdrowi, jak ryby! Ogłaszano im wynik oczywiście w specjalny sposób - pan w białym kitlu wyciągał kartkę z wynikami specjalistycznych analiz medycznych i oświadczał - niczym wyrok - diagnozę. Ludzie przeżywali szok. Następnie badano ich krew, by zobaczyć, jak zareagował na to ich układ immunologiczny.

Co się okazało?

To było chyba jasne - ich układ immunologiczny sypał się kompletnie. Ilość limfocytów drastycznie spadła a cały system rozregulowywał się natychmiast. Oczywiście zaraz po tym wyprowadzano ludzi z błędu a ich stan wracał do normy. Pytanie, co by było, gdyby nikt ich z błędu nie wyprowadził? Czy Ty też masz wrażenie, że wcześniej czy później mieliby pełnoobjawowy AIDS - pomimo braku wirusa w organizmie?

97% diagnoz terminalnych (oznaczających dla pacjenta kaplicę) się sprawdza. Na ile zawdzięczamy to zdolnościom przewidywania lekarzy a na ile jest to fatalna w skutkach sugestia posthipnotyczna? Ilu z tych pacjentów by przeżyło, gdyby nie wiedzieli, że mają umrzeć, i zachowali spokój?

Od jakiegoś czasu wiadomo, że każda infekcja - czy to bakteryjna czy wirusowa albo jeszcze inna - ma swoje reperkusje w odbiorze świata przez pacjenta. Najlepiej opisana jest chyba toksoplazmoza. Wiemy, że ludzie nią zarażeni, nie mają żadnych specjalnych objawów ze strony organizmu... lecz powodują statystycznie więcej wypadków samochodowych! Dlaczego? Bo pierwotniak wywołujący toksoplazmozę upośledza zdolność odczuwania lęku! Ludzie nim zarażeni po prostu mniej boją się i tym samym bardziej zdolni są do brawury.

Skoro infekcje powodują zmiany w psychice i jest to pętla sprzężenia zwrotnego, to może zmiany w psychice potrafią wyleczyć pacjenta...? Może więc wszelkie infekcje należy leczyć dokonując zmian w sposobie myślenia...?

Steve Andreas, jeden z najznamienitszych twórców programowania neurolingwistycznego (NLP), opisuje przypadek wyleczenia pacjenta z wirusem HIV. Za pomocą techniki tzw. mapowania submodalności (techniki rozwiniętej przez Richarda Bandlera) zaprogramował umysł mężczyzny tak, by myślał o wirusie HIV dokładnie w taki sam sposób, jak myśli o... wirusie grypy. Jak wiemy - oba te wirusy są podobne strukturalnie do siebie a nawet dają podobne objawy w początkowej fazie. Facet poczuł się znacznie lepiej, wstąpiły w niego życiowe siły a po kilku miesiącach poszedł się zbadać. Okazało się, że wynik był negatywny! Wirus wyparował.

Naukowcy ponownie pobrali mu krew do badania. Odkryli, że facet wytworzył w sobie jakiś nowy typ ciałek odpornościowych. Uznali, że jest to rodzaj mutacji i nie interesowali się tym dalej. Opis tego eksperymentu znajduje się w książce "Serce umysłu" Steve Andreasa (raczej jej nie dostaniesz w księgarni - to bardzo stara książka).

Wynika z tego, że nasz cudowny układ odpornościowy jedyne czego potrzebuje, to wiary w to, że może dać sobie rady z danym drobnoustrojem. Wiary, a więc umysłowego przyzwolenia - tak, walcz, bo Ci się uda.

Robert Dilts w swojej Encyklopedii NLP opisuje więcej sposobów interakcji z wirusem. Ten wybitny badacz ludzkiego umysłu twierdzi, że sama obecność wirusa HIV nie ma aż tak wielkiego znaczenia, jak elastyczność naszych układów odpornościowych. Wiemy, że wirus HIV niszczy limfocyty typu T - odpowiadające za naszą odporność na wiele różnych chorób. Dlaczego jednak organizm nie miałby produkować więcej limfocytów typu T tak, by wystarczało zarówno jemu samemu, jak i wirusowi? (przynajmniej do momentu, w którym nie nauczymy się go zwalczać).

Aby dowiedzieć się więcej na ten temat, przyjrzyjmy się kolejnemu zdumiewającemu eksperymentowi. Grupce przedszkolaków pobrano krew i zmierzono im ilość limfocytów. Następnie dzieci obejrzały specjalne przedstawienie o niezbyt skomplikowanej fabule - policjant, który reprezentował ciałka odpornościowe, łapał złodzieja i wsadzał go za kratki. Złodziej był reprezentantem zarazków. Potem dzieci znów poddano badaniu krwi. Okazało się, że poziom limfocytów wzrósł o kilkadziesiąt procent!

Czy to więc wirus HIV jest tak potężny? Czy może my wątpimy w inteligencję, elastyczność i moc naszych układów odpornościowych?

Ludwik Pasteur na łożu śmierci powiedział ważne i niestety zapomniane słowa - że drobnoustrój nie ma żadnego znaczenia. Znaczenie ma to, czy trafi on na podatny grunt. Bo dopiero wtedy może się mnożyć... lub nie!

Zastanawiam się teraz, jaki układ immunologiczny tworzą ludzie, którzy żyją w wiecznym strachu przed chorobami. Czy ten strach sprawia, że są bardziej odporni? A może właśnie odwrotnie?

Jakie konsekwencje niosą ze sobą przekonania dot. wirusa HIV...? Że jest nieuleczany, niebezpieczny, sprytny etc. Czy wiara w to wszystko wzmacnia pacjenta czy go raczej osłabia?

Kim byliby ludzie zarażeni wirusem HIV, gdyby nie mogli uwierzyć, że muszą przez niego cierpieć? Kim byliby, gdyby nie mieli żadnych fatalnych przekonań na jego temat? Gdyby mieli silne przekonanie, że dają sobie z nim radę i wcześniej czy później go pokonają...?

Moja hipoteza jest następująca: człowiek, który całkowicie wyczyścił się ze wszelkich negatywnych historii (np. za pomocą pytań The Work lub innych technologii zmiany osobistej) i który zainstaluje sobie odpowiednie, budujące i wyzwalające metafory swojego układu odpornościowego, które będą go wzmacniać i uelastyczniać - oprze się każdej chorobie.

Wiemy, że każde stresujące czy traumatyczne przeżycie zostawia ślad w mózgu - a konkretnie w mózgu limbicznym odpowiedzialnym za emocje oraz zarządzanie funkcjami naszego ciała. Ślady te - zwane śladami pamięciowymi - są widoczne na tomografie komputerowym. Zapętlone nagromadzenie takich śladów daje ciekawy efekt - dany obszar mózgu jest cały czas silnie pobudzony elektrycznie.

Dilts nazwał to wirusem umysłu lub impasem. Na poziomie psychicznym objawia się to złym nastrojem, lękiem, złością etc. i mętlikiem w głowie. Zmiany na poziomie fizycznym obejmują cały wachlarz objawów i schorzeń. W zależności od umiejscowienia impasu w mózgu, może on powodować najróżniejsze choroby. Dowiedziono, że właściwie w patogenezie wszelkich chorób czynnikiem powodującym jej rozwój jest w jakimś stopniu stres:
  • osłabia układ immunologiczny - pozwalając wnikać drobnoustrojom i mnożyć się im,
  • powoduje tzw. choroby czynnościowe - np. alergie, złą perystaltykę jelit etc.
  • a nawet choroby organiczne - np. wrzody żołądka czy nowotwory.
Co by było, gdyby ten stres wywalić całkowicie? Dobre pytanie, nie sądzisz?

Każdy stres to historia - a każdą historię można zmienić, pracując nad nią za pomocą odpowiednich narzędzi mentalnych. Podobnie, jak każda choroba - to też historie, które masz wdrukowane nawet nie tylko na poziomie układu nerwowego, ale też na poziomie układu immunologicznego (tzw. pamięć immunologiczna) czy na poziomie całego ciała (gdy doświadczysz danej choroby - masz kinestetyczne doświadczenie, które się z nią wiąże - to wzorzec całkowicie niedostępny dla tych, którzy danej choroby nie mieli).

Co by było, gdyby te historie usunąć?

Myślę, że nie tyle sam wirus HIV jest niebezpieczny, co wszystkie historie, które krążą o nim. Niektórzy nosiciele HIV'a czują się znakomicie i nie mają żadnych objawów przez wiele lat. Jak to możliwe??? Kto wie, jaki procent ludzi zaraża się i dochodzi u nich do tzw. spontanicznej remisji - i nawet o tym nie wie.

Jestem pewien, że nasz układ immunologiczny wcześniej czy później poradzi sobie z każdym, nawet "nieuleczalnym" syfem. Niestety osłabiamy go wierząc w historie, które są źródłem stresu, lęku i napięcia - pozwalając jednocześnie na rozmnażanie się patogenów i rozregulowując swój organizm.

A przecież nie trzeba być specjalistą, żeby wiedzieć, że nasze ciała i umysły są miliardy razy bardziej inteligentne i potężne niż jakiś tam mikrob.

Każdy z nas ma jakieś przekonania na temat swojego zdrowia, każdy z nas ocenia swoje szanse w walce z różnymi dolegliwościami i to - jak się okazuje - właśnie te przekonania grają kluczową rolę w procesie zdrowienia.

Może warto przyjrzeć się im bliżej i sprawdzić, na ile są prawdziwe? Może warto je zweryfikować? Może warto podważysz niektóre z nich?

Na koniec proponuję małe ćwiczenie, które wzmocni Twój układ odpornościowy. Dokończ następujące zdanie:

"Mój układ immunologiczny jest jak... więc..."

Mój układ immunologiczny jest jak armia Stanów Zjednoczonych, więc jest nowoczesny, potężny i ekstremalnie szybki.

Mój układ immunologiczny jest jak najnowszy antywirus, więc chroni mnie dobrze przed każdym typem infekcji.

Mój układ immunologiczny jest jak mój dobry przyjaciel, więc mogę na nim polegać w każdej sytuacji i wiem, że mi pomaga.

Itd.

Szukaj ciekawych, nowatorskich i obrazowych metafor, które odkryją przed Tobą nowe możliwości. Pozwól też poczuć sobie w ciele te porównania, które wymyślisz.

TOP 10 miesiąca