Męski Anal - jak przygotować się do seksu analnego w roli pasywnej

Skondensowany i praktyczny mini przewodnik dla początkujących, którzy chcą dawać dupy bezpiecznie, zdrowo i przyjemnie.

poniedziałek, 26 lipca 2010

Czy Twój związek się uda? - niezawodna recepta

"Najlepszego przyjaciela mam w sobie,
Sobie nigdy krzywdy nie zrobię,
Najlepszego przyjaciela w sobie mam
I na innych z góry...

... patrzę!"

To, czy Twój kolejny związek się uda, zależy od tego, na ile jakościowy i satysfakcjonujący jest Twój związek z samym sobą.

Naiwnie wierzymy, że mamy jedną, spójną tożsamość. Jednak wystarczy zadawać sobie pytanie "kim jestem?" aby umysł zaczął sypać odpowiedziami: synem, przyjacielem, kumplem, właścicielem firmy, autorem książek, tekstów, człowiekiem, fanem "Przyjaciół" itd.

Niektóre z tych tożsamości mogą stać w konflikcie, ich cele mogą ze sobą kolidować. Np. tożsamość syna i geja. Syn może chcieć być hetero i nie lubić geja, bo dla syna najważniejsza jest relacja z rodzicem. Gej może natomiast chcieć być sobą i swobodnie być autentycznym.

Najzabawniejsze w tym wszystkim jest to, że są tam kolejne wewnętrzne tożsamości, których sobie nie uświadamiamy. Jeśli np. jedna z tożsamości to syn, to na 100% mamy w sobie wewnętrznego (zinternalizowanego) rodzica lub rodziców. Syn bowiem bez rodzica nie istnieje.

Dziesiątki, setki naszych tożsamości istnieją nieraz w niełatwym przymierzu.

A pytanie "kim jestem?" wciąż pozostaje bez satysfakcjonującej odpowiedzi. Kim jesteś? Każdą z tych tożsamości i jednocześnie żadną z nich. Twój umysł wytwarza obrazy każdej z tożsamości, wytwarza ich systemy wartości, przekonania, sposoby, w jakie wchodzą oni w interakcję ze sobą. Cały ten system skomplikowanych relacji jest matrycą, którą Twój umysł używa do tworzenia związków wszelkiego typu, generowania emocji i podejmowania decyzji o Twoim zachowaniu.

Jeśli kogoś nie znosisz, oznacza to, że jedna Twoja tożsamość nie znosi drugiej. Jeśli kogoś kochasz - to jedna Twoja tożsamość kocha drugą. Dopiero potem za pomocą analogii lub metafory Twój umysł przenosi wewnętrzne doświadczenia na "obiektywną rzeczywistość" - tworząc niekończące się systemy projekcji.

Nie lubisz X? Masz go w sobie! Będziesz zachowywał się tak, jak on i nawet nie będziesz o tym wiedział. Cokolwiek zarzucasz komuś - zarzucasz przede wszystkim sobie. Jeśli masz do kogoś pretensje - masz je do siebie. Jeśli dajesz komuś komplement - dajesz go sobie. Jeśli komuś radzisz - to tylko sobie. Jeśli kogoś wyzywasz - wyzywasz siebie. Jeśli kogoś kochasz - kochasz siebie.

Sens i zrozumienie tych słów leży poza logicznym myśleniem.

Dojrzewam do ich pełnego pojęcia każdego dnia i coraz bardziej mnie to oczarowuje. Powoli wychodzę z matrixa umysłu i dostrzegam, że jestem tylko świadomością. I jedyne, co mogę, to spokojnie, w czystej koherencji serca, obserwować swoje myśli, swoje haluny dot. tożsamości. Widzę ich lęki, widzę, jak straszą się nawzajem. Widzę ich nadzieje i to, jak obiecują sobie wzajemnie różne rzeczy. Widzę, jak się kłócą i jak się godzą, jak stawiają sobie warunki i jak z nich odstępują.

Twój związek z kimś uda się dopiero, gdy Twoje wewnętrzne tożsamości będą żyły w harmonii. Pytanie tylko - jak je do tej harmonii przekonać?

Dopóki sądzisz, że Twoja opinia na swój własny temat jest prawdziwa - masz problem. Sądzisz, że Twoja tożsamość jest czymś obiektywnym, czymś, co da się niemal zmierzyć, zważyć. Takie myślenie to wsadzanie się do więzienia. Jeśli jesteś X, to nie jesteś nie X. Jeśli jesteś dobry, to nie jesteś zły. Jeśli jesteś romantykiem, to nie jestem pozytywistą. Itd. To zamykanie się w szufladkach i stawianie sobie ograniczeń. A Twoja dusza nie zna tego pojęcia - zna je tylko umysł.

Twoje tożsamości będą żyły w harmonii tylko, jeśli będą podlegać sercu. Jeśli sprowadzają się do nieprzeszkadzania Ci w byciu w koherencji serca - żaden problem nie ma prawa zaistnieć. Jeśli celem istnienia tożsamości jest Twoje szczęście, a szczęście to synonim koherencji serca, to każda myśl, którą wyznaje tożsamość, winna być pro-koherentna. Jeśli nie jest - sam sobie robisz kupę do studni, z której potem będziesz pił.

Czy więc istnieje recepta na udany związek z kimś? Tak - udany związek z sobą.

Umysł to śmietnik. Szum informacyjny, steki myśli, które nie mają z prawdziwym Tobą nic wspólnego. Myślisz, że jesteś jakiś, jednocześnie oddzielając się od tego, co rzekomo Tobą nie jest. Tworzenie podziałów to specjalność umysłu. W rzeczywistości wszystko jest jednością. Na świecie jesteś tylko Ty sam. I nikogo więcej nie ma. Myślisz sobie, że te słowa pisze do Ciebie jakiś DreamWalker, ale to Ty sam je tu i teraz tworzysz i myślisz, że to nie Ty. Jesteś tylko Ty sam. I jesteś ciągle tworzącym swój świat Bogiem.

A idąc jeszcze dalej w stronę prawdy - Twój związek nie może się nie udać. Nie może się nie skończyć. Bo jedyny prawdziwy związek to Twój związek z samym sobą. On się nie kończy, on wiecznie się zaczyna. Ciągle na nowo i nowo. Ciągle dajesz sobie nowe szanse robienia z sobą jeszcze bardziej satysfakcjonującego związku.

Jeśli pragniesz czyjejś miłości - pragniesz swojej własnej miłości. Jeśli pragniesz czyjejś akceptacji - pragniesz tylko swojej własnej akceptacji. Jeśli pragniesz by ktoś się zmienił - tak właśnie - pragniesz byś to Ty był tym kimś. Idąc dalej - chcesz czyjejś pokory? Chcesz pokory od samego siebie. Pytanie, czy już to sobie uświadomiłeś czy wciąż żyjesz w matrixie pt. "obiektywny świat istnieje".

Nie istnieje.

To my tylko tworzymy jego iluzję za pomocą czasowników "mieć", "być", za pomocą zaimków osobowych "ja, ty, on, ona, ono, wy etc.", ubierając procesy w maski statycznych obiektów za pomocą rzeczowników itd.

To jedna wielka ściema.

Jeśli mózg pracuje tak samo u osób, które jedzą żółty ser i u osób, które tylko to sobie wyobrażają - to czym jest prawda? Czym jest obiektywna rzeczywistość? Wygląda to tak, jakby rzeczywistością był tylko zbiór obrazów, dźwięków i odczuć, które w danej chwili uznajemy za prawdę.

Gdybym wkleił tu swoje uśmiechnięte zdjęcie - czytałbyś sobie moje słowa miłym tonem wewnętrznego głosu. Jeśli wlepiłbym zdjęcie na którym mam wrogą minę - czytałbyś sobie moje słowa wrogim tonem. Tak samo jak w polemice użyję słowa "kurwa" - przypiszesz mi agresję, wulgarność, zmieniając ton wewnętrznego głosu, którym czytasz moje odpowiedzi. Jeśli NAPISZĘ COŚ DUŻYMI LITERAMI - zaczynasz na siebie krzyczeć w myślach tymi słowami, które dużymi literami SĄ NAPISANE! Podobnie zmienia się ton głosu podczas czytania, gdy "użyję pewnych słów w cudzysłowie, ponieważ sądzisz, że to są słowa już kogoś innego, niż Ciebie".

To zabawne, jak sami siebie robimy w chuja.

Czy jestem w stałym związku na chwilę obecną? Tak, bo nigdy nie byłem poza związkiem. To oszustwo, że nie jesteśmy w związku. Od urodzenia jestem w związku z samym sobą i nie mogę nie być. Traktuję siebie różnie, czasem lepiej, czasem gorzej. Wierzę, że mogę na sobie polegać. Takie słowa, jak się, sobie, sobą etc. - wskazują na wewnętrzne relacje człowieka z samym sobą i zwą się predykatami tożsamości.

Myślisz, że czegoś chcesz. Myślisz, że coś musisz. Że coś trzeba, że czegoś nie wolno, że można to i tamto. To Twoje tożsamości wierzą w takie przekonania. Prawdziwy Ty nie wierzy w nic i wierzy we wszystko naraz. To paradoks, którego logiką nie obejmiesz, dlatego potrzebne Ci serce.

Bo umysł wariuje, jeśli ma pojąć samego siebie.

Niekończąca się rekurencja tożsamości doprowadza do absurdu.

Czym ona jest?

Wyobraź sobie samego siebie np. idącego ulicą. To właśnie rekurencja tożsamości - jesteś jednocześnie treścią, jak i autorem obrazu. Jeśli np. stworzysz obraz siebie żrącego kamienie, to jako autor obrazu, który wierzy, że on sam na nim jest, zaczniesz się krzywić i powiesz, że "nie chcę żreć kamieni". Kto to powiedział?

Wyjdź z siebie i zobacz samego siebie tworzącego obrazy samego siebie. To wielokrotna rekurencja. Ty tworzysz siebie, który tworzy siebie, który tworzy siebie, który... Jak widzisz - nawet pod względem lingwistycznym to nie ma końca.

Umysł nie ogarnia samego siebie, dlatego potrzebuje lustra w postaci serca. To serce informuje nas, czy idziemy dobrą drogą, czy nie. To ono bowiem jest albo nie jest w koherencji i to właśnie po tym możemy poznać, czy nasze myślenie ma cokolwiek wspólnego z prawdziwym Wszechświatem zwanym czasem Bogiem.

Generujesz swoje tożsamości, aby osiągać cele, które nie istnieją (gdyby istniały, to byś nie musiał ich osiągać ani tworzyć), jak również rozwiązywać nieistniejące obiektywnie problemy w relacjach z samym sobą. Póki wszystko, co dzieje się w umyśle, nie służy Twojej koherencji serca - chuj bombki strzelił, spokoju nie uzyskasz. I dlatego ktoś, kto twierdzi, że pierdolę od rzeczy - informuje mnie, że jedno jego wyobrażenie o samym sobie twierdzi coś o drugim wyobrażeniu o samym sobie. A moja reakcja na to informuje mnie o tym, co jedno wyobrażenie o samym sobie sądzi na temat drugiego.

To tylko obrazki, dźwięki, symbole którym nadajemy znaczenie.

A gdzieś pod tym wszystkim kryje się Twoje szczęście - złożone ze spokoju, wdzięczności, miłości, radości, zaufania i akceptacji. To świat, w którym nie ma walki, nie ma stresu, nie ma nienawiści, smutku, podejrzliwości i całego syfu, który generuje umysł wierząc, że uczyni Cię to kimś lepszym, niż byłeś. Że Ci to w czymś pomoże.

piątek, 23 lipca 2010

Czy związki gejowskie są stałe?

50% - tyle osób homoseksualnych w Polsce wg statystyk jest w stałym związku [Wikipedia].

Mało! Mało!!! - krzyczy dusza romantyka, która przecież chciałaby, aby każdy znalazł swoją "drugą połówkę".

Na przeszkodzie stoi jednak kilka rzeczy:

1. Facet jest facetem. Biologicznie zaprogramowany na rozsiewanie swojego nasienia, zdolny do wytrysków nawet kilka razy dziennie. Przyroda utrudnia nam sprawę, bo również gejów wyposażyła a libido, które ciężko zaspokoić. Problem wypływa w stałych związkach - nie wszystkich! - ale jednak. Jeden facet, który fizycznie się nudzi - a tam na imprezie wojuje piękny, młody, umięśniony... Sam rozumiesz - to utrudnia stałe związki.

2. Brak związków formalnych. Podczas gdy w małżeństwie odejście wiąże się z kupą formalności i wyrzuceniem mnóstwa pieniędzy, facet od faceta może odejść praktycznie bez jakiejkolwiek obiekcji. Oczywiście zatrzymywanie partnera górą formalności nie jest sposobem na szczęście, ALE sam przyznasz, że w chwili słabości łatwiej wtedy podjąć decyzję o odejściu, podczas gdy hetero małżeństwa po prostu przeczekują burzę i po tym, jak emocje opadną, wracają do dialogu.

3. Ukrywane związki. Prawdopodobnie łatwiej się rozpadają ze względu na to, że są ... ukrywane. W hetero związku, który raczej jest jawny, każdy swoje 3 grosze wsadzi - rodzice, znajomi itd. Odejście od partnera wiąże się z oceną społeczną - "zostawił ją dla innej" itd. W przypadku związków homo, które generalnie się ukrywają - ocena ze strony otoczenia raczej nie wchodzi w grę. O ile łatwiej zerwać z kimś, jeśli wiesz, że nikt Ci nie będzie tego wytykał - np. rodzice.

4. Dzieci. W związkach hetero dzieci najpewniej wpływają na ich trwałość. Rodzice mogą już za sobą nie przepadać, ale zostają ze sobą dla dobra dzieci - co zwą poświęceniem. Gdy dzieci dorastają a rodzice chcą się rozwieść - często potomkowie pełnią rolę mediatorów i negocjują między zwaśnionymi rodzicami warunki dalszego bycia razem w imię rodziny. Jak wiesz - w homo związkach takie coś nie występuje. Przynajmniej na naszej szerokości geograficznej.

5. Rozwój społeczny i ekonomiczny. Kiedyś przeżycie w pojedynkę było trudne albo wręcz niemożliwe. Dziś świat stoi otworem - nawet dla singla, który może utrzymać się sam, bez nikogo. Kiedyś ludzie zostawali ze sobą w jednym gniazdku o wiele chętniej, bo wiedzieli, że bycie osobno wiąże się z obniżeniem jakości życia. Dziś niekoniecznie - partnerzy mogą się rozstać a i tak opłacą rachunki.

W sensie bardzo globalnym, mogłoby się okazać, że liczba stałych związków wśród gejów rośnie w miarę wzrostu tolerancji czy akceptacji społecznej. Po pierwsze - geje nie odczuwaliby potrzeby ukrywania swoich uczuć i ujawniali swoje związki. Po drugie - sformalizowanie związków homo oraz pozwolenie na adoptowanie przez nich dzieci mogłoby je umocnić i przedłużyć ich żywotność.

Jeszcze tylko trzeba wymyślić lek na obniżenie libido i będzie okej :-)

Pozdrawiam serdecznie,
DreamWalker

czwartek, 22 lipca 2010

Wyciszanie szalonych umysłów - czyli jak nie dać się zwariować

Alkohol, jedzenie, TV, muzyka, Google, iPhone - jest naprawdę wiele sposobów, by zagłuszyć samego siebie.

Zrób eksperyment.

Zamknij się w 4 ścianach na kilka dni - bez telefonu, laptopa, bez dostępu do informacji z zewnątrz. Jesteś tylko Ty i Twoje myśli.

Większość ludzi się schizuje.

To podobno największa kara dla pedofilów, morderców i wszelkiej maści zwyrodnialców - wytrzymać z samym sobą przez X dni. Znieść swoje wykańczające dialogi wewnętrzne, wysłuchać wszystkich zjebanych historii, które ma do opowiedzenia szalony umysł.

O czym świadczy fakt, że nie umiemy wytrzymać ze swoimi umysłami? Że musimy je tłumić za pomocą używek, mediów, bombardowania informacjami?

To rachunek, jaki płacimy za rozwój technologiczny i socjalny. Kiedyś, gdy ludzie pracowali na polu i orali zębami buraki, potrafili skupić się na sobie i swoich odczuciach. Ich umysły były ubogie i proste, więc nie musieli ich doganiać. Tymczasem nasze współczesne umysły zapakowane są wieloma zbędnymi, stresującymi i nieraz sprzecznymi informacjami. W szkole uczymy się o pantofelkach i wpisywaniu koła w kwadrat, telewizja dokonuje nam bezpośrednio iniekcji zbędnych informacji, które niczego nie zmieniają w życiu. W Afganistanie pierdolnęła mina, kaczor znów każe się przepraszać a plama ropy w Zatoce Meksykańskiej jak była, tak jest. A i tak zbierzesz dupę i jutro pójdziesz do pracy, jak gdyby nigdy nic. Co więc kurwa za różnica?

I tak robimy sobie z głów śmietnik, gubiąc się w stosie zbędnych historii, prób racjonalizacji naszych rozhuśtanych emocji i poszukiwania sensu w tym wszystkim.

Wyłączyłem zbędności, odstawiłem używki i zajrzałem wgłąb siebie. Wpadłem do mrocznej studni, która mnie przeraziła. Oto mój umysł wariuje. Bliżej nieokreślony niepokój, chwilę potem - ekscytacja i podniecenie, które pojawiły się tylko po to, bym mógł poczuć potem wypalenie i nudę. Słyszę czyjeś głosy. Słyszę głos swojej matki, która każe mi posprzątać pokój. Odpowiada jej Barack Obama, że zaraz zdejmie tę jebaną plamę ropy. A zaraz potem wyświetla mi się obraz padłej z głodu dziewczynki w Leningradzie podczas oblężenia przez Niemców w czasie II wojny światowej. Akurat dziś oglądałem program o tym.

To bez sensu.

Umysł miele informacje, tasuje je, przerzuca, łączy, mnoży, dzieli. Robi mętlik emocji, obrazów i komentarzy, chcąc poskładać je niczym puzzle w jeden spójny obraz. Jeśli mu się to uda - to mu kurwa pogratuluję.

Jest tylko jedno miejsce, w którym znalazłem spokój. To serce. Te magiczne 40 000 neuronów, które w gęstej sieci je otacza, tworzy mój azyl. Pytam się go, co jest prawdą, a ono odpowiada błogością i odprężeniem.

Mam taki wewnętrzny świat. Świat w którym nie ma żadnych problemów, nie ma nic do osiągnięcia, nie ma żadnych historii. Jest tylko czysta koherencja serca. To Archipelag Przyjemności - kilka przepięknych, malowniczych egzotycznych wysp. Na jednej z nich jest szczególne miejsce - laguna, na której ciągle zachodzi słońce. Zanurzam się w jej krystalicznie czystych wodach, które pachną grejfrutami (?), czuję na ciele, jak dotykają mnie kolorowe wodorosty, i opierając się o skałę podziwiam zachód słońca oraz to, jak jego promienie odbijają się w falach na horyzoncie oceanu.

Mając cudowną świadomość tego, jak wiele pozytywnej chemii wydziela wtedy mój mózg, wracam do świata umysłowego mętliku i wyławiam jedną lub kilka myśli, by móc zastanowić się, na ile są one prawdziwe. Czy są one do czegoś przydatne? Czy może warto je od siebie odsunąć? Czy opisują rzeczywistość? Czy może tylko są czyjąś opinią na jej temat?

Umysł doznaje ukojenia, jeśli staje się sługą serca.

A gdy się od niego odcina, bo wydaje mu się, że wie lepiej - zaczyna się mentalna erozja.

Prawdziwa myśl to taka, z którą czujemy się szczęśliwi. To myśl, względem której nasze serca są w koherencji. Jeśli przestajemy słuchać serca - odcinamy się od rzeczywistości. Bo tylko serce ma z nią kontakt. Umysł ma kontakt tylko z własnym wyobrażeniem rzeczywistości. A to spora różnica. Jak pomiędzy Europą a mapą Europy.

Wyciszanie to sztuka, której warto się nauczyć. A żeby się nauczyć - trzeba ją ćwiczyć. Zacznij teraz, okiełznaj swój umysł.

poniedziałek, 19 lipca 2010

Gra wstępna z samym sobą - czyli konstruowanie tożsamości

Pogrążona w mrokach pracownia DreamWalkera. Blade światło matrycy laptopa. Stosy mądrych książek, rozsypane na biurku pigułki pesudoefedryny i drotaweryny. Otwarte czerwone wino. Setki kartek i karteczek z pośpiesznie sporządzanymi notatkami.

I DreamWalker we własnej osobie. Myślący, co jeszcze nieokiełznany instynkt każe mu napisać. Może o potężnym orgazmie, który wczoraj miał. Czemu nie?

Powiedzmy sobie szczerze - są orgazmy i ograźmiki. O sile orgazmu decyduje najstarsza gra na świecie - gra wstępna. Jakże często przez napalonych i niecierpliwych samców pomijana, spychana na dalszy plan. Jakże kojąca, gdy w dłuższym związku powoli wygasa żar namiętności i świeżości. Gdy bezlitosna habituacja daje o sobie znak, gdy neurony przestają już reagować na te same bodźce.

Kiedyś ciało partnera było niczym sacrum - można by je podziwiać dniami i nocami. Jednak wierząc swoim umysłom zaczynamy rozumieć, że nawet najładniejszy obrazek w końcu "się nudzi". Dopiero wątpiąc w historie, które mamy w głowach, zaczynamy odkrywać, że może nie ma świeżych obrazów, ale są świeże spojrzenia.

Gra wstępna.

Czyli wyciskanie soczku z cytrynki. To moment, w którym przed konsumpcją wąchasz potrawę i rozkoszujesz się jej widokiem. Robisz w głowie filmy, jak ją zjadasz. Projektujesz w myślach jej konsystencję, aromat, bukiet smaków.

Gra wstępna to napalanie w piecu. Chcesz mieć długą, ciepłą noc? Więc dosyp węgla, niech żar trwa jak najdłużej. Niech ciągnie rurami aż do łóżka.

Gra wstępna to też zabawa w odtwarzanie ról.

Rozpal dziesiątki świec w mroku łazienki, nalej wody o idealnej temperaturze i wsadź swojego faceta w pienistą rozkosz. Powiedz mu, że jego jedynym zadaniem jest się odprężyć a Ty zajmiesz się resztą, mianując się gejem romantykiem, którego życiową misją jest robienie dobrze swojemu facetowi. On tylko zamawia ilość orgazmów, Ty zajmujesz się resztą.

Możesz też zostać gejem łowcą. Upoluj go jak sarenkę, rzuć twarzą do łóżka, atawistycznie przygryź mu lekko kark niczym lew kopulujący na sawannie, zdominuj swoją męską dumą i wsuń swój sprzęt w niego. On ma być Twoim przyrządem do sprawiania Ci przyjemności, Twoją ofiarą, która podda Cię się pokornie i którą po porządnym orgazmie odepchniesz, jakby był zużyty, i odwrócisz się na bok.

To role, to gra, to zabawa.

Póki wiesz, że tożsamości, które tworzysz, to tylko narzędzia w rękach Twojego serca - wszystko jest okej. Póki wiesz, że to iluzja - zabawa trwa.

Gra wstępna nie jest na punkty. Gra podnosi jakość Twoich orgazmów. Baw się.

wtorek, 6 lipca 2010

Gejowskie haremy - czyli eksperyment pt. związki mnogie

Nasza heteronormatywna kultura sprzedaje nam prosty schemat: poznaj kogoś, zakochaj się i bądź z tą osobą do końca życia. Oczywiście to tylko jedna z opcji - do której psychologicznie jesteśmy warunkowani od małego. Są też inne i aby je odkryć, wystarczy zajrzeć do innych kultur, gdzie jeden kolo ma X żon a te jakoś z zazdrości się nie zabijają (u nas byłoby to nie do pomyślenia: on przecież przespał się z inną!).

Zatem - czysto hipotetycznie - można by pokusić się o stworzenie modelu pt. gejowskie związki mnogie - w których byłbyś nie z jednym ale z wieloma facetami na raz. Po co? Dlaczego? Korzyści są jakże ekonomicznie wyrażalne:

- jak Cię zostawi facet - masz innych, więc zabawa trwa nadal (nazywa się to ładnie dywersyfikacją ryzyka)
- koniec z problemami w stylu "dziś zero seksu, boli mnie głowa" - zawsze możesz iść do innego
- tworzysz jakby rodzinę - która lepiej radzi sobie z wyzwaniami życia, niż dwie osoby

Ha! Klawo, co nie? :-) Pytanie tylko - jak kurwa znaleźć kandydatów na takie krejzolstwo? Przecież większość ludzi ucieknie w popłochu, prawda? Tak, ale - uwaga - nie przed związkiem mnogim, ale przed... własnymi historiami na ten temat. Co to za historie?

1. "Można kochać tylko jednego faceta jednocześnie" - heh czy to prawda? Nie! Wiem i po sobie i po innych, że można kochać większą, wręcz dowolną liczbę facetów. To kwestia uwolnienia swojego umysłu z socjalnego matrixa, który wciska nam bajki o "jednym jedynym". Tych jednych jedynych może być więcej.

2. "Związek z wieloma facetami jednocześnie byłby trudny do utrzymania" - być może, ale przy odpowiednim podejściu - wszystko jest możliwe. W końcu to kwestia naszej psychiki, a ona - jak wiemy - może stworzyć dowolne haluny podtrzymujące nasze rzeczywistości i zachowania. Fakt - dwóch facetów często nie może się dogadać - ale pamiętaj, że nie między sobą, ze ZE sobą. Chodzi o to, że jak znajdziesz delikwenta, który komunikuje się sam ze sobą w doskonały sposób - to problem niedogadywania się w związku jest bardzo mocno rozwiązany już na wstępie. To ludzie przepełnieni wątpliwościami, niespójni i oczekujący od innych miast od siebie tworzą lipne związki, są chwiejni i labilni.

3. "To jest społecznie niedopuszczalne." - przejmować się nie ma czym, bo samo bycie gejem jest już społecznie jebane z góry na dół, zatem - mówiąc krótko - co Ci szkodzi? Wiem, wiem - gej-środowisko może przykleić Ci łatkę pt. "mega kurwiarz" albo coś takiego, czym Ty się oczywiście przejmiesz, bo gej-środowisko jest tak opiniotwórcze i nieomylne... ;-)

Z góry możemy przewidzieć, że kilku gejów będących z związku mnogim mogłoby na trafić na czysto psychologiczne bariery i mankamenty, którym czoła stawić by musieli. Pierwszym z nich najpewniej byłaby:

Zazdrość

Oj - mój facet jebał się z innym. Ale moment - mój facet jebał się z innym moim facetem! Zatem..? Jeśli kochasz jednego i drugiego - chcesz ich szczęścia. Szczęścia, którego jednym z elementów jest też przecież czysta fizyczna rozkosz, prawda? Zatem czemu nie pozwolić im robić tego - nawet bez Ciebie? Zazdrość, która pojawia się często w kontekście seksu, może być zmieniona na absolutnie koherentne, serdeczne życzenie "wszystkiego naj".

Zakochanie

To dopiero miazga! Zakochujemy się, w mózgu szaleje chemia i... chcemy mieć tylko tego jednego dla siebie. Pojawia się zaborczość, poczucie odrzucenia w przypadku... odrzucenia (heh) i cała paleta innych, zaskakująco przedziwnych emocji. Zakochanie to forma psychicznego zaburzenia, które jest społecznie akceptowalne, choć w tomografie komputerowym prezentuje się identycznie, jak schizofrenia paranoidalna. Związki, które zaczynają się od gwałtownego zakochania, trwają krócej, bo halun opada i na wierz wychodzi to, czego nasz euforyczny stan emocjonalny dostrzec nam nie pozwolił. Dłużej trwają związki, w których ludzie zaczynają powoli, małymi krokami, przekonując się do siebie etapami, przywiązując się do siebie etc. Zatem - droga do trwałego związku mnogiego stoi otworem. Nie musisz czekać, aż zakochasz się jednocześnie w 5 facetach - wystarczy wiedzieć, co trzeba robić, aby pobudzać emocje, przywiązywać się itd. Wszelkie nagłe porywy serca są wręcz niewskazane, bo tworzą podziały, zaborczość, zazdrość itd.

Związek mnogi zatem bardziej przypominałby kumplowską paczkę gejów z otwartymi sercami, którzy uprawiają ze sobą seks, wzajemnie o siebie dbają, pomagają sobie.

Aby wyeliminować zazdrość, zaborczość i inne emocje, które tworzyłyby podziały - musieliby mieć przepracowane historie dotyczące posiadania i własności (to jest "mój" facet!), poczucia lepszości i gorszości, straty i zysku itd. To spora praca, wiem. Niemniej przed podobnym wyzwaniem stoi każdy, kto chce tworzyć jakikolwiek szczęśliwy związek - nawet z tą jedną osobą czy też z samym sobą. Więc droga ta tylko iluzorycznie może wydawać się trudniejsza w związkach mnogich.

To, co warto sobie uświadomić już teraz, to fakt, że w pewien sposób już tworzysz związki mnogie - masz przecież wielu gej kumpli, tylko z częścią z nich nie uprawiasz seksu, w części z nich się nie podkochujesz, z częścią z nich nie masz fantazji seksualnych itd. Wszystko, co uważasz za sprzyjające i ograniczające w tym kontekście, jest tylko i wyłącznie niepisaną umową społeczną, której warunki zawsze możesz negocjować na nowo.

Pomimo tysięcy "ale", które pewnie masz teraz w głowie, cieszę się, że choć trochę otworzyłeś swój umysł na coś zupełnie nowego i jakże społecznie niedopuszczalnego ;-) Baw się i do napisania!

środa, 30 czerwca 2010

Co by było, gdybyś stracił rozum?

Stracić rozum - ten stan nasz rozum klasyfikuje jako coś ewidentnie złego. Jeśli bowiem myślisz, że fetyszem naszej zachodniej kultury są dupy, kasa czy władza, to się mylisz - jest nim własnie rozum. Umysł. Czy też utożsamiany z nim mózg. A nie np. ciało czy dusza. W końcu od 7 roku życia nie zapieprzamy na siłownię, tylko do szkoły - która ma nam do głowy wsadzić odpowiednie schematy poznawcze. Zresztą i bez niej się to odbywa. Włącz TV. Umięśnieni, idealnie photo-shopowi faceci golą swoje idealne twarze idealnymi maszynkami do golenia. Nie wyglądasz jak on? Hańba Ci po wsze czasy.

A gdybyś tak... stracił rozum...?

Nie wiedziałbyś, że umięśniony to znaczy atrakcyjny. Mógłbyś czuć się znakomicie z wałkiem tłuszczu na brzuchu. Nie wiedziałbyś, że pieniądze to bezpieczeństwo. I mógłbyś czuć się bezpiecznie nawet, gdy nie masz grosza przy duszy.

Gdybyś nie miał rozumu, nie miałbyś pojęcia, że na miłość trzeba sobie zasłużyć. I wtedy nie musiałbyś zabiegać o miłość, by czuć się kochanym. Sam mógłbyś kochać siebie oraz innych bezwarunkowo. Jak dziecko, którego mamusia waży 200 kg i jest brzydka, jak 7 grzechów głównych. Wstydzić się jej zacznie dopiero, jak pójdzie do szkoły. Póki ma 2 latka - kocha mamusię bezwarunkowo.

Gdybyś nie miał rozumu - nie wiedziałbyś, że będziesz szczęśliwy dopiero we własnym domu z basenem i kurwa instalowanym socjalnie kominkiem (w wymarzonym domku zawsze MUSI być kominek!), z bryką w garażu za pół miliona itd. I wtedy mógłbyś być szczęśliwy z tym, co masz tu i teraz.

Jestem zdumiony DreamWalkerem. Tym, jak wiele zaczął osiągać. Kolejna osoba mówi mu, że jest zdumiona bogactwem jego osobowości, jego poczuciem humoru, jego spontanicznością, autentycznością... Oni naprawdę wierzą, że mówią o DreamWalkerze, a nie o sobie. Nie widzą, że sami mają w sobie to, co widzą w DreamWalkerze. Że DreamWalker daje im tylko okazję, by spojrzeli w swoje wnętrze.

Oni nie widzą, że trzeba poczucia humoru nie tylko po to, by opowiadać dowcipy, ale też po to, by się z nich śmiać. A przecież dopiero śmiech czyni dowcip dowcipem.

Oni nie wiedzą, że aby przebywać ze spontanicznym człowiekiem, nie można nie być spontanicznym. Bo na spontaniczność nie da się odpowiadać schematami. Spontaniczność niszczy schematy.

Oni nie wiedzą też, że aby zauważyć czyjeś wewnętrzne bogactwo - samemu trzeba je mieć.

Oni widzą siebie w DreamWalkerze.

Heh, zachód słońca, plaża. I nasze dzikie śmiechy. DreamWalker pokazał im, jak bardzo potrafią się śmiać. Jak bardzo można się śmiać nawet z piasku. Z nieba. Z drzew. Oni nie wiedzieli nawet, że sami tworzą sobie preteksty do śmiechu.

Ty też byś to wiedział, gdybyś nie miał rozumu.

Wiedziałbyś też, że można zaplanować bycie spontanicznym. I że można spontanicznie planować.

Że można w dobry sposób być złym - i w zły sposób być dobrym. Że można wiernie kogoś zdradzać i zdradliwie być wiernym. Tak jak być człowiekiem oszczędnie rozrzutnym i rozrzutnie oszczędnym.

Jest wciąż tyle do zrozumienia. Ale już nie umysłem.

Rozum to za mało. Mózg mi już nie wystarcza. Choć jest narzędziem wspaniałym - dalej kryją się kolejne warstwy cebuli. Kolejne matrixy, kolejne fascynujące, barwne wszechświaty. Każdy z unikalną fizyką, każdy rządzący się swoimi prawami.

Chcesz naprawdę żyć? Odrzuć rozum. On pomaga, gdy chcesz zbudować teleskop. Ale nie wtedy, gdy chcesz podziwiać gwiazdy.

wtorek, 15 czerwca 2010

Obciąganie heterykowi i seks z bliźniakami - czyli gejowskie fantazje seksualne



Nie jest to zadanie łatwe, ale na pewno dziko ekscytujące - sklasyfikować gejowskie fantazje seksualne i wskazać ich wspólne źródła. To zaiste wielkie osiągnięcie. I jakże pouczające, gdy już wiesz, czemu Twój mózg rozkazał pompować krew do Twojego fiuta.

1. To, co niedostępne i zakazane

Pierwszym typem fantazji seksualnych są fantazje na temat tego, co niedostępne lub trudno dostępne. Nasz społeczny umysł bowiem kalkuluje, że skoro coś jest ciężkie do zdobycia - to pewnie jest wartościowe (co wcale prawdą być nie musi).

Jest to typ fantazji, który często pojawia się w związkach, szczególnie tych takich, w których partnerzy stawiają sobie wzajemnie mocne ograniczenia co do seksu z innymi, nie wiedząc, że po pierwsze - ograniczenia robią sobie sami, po drugie - tworzą chęć posiadania tego, co niedostępne i zakazane. Wtedy też pojawiają się fantazje na temat seksu z kimś innym, seksu z kimś nieznajomym (przecież to takie niedozwolone, prawda?), seksu bez gumy i ogólnie takie seksu, który sobie zakazują.

Przepis jest więc prosty - chcesz się zmotywować do czegoś - to sobie tego stanowczo ZAKAŻ.

Podobnym, ale trochę innym wzorcem, który podpisuje się pod tę kategorię, jest marzenie o tym, co jest nie tyle zakazane, co po prostu niedostępne, rzadkie, mało prawdopodobne. W tę kategorię wpisują się fantazje o np. przeleceniu hateryka - obciągnięciu mu lub wyruchania go tak, żeby był zadowolony. Co - jeśli wziąć pod uwagę jego orientację - byłoby naprawdę trudne. Ale jakże satysfakcjonujące dla ego, które pomyślałoby przecież: "Kurwa, ale muszę być dobry w łóżku, skoro nawet heteryk chciał się ze mną przespać." Hehe, wiesz o co chodzi.

Tutaj podchodzi też wszelkie łamanie tabu - nie na tyle daleko, aby zostać ukamienowanym, ale jednak na tyle, by wzbudzić podziw u innych - np. uprawiając seks z bliźniakami, uprawiając seks w tak młodym wieku, żeby inni byli zaskoczeni, uprawiając seks w takim miejscu, że to właściwie nie wypada itd.

2. Społeczny dowód słuszności



Drugi typ fantazji opiera się o tzw. społeczny dowód słuszności. Nasze społeczne umysły wierzą, że tym jesteśmy bardziej wartościowi, im więcej osób jest z nas zadowolonych. Na przykład w kontekście łóżka.

Stąd biorą się fantazje o zaliczeniu wielu facetów, trójkątach, obciąganiu dziesiątkom facetów, z których każdy spuszcza się z ulgą i jest głęboko zadowolony z naszej "obsługi". Stąd biorą się marzenia, w których kolejka przystojnych facetów ustawia się do naszego dupska i po kolei je zaliczają. To by świadczyło, że jesteśmy dobrzy w łóżku, a więc z znów ego może powiedzieć: Łał, ale jestem dobry, skoro tylu facetów chce mnie przeruchać.

Ten sam wzorzec odpowiada za teksty na profilach w stylu "zostawcie komentarz" (bo przecież im więcej komentarzy, tym bardziej jesteśmy lubiani), jak oczywiście również za ilość partnerów - bo im więcej facetów zaciągniemy do łóżka, tym jesteśmy lepszymi kochankami.

3. Nowości i eksperymenty



Ten typ fantazji bierze się głównie z istnienia habituacji, a więc powolnego nudzenia się powtarzalnymi bodźcami. Po jakimś czasie nawet najbardziej wyuzdane pozycje się nudzą i ludzie w sposób naturalny szukają nowych wrażeń - czy to ćwicząc nowe pozycje, uprawiając seks w nowych miejscach, w inny sposób itd. itd.

W tę kategorię wpisują się marzenia o seksie w windzie, o dzikich pozycjach, o robieniu sobie samemu loda nawet kosztem zwichnięcia kręgosłupa, o seksie z użyciem zabawek wszelkiej maści, kostiumów itd. No i wszelkie odpowiedzi na odwieczne pytanie - co jeszcze mogę sobie wsadzić w dupę? :)

To chyba jedyny typ fantazji, który sam w sobie nie ma na celu budowania ego, lecz po prostu unikanie nudy. Bo gdy w łóżku pojawia się nuda, wtedy nawet wielki ogórek na straganie warzywnym zaczyna wyglądać ciekawie, podobnie jak butelka po mleku.

4. Ekspert od seksu



Szybko jednak wracamy do pompowania swojego ego - oto bowiem pojawiają się fantazje oparte na chęci dowartościowania siebie i robienia z siebie eksperta od seksu. Bo ekspert, to ktoś bardzo doświadczony a więc - w domyśle - lepszy od innych w danej dziedzinie. Któż o tym nie marzy, by otoczył nas wianuszek zafascynowanych fanów, którzy pytają: naprawdę TO robiłeś w TAKI sposób? Jak to jest? Opowiedz nam, poooosimy... :)

W tę kategorię wpisują się marzenia o wielokrotnych orgazmach, o orgazmach tak silnych, że aż rozrywających ciało, o odlotach w inne wymiary, jak również te oparte o dzikie, przerysowane doświadczenia - ssania murzyńskich, uginających się pod swoim własnym ciężarem masywnych kutasów, wielokrotne przyjmowanie wytrysków na klatę, długich i obfitych spustach, dawania dupy dwóm naraz (double anal - anatomicznie ciężkie do wykonania), robienia pociągów, całonocnych orgii albo nawet takich, które trwają kilka dni w połączeniu z piciem alkoholu, jedzeniem i Bóg raczy wiedzieć, czym jeszcze.

A wszystko to po to, abyśmy kiedyś przy ognisku mogli zostać pewnymi siebie erotomanami - gawędziarzami, którzy opowiadają o swoich wyczynach, rekordach, osiągnięciach, przygodach z wielkimi finałami itd. I mogli do woli pompować swoje ego.

Finał finałów

Żadna z fantazji nie przynależy tylko do jednego w wyżej wymienionych wzorców - każda jest słodką i ekscytującą mieszanką ich wszystkich po trochę. Znając zasady, można nauczyć się generować fantazje tak dzikie, że aż ciary przechodzą po dupie.

Pewien nastolatek (bardzo atrakcyjny) opowiadał mi kiedyś, że uczestniczył w pewnej imprezoorgii na siłowni, gdzie naraz jebało go kilku facetów z naprawdę gigantycznymi fiutami - Murzyn, jakiś latynos i kilku białasów, w tym dwóch bliźniaków. Wszyscy wspaniale zbudowani. Co ciekawe - tylko jeden z nich był gejem, pozostali (w tym jeden bliźniak też) byli hetero i chcieli po prostu poeksperymentować. Dwóch pchało go od tyłu, dwóm obciągał a pozostali lizali mu jaja i robili loda, wzajemnie wyrywając sobie z ust jego wielkiego fiuta. Potem była zmiana. On sam przestał liczyć, ile miał orgazmów tej nocy (na oko koło 12-15), ilu facetów go jebało i ilu sam wyjebał. Po wszystkim cały był pokryty i opity spermą. Ponaciągał sobie wszystkie mięśnie z powodu ciągłych zmian pozycji, ale był szczęśliwy i chce to powtórzyć.

Haha - łapiesz wzorzec?

Fantazje seksualne są fajne, by podkręcić swoją energię seksualną. Stają się jednak problemem, gdy powoli chcemy coraz więcej i więcej, a naszych kolejnych fantazji spełnić się już nie da. Wtedy warto zacząć podważać prawdziwość historii, które budują te fantazje:

"Im więcej przeleciałem kolesi, tym jestem lepszy/ atrakcyjniejszy."

Czy to prawda? Jeśli mierzyć Twoją zdolność do robienia szpagatów i innych wygibasów w łóżku - tak. Inwestujesz w rozwój umiejętności pt. jak sprawiać sobie oraz innym przyjemność. Jednak sam rozwój umiejętności nie musi oznaczać, że jesteś lepszy jako człowiek. BA! W ogóle tego nie oznacza. Jeśli ktoś jest dupkiem, to nawet, jak go pół Polski przeleci, to nadal będzie dupkiem i wiesz, co mam na myśli. Co więcej - za tym wzorcem kryje się próba leczenia swoich "wad". Ktoś uznaje, że jest beznadziejny w seksie i dąży do tego, aby świat zewnętrzny (społeczne otoczenie) go pochwaliło, podziwiało, rozdymało jego ego. Sam nie umie się pozytywnie ocenić - więc robi, co w jego mocy, aby inni go tak ocenili. Stąd niektórzy zaliczają jednego kolesia po drugim, aby udowodnić światu (a w rzeczywistości sobie!), że wszystko z nimi okej pod względem seksualnym. Co ciekawe - wielu się na to nabiera.

"Im coś trudniejsze do osiągnięcia, tym bardziej wartościowe, lepsze."

Czy to prawda? Nie! Gówno okapi (gatunek na wymarciu - zostało tylko 50 sztuk w Afryce) jest bardzo rzadkie. I nie chodzi mi o konsystencję, ale trudność w zdobyciu takiego gówna. Jednak czy jest cokolwiek warte?? NIE!!! Niektórzy myślą, że seks z heterykiem byłby lepszy, niż z gejem, bo gej chce, a heteryka trzeba już dodatkowo motywować. Co za padaka. Naprawdę chcesz uprawiać seks z kimś, kto tego nie chce? Pomyśl. Podobnie z zakazami - jeśli ktoś Ci czegoś zakazuje (oczywiście tylko Ty sam możesz sobie czegoś zakazać), to czy to oznacza, że to jest w jakiś sposób lepsze, bo niedozwolone? Nonsens. Zabijanie ludzi też jest zakazane - ale czy to oznacza, że to coś fajnego?

"Im bardziej jestem doświadczony w seksie, tym jestem lepszy."

Kolejny bullshit. Im bardziej jesteś doświadczony w seksie, tym... jesteś bardziej doświadczony w seksie. A to, że ktoś sobie tym ego reperuje, to inna sprawa. Są też goście, którzy jebią się na potęgę i wcale nie są dobrzy z łóżku (nie pytaj, skąd wiem). A raz zdarzyło mi się kręcić z gościem, który wcale nie był jakiś specjalnie doświadczony, ale w łóżku był prawdziwym demonem seksu i to jest coś, czego się nie zapomina. A to, jacy byli ludźmi na co dzień (przecież nie będziesz się z nimi jebał 24 h na dobę!), to już była zupełnie inna bajka.

Pozostawiam to do przemyślenia. Baw się Słonko ;-* ;-)
DreamWalker

środa, 26 maja 2010

Pokaż mi swój profil na NK, a powiem Ci, kim jesteś - czyli rozmowy o prywatności

Dwóch studentów z Instytutu Technologicznego w Massechusetts opracowało algorytm, który analizując profile ludzi na Facebooku, potrafił z 78%-ową dokładnością wskazać, czy dana osoba jest hetero- czy homoseksualna. Okazało się, że geje używają pewnych charakterystycznych słów, zamieszczają specyficzne dla siebie linki i mają pewnych charakterystycznych znajomych. To właśnie po tych ogólnodostępnych danych program potrafił dojść prawdy.

Fajna zabawka, rodzi się tylko jedno, ważne pytanie: gdzie u licha można ten program kupić? :)

Są na świecie kultury takie, jak np. mieszkańcy pewnego rejonu w Malezji, którzy kompletnie nie znają pojęcia "prywatność" - do tego stopnia, że nie mają w słowniku żadnego słowa, które by dotyczyło prywatności. Tam każdy wie wszystko o każdym i - co więcej - gdy ktoś próbuje coś ukrywać, jest traktowany, jak dziwak.

I takie coś załatwiałoby wszystkie nasze społeczne problemy, drodzy Panowie. Urodzilibyśmy się zapewne w kulturze, gdzie ludzie byliby oswojeni z homoseksualizmem, bo przecież każdy, kto by nim był - bez skrępowania by o tym opowiadał. Parę rzeczy zdecydowanie byłoby prostszych, nie sądzisz?

Póki co, stety/ niestety żyjemy w społeczeństwie, które ceni sobie prywatność. Paradoksalnie - im większa miejscowość, tym bardziej jest się anonimowym. Stąd okropne zjawisko "samotności w tłumie", gdzie z człowiekiem z drugiego końca Polski klikasz o długości jego chuja, a nie wiesz, jak ma na imię sąsiad mieszkający z Tobą drzwi w drzwi.

Prywatność to tylko inna forma lęku. To historie, że ktoś będzie śmiał się z tego, że tak mało zarabiasz. To historie, że ktoś puści Twoją nagą dupę w internet i zwolnią Cię z pracy. To historie, że ktoś, kto Cię nie zna, może wykorzystać przeciwko Tobie jakieś prywatne dane - przede wszystkim to, że ... jesteś gejem, prawda?

Prywatność to mania społeczeństw, która powoduje liczne konsekwencje w postaci depresji czy permanentnie odczuwanej samotności. Cóż za paradoks - tak pilnujemy, żeby coś "wstydliwego" o nas nie wypłynęło na światło dzienne, że odgradzamy się od innych betonowymi ścianami, wygłuszamy drzwi i montujemy w nich dodatkowe zamki.

Gdy w procesie wywalania i podważania prawdziwości swoich historii usuwasz lęk - znika potrzeba prywatności. Znika sztuczny podział na publiczne i prywatne ego - jedno na pokaz, to sztucznie uśmiechnięte wybielanymi zębami, drugie - to płaczące pod kołdrą, gdy nikt nie widzi, albo walące konia przed laptopem wyświetlającym jakieś muskularne ciałko.

I pojawia się coś z tej synergii - Twoja autentyczność.

Nagle informacje o sobie przestajesz dzielić na "prywatne" i "publiczne", co oczywiście nie oznacza, że na przyjęciu u cioci zaczynasz opowiadać o tym, ile razy się spuściłeś na wspomnianego wcześniej laptopa, nie zaczynasz walić tekstów o objętości Twojego ejakulatu. To oznacza, że przestajesz się straszyć, że "coś palniesz", że nagle pewne słowa łatwiej przychodzą Ci przez usta, że - co najważniejsze - w pełni spójnie stajesz się sobą, co jest gwarancją tego, że gdy zamkniesz się w swoim pokoju, nadal jesteś tym samym człowiekiem, co na imprezie, otoczony wianuszkiem znajomych.

O tym, jak wiele zmienił Internet, pisać nie muszę. Ludzie na NK wlepiają swoje dupy, umięśnione klaty z sutkami, swoje wycieczki z palmami w tle, swoje lśniące bryki, wnętrza swoich sypialni w klimatach Ikei i masz do tego dostęp 24 godziny na dobę przez 7 dni w tygodniu z każdego miejsca na świecie. Czy to źle? Czy może to nowy sposób na ekspresję naszego wewnętrznego pragnienia bycia transparentnym - czyli klarownym, przejrzystym, zrozumiałym dla otoczenia. Coś w tym jest, gdy być może czasem korci Cię, by na jebanym Śledziku napisać "Hej, jestem gejem" i szybko się wylogować... Mieć to z głowy... cóż by się stało?!

Tak, właśnie - odpowiadając sobie na te pytania, zaczynają Ci się w głowie pojawiać historie, którymi się straszysz. Oto nagle przyjdą nocą, kolbami w drzwi załomocą, skini wynajęci przez Twojego pracodawcę by Ci zajebać za to, że jesteś pedałem. I co jeszcze tam jest? Co jeszcze?

Hehe, nagle połowa Twoich koleżanek zajarzyłaby, dlaczego nie masz dziewczyny. Nagle 94% Twoich kolegów przestałoby dzielić się z Tobą kanapką w szkole/ pracy, a 6% z nich - stałaby się dla Ciebie nagle milsza :) Nagle ludzie inaczej by na Ciebie patrzyli... Przez 3 słowa na Śledziku. Porażająca moc kolektywnych historii, w które uwierzyły uśpione umysły.

Budzę swój umysł. Codziennie. Nie daję mu spokoju. To przynosi powolne Wyzwolenie. Czuję się, jak Neo odłączany od Matrixa. Codziennie jestem coraz spokojniejszy, choć wiem, że pełne Wyzwolenie nastąpi dopiero wtedy, gdy obudzę wszystkie demony. I kiedy każdego z nich oswoję. Aż będą grzecznymi pieskami. Wtedy będę wolny jak nigdy dotąd. Wtedy już nie będę musiał niczego osiągać. Wtedy to będę osiągany.

Do napisania, Wędrowcze.

środa, 19 maja 2010

3 formy walki o tolerancję LGBT w Polsce

2 formy przyjmuje najczęściej walka o tolerancję homoseksualizmu w Polsce. Albo innym nakazujemy - "macie nas tolerować i basta!" - co z pewnością powoduje ogromny opór heteronormatywnej większości. Albo ich błagamy - "prosimy was, zaakceptujcie nas, bo sami siebie nie znosimy" - co powoduje litość i powoduje postawę agresywną (skoro jest ofiara, to i kat się znajdzie).

A zabawne, bo jest i 3 forma.

Mieć opinię heteronormatywnej większości w dupie i zająć się sobą.

Sami się Koledzy i Koleżanki najpierw tolerujmy, reszta stanie się sama. Na co drugim profilu na portalu na f. jęczenie i narzekanie - że wszyscy geje to kłamliwe, zdradliwe cioty + wielkie wylewy urazów psychicznych, wręcz powódź sloganów pt. "nie znoszę kłamstwa" itd. Gdyby się autor takich słów zorientował, że kłamstwo nie istnieje a są tylko słowa, którym zawierzył, budując sobie oczekiwania niezgodne z rzeczywistością, które są potem wspaniałym fundamentem rozczarowania - może przestałby się oszukiwać, że nie ma żadnego wpływu na swoje życie, i w końcu zacząłby uświadamiać sobie, że je kreuje, zamiast wiecznie "dawać się okłamywać".

Jeśli nie wierzysz, że się da, to weź przykład ze mnie.

Nie wierzę w to, co ludzie mówią o sobie, o mnie i w ogóle w to, co mówią. Nie wierzę nawet do końca w to, co sam mówię i to jest bardzo, bardzo, bardzo praktyczne i korzystne.

Po pierwsze - jestem elastyczny i sam wybieram, w co wierzę w czasie rzeczywistym. Ostatnio gadałem z klientem, który rzucał mi sumami typu 50-100 tysięcy złotych za zlecenie. Czy się podnieciłem? Nie. Czy go skreśliłem? NIE! Po prostu poczekałem na to, co pokaże rzeczywistość.

Po drugie - nie jestem niewolnikiem własnych słów. "DreamWalkerze, mówiłeś, że trzeba to i tamto". I co z tego? To mówił tamten DreamWalker - wtedy. Dziś masz do czynienia z tym DreamWalkerem i jest teraz. Dostosowuję swoje przekonania do tego, co dzieje się tu i teraz, więc nie będę się trzymał przekonań, które kiedyś były dobre a dziś mogą mi przynieść klęskę.

I dlatego nigdy nie będę się zajmował na chwilę obecną (tak, dobrze napisałem) walką o "równouprawnienie", "tolerancję" etc. Z jednego względu - bo uważam, że już jestem równym obywatelem, toleruję siebie - ba! - nawet akceptuję. I nie potrzebuję już o to walczyć. Nie obchodzi mnie, jak traktują mnie inni - ważne, jak traktuję sam siebie.

Nie potrzebuję, by mnie ksiądz wziął na kolanka, pogłaskał po główce i powiedział, że to nie szkodzi, że jestem gejem, że Bóg mnie kocha itd. Ja wiem, że Bóg mnie kocha, a nawet uwielbia mnie całym Sobą - bo widzę to każdego dnia. On chce dla mnie jak najlepiej, ale przede wszystkim daje mi wolną wolę - a więc to ja wybieram, czego chcę.

Ludzie szkodzą samym sobie i swojemu otoczeniu, wierząc w toksyczne przekonania pt. "geje piją krew" (http://www.joemonster.org/phorum/read.php?f=18&t=427091). To ich sprawa, ja się tym nie interesuję, bo im więcej interesuję się nimi - tym mniej interesuję się sobą. A to nigdy nie było dobre.

Nie potrzebuję też łaski polityków, ich przyzwoleń dla Gejów. Niepotrzebna mi ustawa o związkach gejowskich, aby z kimś być. Niepotrzebny mi klimat pt. "wszyscy kochają Gejów", aby czuć się dobrze w swojej skórze i w swoim życiu.

Nie potrzebuję też pozwoleń od rodziny, ich akceptacji lub sprzeciwów, nie potrzebuję ich opinii, by żyć. Chcą - mogą się oburzać, wkurzać, frustrować, próbując zmienić coś, czego zmienić nie potrafią i nie muszą. To ich emocje, ich kortyzol, który niszczy im zdrowie, ich adrenalina, która wykańcza ich serca. Patrzę na to z przykrością, ale wiem, że to ich decyzja.

Najlepsze, co mogę zrobić dla ludzi nietolerujących homoseksualizmu - to w pełni zaakceptować siebie. Tak bezczelnie, wprost, bez dorabiania ideologii, bez tłumaczenia, dlaczego.

Czy myślisz, że ci wszyscy sprzeciwiający się LGBT ludzie pokroju LPR, Młodzieży Wszechpolskiej, mocherów itd. są szczęśliwi?

Pobawię się w czytanie w ich myślach i odgadnę: nie są. Żyją w lęku przed kochającym ich Bogiem. Żyją w lęku, że ich rodziny oraz ich samych zaatakuje zło, które nie istnieje. To jest przykre, ale możemy tym ludziom pomóc! Jak?

Pokochać siebie. Zaakceptować siebie. W pełni.

Wtedy będziemy mogli w pełni pokochać innych. I w pełni zaakceptować konserwatystów - bo póki co - nie tolerujemy ich nawet, a co dopiero mówić o kochaniu ich czy akceptowaniu. Spójrzmy w lustro - jako Geje wybieramy cały czas jebanie innych na swoich profilach, wybieramy krucjaty przeciwko mocherom, Wojciechom C., którzy boso przez świat idą (i niech idą :) itd.

Ich poglądy - ich sprawa - ich zdrowie - ich konsekwencje.

Prawda - ta prawdziwa Prawda a nie umysłowy matrix, w jakim żyje 99,9% społeczeństwa - jest piękna, doskonała i nieskazitelna - Jestem Gejem. Kocham facetów. I czasem z jakimś nawet uprawiam seks, bo mam z tego dużo przyjemności. To cała historia. Każdy fatalny osąd, każda próba negatywnego ocenienia tego - jest klęską dla tego, kto w to uwierzy.

Tacy ludzie muszą udowadniać całemu światu, że homoseksualizm jest zły. Ja nie muszę nikomu nic udowadniać, bo wiem, że Prawda obroni się sama.

To jest właśnie Świadomość - gdy to, w co wierzysz, jest zgodne z tym, co jest tu i teraz, jak również korzystne dla Twojego życia.

I nawet jak usłyszę za sobą "pedał!" - o je je jej, strasznie mnie to zmartwi ;-) Pozdrowię kolegów z ławki, bo trzeba im dużo zdrowia, jeśli hodują w sobie takie przekonanie.

Ci, którzy walczą o tolerancję LGBT - myślisz, że walczą o CZYJĄŚ tolerancję... czy SWOJĄ?


Ci, którzy walczą z LGBT - myślisz, że walczą z CZYJĄŚ orientacją seksualna... czy ze SWOJĄ?

Z tymi pytaniami zostawiam Cię póki co. Baw się i żyj swoim życiem, abyś pewnego dnia nie obudził się na kolorowej platformie, oblepiony cekinami i z tęczową flagą w dupie, walcząc o coś, co możesz dostać tylko od siebie.

czwartek, 22 kwietnia 2010

Podważanie swojego umysłu

Piękny, metaforyczny i zarazem obrazowy opis tego, jak działa system osobistej zmiany znany pod nazwą The Work. Nowe spojrzenie, nowy filtr i nowa nauka. Czytaj i korzystaj.

Wyobraź sobie, że stoisz na środku pola. Przed sobą na horyzoncie widzisz pasmo górskie, po Twojej prawej roztaczają się piękne wyżyny obrośnięte gęstymi lasami. Za sobą masz szumiące morze a po lewej widzisz stepy. Wspaniały widok napawa Cię zdumieniem. Nie wiesz jednak, dokąd iść. Wyciągasz z plecaka mapę i widzisz miejsce, w którym się znajdujesz. Dostrzegasz na niej symbolicznie zarysowane góry, lasy, morze oraz stepy. Oczywiście to tylko symbole, które nie oddają rzeczywistego piękna i złożoności terenu, które opisują. Niemniej mapa, choć zubożona, wydaje się prawdziwa.

Dostrzegasz na mapie również drogę do Wielkiego Skarbu. Myślisz sobie, że to byłoby fajne. Niemniej droga do skarbu widzie przez nieznane Ci przełęcze, doliny i lasy. Widzisz też symbole oznaczające niebezpieczeństwo rozsiane dookoła niej. Ogarnia Cię przerażenie. Zastanawiasz się, czy dasz radę przejść tą drogą i dotrzeć do celu swojej wyprawy.

Teraz do akcji wkracza The Work ze swoimi słynnymi 4 pytaniami.

Pierwsze dwa brzmią: Czy Twoja mapa jest prawdziwa i czy możesz być tego pewien?

Przed sobą widzisz piękny widok. Twoja mapa mówi Ci, że tam za horyzontem czają się niebezpieczeństwa, które będziesz musiał pokonać w drodze do swojego celu. Jednak nie wiesz na 100%, czy Twoja mapa jest aktualna i czy odwzorowuje rzeczywistość. A co, jeśli tam nie ma żadnego niebezpieczeństwa? Trwoga nieco się rozmywa. Bo przecież nie możesz być pewien, czy Twoja mapa opisuje rzeczywistość. Jest tylko pewnym uproszczonym jej wyobrażeniem. I na dodatek statycznym - a rzeczywistość jest ciągłym procesem.

Trzecie pytanie brzmi: Czy Twoja mapa jest użyteczna?

Już wiesz, że wierząc w niebezpieczeństwa, które rzekomo mają Cię czekać po drodze, stresujesz się. Niemniej nie wiesz do końca, czy wierzyć mapie, czy nie. Jedynym sposobem jest pójść i sprawdzić, czy niebezpieczeństwo rzeczywiście tam jest. Możemy przypuszczać, że jest. Wtedy po prostu przygotowujesz się do niego lub też obierasz inną trasę. Ciągle jednak nie masz pewności, czy mapa jest prawdziwa. To nie przeszkadza Ci z niej skorzystać.

Czwarte pytanie: Kim byś był, gdybyś nie miał tej mapy?

Stałbyś na polu i podziwiał widoki. Nawet nie wiedziałbyś o Wielkim Skarbie...

Odwracanie myśli.

W tym procesie odwracasz pierwotną myśl na wiele sposobów, tworząc alternatywy. Bierzesz do ręki kartkę i ołówek i rysujesz mapę do Wielkiego Skarbu, do którego droga jest prosta, łatwa i bezpieczna. Zastanawiasz się - czy ta mapa może być prawdziwa? I choć nie musi - może być. Czy użyteczna? Może być użyteczna. I być może warto się nią kierować. Tworzysz też wiele innych map z wieloma innymi drogami. Te mapy mogą być ze sobą sprzeczne, choć będą dotyczyć tego samego terenu. To nie ma znaczenia - to tylko mapy. A teren jest terenem i po prostu nie wiemy, co tam jest na pewno, póki się tam nie znajdziemy.

Tą mapą jest Twój umysł. Terenem - nieprzewidywalna rzeczywistość.

Autor każdej mapy - nawet tej najbardziej wadliwej - miał pozytywną intencję. Chciał zdobyć Wielki Skarb. Niektórym się udało. To ci, którzy mieli mapy najbardziej zbliżone do rzeczywistości. Mapy najdokładniej ją opisujące. Ci, którzy mieli mapy nieodzwierciedlające rzeczywistości - pogubili się.

I na tym własnie polega stosowanie The Work - metody, która pozwala Ci poznać rzeczywistość, wyjść z Matrixa własnych map i - finalnie porzucając mapy - dać się prowadzić Wszechświatowi.

poniedziałek, 12 kwietnia 2010

Integracja konfliktów - model

W poprzednim poście pisałem wiele o konfliktach - o tym, skąd się biorą, jak wyglądają i o tym, że można mieć konflikt tylko z samym sobą a tzw. "zewnętrzne" konflikty to tylko ekspresja tych wewnętrznych. W tym rozumieniu świata - nie możesz mieć sprzeczki z kimś, jeśli sam jesteś wewnętrznie absolutnie spójny i wiesz, czego chcesz.

Teraz czas na praktykę - jak dokonywać integracji samego siebie?

To, co opiszę, jest strukturą pewnej umiejętności. To nie jest coś, co możesz odwalić raz i mieć to za sobą - to procedura, którą warto znać, stosować i stawać się mistrzem w jej praktyce. Inwestycja w nią bardzo Ci się opłaci.

1. Rozpoznanie konfliktu

Kiedyś wydawało mi się to najtrudniejszą opcją. Teraz zaczynam rozumieć, że jest to stosunkowo łatwe. Wystarczy przejrzeć swoje życie i poszukać znaczących konfliktów, które się miało ze znaczącymi osobami: rodzicami, bliższą rodziną, przyjaciółmi, byłymi facetami itd. Oczywiście chodzi o to, by odnaleźć te konflikty, które z naszego punktu patrzenia nie zostały rozwiązane i wciąż odnawiają rany.

2. Integracja konfliktu

Przykładowo odkryłeś w swoich wspomnieniach nierozwiązany konflikt z kimś, kto jest (lub sądzisz, że był) dla Ciebie osobą znaczącą. Oczywiście w rzeczywistości to doświadczenie się skończyło - być może nawet dawno - ale wciąż odtwarzasz je w swojej podświadomości, nie mogąc dojść z nim do porozumienia.

Wyciągnij przed siebie obie dłonie i ustaw na nich siebie i tę osobę, z którą miałeś konflikt. Ta druga osoba to oczywiście nie ona - bo jej tu i teraz może już nawet nie być. To Twoja nieuświadomiona część Ciebie. Będziesz bardzo zdziwiony, że przejąłeś od niej wiele zachowań, z których w ogóle nie zdawałeś sobie sprawy. Tak, jak ja, gdy uświadamiałem sobie, że w wielu przypadkach zachowuję się tak, jak ci, których nie znosiłem. W rzeczywistości nie znosiłem części siebie i widziałem ją u innych - tylko nie u siebie.

Oooooo - teraz zaczynasz kumać, że masz do przejrzenia cały swój system rodzinny, szkolny, matrymonialny itd. To wielkie wyzwanie i Twoje pole to popisu. Potraktuj to jako ekscytującą podróż wgłąb siebie.

Zatem pierwszy etap to odkrycie, jakie Twoje zachowania produkuje część pierwsza i druga. Tutaj możesz odkryć, że jedna gra ofiarę, druga kata. Albo smutnego i wesołego gościa. Jedna część może być rodzicem, druga - co oczywiste i implikowane z tego faktu - będzie dzieckiem (nie istnieje przecież rodzic bez dziecka). Jedna część może być cwaniakiem, który każdego wydyma - druga - jego naiwną ofiarą. Jedna romantykiem, druga - chłodnym draniem. Opcji jest wiele.

Teraz czeka Cię kolejne odkrycie. Jedną z tych części nazywałeś "ja", drugą "on/ ona". Ze zaimki pomagają Ci dysocjować się lub asocjować z danymi tożsamościami. Innymi słowy - łatwiej identyfikowałeś się (utożsamiałeś) z częścią zwaną "ja", niż z częścią, którą nazywałeś "on/ ona".

Dla bezpieczeństwa i zachowania dystansu - obie nazywaj "on/ ona". Choć obie są częściami Ciebie jako Pełni - zaimki w trzeciej osobie pomogą Ci utrzymać tzw. metapozycję, którą właśnie osiągnąłeś. Ona daje Ci możliwość bezpiecznego rozwiązania konfliktu bez popadania w trudne emocje. Metapozycja jest wtedy, gdy nie jesteś po żadnej ze stron - a więc nie sprzyjasz jednej bardziej, a drugiej mniej.

Gdy masz już obie części na swoich dłoniach, przyjrzyj się im, przysłuchaj i poczuj je. Każda z nich będzie wyglądała inaczej, będzie miała inną pozę ciała, inny głos, ton, będzie używała innych słów, odczuwała inne emocje w obliczu różnych sytuacji, które zdarzają się w Twoim życiu. Najpewniej te części będą miały swoje linie czasu, a więc sposoby, w jakie wyobrażają sobie przeszłość, odmienne przekonania (gdyby nie miały odmiennych przekonań - nie byłoby konfliktu, prawda?) itd. Zbierz o obu tych częściach jak najwięcej informacji.

Teraz czas na kolejny krok - poproś jedną i drugą, aby popatrzyły się na siebie i powiedziały, co myślą o sobie nawzajem. Na tym etapie nie będzie to oczywiście na pewno nic serdecznego. Najpewniej będą się wzajemnie negatywnie oceniać i to jest ok - wydobywasz z nich kolejne historie / przekonania.

Możesz pozwolić sobie wcielać na zmianę raz w jedną, raz w drugą i wymieniać zdania między nimi. Wejdź w pozycję pierwszej i popatrz na drugą. Co byś jej powiedział? Co byś usłyszał? Jakbyś się z tym poczuł? I potem w drugą stronę - wciel się w drugą część i zrób to samo względem pierwszej. To zupełnie niezwykłe doświadczenie - jeśli oczywiście zrobisz to dokładnie.

Idźmy dalej.

Znajdź pozytywne intencje najpierw jednej części, potem drugiej. Może ich być wiele, zatem przygotuj sobie kartkę i ołówek. Np. ofiara może chcieć miłości, czułości, ciepła. Kat - spokoju, odcięcia od problemów etc. Cwaniak - może chcieć zysków, kasy, prestiżu społecznego. Dający się dymać frajer - może chcieć zbawienia, odrodzenia i ch*j wi co jeszcze. Wypisz, czego chce każda z nich. Do czego dąży? Czego pragnie? Po co robi to, co robi? Po co powołałeś do istnienia tę tożsamość? Jakie masz z tego korzyści? Po co Ci one? Idź i drąż dalej.

Teraz masz wypisane pozytywne intencje jednej i drugiej części.

Spytaj część pierwszą, czy rozumie i akceptuje pozytywne intencje drugiej. I vice versa - niech druga część rzuci okiem na pozytywne intencje pierwszej i powie, czy je rozumie i akceptuje. Jeśli tak - ok. Jeśli nie - musisz wykonać dodatkową pracę. Jeśli część nadal nie akceptuje i nie rozumie intencji drugiej części - spytaj, jaka jest pozytywna intencja tejże właśnie pozytywnej intencji. Np. jedna część może chcieć więcej pracować. Drugiej może się to nie podobać. Spytaj więc, po kiego gniota chce ona pracować więcej. Dowiesz się, że chce ona mieć więcej kasy. I tu robi się już jaśniej - część ta dysponuje historią, że "im więcej pracuję, tym więcej będę miał kasy", co jest oczywistym bullshitem, bo można więcej pracować i nie mieć więcej kasy, jak również można mniej pracować i mieć więcej kasy.

Tak więc rozumiesz, że istnieją poziomy pozytywnych intencji. Twoim zadaniem jest wspinanie się w górę po to, by odkryć jak najbardziej ogólną intencję każdej z części. Wtedy okryjesz, że jest nią Twoje szczęście i że obie te części tego właśnie chcą - tyle, że na różne sposoby!

Zrobiłeś więc coś ważnego - odnalazłeś ich wspólny cel, w obliczu którego będą mogły razem działać i współpracować, by go osiągnąć. Z pewnością razem zrobią to znacznie efektywnej, niż osobno - zgodzisz się ze mną, prawda? Powiedz to swoim obu częściom - ważne, by poznały korzyści płynące ze współpracy i wzajemnego rozumienia.

Teraz poczyń kolejny istotny krok - sporządź listę zasobów (zasób to coś, co pozwoli Ci osiągnąć cel) obu tych części. Np. jedna może mieć pozytywną energię, druga - umiejętność refleksji, zadumę itd. Sam rozumiesz, że nie chodzi o to, by trzymać się cały czas jednego zasobu, lecz umiejętnie z nich korzystać, gdy jest ku temu potrzeba. Każda ze skonfliktowanych części posiada cenne zasoby, których nie posiada druga. Gdy nauczą się wzajemnie korzystać ze swoich zasobów - szybciej i elastyczniej osiągną wspólny cel. Ba! Może inaczej - powiem tak, byś wziął za to odpowiedzialność. Gdy TY nauczysz się korzystać z zasobów obu tych części, szybciej osiągniesz swój cel! To się nazywa synergia - gdy suma części jest czymś więcej, niż ... ich sumą!

Wypisz zatem zasoby każdej z części konfliktu i zastanów się, gdzie i kiedy warto korzystać z danego zasobu i jakie to może przynieść konsekwencje.

Możesz też wypisać słabe strony każdej z nich. Np. jedna z części może być wspaniałym marzycielem, ale do dupy realizować plany. Druga może wspaniale realizować plany, ale robi je kiepsko - bez polotu i fantazji. Gdy połączysz obie - okaże się, że potrafisz robić kiepskie plany bez fantazji i polotu, jak również do dupy je realizować :) Czy to nie wspaniałe? haha

Poproś teraz jedną i drugą część, by spojrzały na siebie jak na źródło owych cennych zasobów. Opowiedz jednej, jakie zajebiste rzeczy ma ta druga i jak fajnie byłoby się od niej tego wszystkiego nauczyć, by móc szybciej i lepiej wcielić swoje plany i zamiary w życie.

Teraz Twoim zadaniem będzie upodobnienie obu części do siebie. Zrób tak, by obie były na tej samej wysokości, były mniej więcej takiej samej wielkości, miały podobną pozycję ciała. Zadbaj, by mówiły do siebie podobnym tonem głosu, bo może było tak, że jedna krzyczała a druga cicho szeptała pod nosem. Zadbaj o to, by zaczęły nadawać na tej samej fali - mówiąc krótko. Mogą też podać sobie rękę, mogą zbliżyć się do siebie, objąć się itd. (bez fantazji erotycznych, zboku! :)

Teraz poproś swój umysł, aby zintegrował obie części, byś mógł swobodnie w każdej przyszłej sytuacji korzystać z zasobów i umiejętności obu tych części, bo przyświeca Ci waży cel - Twoje szczęście, zdrowie i dobrobyt. Bądź czujny na tzw. sygnały spójności lub niespójności. Jeśli części nie są jeszcze gotowe na integrację - mogą nie chcieć stać się jednością. Rozpoznaj, co im w tym przeszkadza, wydobądź ich przekonania i pamiętaj, że one również są cennym zasobem, z którego warto korzystać w jakiejś sytuacji.

Ostatecznie, gdy uda Ci się połączyć w jedno obie części, poczujesz sporą ulgę - ten moment nazywa się spójnością i jest ze wszech miar leczniczy, kojący i wyzwalający. Jesteś Pełnią i możesz lepiej korzystać z życia.

***

Podsumowanie

1. Rozpoznaj konflikt
2. Ustaw tożsamości na swoich dłoniach.
3. Zobacz je, wysłuchaj ich i poczuj to, co one
4. Zobacz, jakie zachowania produkuje każda z nich
5. Nazwij je "on" lub "ona" - żadna z nich nie jest Tobą (w całości), łatwiej utrzymasz metapozycję
6. Niech ocenią siebie nawzajem
7. Znajdź pozytywne intencje każdej z nich
8. Znajdź pozytywne intencje ich pozytywnych intencji - pytaj "po co Ci to?", by wspiąć się na maksymalnie ogólny poziom
9. Znajdź ich wspólny cel, do którego obie chcą dążyć
10. Sprawdź, gdy wzajemnie rozumieją i akceptują swoje pozytywne intencje każdego poziomu
11. Zobacz, jakie zasoby posiada każda część - wypisz je
12. Znajdź te zadania, z którymi dana część sobie nie radzi i w których ta druga mogłaby okazać się pomocna
13. Upodobnij części do siebie pod względem wizualnym, wzrokowym i czuciowym
14. Poproś je, niech uczą się od siebie nawzajem
15. Sprawdź, jak będą współpracować w przyszłych sytuacjach
16. Złącz je razem - niech będą jedną tożsamością, z którą będziesz mógł się od dziś identyfikować

Trudne? Początkowo tak - potem robi się łatwiejsze. To nie jest procedura na raz. To umiejętność, którą można ćwiczyć i stać się w niej mistrzem. Dlatego działaj i korzystaj.

czwartek, 8 kwietnia 2010

Wszystko o konfliktach, co chciałeś wiedzieć, ale bałeś się zapytać

Konflikty - a więc kłótnie, robienie wyrzutów, awantury, scysje itd. Czym są? Jeżeli umysł jest mapą terenu (rzeczywistości), to konflikt jest zawsze wtedy, gdy dwie tożsamości używają dwóch różnych map tego samego terenu i spierają się, która z map jest prawdziwa. Nie wiedzą, że żadna nie jest, bo prawdziwy jest tylko teren (rzeczywistość) a mapy zawsze są halunami. Czasem użytecznymi, czasem przydatnymi, ale zawsze nieprawdziwymi.

Konflikty zawsze są wewnętrzne. Nie można się kłócić z kimś innym, niż z samym sobą. Nawet, jeśli wydaje Ci się, że kłócisz się z kimś innymi, to nieprawda - kłócisz się tylko ze Twoim własnym wyobrażeniem tej osoby, a więc z częścią siebie. Osoby, które mają sporo konfliktów wewnętrznych - mają wiele konfliktów "zewnętrznych" - robią awantury, strzelają fochy. Przerzucają odpowiedzialność za sobie na innych i to sprawia, że twierdzą, że "inni są pojebani, nie ja".

Jeśli byłeś z kimś w związku i rozstałeś się z nim w awanturze i niezgodzie - to mylisz się. Po pierwsze - nie rozstałeś się z nim, lecz z fantomem. Po drugie - nie rozstałeś się - nosisz w sobie tę część dalej. Dlatego ludzie latami po chujowych związkach się zadręczają sobą. "Się" i "sobą" to dwie tożsamości w konflikcie. Wszelkie zaimki osobowe (ja, oni, ona, wy) tworzą wiele tożsamości. Każda z nich jest wewnętrzna, stworzona przez Twój umysł. To dlatego inni ludzie są lustrami, w których się przeglądamy. I dlatego udajemy, że nie bierzemy odpowiedzialności za to, co "on" zrobił i tracimy kontrolę nad życiem. Z kolei zaimki zwrotne (się, sobie, siebie) tworzą relację. Ktoś mówi "(ja) boję się" - w tym zdaniu "ja" straszy "się". Są więc dwie części - ta, która straszy, i ta, która się boi.

Konflikty objawiają się wiarą w sprzeczne przekonania. Pojawia się facet, z którym byłem 2 lata temu, i twierdzi, że mnie podziwia z jednej strony, z drugiej - go smucę, denerwuję itd. Myśli, że ja mam coś z tym wspólnego po 2 latach niewidzenia. Nie wie, że moim imieniem ochrzcił część siebie, z którą nie może dojść do porozumienia, bo nie widzi jej pozytywnych intencji i cennych zasobów, które posiada.

Konflikt objawia się też używaniem spójników przeciwstawnych: ale, aczkolwiek, natomiast, lecz itd. "To auto jest ładne, ale jest drogie" - podoba Ci się, ALE nie masz na nie kasy. Nie masz na nie kasy, ALE Ci się podoba. Itd. Czasem wystarczy po prostu użyć spójnika łącznego, np. "i" - "To auto jest drogie i ładne". Wtedy konflikt masz z głowy. Możesz spokojnie kupić ładne i tanie.

Konflikty wspaniale wychodzą w relacjach z "innymi" ludźmi - a raczej z naszymi wyobrażeniami na ich temat. Jeśli się z kimś pożresz - wiedz, że pożarłeś się z samym sobą, z pewną częścią Ciebie. Zmień imię z Waldek, Zenek czy z kim się tam pokłóciłeś na "ja" i ustaw obie części na swoich dłoniach. Zobacz je, usłysz, poczuj. Każda z nich ma pozytywne intencje względem Ciebie. Każda z nich ma cenne zasoby, których ta druga mogłaby użyć, aby obie mogły osiągnąć wspólny cel jakim jest Twoje szczęście.

Gdy ktoś prosi Cię o więcej czułości a Ty odmawiasz, bo "nie dasz rady" - sam siebie prosisz o więcej czułości i sam sobie odmawiasz. Gdy zakochałeś się w kimś po uszy a ten ktoś Cię olał - zakochałeś się w samym sobie i sam siebie olałeś. Gdy ktoś Cię obraził - sam siebie obraziłeś i sam czujesz się urażony.

Ta świadomość daje Ci wspaniałe pole do popisu - możesz teraz bowiem używać związków z ludźmi aby usprawniać związek z samym sobą. Baw się tym, bo warto. To nieprawdopodobnie poprawia jakość relacji z sobą, a gdy to się dzieje - poprawia jednocześnie jakość relacji z innymi. Lub raczej z "innymi". Bierzesz pełną odpowiedzialność za swoje relacje i to Ty je kreujesz wedle uznania. Całkowicie rządzisz i nic nie może Ci tego odebrać prócz Ciebie samego.

Zjebane relacje psują nie tylko samopoczucie. Są powodem wielu chorób, np. nowotworów, chorób autoimmunologicznych itd. Inni ludzie są po to, byśmy dzięki nim przejrzeli, co tkwi w nas samych. Stąd metafora, że są lustrami. Wszystko, co myślimy o innych, jest tylko tym, co myślimy o innych, a więc projekcją naszego ego. Obawiasz się, że inni pomyślą, że coś jest z Tobą nie tak? Obawiasz się tego, bo sam tak o sobie myślisz. "Sam" i "sobie" - dwie tożsamości. Jedna ocenia drugą - "hej, coś z Tobą nie tak". Czy to prawda, że coś z Tobą nie tak?

Masz narzędzia na tym blogu, by to rozwalić, np. The Work. Baw się mocno i ciekawie. Jeśli masz pytania - wal je w komentach - chętnie odpowiem. Pozdrawiam.

niedziela, 4 kwietnia 2010

Koncepcja połówek pomarańczy - sprawdzony sposób, by być nieszczęśliwym

"Brakuje mi kogoś... Brakuje mi czegoś..." - stwierdził Ambroży pewnego wieczoru. Niby wszystko okej - miał pracę, miał mieszkanie, fantastycznych znajomych, kasę. Był też właściwie zdrowy. Niemniej coś przeszkadzało mu w byciu szczęśliwym. Brakowało mu czułości, bliskości, intymności. Gdyby można było zejść do sklepu na dół, kupić ich parę kilo, byłoby fajnie. Albo zamówić trochę na Allegro. Ale nie. Do zdobycia tego, czego mu brakowało, potrzeba było drugiej osoby. I tu pojawiał się problem. Ambroży próbował różnych strategii uwodzenia - "Przez żołądek do serca", "Przez dupę do serca" aż w końcu "Przez żołądek do chuja" - ale żadna nie okazywała się skuteczna. Ambroży nie wiedział, że to czego szuka, to czułości, bliskości i intymności z samym sobą, by móc wypełnić iluzoryczną pustkę, która go wypełniała i która była konsekwencją wiary w przekonanie, że...

"Czegoś mi brakuje"

Ludzie czują czasem tzw. pustkę. I to nie taką pustkę, w którą można wstawić sześciopak piwa, żeby go zmrozić. To pustka, która staje się dla nich czarną dziurą wysysającą życie z ich wewnętrznych systemów. Jest ona efektem wiary w historię pt. "Czegoś mi brakuje, jestem niepełny, potrzebuję drugiej połówki." A potem znajdują kogoś, kto "daje" im szczęście (jakby szczęście było policzalne lub mierzalne w jakikolwiek logiczno-matematyczny sposób) ... albo im je "odbiera". Gdy taki ktoś odchodzi - czują, że ktoś im "zabrał" kawałek siebie, wyrwał coś i zostawił znów z tą nieznośną pustką.

Czy Ty również sądzisz, że czegoś Ci brakuje..? Pomyśl. Może, podobnie, jak Ambrożemu, brakuje Ci bliskości, intymności, czułości? Zrób listę. Teraz. Co Ci szkodzi, działaj. Każda z tych historii w jakiś sposób tworzy Twoje oczekiwanie - że ktoś "da" Ci to, czego Ci brakuje. Bo przecież jesteś dziurawy, niedorobiony, prawda? Stąd ktoś musi być Twoim dilerem szczęścia. A skoro takie historie tworzą oczekiwanie - tworzą też możliwość, że ktoś Cię rozczaruje. Albo - biorąc pewną odpowiedzialność za siebie - że TY rozczarujesz się kimś za pomocą wiary w taką historię. A gdy to się stanie - pojawi się być może poczucie odrzucenia, krzywdy...?

Brakuje mi X.

Czy to prawda? Zajrzyj w głąb siebie i uświadom sobie fakt, że tak naprawdę po prostu sam sobie nie dajesz X. Nie nauczyłeś się może produkować X. Albo nauczyłeś się, ale dajesz to tylko innym, sobie nie z jakiś powodów.

Czy ta myśl - że brakuje Ci X - jest korzystna dla Twojego życia? Czy wnosi stres czy spokój? Jak się czujesz, gdy dajesz wiarę takiej myśli? Wiara w historię pt. "Brakuje mi X" tworzy tzw. halucynację negatywną. Widzisz wszystko poza X. Nawet, jeśli za moment miałbyś w X utonąć - nie dałbyś temu wiary, wierząc w historię, że "brakuje mi X".

Kim byś był, gdybyś nie mógł wierzyć w myśl, że "brakuje Ci X"? Daj sobie chwilę na to, aby Twoja intuicja stworzyła obraz, aby Twoje serce uwolniło uczucia, które pojawią się, gdy wywalisz tę historię.

A co, jeśli tak naprawdę nie brakuje Ci X? Znasz ludzi, którzy mają 100 000 zł na koncie i mówią, że brakuje im kasy...? Znasz ludzi, którzy są zdrowi i mówią, że brakuje im zdrowia? Może również Ty jesteś bogaty w X, ale tego nie dostrzegasz...?

Wyzbywając się historii pt. "brakuje mi X" - odkrywasz, że jesteś Pełnią. Że nie ma połówek pomarańczy, bo są tylko pełne pomarańcze wierzące w to, że są połówkami. Rozumiesz, że jesteś cały. Kompletny. Samowystarczalny. I że sam sobie robisz dobrze, że sam dbasz o to, aby Twoje potrzeby były zaspokojone - jakkolwiek masturbacyjnie by to nie zabrzmiało.

niedziela, 21 marca 2010

Nowe spojrzenie na monogamię

Popularna wartość, wdrukowana społecznie w drodze socjalizacji. Monogamia, czyli potoczny nacisk, byś był z jedną osobą, kochał i dupczył tylko ją. Wiąże się z iluzorycznymi pojęciami wierności i zdrady, czyli wyimaginowanych i również społecznie wdrukowanych podziałów, pochodnej "dobra i zła". Wszystko byłoby okej, gdyby nie fakt, że z głosem społecznym nie idzie w parze głos biologiczny, który pompuje nam krew w penisy, gdy widzimy ładnego faceta w samej bieliźnie.

Zastanówmy się przez moment - co tak naprawdę przeszkadza nam w byciu monogamistycznymi samcami? Czy serio mamy "potrzeby", które partner musi zaspokajać, bo inaczej prymitywnie będziemy poszukiwać realizacji u innych? A co, jeśli "potrzeba" jest tylko tym, czego nie umiemy dać sami sobie i szukamy tego na zewnątrz?

Coś w tym jest, dlatego zatrzymajmy się na chwilę.

Ktoś nie umie dać sobie szczęścia - więc szuka kogoś, kto "da mu szczęście" - jakby szczęście było upominkiem, prezentem w wielką różową kokardką. Ktoś nie umie być sam dla siebie dobrym towarzystwem - więc szuka dobrego towarzystwa, by uciec przed przerażającą otchłanią samotności. Ktoś nie czuje bliskości - bo sam ze sobą nie ma kontaktu.

Bo gdyby miał, powoli mógłby zacząć uświadamiać sobie, że związek z samym sobą jest zawsze monogamią i zawsze jest w pełni kompletny. Pod jednym tylko warunkiem - wyzbycia się iluzorycznych potrzeb. To właśnie one potrafią spierdolić całą zabawę wynikającą z przebywania z samym sobą.

"Potrzebuję go", "Potrzebuję seksu", "Potrzebuję XXXX" itd. Wiara w te przekonania szybko odbija się na poziomie zachowań, jak i odczuciach osoby. Jeść, spać i wydalać to jedyne "prawdziwe" potrzeby - pod warunkiem, że masz potrzebę życia. Bo jeśli nie masz - to również one posypią się, gdy zaczniesz je kwestionować i być względem nich zwyczajnie sceptycznym - tak, jak jesteś sceptyczny wobec kogoś obcego, kto opowiada Ci, że wystarczy, byś mu dał 10 000 złotych a on za rok odda Ci 20 000.

Pamiętam, gdy wyzbyłem się potrzeby seksu. To było wielkie wydarzenie i ogromny krok w moim rozwoju osobistym. Od tamtej pory nie mógłbym już zdradzić drugiej osoby w potocznym rozumieniu (jebać się z kimś poza związkiem). Nie mam potrzeby ruchania się. Po prostu. To nie oznacza, że nie chcę - to oznacza, że nie muszę. Oto popęd, który do wcześniej wydawał mi się zakodowany genetycznie, nagle stał się moją zabawką. Odzyskałem odpowiedzialność za własnego fiuta i to był wielki krok do przodu.

Z tego też względu osoby, które nie mają potrzeby bycia w związku - ale też się tego nie boją - są potencjalnie najlepszymi partnerami. Bo z jednej strony - mogą z kimś być, ale z drugiej - nie potrzebują. A skoro nie potrzebują - nie będą zdesperowani, zapewne też nie będą ruchać na boku i szukać zaspokojenia iluzorycznych potrzeb w ramionach innych facetów.

Jak jednak wyzbyć się potrzeby bycia w związku z kimś?

Jak wyzbyć się potrzeby bycia przytulanym, kochanym, uwielbianym itd.? Pierwszym krokiem jest uświadomienie sobie, że wszystko, czego potrzebujesz, masz już w sobie. Po prostu to wydobądź. Daj sobie to, czego pragniesz i bądź sceptyczny wobec własnych potrzeb, rozumiejąc, że większość z nich wjebała Ci do głowy MTV, nowy katalog z ciuchami czy inne "instytucje".

To właśnie monogamia - uświadomienie sobie kompletności związku z samym sobą. W tym związku jesteś cały czas. Gdy sam sobie dasz wszystko, czego pragniesz, nie masz już czego szukać na zewnątrz. A dodatkowo - możesz owe "zewnątrz" wzbogacać swoją osobą - dając światu to, czego masz w nadmiarze - Pełnię swojej osoby.

I to będzie ten magiczny moment, w którym poczujesz, że naprawdę - z ręką na sercu - nikogo nie potrzebujesz. Że Twój związek z samym sobą jest pełny, harmonijny i szczęśliwy. A wtedy każdy inny związek - który jest metaforą tego właśnie pierwotnego związku - będzie taki sam.

I jeśli myślisz, że ja ten moment osiągnąłem, to od razu powiem Ci, że nie. Ale czuję, że to dobry dla mnie kierunek i w nim właśnie chcę się rozwijać, wykorzystując każdą okazję, by się tego uczyć - jak żyć w absolutnej zgodzie z samym sobą.

Czy potrzeba 3 związków, by nauczyć się z kimś być?

Podobno ekspertem jest ktoś, kto w danej dziedzinie popełnił wszystkie możliwe błędy. Jeśli tak - jestem ekspertem w dziedzinie tworzenia związków. Miałem ich tyle i pierdoliłem je na tyle możliwych sposobów, że powinienem mieć przed nazwiskiem tytuł doktora w zjebanych relacjach. Przez to być może nie jestem idealnym źródłem informacji o tym, jak budować doskonałe związki - ale za to chyba mogę myśleć o sobie jak o kompendium wiedzy na temat tego, czego w związkach nie robić.

Podobno trzeba 3 związków, by nauczyć się być z drugą osobą - niedawno spotkałem się z taką właśnie teorią. Moja historia w jakimś stopniu jest jej potwierdzeniem, a w pewnym - jej zaprzeczeniem.

Pierwszy facet. Zakochaliśmy się. Imponował mi wieloma rzeczami - bo był starszy, miał wykształcenie wyższe, był taki zaradny, obyty w świecie i jednocześnie spokojny i opanowany. Tak go kochałem, że chciałem z niego zrobić maskotkę-niewolnika. Kogoś, kto spełniałby idealnie moje wygórowane wymagania, które wtedy wydawały mi się "niezbędnym minimum". Robiłem z nim "poważne rozmowy", które prowadziły tylko do jednego - zjebanego nastroju. A ja wciąż wydziwiałem - jak księżniczka na ziarnku grochu. W końcu - gdy szlifowałem już klucze do jego złotej klatki - on uciekł. Bardzo cierpiałem, choć wiem, że dobrze zrobił.

W tamtym związku nie wiedziałem jeszcze, że druga osoba tak po prostu ma wolną wolę i to, że mnie kocha, nie uprawnia mnie do zrobienia z niego niewolnika.

Drugi facet. Wtedy było odwrotnie - oddałem mu całą kontrolę. Pomyślałem, że jeśli będę robił to, co on chce i kompletnie ignorował swoje potrzeby (a więc odwrotnie niż podczas pierwszego związku), to będziemy razem na zawsze szczęśliwi. Hmm... dopiero dziś, gdy ubieram to wszystko w słowa, widzę, jak idiotycznie to wygląda i brzmi. Ten nonsens doprowadził mnie do jeszcze większej emocjonalnej katastrofy, niż pierwszy związek. Pogrążony w chorobach, depresji - czułem, jak moje życie przestaje mieć jakikolwiek sens.

Nauczyłem się, że ignorowanie własnych pragnień jest gorsze, niż ignorowanie czyiś. Bo wtedy naprawdę nie ma już nikogo, kto by o nie zadbał.

Z tego okrutnego letargu wytrącił mnie trzeci facet. I tu - niczym w bajkach - powinno być klasyczne "i żyli długo i szczęśliwie..." Tak, oczywiście - ale tak dzieje się chyba tylko w bajkach heteryckich, gdzie kobieca stateczność i rozsądek są przeciwwagą dla nieposkromionych samczych popędów. To była jednak bajka typowo homo. Tym razem ja - nie wiedząc czemu - poczułem się jak w złotej klatce. Zanim się zorientowałem, jej bogato zdobione kraty po cichu zdążyły mnie otoczyć i pewnego dnia po prostu obudziłem się w luksusowym więzieniu. Miałem seks kiedy tylko chciałem, miałem śniadania do łóżka, miałem z kim porozmawiać, do kogo się zwrócić... Ale nie mogłem mieć znajomych, nie mogłem mieć konta na fellow (bo i po co mi? - spytał lęk), nie mogłem wyjść na zakupy, aby nie musieć się tłumaczyć, gdzie byłem i co robiłem.

W końcu oczywiście wszystko się rozpadło a ja poczułem - prócz dziwnej pustki w środku - również nieopisaną ulgę. Odzyskałem znów poczucie wolności, za które odpowiedzialność oddałem komuś, kto się do tego kompletnie nie nadawał w tamtej chwili.

To był mój trzeci związek. Jego pierwszy. To by wiele wyjaśniało.

Będąc z kimś w związku, wydaje się, że poznajemy drugą osobę. Nie sądzę. Poznajemy tylko lepiej samych siebie. Jak mówi poetka - "Tyle wiemy o sobie, na ile nas sprawdzono." Dziś wiem już znacznie lepiej, czego chcę a czego nie. Coraz bardziej jestem świadomy swoich pragnień i tego, jakbym chciał, aby wyglądało moje życie. To nie jest absolutna pewność - to po prostu ogólne wrażenie, jakby zarys, generalny konstrukt. Rama, w którą chciałbym wsadzić kolejny obraz.

Czy zatem potrzeba 3 związków, aby nauczyć się z kimś być? I tak i nie. Tak, bo każdy z nich czegoś uczy. Nie, bo każdy z nich czegoś uczy o Tobie i o Twoim związku z samym sobą.

Tak naprawdę jedyną osobą, z którą musisz nauczyć się być, jesteś Ty sam. Wytrzymać z samym sobą do końca życia w spokojnym, harmonijnym i ułożonym związku - to wielkie wyzwanie. Czy umiesz wyzbyć się głupich potrzeb? Czy umiesz zaspokoić pragnienia swojego serca... sam? Czy umiesz sam siebie kochać tak, by niczego Ci nie brakowało wewnątrz? Czy możesz sam na sobie polegać? Czy czujesz, że dasz radę? Czy umiesz wyzbyć się lęków przed samotnością? Czy sam dla siebie jesteś tak dobrym towarzystwem, że nie wiesz, co to samotność...?

wtorek, 2 marca 2010

List do DreamWalkera

Drogi DreamWalkerze,

Dziękuję Ci, że przez ostatni rok pisałeś tego bloga. Dzięki niemu udało się. Udało się, choć początkowo nie miałeś odwagi i wiedz, że napisanie tego listu do Ciebie wymagało od Ciebie sporej odwagi. Udało się przejrzeć w lustrze i zobaczyć TO. W końcu.

Zobaczyć, jakim miękkim fiutem jesteś.

Tak, dokładnie - Twoje oczy Cię nie mylą. Napisałem, że jesteś miękkim fiutem. Hej, hej, tylko nie wylatuj mi teraz ze swoim zabawnym tekstem: "Tylko nie miękkim!" To było śmieszne rok temu, gdy zaczynałeś. Dziś, czytając swoje posty, wiesz już, że połowa z nich to śmieci, projekcje zaślepionego umysłu.

Spójrz prawdzie w oczy - jesteś cholernym kozakiem.

Kozakiem, który grał wielkiego, niezniszczalnego, wiecznie pozytywnie nakręconego człowieka z plastiku. Byłeś bardziej sztuczny niż zupka kung fu z Radomia. Silikonowy, jak biust Dody. Wiesz o tym, prawda? Choroba pokazała Ci, że nie budzi się demonów, które w Tobie śpią, jeśli nie jesteś gotów, by je przyjąć z otwartymi rękami.

Przegrasz, jeśli będziesz walczył. Teraz już to wiesz.

Nie jesteś gotowy, by je budzić. Dlatego wciąż w Tobie śpią. Musisz chodzić cicho, by nie otworzyły swych oczu. Wiesz, jakie myśli potrafią stworzyć, gdy się obudzą... Wiesz, że mogą Cię zniszczyć. Próbowały i były blisko. Ten list... Już go podarłeś. Ale myśli, które w nim zawarłeś... wciąż są całe.

Nie wierzysz w TE myśli, prawda? Nie musisz. Twoje tożsamości wierzą. To one kontrolują Twoje ciało.

Korzystaj z dni, w których demony są nieprzytomne. A gdy wychodzą na łowy - wiesz już, jak przetrwać noc. Wiesz, że nie ma ucieczki, wiesz, że walka jest niemożliwa. Dlatego pozwalasz wcielać się im w Twoje ciało, kruszyć Twoje zęby, wyciskając łzy. I możesz tylko patrzeć, jak cierpisz. A taki silny byłeś... Nie byłeś! To była maska, wiesz o tym.

Ten list do Ciebie zdejmuje tę maskę.

Czy dotrze do autentycznego Ciebie? Czy może kolejny DreamWalker okaże się iluzorycznym ego?

Chyba jesteś bliżej prawdy, Dreamuś. Dziś w końcu przejrzałeś na oczy. Na chwilę. Zobaczyłeś Coś - zbiór komórek, tkanek i narządów, napędzany elektrycznymi impulsami biegnącymi wzdłuż nerwów. Zobaczyłeś Coś, co odbiera informacje, przetwarza je i produkuje zachowania. Coś, co samo siebie określa kodem "DreamWalker, autor tego bloga." To Coś je, chodzi, oddycha. Czy to Coś w ogóle istnieje?

To był moment prawdy - byłeś poza tym, co nazywałeś sobą.

Teraz wiesz już, co znaczy myśl: "Jesteś kimś więcej, niż myślisz." - bo cokolwiek o sobie pomyślisz, zawsze jest jeszcze ten, kto myśli... Tyle razy wychodziłeś z siebie, że w końcu zdjąłeś na moment wszystkie swoje pragnienia - niczym płaszcz zawiesiłeś je na moment. Tam nie było już choroby, nie było zdrowia, prawdy i kłamstwa, nie było nawet myśli.

Och, wiem. Ulga, co nie? Pragniesz rozpuścić się w tym niebycie raz jeszcze, prawda?

Przywilej nieistnienia jest jak narkotyk. Istnienie obarczone jest bowiem tyloma konsekwencjami... Nie można nie posiadać, a więc nie można nie liczyć zysków i strat. Nie też można nie mieć oczekiwań. A nieistnienie... Jest tak proste. Nic musisz nic robić. Znika wysiłek, znika cel i problem, znikają oczekiwania oraz - co za tym idzie - wszelkie rozczarowania.

Leżysz teraz zmęczony chorobą, całymi dniami oglądając Przyjaciół i żrąc tuczące czipsy o smaku karkówki z grilla i wierz mi - one nawet obok grilla nie leżały. Nawet ten weekend pełen imprez był jak sen. I co z tego, że przebrałeś się za nowojorskiego dziennikarza z lat 50'? Zachwyt krowy, wampira i pirata był wart wysiłku?

Gra w Twistera naciągnęła Ci mięśnie o których nawet nie wiedziałeś, że je masz.

Pomyśl, w jakim stanie musisz być, skoro myśl, że Twoje życie mogłoby się skończyć za 3 miesiące, była dla Ciebie... pocieszeniem!

Wiem, dobijam Cię. Ale wiesz, po co to robię. Byś osiągnął dno. Dopiero wtedy się odbijesz. Widać jeszcze mało dostałeś w dupę, byś nią ruszył. Mam Cię dobić bardziej? Proszę uprzejmie: nie wiadomo, czy kiedykolwiek wyzdrowiejesz. Lekarze są bezradni a dziedzina nauki, która mogłaby Ci pomóc, dopiero raczkuje. Nie ma na to leku. 96% pacjentów nie odnotowuje poprawy przez resztę życia. Przywitaj się z nimi. Przywitaj się, bo nie masz nikogo. Jesteś sam, jak palec. Dobrze Ci tak. Kto by Cię chciał? W ogóle - kto by Cię zrozumiał? Kasa na koncie topnieje. A Twój najlepszy klient kręci nosem. Nie wiadomo, czy zapłaci...

Ha ha ha, teraz Cię dobiłem, prawda?

Ale nie przejmuj się, wcześniej czy później obudzisz się ze snu zwanego życiem. Twoje 25-letnie życie okaże się tylko krótką, popołudniową drzemką. Obudzisz się na ciepłej, leśnej polanie. Wśród bzyczących owadami kęp trawy, śpiewów ptaków. Będzie tak słonecznie, jak nigdy. Obiecuję.

A teraz Dream, weź pigułkę. Weź pigułkę, ona Ci pomoże. Lek na życie działa zawsze - wszyscy, którzy go testowali, umarli. Leczenie jeszcze nigdy nie było tak proste. Przyznasz, że ostatnie zdanie mogłoby być sloganem arszeniku.

Z poważaniem,
DreamWalker

czwartek, 18 lutego 2010

Rocznica założenia bloga

Wszystko zaczęło się 18 lutego 2009 roku. To była środa. Zainspirowany nie wiadomo czym DreamWalker całkowicie spontanicznie postanowił założyć bloga. Ku jego własnemu zaskoczeniu - udało mu się nawet regularnie go prowadzić.

Dziś, 104 posty dalej, ogląda się wstecz i widzi: Dream, odwaliłeś kawał dobrej roboty.

Było wiele spięć na tym blogu, było wiele kontrowersyjnych i ciekawych tematów, komentarzy, było też wiele podziękowań i maili. Dużo odkryć, zmian oraz introspekcji.

Do kamieni milowych rozwoju osobistego mijającego roku zaliczam dwa główne nurty postów. Pierwszy - dotyczący koherencji serca. Drugi - dotyczący The Work, czyli 4 magicznych pytań kwestionujących myśli. Te dwa narzędzia nie tylko doskonale uzupełniają się, ale też wiodą do zupełnie nowego świata - świata istniejącego poza umysłowymi schematami - świata, który można poznać tylko sercem.

A gdy pomyślę sobie, jak wiele fantastycznych odkryć może przynieść kolejny rok - aż mi włosy dęba stają z podekscytowania :)

Dziękuję wszystkim, którzy inspirowali i wciąż inspirują mnie do tworzenia tego bloga i do tego, by ten blog tworzył mnie. Dziękuję Tobie, że razem ze mną uczysz się myślenia poza utartymi schematami i wychodzenia świadomością mocno poza to, co ogólnie przyjęte.

Do poczytania Podróżniku,
DreamWalker

niedziela, 14 lutego 2010

Spacer poza historie

3 dni temu zdarzyło się coś niezwykłego. Późną porą wyszedłem na spacer. I zadałem sobie pytanie: "Jakby to było, gdybym nie mógł uwierzyć w prawdziwość jakiejkolwiek myśli na temat tego spaceru?".

I zaczęły dziać się rzeczy niezwykłe...

Oto stare ulice, znane miejsca i pozornie banalne widoki nagle przeistoczyły się w magiczną krainę. Oprószone śniegiem, oświetlone mdłym światłem latarni ulicznych pejzaże okazały się zupełnie nowe, świeże, absolutnie wyjątkowe. Mój umysł wciąż produkował historie: "To już znasz, wiesz gdzie idziesz, wiesz, po co. Byłeś tu setki razy." Ktoś zwany DreamWalkerem szedł wiedziony historiami. Ale jego dusza nie mogła uwierzyć w żadną z nich. Czas się rozpłynął. Nie wiem, która była, gdy płynąłem przez przygodę zwaną spacerem. To, co pokazywał zegarek, nagle nie miało żadnego znaczenia.

To było jedno z najbardziej mistycznych doświadczeń, jakie miałem w życiu.

Słowa nie oddadzą tego doświadczenia, bo słowa mogą tworzyć tylko kolejne historyjki. Wiem tylko, że doświadczenie to było efektem ubocznym ciągłej pracy z pytaniami z The Work (poszukaj na blogu).

Szedłem ulicą a umysł dyktował: "Tam jest Twój dom. Możesz tam wrócić, możesz położyć się do łóżka i zasnąć." Nie mogłem uwierzyć, że to prawda. Chciałem to sprawdzić. Ogarnęła mnie fascynacja, czy faktycznie prawdą jest to, co dyktował mi mój umysł. Mówił: "W kieszeni masz klucze do tego domu". Sprawdziłem - były! Byłem wniebowzięty. Mój umysł oferował mi bardzo adaptacyjne historie. Pojawiały się i znikały, bo nie próbowałem oszukiwać się, że są moje.


Każda opowieść, którą snuje nasz umysł, pochodzi skądś. Każdego słowa, które znamy, nauczył nas Wszechświat. Umysł nie należy do nas. Mówimy "mój umysł", ale on nie jest nasz. Nigdy nie był.

Ktoś mówi: "Nie zasługuję na to, by żyć". A ja go pytam: "Kto tak mówi?". A oni: "Ja!". Nie! Sam by na to nie wpadł. Ktoś mu tak powiedział a on uznał to za swoją myśl.

"Nasze" myśli pochodzą od rodziny, znajomych, przyjaciół, telewizji, radia i gazet. Swobodnie płyną przez eter Wszechświata, a my zachłannie nazywamy je swoimi, wdrukowując sobie w mózg kolejne obwody. Obwody, które będą potem odpalać się w odpowiednich sytuacjach i sugerować nam, do czego dążyć i czego unikać.

Tamtego wieczoru zwątpiłem w swój umysł.

To było piękne - zobaczyłem Rzeczywistość taką, jaka jest naprawdę. Bez opowieści. Bez mojej historii, która zawsze ogranicza, zawsze zakłada klapki na oczy. Zawsze upraszcza i zniekształca rzeczywistość. Nagle zobaczyłem ćpuna na ławce. Moje fizyczne "ja", które nawet nie jest moje, wystraszyło się i w jednej chwili wpompowało do krwiobiegu mnóstwo adrenaliny. Ale to nie była moja adrenalina, to nie było moje ciało. To było ciało, z którym zwykłem się identyfikować. Moja dusza pozostawała w spokoju.

Wszedłem do swojego domu, rozejrzałem się i wszystko było nowe. Rozdziewiczałem spojrzeniem każdą ścianę, każdy przedmiot. Tak, jakby powstawały dopiero teraz. DreamWalker zadecydował, że położy się do łóżka w ubraniu. Tak też zrobił i zasnął.

Magia.

niedziela, 7 lutego 2010

Sposób na trwały związek - zakochaj się... celowo!

Nasza europejska, jak i amerykańska kultura zdaje się być zakochana w samej idei nagłego zakochiwania - zauważył to już dawno Richard Bandler w swojej książce "Wolność jest wszystkim, miłość całą resztą." I faktycznie - lada moment będą Walentynki, kwiaciarnie już po gałach walą wielkimi, czerwonymi sercami a ludzie zdają się zapominać, że jeśli ktoś jest zakochany - to Walentynki ma codziennie. A jak ktoś nie jest - to i tak mu wszystko jedno.

Zwykliśmy myśleć o miłości jak o czymś, co nadchodzi samo i w sposób niekontrolowany. Oto nagle z dnia na dzień zakochujemy się w kimś i zapominamy o całym świecie. Nadzwyczaj często też, gdy zakochanie mija, okazuje się, że partner wcale nie jest taki wspaniały, jak nam się wydawało... I wtedy mamy problem. Bo skoro miłość "przychodzi sama" - to i odejść może "sama" i teoretycznie gówno możemy z tym zrobić.

Ale na szczęście tylko teoretycznie teoria zgadza się z praktyką, bo w praktyce różnice między teorią a praktyką często występują. Jak pokazują badania przeprowadzone przez Roberta Epsteina z Uniwersytetu Harvarda - jest cudowny sposób, aby stan miłości i zakochania zachować na dłużej:

Można zakochać się świadomie!

Może zacznijmy od minusów tego rozwiązania.

Po pierwsze - świadome zakochiwanie się nie jest tak spektakularne, jak to spontaniczne, będące efektem robienia sobie z drugą osobą w głowie dzikich filmów porno-romantycznych. Świadome zakochiwanie się w kimś jest efektem pracy nad sobą, ciągłego, systematycznego i konsekwentnego przywiązywania się do wybranej osoby.

Po drugie - możesz spotkać kulturowo wdrukowany opór pt. "serce nie sługa", że "tego nie da się zaplanować" i takie tam. Jak się zaraz przekonasz - to wcale nie musi być prawdą.

Ale świadome wywoływanie zakochania, które stopniowo przerodzi się w głęboką intymność, bliskość i namiętność ma też swoje ogromne plusy, które warto zaznaczyć.

Przede wszystkim - świadomie dobierasz partnera. To cudowny przywilej w świecie, w którym raz na jakiś czas spotyka się ludzi z zamkniętym sercem, ubranych w maski czy opętanych myślami o seksie. Możesz z góry określić kryteria, jakie musi spełniać ktoś, w kim będziesz chciał się zakochać i to daje Ci gigantyczną strategiczną przewagę - mniej pomyłek, szybsze dotarcie do celu.

Po drugie - związek, który rozpoczyna się świadomie wywoływanym stanem zakochania (jak to się robi - o tym za moment), jest o wiele trwalszy, niż związki powstałe w wyniku niespodziewanego ugodzenia strzałą Amora. Udowodnili to naukowcy porównujący trwałość małżeństw z wyboru i małżeństw zawieranych pod presją np. rodziny (stanowiących ok. 50% wszystkich małżeństw na świecie!). Małżeństwa z wyboru były efektem nagłego zakochania, które z czasem przemijało pozostawiając za sobą rozczarowanie (w Polsce rozpada się 1/4 małżeństw - na Zachodzie - co drugie!). Z kolei małżeństwa, które zwierane były pod presją rodziny - okazywały się o wiele szczęśliwsze wraz z upływającym czasem. Tam partnerzy wiedzieli, że nie mają jak zwiać, więc ćwiczyli okazywanie sobie miłości - aż w końcu faktycznie się pokochali.

Wniosek - warto zakochiwać się świadomie - by mieć odpowiedniego partnera, by miłość trwała dłużej i by uniknąć rozczarowań, przykrych emocji i lat próbowania stworzenia czegoś z nieodpowiednimi osobami.

Teraz pojawia się kluczowe pytanie:

Jak zakochać się świadomie?

Epstein wraz ze swoimi współpracownikami przeprowadzili szereg bardzo interesujących eksperymentów dot. zakochania. Dzięki nim udało się wyłonić te zachowania, które decydują o tym, czy w kimś się zakochamy, czy nie. Jak się okazało - zakochanie zmusza nas do pewnych zachowań - a pewne zachowania zmuszają nas, byśmy się zakochali. Wykonując świadomie pewne zachowania - narażamy się na ryzyko zakochania się, bo oba te elementy stanowią sprzężenie zwrotne.

Zobaczmy, jakie to zachowania (wymieniam tylko te ciekawsze i dające się zastosować w praktyce):

  • Patrzenie sobie w oczy - to bardzo łatwe i przyjemne zarazem. James Laird z Clark University zauważył w latach 80., że patrzenie sobie w oczy powoduje ocieplenie uczuć i podwyższa poziom sympatii do drugiej osoby. Potwierdził to też wspomniany Robert Epstein. Możesz to łatwo sprawdzić, unikając spoglądania w oczy Twoim rozmówcom - natychmiast będą czuli się zaniepokojeni i będą Cię unikać. Jeśli jednak zależy Ci na efekcie odwrotnym - warto patrzeć sobie w oczy. Już po 2 minutach zauważysz i poczujesz pierwsze pozytywne efekty.
  • Odzwierciedlanie zachowań - Epstein nie rozwodzi się nad tym aż tak, ale to temat rzeka. Umiejętność subtelnego i eleganckiego odzwierciedlania zachowań drugiej osoby to potężne narzędzie, dzięki któremu możesz niemal scalić się z umysłem drugiej osoby, rozumieć ją bez słów i tworzyć głęboką więź emocjonalną. Trzeba jednak uważać na to, z kim się buduje taką więź, bo jest to broń obosieczna. Będę o tym mówił szerzej w przyszłości, bo to temat cholernie ważny i stanowi absolutną bazę do budowania dobrych związków.
  • Wymiana sekretów - powolne odkrywanie swoich kart, ujawnianie rzeczy, których nie powiedzielibyśmy nikomu obcemu - to nie tylko wyraz zaufania (czyli braku lęków), ale też sposób, by zbudować silny związek z drugą osobą - poprzez poznanie jej bliżej.
  • Zbliżanie się do siebie - centymetr po centymetrze zbliżanie się do siebie powoduje powolne przełamywanie lodów i owej niewidzialnej bariery intymności. Oczywiście nie wolno tego robić nachalnie, bo źle to się skończy. Warto zacząć od subtelnych, niby przypadkowych dotknięć podczas zwykłej rozmowy, która wraz z biegiem czasu pozwala Ci zbliżyć się do wybranej osoby coraz bardziej. Zawsze sprawdzaj, jak czuje się z tym druga osoba - jeśli wykazuje zadowolenie - możesz pozwolić sobie na pójście nieco dalej i dalej i dalej...
Niby banał, prawda? Ale wierz mi - to dopiero wierzchołek góry lodowej potężnej wiedzy o tym, jak komunikują się nasze nieświadome umysły.

Zakochać się może niemal każdy w każdym - tak przynajmniej twierdzą naukowcy rozpracowujący mechanizmy zakochiwania się. Dlaczego więc nie działać w pełni świadomie? Dlaczego więc nie "upolować" sobie kogoś sympatycznego, z miłą aparycją i nie zakochać się w nim?

Ach tak - pojawia się obawa: a co, jeśli ja zakocham się w nim, a on we mnie nie? Widzisz - kolejne eksperymenty Epsteina udowodniły, że jeśli okazujemy komuś miłość - on (zgodnie z odkrytą przez Cialdiniego regułą wzajemności znaną z psychologii społecznej) również zacznie nam okazywać wyrazy sympatii. A to powoli może sprawić, że zacznie widzieć w nas kogoś więcej, niż tylko przypadkowego przechodnia.

Wierzę, że w miarę rozpoznawania miłosnej mechaniki, nasze społeczeństwo będzie ewoluować od nagłych porywów serca do świadomego wpływania na siebie i na swoje stany emocjonalne. A to zaowocuje tym, że będziemy żyć o wiele harmonijniej - nie tylko jako partnerzy w związku, ale również jako społeczeństwo.

Uczmy się mądrze zakochiwać! Do napisania!

TOP 10 miesiąca